polskie centrum bizarro

„Światło, które…” by Rafał M. Skrobot

In Opowiadania on Październik 28, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNie błyśniemy oryginalnością, twierdząc, że Święto Zmarłych jest jedynym świętem, które będzie kiedyś dotyczyło nas wszystkich… Niestety, dotyczy już naszego nieodżałowanego kolegi Rafała M. Skrobota. Uczcijmy jego Pamięć czytając ten niewielki objętościowo, lecz obfitujący w treści tekst.

Niech ten jeden raz smutek zagości na nasze łamy.

Światło, które zaskoczyło pana Wątrobowicza w ciemnej uliczce w drodze z pracy do domu

Aegri somnia

Ostatnim etapem, jaki pokonywał p. Wątrobowicz w drodze z pracy do domu, była wąska uliczka (223 m), którą chyba ktoś ciężko dowcipny nazwał imieniem Arystotelesa. Pokonanie tej niewielkiej odległości było o tyle utrudnione, że dziwnym zrządzeniem losu, zapewne spowodowanym niedopatrzeniem architektów, pozbawiono ją latarń, a co za tym idzie oświetlenia. Na jakiekolwiek nikłe światła z okien nie było co liczyć, bowiem budynki po obu stronach uliczki im. Arystotelesa od dawna przeznaczone zostały na rozbiórkę, tak więc nikt w nich nie zamieszkiwał. Póki co jednak domy stały, zrujnowane i grożące zawaleniem. Nawierzchnia uliczki czerniała dziurami. Właściwie stanowiły ją same dziury, obrębione kruszącą się koronką pięćdziesięcioletniego asfaltu.

Przebycie tej niewielkiej odległości nie należało do rzeczy przyjemnych, oj nie.

Wejściu w mrok uliczki im. Arystotelesa towarzyszyło ciężkie westchnięcie, które odruchowo wydobywało się z płuc p. Wątrobowicza, i myśl o tym, że wolałby jeszcze przez godzinę jechać zatłoczonym tramwajem, niż pchać się w tę obrzydliwą ruinę (p. Wątrobowicz miał okazję obejrzeć uliczkę za dnia i była ona dokładnie tak obrzydliwa, jak wyobrażał sobie wieczorem po ciemku).

W piątek przed weekendem p. Wątrobowiczowi jak zwykle dopisywał dobry humor, więc w ten piątek starał się nie myśleć o niczym nieprzyjemnym i po prostu raźnym, aczkolwiek nie pozbawionym ostrożności krokiem skręcił w Arystotelesa z zamiarem pokonania tego nieudanego odcinka miasta tak szybko, jak tylko się da. Po latach marszruty tą trasą nabrał wprawy i fatalna nawierzchnia rzadko potrafiła go zaskoczyć. Niegdyś przewracał się średnio 20 razy na tydzień, teraz ta liczba zmalała do 0,1.

Gdy dotarł już do połowy drogi, niespodziewanie oślepiło go światło tak mocne, że automatycznie zasłonił oczy, noga osunęła mu się do jednej z dziur i padł na wznak, tłukąc się boleśnie. Gdy odsłonił oczy i ostrożnie uchylił powieki, światło z końca ulicy przygasło, lecz trwało. P. Wątrobowicz wstał z ziemi, odruchowo otrzepał płaszcz i równie odruchowo zaczął iść w stronę jasności. Wiedział tylko jedno – światło to nie miało nic wspólnego z elektrycznością. Szedł dalej i czuł się dziwnie lekki, jakby pozbył się balastu ciała.

*

– Moje najszczersze kondolencje, pani Wątrobowiczowa – powiedział zasępiony p. Żółwik, kolega z pracy śp. pana Wątrobowicza.

– Dziękuję – chlipnęła zapłakana wdowa.

Po pogrzebie, gdy wszyscy wolnym, żałobnym krokiem wychodzili z cmentarza, pan Żółwik westchnął do siebie:

– Przynajmniej nie cierpiał – i dodał niepewnie: – Pęknięcie tętniaka. W mózgu. Nie, to z pewnością śmierć na miejscu. Nie mógł cierpieć.

Pan Żółwik ruszył do domu, który mieścił się na uroczej i schludnej ulicy im. Arystotelesa.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: