polskie centrum bizarro

„Druga szansa” by Istvan Vizvary

In Opowiadania on Październik 14, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtJest takie stare powiedzenie: „Koza nie gadzina, teściowa nie rodzina”. Mamusie naszych kochanych żon określamy różnymi epitetami, w większości tymi niezbyt cenzuralnymi. Zasłużenie czy nie, teściowe kojarzą się z czymś strasznym, od czego należy się trzymać z daleka. Co innego naleśniki. Naleśniki lubi prawie każdy. A co ma jedno wspólnego z drugim? O tym przeczytacie w opowiadaniu, które prezentuje znany i lubiany (nie tylko u nas!) Istvan Vizvary.

Bon apetit!

 

h

Druga szansa

h

 

Moja teściowa uwielbia naleśniki i wszystko, co w cieście naleśnikowym. Dlatego na siedemdziesiąte trzecie urodziny postanowiłem zafundować starej cholerze naleśnikowe SPA.

Na stronie zamow-jajo.pl zamówiłem trzy strusie jaja – mamusia uwielbia ekstrawagancję i zbytki. W pobliskiej piekarni odkupiłem po cenie hurtowej siedemnaście kilo mąki razowej. Nie oszukujmy się – terminy przydatności do spożycia zawsze są podawane z całkiem sporym zapasem. Mleko zostało mi jeszcze z zeszłego roku – akurat wczoraj znalazłem klucze do piwnicy. Mieszadło do cementu zwyczajnie zakosiłem z budowy. Nie ma to jak trochę adrenaliny o poranku, jak mawiał mój pan od prac ręcznych, dawno temu w zawodówce.

Wrzuciłem do wanny tyle składników w proporcji trzy kilo mąki na jedno jajo, żeby zostało jeszcze jakieś sto dwadzieścia litrów wolnego miejsca. Jak znalazł, wyporność najdroższej z wiedźm. Mieszadło poradziło sobie z przygotowaniem ciasta, jak gdyby nie było prostszej sprawy na świecie. Wyobraziłem sobie naleśnik o powierzchni dwudziestu  tysięcy megapatelni kwadratowych i uśmiechnąłem się sam do siebie.

Czasem zastanawiam się, skąd bierze się magia, która wiąże w tajemniczy sposób wydarzenia sprzed dziesięciu lat z tymi mającymi dopiero nadejść. Nigdy dotąd nie rozumiałem impulsu, który po drodze na lotnisko we Wrocławiu kazał mi przystanąć przy sklepie dla pasterzy i hodowców. Równo dziesięć lat temu. Teraz okazało się, że elektryczny poganiacz do bydła, smętnie zbierający od tak dawna kurz, wreszcie do czegoś się przyda.

– Agatki nie ma? – to były pierwsze i ostatnie słowa mamusi w jej tegoroczne urodziny.

Na szczęście upadła na twarz, więc mogłem po prostu zamknąć za nią drzwi. Nie było łatwo ją przekroczyć, ale zawsze to prościej, niż przekonywać jakiegoś wścibskiego sąsiada, że wszystko gra i zawsze tak się witamy.

Prawdę mówiąc, najpierw pomyślałem, że głupio wsadzać kogoś w ubraniu do wanny, ale kiedy zabrałem się do rajstop, pozbyłem się uprzedzeń. Zawsze bałem się żylaków, a to, co zobaczyłem tamtego dnia do dziś śni mi się po nocach.

Ciągnąłem staruchę przez przedpokój przez dwadzieścia najdłuższych minut mojego życia. Szpilki, dzięki którym osiągała swoje wyjściowe metr pięćdziesiąt zahaczały wciąż o progi i inne elementy wyposażenia, falbaniasta spódnica co rusz podwijała się, ukazując mi widoki rodem z poradnika medycyny domowej, a na dokładkę cały czas bałem się, że źle dobrałem moc rażenia i kobieta po prostu ocknie się, robiąc wrzask, jak zwykle, kiedy coś nabroję.

Kiedy wreszcie zataszczyłem mój słodki ciężar do łazienki, życie rzuciło kolejną kłodę pod moje nogi. Nie wiedziałem, jak przerzucić cielsko do wanny, nie powodując powstania fontanny naleśnikowego ciasta, na którym potem mógłbym się pośliznąć, co pewnie skończyłoby się wybiciem zębów o glazurę. W końcu, przy pomocy naprędce skleconego urządzenia z rozkładanej drabiny, donicy z palmą oraz sznura do bielizny umieściłem goblina w kąpieli.

Przyznaję, kilka wcześniejszych dni zastanawiałem się, skąd wziąć odpowiednio ogromną frytownicę. W końcu jednak poszedłem po rozum do głowy i zastosowałem tak zwaną metodę Ławrykina: jeśli koń nie chce ciągnąć wozu, niech wóz ciągnie konia. Dlatego zaopatrzyłem się w przenośną grzałkę przemysłową z demobilu. Jedną z tych wykorzystywaną przez producentów kawy rozpuszczalnej do odparowania wody. Sprawdziłem już wcześniej na mniejszym modelu, że fantastycznie zapieka pełen kubek naleśnikowego ciasta w ciągu dwóch minut. Teraz też musiało zadziałać. Zahaczyłem urządzenie o brzeg wanny i wcisnąłem przycisk startu.

Przygasły światła. Po łazience rozszedł się przyjemny zapach przypiekającego się ciasta i grzybów. Przez chwilę zastanawiałem się, czy stara nie przyszła prosto z grzybobrania, ale w kwietniu to chyba mało prawdopodobne. Kiedy spostrzegłem, że grzałka dotyka stóp matki mojej żony, było już za późno – mleko się rozlało, jak powiedziałby mój wujek z Anglii. Co gorsza, moich uszu doszedł niepokojący bulgot. Obróciłem się  i zamarłem. Szeroko otwarte oczy mojej kochanej mamusi sugerowały, że coś jest nie w porządku. Może coś ją swędziało i nie mogła się podrapać, sparaliżowana setką tysięcy woltów? Jednego byłem pewien – nie mam zamiaru zanurzać ręki w naleśnikową breję. Jedyne, co przyszłe mi do głowy, to skrócić jej cierpienia. Sięgnąłem paralizator i zanurzyłem w gęstniejącej, białej cieczy.

To było trzy godziny temu. Od tamtej pory siedzę w fotelu w salonie i oglądam jakiś kryminał z satelity. Ponieważ i tak nie znam holenderskiego, nie skupiam się w ogóle na filmie i mogę spokojnie myśleć: kim teściowa była dla mnie, kim dla mojej żony i co Agatka powie, kiedy wróci w końcu z pracy na drugą zmianę? Na szczęście ciężar paralizatora na podołku wypełnia mnie ciepłym spokojem. Składników wystarczy mi jeszcze na jedną porcję ciasta. Co więcej, tym razem nie zapomnę nasmarować farszu przecierem pomidorowym.

To właśnie nazywa się dostać drugą szansę od losu.

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: