polskie centrum bizarro

„Żerowisko” by Kazimierz Kyrcz Jr i Adrian Miśtak

In Opowiadania on Wrzesień 23, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNieczęsto, ale bywa że na paskudne łamy trafiają i redaktorzy portalu/serwisu/bloga/………./wpisz wedle uznania. Tym razem do Waszych czujnych ocząt wędruje Żerowisko – kontynuacja Nie tylko kochankowie przeżyją, który to tekst można przeczytać w antologii City 3. Można, a nawet warto, niewykluczone, że wręcz trzeba… ale nie żeby był przymus. ZROZUMIANO? NIE MA PRZYMUSU! No, to już wszystko wiemy ;-). A zatem… gotowi?

Nie, nie jesteście gotowi! Nie łudźcie się… Nikt nie jest gotowy.

Ale spróbować warto. Rzecz jasna na własną odpowiedzialność. Zapraszamy Was do lektury nowiutkiego tekstu sprokurowanego przez Kaza Kyrcza Jr. i Adriana Miśtaka!

Żerowisko

 

Po pokonaniu Godzilli, co zresztą okazało się bułką z masłem… Zaraz, zaraz, chcecie wiedzieć jak Kornelia i Wojtek tego dokonali? Prościzna. Wystarczyło poczekać aż zmęczony tratowaniem wsi i pomniejszych miast potwór ułoży się do snu na Błoniach. Później podkraść się, znaleźć usytuowany na czubku jego – nieistotne czego – zawór, odkręcić i spuścić. Powietrze, rzecz jasna.

Zaś po tym jak gumowa powłoka Godzilli odleciała w kosmos, wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

No, może nie wszyscy, ale nie uprzedzajmy faktów.

***

Okrzyknięci mianem bohaterów narodowych i zaopatrzeni w sowite odszkodowania za straty moralne, Wojtek z Kornelią wreszcie zyskali czas i warunki, żeby oddać się temu, co naprawdę ich kręciło. Znaczy się rozkoszom. Cielesnym.

Przez następny tydzień nie wychodzili z kawalerki Wojtka, wypróbowując wszystkie znane i kilka nieznanych ludzkości pozycji. Nie przejmowali się przy tym ciszą nocną czy jakąkolwiek inną, co doprowadziło do tego, że sąsiedzi złożyli przeciw nim pozew zbiorowy.

Szybkość działania rodzimych sądów jest powszechnie znana, nasi bohaterowie mogli więc spać spokojnie. Idylla zapewne trwałaby jeszcze długo, gdyby nie pewien drobny szczegół. Otóż, choć Wojtkowi stosunkowo szybko udało się trafić na punkt A swej oblubienicy, dotarcie do punktu G przysporzyło mu nie lada problemów.

B znalazł dwie fałdki dalej, Ć szturchnął prześlizgując się obok twardego jak on sam C. Trafił na resztę alfabetu, na jery co zanikły przed stuleciami, na Ą i Ę, X, Y i Z, jakąś arabską literkę, która uciekła z Nekronomikonu, ale po G nie było ani śladu! Pocił się i męczył. Biodrami wywijał tak szaleńczo, że niejedna instruktorka zumby oblałaby się rumieńcem wstydu. Bezskutecznie, wszystko na darmo. Zaangażował wibrator, dildosa i kij baseballowy po wujku Fredzie z Ameryki, którym piłeczki obijał zawodowo, jednak i to nie pomogło. Po kolejnych dniach bezowocnych poszukiwań, załamał się: usiadł i zapłakał. Doszedł bowiem do wniosku, że punktu G jego lubej nie znaleziono by nawet w celi Trynkiewicza.

***

W pompującym krew i tłuszcz sercu Kornelii wzbierał czarny ogień goryczy – jakim to sposobem najatrakcyjniejsza absolwentka AGH nie dostała jeszcze wisienki na torcie? Na nic zdały się tłumaczenia Wojtka, że łechtaczka skryła się zbyt głęboko pod kochanym ciałkiem i nawet mrówkojad jęzorem nie sięgnął (kiedy go oddawał, musiał dopłacić stówkę w zoologicznym, bo zwierzak wymagał natychmiastowej pomocy medycznej, a także serii sesji terapeutycznych). Nie pomogło wyjaśnianie, że nawet w USA nie ma ligi z większymi kijami. Kornelia była zła na swego wybranka – najpierw ją uwiódł, a teraz nie umiał dać jej rozkoszy na jaką zasługiwała. Rozkoszy, która sprawiłaby, że jej cellulit drżałby jak morze pieszczone wiatrem. Rozkoszy…

Stało się jasne, że Wojtek nie jest tym surferem, który umiałby wbić się na jej bladożółtą falę i sunąć po niej aż po horyzontu kres.

Toteż nie myśląc wiele i nie żałując, że nie dogoni „Mody na sukces”, podczas tysiąc sto siedemnastego stosunku wepchnęła mu rękę w odbyt, chwyciła za jelito i wytargała przez dupę. Krew, gazy i niestrawione resztki pokarmu wydostały się na zewnątrz. Te ostatnie wpadły w wiatrak delikwenta, który niedawno udało im się naprawić. Krew zbryzgała sufit, wiatry zaś wstrząsnęły okiennymi szybami, wprawiając je w dźwięczny rezonans. Wojtek zawył w niebogłosy. Łapczywie chwytając powietrze w płuca, zdołał jeszcze wrzasnąć „Ratunku!”, po czym umilkł na wieki. Sąsiedzi już nie reagowali, przyzwyczajeni do kilkunastu takich deklamacji co noc. Sprawdziło się więc stare, polskie przysłowie, które głosi: nosił wilk razy kilka, póki mu garnuszka nie zajebali. Tak umarł Wojtek, z ręką ukochanej kobiety grzęznącą w jego anusiu, nieoczekiwanie spełniając swoje dziecinne marzenie o byciu Kermitem z Muppetów. Może nie wyglądał jak pluszowa żaba, ale w tej właśnie chwili miał identyczny system obsługi.

A co ze sprawczynią tego drastycznego mordu?

Stała się kolejną ikoną tabloidowej opery mydlanej?

Została zesłana do łagru za Uralem albo do więzienia o zaostrzonym rygorze?

Gdzie tam!

Wymiar sprawiedliwości mógł ją cmoknąć w wentyl (gdyby takowy posiadała, rzecz jasna). Otóż zdiagnozowano u niej syndrom stresu bojowego, będący jakoby następstwem walki z Godzillą.

Zadano jej serię standardowych pytań, na które nawet nie musiała udzielać odpowiedzi, no i puszczono wolno.

Zdruzgotana takim obrotem spraw, przedwcześnie owdowiała Kornelia ruszyła na miasto… Żeby odreagować na wyprzedażach i promocjach „wszystko za piątaka”? Skądże znowu!

Ruszyła na żer.

***

Znów przekonała się, że łatwiej powiedzieć niż zrobić. Otóż pomimo statusu heroiny, jaki nadał jej miłościwie panujący wojewoda małopolski, gdy tylko przekraczała progi pubów, knajp, restauracji, gospód czy choćby najpodlejszych osiedlowych barów, męska część klienteli natychmiast je opuszczała. I to w tempie przypominającym ewakuację Titanica.

Kornelia nie zrażała się jednak tymi drobnymi niepowodzeniami. Postanowiła zmienić taktykę. Trzygodzinna burza mózgów (co prawda miała do dyspozycji raptem jeden, lecz na szczęście obdarzony osobowością mnogą) zaowocowała wnioskiem, że kluczową kwestią jest takie osaczenie ofiary, by nie zdołała jej uciec.

***

W akademiku, Olimpem zwanym, non-stop bal jak u Mickiewicza: „Jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanki, swawola, heeej!”. No dobra, może nie jedzą, bo to studenci, czyli grupa o ograniczonych potrzebach egzystencjalnych. Typki, które piramidkę Masłowa mają w głębokim poważaniu.

Maciek nie znał dewizy o wronach i krakaniu. Po którymś (ej, spokojnie, to opowiadanie pełne szczegółów, ale po takiej przeprawie pewnie też nie pamiętalibyście po którym) dniu balangi postanowił więc odnaleźć własny rytm, biegając po meandrach i zakamarkach parku Jordana. Do poukładania miał sporo spraw i wiedział, że ani wóda, ani kolejny szczypiący w gardło joint, ani nawet Zuzka z polibudy o policzkach rozciągniętych tak bardzo, że przypominała chomika, nie pomogą mu w tym. Ba, będą tylko zawadą. Maciek przewalił trzy egzaminy i dopiero co otrząsał się z dzikiego, pijackiego cugu w którym postanowił wzorem Nicka Cage’a z „Zostawić Las Vegas” zalać i zaćpać się w trupa. Na początku wpadł w panikę: „Co ja, kurwa, robię? Ojciec mnie zabije!”. Potem zaś pomyślał, że i tak jest już martwy. Zbudzona z przymusowej śpiączki natura filozofa podpowiedziała mu, że dekadenckie zdychanie nie jest dla niego. Toteż opuścił gniazdo rozpusty, żeby joggingując pojednać się ze swym rozumem.

Rytmiczne przebieranie nogami uświadomiło studenciakowi jedno. Że jeśli nie przyniesie tatusiowi w zębach ciężko wypracowanego dyplomu prawniczego, to srogi wpierdol będzie jego najmniejszym problemem… Tak, zdecydowanie potrzebował sznura. Nie musiał być mocny, wszak chłopak ważył niewiele ponad sześćdziesiąt kilogramów i na upartego powiesiłby się na pasku od spodni, gdyby takowe posiadał. Niestety dwa dni wcześniej Zuza odgryzła mu klamerkę, argumentując radośnie, że to dla niej pestka z masłem.

Życie, ach, życie… Jego romantyczny koniec jawił się Maćkowi na bulwarowej barierce, z jednym butem porzuconym na brzegu Wisły. Wtedy jeszcze nie wiedział, że pedałuje wprost w poch… w paszczę zupełnie innego przeznaczenia, a fatum rzeczywiście na niego czekało.

Z lepką strużką śliny ciągnącą się aż do kostek.

***

Sądziła, że kolesiowi zwisa glut z nosa. Kiedy jednak przyjrzała się dokładniej, okazało się, że to kolczyk… Wyobraziła sobie, że ta metalowa kulka harcuje po jej intymnościach i z miejsca zapałała do chłopaka otchłanią życzliwości. Musiała go posiąść, niezależnie od ceny. W jej bojlerowej pompie zrodziła się pewność, że tym razem strzał będzie trafiony. Że ma ptaszka (możesz traktować to jako metaforę, ale my rozumiemy to dosłownie) w garści! Odrzuciła nonszalancko włosy – wytrzepując przy tym wszy i garść łupieżu, którą żule z ławki obok uznali za mannę i zaczęli wsuwać przepijając denaturatem – i otoczyła delikwenta. Nie pytajcie jak udało jej się dokonać tego w pojedynkę. Uwierzcie nam na słowo.

Obie pary warg rozwarły się pożądliwie, zatrzepotały, zamlaskały i wydobył się z nich głos tak głęboki i szatański, że słysząc go Regan z „Egzorcysty” ze wstydu schowałaby się pod kołdrę i nie wychyliła do rana.

Pewna siebie Kornelia wyłożyła kolesiowi karty na stół:

– Cześć, słodziutki! Dziś jest piątek trzynastego, więc albo dasz mi rozkosz trzynaście razy, albo będzie to twój pechowy dzień. Twój ostatni pechowy dzień…

Tym razem obok kolczyka faktycznie pojawił się długi glut, po czym z oczu faceta ciurkiem popłynęły łzy. Był przerażony niczym dziecko, które zgubiło się w supermarkecie. Nawet gorzej, na wybiegu pełnym rozszalałych słonic. Zaczął ważyć słowa – tu nie chodziło o Wisłę albo Cracovię i pięćdziesięcioprocentową szansę odgadnięcia prawidłowej odpowiedzi, lecz o gorące Morze Różowe, które otwierało się przed nim jak przed żydowskim pochodem.

Oto bowiem nastał czas prawdy.

Poradzi sobie czy nie?

Przetrwa?

***

Maćkowi wydawało się, że mijane budynki chyboczą się na wietrze. W duchu dopingował je nawet do tego, by uwolniły się z fundamentów i jakimś cudownym zrządzeniem losu zabrały go ze sobą. Gdzieś, gdzie nie znajdzie go Monstrualna Samica, jak nazwał ją zarówno ze względu na rozmiary, jak i gargantuiczną chcicę, przy której kurwiki Renaty Beger były ledwie tycimi drobinkami, pyłem właściwie.

Krocząc po znajomych, w większości popękanych płytach chodnikowych, żegnał się z dotychczasowym życiem, ba, z życiem w ogóle. Nigdy nie miał problemów z erekcją, lecz zerkając bojaźliwie na swą porywaczkę, czuł, że jego wacek zwija się w pozycję embrionalną i planuje emigrację wewnętrzną. A to nie wróżyło najlepiej w kontekście zaspokojenia tej… tej… której imienia nie zdążył jeszcze poznać.

Właśnie! Maćkowi przypomniały się wyczytane w poradniku zakładnika rady, by podczas fazy pojmania wykazać chęć pełnej współpracy, zachować dobrą atmosferę, przede wszystkim zaś doprowadzić do tego, że porywacz dostrzeże w tobie człowieka.

– Eee… Jak ci… – wydukał ostrożnie – na imię?

Przekonał się, że w wymyślonym ad hoc planie istniały pewne niedociągnięcia. Jako kobieta czynu, Kornelia nie była bowiem zainteresowana konwersacją. Zamiast odpowiedzi po prostu zarzuciła go sobie na ramię, na dobrą minutę pozbawiając tchu.

Niedoszły prawnik pojął, że gra wstępna wcale nie musi polegać na wzajemnym wyświadczaniu sobie drobnych i większych przyjemności. Przez chwilę rozważał zmianę taktyki i żebranie o litość, jednak wydobywające się z trzewi porywaczki gniewne pomruki przekonały go, że w ten sposób mógłby sobie co najwyżej zaszkodzić.

Raz kozie śmierć – pomyślał, w akcie desperacji wymierzając jej silny hammerfist w plecy. Dokładnie taki, jakim Najman pokonywał przeciwników w klatce! Miał nadzieję, że zgruchocze jej krzyże. Pech chciał, że trafił w jeden z licznych gejzerów pryszczowych. Silny cios spowodował białą erupcję i w sekundzie oblicze Maćka poczęło wyglądać jak jedna z pięćdziesięciu twarzy Greya.

Chwileczkę, pomyłka. Jak twarz Sashy Grey pod koniec romantycznego filmu z pięćdziesięcioma facetami. Tak, teraz się zgadza.

Zrezygnowany Maciek dał się ponieść fali tłuszczu.

Kornelia pędziła jak oszalała. Aplikacja na telefon pokazałaby już pewnie z tysiąc spalonych kalorii, gdyby nie fakt, że po drodze wyrywała przechodniom jedzenie z rąk i wpychała sobie w usta. Mlaszcząc i międląc, plując okruszkami z kebabowych bułek – co spowodowało, że pędził za nią peleton gołębi – gnała przed siebie, niczym superszybki ślimak znacząc trasę śluzem. Nie powiemy skąd kapał. Niech będzie, że to sosik z fast-foodów.

Otaczające teren magazynów ogrodzenie z blachy falistej nie powstrzymało Kornelii. Staranowała je, nawet tego nie zauważając, po czym wdarła się do jednego z magazynów z impetem rozwalając zasunięte drzwi. Dysząc spazmatycznie, cisnęła Maćkiem na kupę gnijących w rogu pomieszczenia materaców.

– Ej, spokojnie, bo kręgosłup mi pęknie – jęknął.

– Jak penis stoi, to giry stać nie muszą! – ryknęła uwodzicielsko. – Ściągaj sztany, maleńki! Dziś twój szczęśliwy dzień!

Kurwa, szczęśliwy dzień byłby, jakbym zdążył się powiesić – pomyślał Maciek, rozglądając się desperacko w poszukiwaniu czegokolwiek, co pomogłoby mu odeprzeć atak szalonej samicy, gdy nagle…

– Ekmm, bolec to bolec, ale nam kobietom lepiej z patelnią, nie sądzisz? – Z mroku magazynu wyłoniły się trzy kobiece postaci. W poświacie księżycowego światła, sączącej się przez małe okienka pod sufitem, wyglądały jak bohaterki najpopularniejszego anime z lat 90. Wykorzystywały nawet ten sam układ choreograficzny. Wyginały się i prężyły dziko – dwie z tyłu, liderka z przodu. Całość zamykała się w schemacie trójkąta. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że pokraki wydawały się żywcem wyjęte z freakshow dla ubogich.

– Kim jesteście?! – wycedziła przez zęby zdezorientowana i wkurzona Kornelia, której gorące wargi sromowe skwierczały już jak bekon na patelni, nie mogąc doczekać się młodego studenciaka. Trzy kobiety wydawały się jednak niewzruszone jej wrogą postawą. Z uśmiechem samicy alfa, przez który prześwitywała czarna dziura po siekaczach, liderka powiedziała zawadiacko:

– Feminijkami!

– Chyba fembijkami – oburzyła się druga.

– Lesbijistkami! – zaprotestowała trzecia.

Jedyną rzeczą, jaka kiedykolwiek łączyła Kornelię z Maćkiem, była kompletna dezorientacja w tej właśnie chwili. Gapili się na członkinie seksualnego cyrku z rozwartymi ze zdumienia szczękami.

– Ehh – wykrzyknęła triumfalnie liderka – feministycznymi lesbijakami! Oto czym jesteśmy!

– I ten, no… yyy… co wy tu robicie? – spytała Kornelia, czując, że oto grunt usuwa jej się spod nóg, zaś romantyczny nastrój pryska jak… jak… Nieważne.

– Odbudowujemy tęczę, maleńka! Tylko ciii… To zostanie naszym małym sekretem, tylko ty i my, dobrze? – Szefowa seks-komanda zatrzepotała rzęsami, wzbijając przy tym tumany kurzu.

– E… Po co wam ta tęcza? – Kornelia wyraźnie chciała ugrać jeszcze trochę czasu, żeby przemyśleć dalsze działania: atakować, uciekać, czy ruchać. Maciek siedział cicho, zastanawiając się jak tu dać drapaka.

– Po co? Ty się pytasz po co? Postawimy ją na Rynku Głównym! Kraków znów będzie stolicą. Stolicą całej Europy! Homo-stolicą! I nawet ten dziad w muszce, co siedzi teraz w Brukseli, nie przeszkodzi lesbijskim feministkom… Ale, ale kochana, wróćmy do tematu. My tu gadu gadu, a płyn do szorowania schnie na patelni! – Wyszczerzyła niepełne uzębienie i przez lukę, która dla Kornelii i Maćka wyglądała jak małe wrota do piekła, wysunęła rozdwojony jęzor.

W tym momencie Kornelia wzdrygnęła się i podskoczyła. Przed oczami stanął jej bowiem obraz sprzed lat, gdy była jeszcze zwykłą, ohydną, kijem-nie-tykalną dziewicą. Oblała się rumieńcem. Czerwoną plamą o wielkości, która dla normalnego człowieka oznaczałby śmiertelną utratę krwi. Przestąpiła z nogi na nogę, przypominając sobie swój pierwszy orgazm osiągnięty za pomocą masowania łechtaczki żelazkiem. Jeden raz, tak wspaniały, że aż wyparty ze świadomości w odruchu samozachowawczym, by nigdy później za nim nie zatęskniła.

– To… To gdzie macie tego pieska?

– Pieska? – zdziwiły się femini… femino… lesbo… zwał jak chciał.

– Pieska! Miałam kiedyś takiego dużego i włochatego – rozmarzyła się Kornelia. – Taki słodziak, taki piękny! Staruśki już był i ślepy, ale rybki lubił jak żaden! No więc pewnego dnia pomyślałam, że skoro szuka jedzonka na węch, to…

– Dobra! Prosimy, skończ… – Dziwaczne trio było zaszokowane, Kornelia zaś zbita z tropu, że jej przerwano.

– Nie mówimy o tym, my tu same sobie… Wiesz… Bez piesków, tylko nasze języki.

Maciek nie wytrzymał i puścił soczystego pawia, zalewając pół magazynu – podłogę, regał z pornolami i stare materace. „Kurwa” – jęknął, gdy resztki jego obiadu spływały po celulitowych nogach Kornelii.

– Aleś ty, chłopcze, niegrzeczny! Byłabym o tobie zapomniała, bad boyu! – wrzasnęła rozochocona samica i wtedy… wtedy to się stało.

Od ścian magazynu donośnym echem odbiło się szczęknięcie. Słabe, jakby wyrwane z gardła psiny, której życie mocno dało w kość (tak, w kość, a nie kości). Oczy wszystkich obecnych zwróciły się w kierunku drzwi wejściowych, w których stała na czterech łapach i z uniesionym ogonem duża, włochata postać.

– Ktoś rzygnął rybą, czy mogę wylizać? – przemówiła psina metalicznym, ludzkim głosem.

Kornelia upadła na kolana – co na sekundę podrzuciło wszystkich z ziemi, powodując tąpnięcie przez które za rok tsunami spustoszy Kalifornię – i zalała się potokiem łez.

– Psino… Piesku mój, to naprawdę ty?

– Tak, to ja, luba Kornelio – odpowiedział pies, podchodząc nieco bliżej. Dopiero wtedy okazało się, że jest on pół-zwierzęciem, pół-cyborgiem. W miejsce oczu wszczepiono mu implanty, które jarzyły się neonową czerwienią.

– Co oni ci uczynili? – Głos grubaśnej właścicielki drżał tak bardzo, że aż blacha na dachu zaczęła rezonować.

– Uratowali mnie, kochanie… Uratowali.

– Ale… ale jak?

– Po naszym pamiętnym dniu wyskoczyłem przez okno. Po robocie tak bardzo chciało mi się pić, że nie mogłem wytrzymać. Ciągnęło mnie do Wisły. Zaraz po skoku wpadłem pod ciężarówkę i zginąłem. Na szczęście była to rządowa ciężarówka, która zabrała mnie prosto do laboratorium. Nasz wspaniały premier tak przejął się mym losem, że odebrał wszystkim pieniądze, by mnie ratować. Dzieci umierały z głodu w sierocińcach, w szpitalach pacjenci daremnie czekali na przeszczepy… Pozamykano szkoły, powypuszczano bandziorów, zrujnowano gospodarkę. Wszystkie pieniądze wydali, żeby o mnie zadbać! Popatrz co dzięki temu osiągnęli. Stworzyli Uniwer-psialnego Żołnierza, który myśli, mówi i ma język potrafiący poruszać się z prędkością tysiąca obrotów na minutę! Chcesz spróbować? To dar narodu dla ciebie, wybawicielko świata!

***

Maciek zrozumiał, że zawalenie studiów i powrót do domu nie są najgorszymi rzeczami, jakie mogą się człowiekowi przytrafić. Zrezygnował z powieszenia się nad Wisłą, postanowił opowiedzieć ojcu o swoich marzeniach i podążać tą transparentną ścieżką. Aż szkoda, że zamiast mu wybaczyć, staruszek dźgnął go sześć razy widłami trójzębnymi, co daje razem osiemnaście dziurek w korpusie i kupę zmarnowanego, zbryzganego krwią siana.

Kornelia natomiast zaszyła się gdzieś z jedyną istotą, która potrafiła ją zaspokoić – robo-psem. Słuch po obojgu zaginął, lecz wśród krakowskich studentów pojawiła się legenda, że jeśli w kraju będzie się działo źle… to znaczy, że dalej rządzą te same osoby.

Zaś feministki i lesbijki, zarówno w tym opowiadaniu, jak i w życiu – pogadały, pogadały, a i tak niczego na lepsze nie zmieniły.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: