polskie centrum bizarro

„Doktor Miau” by Hubert Jarzębowski

In Opowiadania on Wrzesień 9, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPozory mylą. Wszyscy znamy tę maksymę. Czasami prawda jest tak niesamowita i zaskakująca, że niejeden filozof by od niej zwariował, a fantasta miałby materiału na powieść życia. A co gorsze, sugerowanie się pozorami może zaszkodzić. Weźmy przykład gościa, który skuszony drobną posturą kobiecinki wypłacającej pieniądze z bankomatu, postanowił ją obrabować. Kobietę, nie posturę. Cóż, miał pecha. Trafił na mistrzynię Polski w judo…
Hubert Jarzębowski w swoim tekście porusza ten właśnie problem. Problem braku akceptacji z powodu cech zewnętrznych oraz problem aklimatyzacji w nowym miejscu zamieszkania (nie, nie ma tu ukrytego przesłania o kryzysie imigracyjnym).
Cóż, zapraszamy do lektury i niech moc będzie z Wami.

h

Doktor Miau

h

Ta historia wydarzyła się naprawdę w latach dziewięćdziesiątych w kurorcie Z. na południu Polski, sto szesnaście kilometrów od dawnej stolicy naszego kraju – miasta K. na wówczas szarym, a obecnie żółto-pomarańczowym, osiedlu kilkadziesiąt metrów na lewo od głównego deptaku, ulicy Kr-ówki, wtedy jeszcze asfaltowej. Dokładnie między tymi blokami, gdzie chodziliście na papierosy podczas wycieczek szkolnych w czasie wolnym po zwiedzeniu skoczni narciarskiej, zakupieniu ciupagi i zrobieniu sobie zdjęcia z misiem i gdzie na papierosy chodzą teraz wasze dzieci po zrealizowaniu tego samego programu.

Choć może się wydawać, że to klasyczny horror, moja opowieść ma głęboki wymiar etyczny, a jej przesłanie można zawrzeć w dwóch znanych słowach: „pozory mylą”. Mówi ona o pięknym wydarzeniu z mojego życia oraz o spotkaniu z wyjątkową osobą, dzięki której zmieniłam postrzeganie świata i wyzbyłam się uprzedzeń w stosunku do tych, którzy są po prostu inni. Nieuważny czytelnik mógłby jednak wyrobić sobie na podstawie tych wspomnień negatywną opinię o samym mieście, regionie i żyjących w nim ludziach. By tego uniknąć, oraz ze względu na pamięć po niedawno zmarłym i cieszącym się jak najlepszą sławą bohaterze tej historii, nie zdradzę o jakie miasto chodzi i ukryje personalia wszystkich bohaterów. Dociekliwi i ciekawscy niech szukają szczegółów i nazwisk w starych numerach „Tygodnika Podhalańskiego”. Ja skupię się wyłącznie na faktach.

Tytułem wstępu. W mieście u stóp gór T. osiedliłam się pod koniec lipca 1993 roku. Mój syn miał właśnie iść do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Kiedy byłam w ciąży długo debatowaliśmy z mężem, czy nasze dziecko będzie miało lepsze perspektywy w jego rodzinnym Z. czy we wiosce Ponury Dół przy granicy polsko-białoruskiej, z której ja pochodzę.

Zdecydowaliśmy się na Ponury Dół ze względu na większą ilość słonecznych dni w roku. Kiedy jednak ostatni sąsiad popełnił samobójstwo z powodu nędzy, depresji i nadużywania alkoholu, a wieś wyludniła się zupełnie, postanowiliśmy, choć niechętnie, zamieszkać w Z.

Byłam na osiedlu nowa. Ludzie patrzyli na mnie spode łba. Wyczuwałam ich niechęć. Byliśmy inni. Abstynenci, nie wdawaliśmy się w bójki, nasz syn umiał czytać, prowadzona przez nas restauracja spełniała normy sanepidu, nie podawaliśmy też po raz drugi zupy, której nie dojadł poprzedni klient. Z tych wszystkich powodów mieliśmy złą opinię – nazywano nas „warszawiokami” i „ceprami”.

Jedyną życzliwą osobą był emerytowany lekarz, mieszkający na ostatnim piętrze naszego bloku przy ulicy, noszącej dość niesprecyzowaną nazwę Weteranów W. (nie wiadomo weteranów której W. upamiętniała nazwa ulicy).

Był samotnikiem, chodził zawsze własnymi ścieżkami, poruszał się z dużą gracją, ale można było wyczuć w jego ruchach pewien niepokój. Miał siwe włosy do ramion i wąsy. Było w nim coś dziwnego, niepokojącego, podkreślał to jego dziwaczny ubiór. Zawsze nosił brunatną, pręgowaną marynarkę o długim, puchatym włosiu, a pod spodem jaśniejszą koszulę. Niezmiennie miał na głowie kapelusz z wyszytą kremową nicią literą „M” na przedzie. Nigdy nie widziałam go bez białych rękawiczek i równie białych butów, co interpretowałam jako nostalgię za latami spędzonymi w szpitalu przy leczeniu pacjentów. Wydawał się zupełnie niegroźny. Ot, osiedlowy dziwak.

Wśród sąsiadów cieszył się szacunkiem, ale z nikim nie był naprawdę blisko. Żadna z zagadniętych rodzin nie wiedziała też zbyt wiele o jego przeszłości, niektórzy z zapytanych o doktora zbywali mnie półgębkiem i szybko zmieniali temat. On sam też niechętnie o sobie opowiadał. Miał wyraźne trudności z mową. Jego wypowiedzi zawsze przypominały bardziej mruczenie niż mowę zdrowego człowieka. Nie wiedziałam nawet czy był kardiologiem, chirurgiem, czy też miał jeszcze inną specjalność. Nie wiedziała tego również pani Katarzyna, która trochę pomagała panu Doktorowi ze sprzątaniem i sprawunkami oraz była jedyną osobą spośród sąsiadów, której kiedykolwiek udało się wejść do środka jego mieszkania.

Szanowałam jego umiłowanie prywatności. Był dla nas bardzo miły. Pilnował  naszego syna podczas zabaw na podwórku, kiedy oboje z mężem musieliśmy zajmować się sprawami restauracji. Siadał wówczas na ławeczce i obserwował dzieci bawiące się w podchody, w chowanego, wymieniające się naklejkami z jakimiś szkaradnymi robotami, robiące za pomocą śliny na rękach tatuaże z gum do żucia czy grające w piłkę na trawniczku między blokami – tam, gdzie teraz są parkingi i dom stojący do góry nogami.

W przeciwieństwie do innych staruszków z okolicy, Doktor nigdy na dzieciaki nie krzyczał, gdy zachowywały się zbyt głośno, nie strofował kiedy robiły sobie bramkę z garaży i trafiały piłką w okna (zresztą na parterze mieszkaliśmy właśnie my), nie straszył Buką. Po prostu siedział na ławeczce i obserwował bawiących się chłopców i dziewczynki, paląc przy tym fajkę. Wydawało się, że żyje przede wszystkim w swoim własnym wewnętrznym świecie.

Całe osiedle wiedziało, że dzieci są na podwórku bezpieczne i że nie trzeba ich ciągle obserwować z okna, gdyż czuwa nad nimi Doktor. Nikt nie wyglądał na podwórko częściej, niż dwa razy dziennie, żeby zawołać swoje pociechy na obiad i kolację. Kiedy dzieci znikały, znikał też Pan Doktor. Co robił w wolnych chwilach? Nie mam pojęcia.

Wszyscy chłopcy mieszkający przy Weteranów bardzo go lubili. Wielu z nich mówiło o nim, jak o własnym dziadziusiu. Zapytani czemu, nie potrafili tego uzasadnić. Praktycznie z nim nie rozmawiali, nigdy też nie próbował wkupić się w ich łaski, rozdając wafle Kukuruku, czy gumy Turbo. Faktem było jednak, że traktowali go jak członka rodziny.

Mój syn był wyjątkiem. Unikał go. Nigdy nam nic o nim złego nie powiedział, na podwórko wychodził jednak coraz bardziej niechętnie. Czasem wracał do domu lekko nerwowy. Byłam przekonana, że pokłócił się z którymś ze starszych chłopców o to, który z nich będzie Roberto Baggio albo Jari Litmanenem podczas podwórkowego wielkiego meczu Ajaxu z Juventusem, albo o podobnie ważną dla chłopców w tym wieku sprawę. Mąż był zdania, że syn nie chce się bawić na polu (czyli po ludzku „na dworze”) z powodu uzależnienia od gier na Pegasusa i że wszystkiemu winien jest postęp techniczny oraz Japończycy, którzy produkują coraz to nowe gadżety, bo chcą, żeby polskie dzieci nie wychodziły z domu na słońce, nie rosły, były niskie, słabe i pożółkłe jak oni sami – zagwazdrane cepry kitajce.

Pewnego razu podsłuchałam rozmowę Hubercika z chłopcem z „drugiego” podwórka, czyli bloków po przeciwnej stronie ulicy Weteranów W., należących już do Alei 3 M., a więc człowiekiem z zewnątrz.

Wyraźnie słyszałam jak wyznał mu: „boję się Doktora Miau”.

Kiedy zapytałam syna kim jest Doktor Miau, nie chciał mi nic powiedzieć. Początkowo myślałam, że to jakiś nowy wróg Inspektora Gadżeta. Potem jednak odkryłam kim jest ów tajemniczy Miau i czemu boi się go mój syn…

Dzieci bawiły się resorakami na chodniku pod moim oknem. Źle się czułam, więc mąż postanowił zająć się tego dnia restauracją sam, żebym ja mogła odpocząć sobie w łóżku przy książce. Byłam spokojna, gdyż na ławce siedział emerytowany doktor oparty na laseczce i z cybuchem fajki w zębach pilnował dzieciaki. Położyłam się w łóżku, przykryłam pierzyną, włączyłam telewizję i pokój wypełniły kosmiczne dźwięki syntezatora, niezawodny znak, że zaczyna się mój ulubiony program.

– Przybywamy z Matplanety, wprost z odległej galaktyki, czyli z gwiazd matematyki… Mieszka u nas zbiór kwadratów oraz podzbiór tęgich walców, mamy innych też mieszkańców… – śpiewaliśmy ja, telewizor i Andrzej Zaucha.

W pewnym momencie doszły mnie spod okna odgłosy poważnej kłótni, której wątki zresztą były mi i każdej matce dobrze znane.

– Ja jestem Optimus Prime! – wrzeszczał syn sąsiadów, niekwestionowany przywódca całego podwórka, noszący budzące respekt przezwisko Kuczuś.

– Ja chcę być Optimus Prime! – krzyczał Hubercik.

– Ty jesteś Bumblebee – powiedział Kuczuś. – Bierz garbusa, albo przestanę się z tobą bawić.

– Ja chcę być Optimus. Ty zawsze jesteś Optimus. A ciężarówka jest moja. Nie możesz być Megatron?

– Stożki, romby i trójkąty, cyfry, liczby, prostokąty, koła, sześciany kwadraty…. Matplaneta zróżniczkuje, przecałkuje, pierwiastkuje… – śpiewał telewizor.

– Pozwoliłem ci rano grać Litmanenem.

– Bo grałem Ajaxem, a ty Juventusem i byłeś Baggio.

– Zastrzegłem sobie, że nawet jak mnie nie ma to ja jestem Litmanen i nikt inny nie może, jak mi nie da trzech żetonów na salon – obwieścił przywódca paczki. – Następny raz będziesz Kiki Musampa.

– Matplaneta zróżniczkuje, przecałkuje, pierwiastkuje….

– Sam jesteś Kiki Musampa. Dałem ci przecież trzy żetony, a potem jeszcze jeden jak doszedłeś do Shang–Tsunga i ci zrobił fatalitę. Jak mi nie oddasz Optimusa to powiem tatowi – prawie płakał mój syn.

– To powiedz. Ale przestanę się z tobą bawić i powiem reszcie, że też nie mogą.

– My kosmici Pi i Sigma, dwa matplanetyczne znaki, zbiór przyjaciół z jednej paki….

Pomyślałam, że wiem czemu mój syn chodzi osowiały. Ma zatarg z szefem osiedla, na dodatek cztery lata starszym i zamiast Optimusem musi być Kiki Musampą. Chłopców w tym wieku najlepiej zostawić samym sobie, żeby tego typu problemy rozwiązywali we własnym gronie. Trudno było osobie niewtajemniczonej zrozumieć ich entuzjastyczny bełkocik. Poza tym Kuczuś obwieszczał Hubercikowi, że nie będzie się z nim bawił średnio cztery razy dziennie, a potem i tak przychodził strzelać do kaczek na Pegasusie, nie zrażony nawet okrzykami mojego męża, że ma nie przychodzić, bo przez niego mały jest uzależniony od komputera i że rodzina Kuczusia to z pewnością kitajce, co akurat nie było prawdą, bo jego dziadek, niejaki Franz Kutschera był Niemcem i to w pewnych kręgach naszej stolicy całkiem znanym.

Po chwili kłótnia stała się ostrzejsza. Zaczęły do mnie dochodzić odgłosy szamotaniny i okrzyki: „cho na solo!”. Już byłam pewna, że nie dane mi będzie dowiedzieć się, czy przybysze z Matplanety pokonają demonicznego Miętowego Groszka, podeszłam więc do okna pokibicować mojemu synowi. Byłam bardzo podekscytowana, gdyż była to prawdopodobnie jego pierwsza w życiu bójka. Nie mogłam mu przeszkodzić w tak doniosłej dla każdego chłopca chwili.

Chłopcy zaczęli się szamotać. W końcu Kuczuś popchnął mojego syna, który zachwiał się i przewrócił na chodnik. Rozpłakał się, miał rozbite kolano. Postanowiłam przerwać zabawę. To, co się wydarzyło zaraz po upadku mojego jedynaka spowodowało jednak, że zamarłam i nie byłam w stanie otworzyć okna. Byłam w szoku.

Siedzący dotychczas spokojnie emeryt zerwał się z ławki i kilkoma zwinnymi susami znalazł się przy moim synu. Ukląkł, rozglądnął się dookoła, a następnie chwycił jego nogę i łapczywie zaczął lizać zakrwawione kolano. Mój syn płakał, a doktor go oblizywał całym językiem. Po kilku sekundach do mnie doszło, że muszę ratować moją pociechę. Otworzyłam okno i wrzasnęłam na doktora.

– Co robisz mojemu dziecku, potworze?!

Przyłapany na gorącym uczynku zboczeniec rzucił na mnie nerwowe spojrzenie, chwycił za swoją laskę i uciekł w stronę klatki schodowej. Nigdy nie widziałam, żeby osoba w tym wieku potrafiła poruszać się tak szybko i sprawnie. Jego uczynek nie mógł mu ujść na sucho. Natychmiast zadzwoniłam po policję.

Funkcjonariusze zjawili się po kilkunastu minutach. Razem udaliśmy się pod drzwi starego zwyrodnialca. Moje dziecko było całe zapłakane i zasmarkane. Zapytałam policjantów, czy musi iść z nami, niestety było to konieczne. Mały szedł po schodach chybotliwym krokiem. Trząsł się ze strachu.

Drzwi mieszkania Doktora okazały się otwarte. Wbiegłam do środka. Nagle stało się dla mnie jasne, że przez cały czas pozwalałam, żeby moim jedynym synem opiekował się szaleniec.

W mieszkaniu śmierdziało. Po podłodze walały się szkielety myszy, kilka martwych wróbli, jeden gołąb i wata z rozdartych pluszaków. Całe ściany obklejone były podobiznami Toma i Jerry’ego. W kącie pokoju, w barłogu ze sterty podartych koców, leżał na plecach starszy pan i z nerwowym śmiechem i prychaniem podrzucał piłeczkę.

– Co zrobiłeś mojemu synowi? – wrzeszczałam. – Wytłumacz się, zwyrodnialcze.

Nie odpowiadał. Bawił się. Miał długie pazurki i nienaturalnie rozszerzone źrenice. Ignorował też pytania policjantów. Do mieszkania zaczęli wchodzić sąsiedzi, żeby zobaczyć co robi policja w mieszkaniu spokojnego staruszka. Po niecałej minucie stało ich w salonie  kilkunastu.

W tym momencie drzwi się otworzyły i usłyszeliśmy głos pani Katarzyny:

– Doktorze Miau! Przyniosłam ci pyszną myszkę! Co się tu dzieje?! Co to za zbiegowisko? – zaczęła się dopytywać opiekunka staruszka.

– Szanowna Pani – zaczęłam surowym głosem. – Wie Pani co robi ta chora osoba za plecami zapracowanych rodziców, którzy, zwiedzeni jego poczciwym wyglądem, pozwalają mu pilnować swoje pociechy? Wykorzystuje je! Odbiera im niewinność!

– Doktor Miau? Nigdy! Jest niegroźny – stanowczo zaprzeczyła pani Katarzyna.

– Tak też myślałam do dzisiaj – odpowiedziałam, przewidując uprzednio jej niedowierzanie. – Przed chwilą jednak przyłapałam go jak lizał mojemu synowi kolano. Niech pani popatrzy, dziecko jest całe roztrzęsione.

– Katasiu, potrafisz to wytłumaczyć? – spytał policjant i wskazał na leżącego w kącie, bawiącego się piłeczką dziadka. – Podejrzany odmówił zeznań.

Pani Katarzyna wzięła głęboki oddech i powiedziała.

– Ech, te cepry. Zamiast po ludzku rozwiązać sprawę, od razu dzwonią na policję. Doktor Miau chciał dobrze.

– Chciał dobrze? – wrzasnęłam zdenerwowana. – Wykorzystał mojego syna! Oblizał go. Bóg wie, co zrobił innym dzieciom. Nie widzicie tego? To zły człowiek!

– Nikogo nie wykorzystał, szanowna pani – odpowiedziała z przekonaniem jego opiekunka. – On nie jest zdolny do zła. Chciał pomóc, uleczyć pani syna śliną. Jego ślina ma działanie lecznicze. Dlatego nazywamy go doktorem. Od dawna wiedzą o tym wszyscy na osiedlu. Pani też by się dowiedziała w swoim czasie.

– No ba jako! – gapie zaczęli się przekrzykiwać w tym swoim obrzydliwym dialekcie, który tak uwielbiają odwiedzający miasto Z. turyści. – Zagoił łokieć mojej Hańci, jak siy na skutyrze wykopyrtła na siuter! Jak zaduł holny i mój Antoś zlecioł z trzypoka na gembe to dzięki Doktorowi siy mu łepetyna zrosło i skońcył budowlanke! Mojemu Staskowi wylecył lamblie na świyntego Szczepana! A Wacusia z homosyksualizmu! Kochomy Doktora Miau! Drugiego takiego nika!

Któryś z mieszkańców blokowiska miał akurat przy sobie prymitywne skrzypeczki – złóbcoki i zaczął grać na cześć doktora sabałową nutę.

– Czyli… Czyli państwo wszyscy wiedzieli, że starszy mężczyzna, emeryt, liże waszym dzieciom kolana i bóg wie, co jeszcze i nikt nie zareagował? To wasze miasto jest chore! Chore!

– Niech się pani uspokoi. Mieliśmy pani powiedzieć w odpowiednim czasie. Doktor nie jest emerytowany. Ma dopiero piętnaście lat.

– Jakie piętnaście lat?! – byłam coraz bardziej rozzłoszczona. – Robi pani ze mnie wariatkę? Przecież jest siwy i ma całą twarz w zmarszczkach.

– Dalej pani nie rozumie? – pani Katarzyna kręciła głową z politowaniem. – Ach, te cepry. Wszystko im trzeba tłumaczyć. Nawet najprostsze rzeczy.

Usiadła na fotelu i zaczęła cmokać. Powiedziała do staruszka:

– Doktorze Miau, chodź, chodź, chodź do mamci.

Mężczyzna porzucił zabawę, podszedł na czworakach do fotela i zaczął ocierać się tułowiem i brodą o nogi pani Katarzyny. Po chwili wdrapał się na jej kolana i zwinął w kłębuszek. Głaskała go po głowie a on zaczął mruczeć z rozkoszy.

– Szanowna Pani – zwróciła się do mnie siedząca na fotelu ze staruszkiem na kolanach pani Katarzyna. – Doktor Miau nigdy by nie skrzywdził dziecka. Do złych uczynków zdolni są tylko ludzie. A Doktor nie jest człowiekiem. On jest Maine Coonem.

– Leworęczność to faktycznie straszliwa i nieludzka choroba, ale szanowna pani, nic a nic nie usprawiedliwia takich zachowań wobec niewinnych dzieci.

– Proszę już nie bujać w obłokach, tylko słuchać i nie oskarżać. Doktor Miau nie jest człowiekiem. To kot rasy Maine Coon.

– Chce mi pani wmówić, że to kot?! – prawie się poplułam ze złości. – Przecież on waży siedemdziesiąt kilo!

– Wiem, że wygląda jak człowiek, ale to tylko pozory. To przez większą niż u innych Maine Coonów domieszkę krwi szopa pracza – wytłumaczyła rzeczowo pani Katarzyna. – On nie ubiera się codzienne tak samo. To po prostu jego futerko. Widzi pani jakie ma piękne umaszczenie? Jakie śliczne pręgi? Jaki wzorcowy deseń w kształcie literki „M” na czole? No dalej, niech go pani pogłaska, rzuci mu piłeczkę.

– Wyście ludzie poszaleli! – wrzasnęłam. – Jesteście… – szukałam odpowiedniego określenia. Nic nie przyszło mi do głowy, więc dokończyłam – …przybyszami z Matplanety!

– Z Cat-Planety – odpowiedział ktoś rzeczowo i już w ogóle nie byłam w stanie stwierdzić, czy mówił poważnie, czy nie.

– Proszę o spokój – rozkazał policjant i zaczął wychodzić. – Nic tu po nas, wezwała nas pani do kotka. Niech się pani wstydzi.

Na odchodnym podrapał staruszka za uchem i powiedział do pani Katarzyny, nazywał ją zresztą Katasią, że kiciuś jest absolutnie rozkoszny. Gapie też zaczęli się rozchodzić. Słyszałam szepty: „głupio baba, trza oddoć cysorzowi, co cysorskie”, „sakramencko wiele hałasu o nic”, „ech, te warszawioki-ziajoki”. Potem żegnali się przyjaźnie z kotem.

W mieszkaniu zostaliśmy ja, mój zapłakany syn i pani Katarzyna wraz z Doktorem Miau.

– Nie może pani tak oceniać wszystkich po wyglądzie – pouczyła mnie kocia mama. – Dlatego właśnie traktujemy panią z rezerwą. Kiedy nauczy się pani oceniać innych na podstawie tego kim są, a nie jak wyglądają, na pewno wszyscy to docenią i stanie się pani pełnoprawną obywatelką miasta Z. A teraz wyjawię pani całą prawdę. Doktor Miau nie wygląda jak mężczyzna w podeszłym wieku z powodu domieszki krwi szopa pracza. To w ogóle jest bujda na resorach – żaden Maine Coon nie jest spokrewniony z szopami. Ten biedny kotek jest chory na autyzm. Doktorowi Miau należą się przeprosiny.

Łzy napłynęły mi do oczu. Zrobiło mi się bardzo przykro. Co ja sobie w ogóle myślałam? Serce miałam z kamienia. Autystyczny kotek w brązowej marynarce mruczał rozkosznie. Złamałam się i wzorem policjanta podrapałam go za uszkiem.

– Bardzo się cieszę, że wypadł pani z oka odłamek diabelskiego lustra i przestała pani być nieczuła jak Królowa Śniegu. Mam jednak wrażenie, że pani syn dalej się boi Doktora Miau. Uważam, że powinna pani go zostawić tutaj samego, żeby przełamali lody i zaprzyjaźnili się. W końcu i jego serce się ogrzeje.

– Dobry pomysł. Hubert! Zostajesz z Panem Doktorem – powiedziałam do syna. – Patrz jakie ma gęste futerko

Chłopiec zaczął beczeć i protestować. Wczepił się paznokciami w moją spódnicę i nie chciał jej puścić za żadne skarby. Krzyczał, że Doktor Miau jest straszniejszy niż Buka.

– Nonsens – pouczyłam syna. – Bądź dzielny. Za tydzień idziesz do szkoły, nie możesz bać się koteczka.

Przy pomocy pani Katarzyny uwolniłam się od syna. Ona położyła nogę na framudze drzwi i ciągnęła go za ramiona, a ja pchałam czoło Hubercika jedną ręką, a palce drugiej starałam się wsadzić mu do oczu. Katasia złapała go za uszy i po chwili nasze starania zakończyły się sukcesem. Dziecko odczepiło się ode mnie i upadło na podłogę. Doktor Miau przyglądał się tej scenie z zaciekawieniem rozszerzonymi źrenicami. Nigdy wcześniej nie zauważyłam jak intensywnej pomarańczowej barwy były jego oczy. A może raczej ślepia? Chwilę ocierał się o nogi mojego syna, a następnie zaczął lizać go po policzku.

Wyszłyśmy. Natychmiast zatrzasnęły się za nami drzwi, po chwili usłyszałam odgłos klucza przekręcającego się w zamku, zgrzyt zakładanego łańcucha, miauczenie kota i ciche łkanie dziecka.

Zeszłam na dół i wstąpiłam do państwa Kutscherów. Dałam małemu trzy żetony na salon gier, a on obiecał, że pozwoli mojemu synowi grać jutro Jari Litmanenem w kolejnym wielkim podwórkowym meczu Ajaxu Amsterdam z Juventusem Turyn.

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: