polskie centrum bizarro

„Czarny album” by Hubert Jarzębowski

In Opowiadania on Listopad 25, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtMetallica wydała nową płytę.

Hubert Jarzębowski napisał nowe opowiadanie.

Co ma jedno do drugiego?

Przekonajcie się sami.

Paskud i cała niedobroliterkowa ekipa twierdzą zgodnie, że warto!

 

Czarny Album

 

W barze Forte nie działo się prawie nic, czyli odrobinę więcej niż zwykle. Pan Mariusz, barman, zwany tutaj pieszczotliwie Bufetowym, niechcący niemal odrobinę zrewolucjonizował stosunki panujące w barze, w którym ostatnia większa zmiana zaszła jakieś pół roku przed atakiem na World Trade Center.

Wówczas to wystrój baru wzbogacił się o tabliczkę informującą, że toaleta dla gości jest bezpłatna, natomiast pozostali użytkownicy zobowiązani są do uiszczenia opłaty w wysokości pięćdziesięciu groszy.

Pamiętam dobrze 11 września 2001 roku… Dla mnie osobiście był to bardzo ważny dzień, gdyż jestem zapalonym melomanem, a dokładnie wtedy premierę miał album zespołu Slayer.

Siedziałem sam przy stoliku w kącie baru, sączyłem piwko i słuchałem na walkmanie świeżo zakupionej kasety zatytułowanej God Hates Us All, naprzemiennie kręcąc nosem i kiwając głową z uznaniem. Stali klienci – słynna Loża Szyderców – okupująca Bar Forte od otwarcia (zawsze punktualnie o piętnastej) do zamknięcia (upadek ostatniego klienta), każdego dnia od późnych lat osiemdziesiątych umierali ze śmiechu. Tabliczka dopiero co (ledwie kilka miesięcy) zawisła na drzwiach kibla i wciąż jeszcze pozostawała najgorętszym tematem rozmów bywalców baru, aż tu dziwnym zbiegiem okoliczności Talibowie rozpieprzyli World Trade Center.

– Dałeś im sygnał do ataku, Mario, ha, ha, ha – śmiali się do rozpuku z dowcipu, który jak się okazało, mieli powtarzać każdego dnia do mniej więcej połowy listopada, a Pan Bufetowy nic nie odpowiadał, bo zaczął ignorować tych starych pierdzieli już w okolicach 1997 roku, ograniczając się do nalewania im piwa, czyszczenia kufli i wywlekania na dziedziniec, gdy któryś się zanadto zmęczył.

Był zwykły listopadowy wieczór, a my siedzieliśmy w Forte na stałych miejscach. Loża Szyderców przy barze, barman za barem, ja samotnie w kącie, a nieliczni przypadkowi goście tylko zaglądali do środka, odwracali się na pięcie i wychodzili napełniwszy nozdrza niepowtarzalnym klimatem tego miejsca. Halny dopiero zaczynał grozić nadejściem, miasto tonęło we mgle i spokoju, aż tu nagle Pan Mariusz podszedł do stojącego na zakurzonym pianinie boomboxa i wcisnął stop.

Kaseta przestała grać, umilkły wszystkie szumy oraz trzaski i wnet jedynym odgłosem w barze było szumienie much na zapleczu i te dziwne, trudne do wytłumaczenia hałasy wewnątrz rur.

– Kurwa, Mario, słuchałem tego! – obruszył się Inspektor, siedzący od kilku godzin nad kolorową gazetą otwartą przedwczoraj na stronie z reklamami pończoch i warzyw.

– Właśnie! Za chwilę miało polecieć „Nothing Else Matters” – zawtórował mu Hans. – Ja tą piosenkę nawet umiem zagrać na gitarze. Znaczy tylko początek, ale nie ważne, czekałem na to z utęsknieniem.

– Pan Mariusz z pewnością wyłączył muzykę z jakiegoś bardzo ważnego powodu. Pozwólmy mu się wytłumaczyć. – zwrócił mu uwagę Gęba, najbardziej otwarty umysł spośród wszystkich członków Loży Szyderców.

– Mario, nie pierdol i włącz z powrotem kasetę z wężem – pojednawczo zaproponował Inspektor. – Ona brzmi jakby tam grało sto gitar.

– Dupa tam, sto gitar – żachnął się Życie Człowieka. – Grają dwie gitary, a ta trzecia to szum kasety. Poza tym kaseta jest zdarta, dźwięk faluje i ma jakieś pogłosy. Dolicz jeszcze do tego głosy, które słyszysz przez delirikę i wyjdzie ci łącznie sto, ale generalnie to gówno prawda. Życie człowieka jest skurczykonisko ciężkie.

On jeszcze nie doceniał powagi i doniosłości sytuacji. Inspektor jako pierwszy zaczął odczuwać niepokój:

– Mario, włączże muzykę z powrotem. Czuję się jakbym był gdzie indziej. W innym miejscu.

Bufetowy westchnął ciężko.

– Wiecie, kiedy włączyłem tę cholerną kasetę? Dokładnie dwadzieścia pięć lat temu, wy pokryte kurzem bęcwały. Ćwierć wieku temu.

– Panie Bufetowy, zwycięskiej drużyny się nie zmienia – próbował przebłagać barmana Hans. – Dobrze nam było z tą Metalliką? Dobrze! No to na chuj jakieś tu rewolucje kuchenne wprowadzać. Szczególnie na chwilę przed „Nothing Else Matters”.

– Wiesz ile razy, Hans, słyszałeś w tym barze „Nothing Else Matters”? – ofuknął go Bufetowy. – Dziewięćdziesiąt jeden tysięcy dwieście pięćdziesiąt. I to nie uwzględniając tych wszystkich razy, kiedy udało ci się wymusić, żebym przewinął ci kasetę i puścił jeszcze raz. Syn Inspektora, który się urodził tydzień później, już skończył studia, a ty wciąż słuchasz tego pierdolonego „Nothing Else Matters”!

– Ale jak nie „Nothing Else Matters”, to co ma tu lecieć? – zaniepokoił się Życie Człowieka. – Skoro zawsze była Metallica, to myślałem, że zawsze będzie Metallica…

– Mój syn skończył studia? – mruknął do siebie absolutnie zdezorientowany Inspektor.

– Jak nie da się po dobroci, to będę zmuszony użyć siły – zagroził Hans.

– To rusz się i wciśnij play – rzucił ironicznie Pan Bufetowy.

Hans badawczym wzrokiem spojrzał na oddalony o dwa metry odtwarzacz. Nie wstając ze stołka wyciągnął rękę w jego stronę. Nie dosięgnął. Wpatrywał się chwilę gniewnie, a to w boomboxa, a to we własną dłoń. Ręka go zawiodła. Cały świat go zawiódł. Rzucił Panu Bufetowemu spojrzenie z rodzaju „ja ci jeszcze kurwa pokażę”, zasępił się i wrócił do powolnego sączenia rozgazowanego piwa.

– Życie człowieka jest skurczykonisko ciężkie… – trafnie skomentował całą sytuacje Życie Człowieka.

Po tej sentencji wszyscy zamilkli, gdyż co tu jeszcze zostało do dodania? Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Stare czasy nie wrócą, nie ma się co oszukiwać.

Mario zmywał ladę ścierką do podłogi, na zapleczu brzęczały muchy i wydawało się, że wszyscy pogodzili się z nową sytuacją, a nawet przyzwyczaili się do niej.

Jakby Czarny Album Metalliki nigdy nie istniał.

– Wiesz co, Mario? – przerwał ciszę Inspektor. – Jakbym nie musiał być w pracy, to bym poszedł do domu. Nalej mi jeszcze jedno piwo.

Inspektor jako jedyny członek Loży Szyderców przesiadywał w Forte służbowo. Był właścicielem położonego jedną ulicę dalej lokalu gastronomicznego, a dokładniej budki z hot-dogami, w której w charakterze sprzedawcy zatrudniał niejakiego Kapsla, który również był pijakiem, ale mniej szykownym, gdyż nie stać go było na codzienne przesiadywanie w barze i musiał zadowolić się piciem w budce. Praca Inspektora polegała przesiadywaniu w Forte i dokonywaniu kilku telefonicznych inspekcji budki dziennie, w celu sprawdzenia, czy Kapsel nie jest aby zbyt najebany, żeby sprzedawać hot-dogi i ewentualnych interwencjach, jeśli podejrzenia w stosunku do pracownika okazywały się słuszne. Temu właśnie zajęciu zawdzięczał pseudonim Inspektor (poza tym był emerytowanym ubekiem).

Nastała końcówka listopada, więc po mieście nie kręcił się praktycznie żaden turysta, ani koneser hot-dogów (ci ostatni zresztą budkę Inspektora zazwyczaj omijali szerokim łukiem) i stan Kapsla był pracodawcy kompletnie obojętny.

W Forte siedział wyłącznie z powodu wrodzonej pracowitości oraz wpojonego przez rodziców poczucia odpowiedzialności.

Gęba, Hans i Życie Człowieka natomiast męczyli się w cichym barze Forte tylko dlatego, że nie mieli nic innego do roboty i żadnego miejsca, gdzie mogliby pójść. Zresztą, podobnie jak Inspektora, kompletnie ich ta cała Metallica nie obchodziła.

Jedyne, co było dla nich ważne, to, żeby zawsze było tak samo.

Gdyby przed ćwierćwieczem Pan Bufetowy puścił w barze kasetę z szantami, świętowaliby dziś srebrne gody słuchania „Morskich Opowieści”. Zawsze jednak leciała płyta z wężem, więc jak może nie być płyty z wężem? Życie człowieka jest skurczykonisko ciężkie, ale w sumie to do wszystkiego idzie się przyzwyczaić, więc nie protestowali zbyt aktywnie.

Jak się okazało perfidne wyłączenie Czarnego Albumu na dosłownie kilka sekund przed jubileuszowym, dziewięćdziesiąt jeden tysięcy dwieście pięćdziesiątym pierwszym odsłuchem „Nothing Else Matters” nie było jedynym policzkiem, który Pan Bufetowy miał wymierzyć członkom Loży Szyderców tego wieczoru.

Gdy pierwszy szok rozszedł się trochę po starych kościach stałych bywalców Forte, Pan Mariusz podszedł do stojącego na nigdy nieużywanym pianinie boomboxa i nacisnął jakiś przycisk u góry ustrojstwa. W powietrze wzbił się tumanek kurzu i wszyscy zgromadzeni przy barze zaczęli kaszleć. Gdy kurz opadł, ukazała się rozdziawiona paszcza odtwarzacza płyt kompaktowych.

– My przez ten cały czas mieliśmy tu odtwarzacz CD? – zdumiał się Gęba, najbardziej otwarty umysł Loży Szyderców.

Wśród reszty członków nad zaskoczeniem zdecydowanie przeważał niepokój, przeradzający się w leciutkie przerażenie.

– Panie Bufetowy, co… Co pan robi? – zapytał cieniutkim, piskliwym, łamiącym się głosem Inspektor.

– Ty… Ty… Ty chyba nie chcesz… – zaczął Hans, ale reszta pytania ugrzęzła mu w gardle, gdy zobaczył, że domyślny Pan Bufetowy uśmiecha się tajemniczo, kiwa głową i szuka czegoś w torbie.

– Mario, ty chcesz puścić inną płytę! – wrzasnąłem z mojego stolika w kącie baru i niemal podskoczyłem.

Byłem bardzo podekscytowany. Siedziałem w Forte codziennie, z wyjątkiem jednego feralnego dnia, od dnia mych osiemnastych urodzin 15 marca 1997 roku i Czarny Album zdążył mi się już mocno osłuchać. Niby słuchałem w domu – z komputera – całej muzyki świata i zdarzało mi się w znudzeniu przesłuchiwać po dwadzieścia, trzydzieści płyt dziennie, ale to nie było to samo. Dom to dom, a drugi dom to drugi dom.

Pan Bufetowy włożył kasetę do boomboxa na sześć lat przed rozpoczęciem mej rezydentury. Nigdy nie słyszałem w Forte żadnej innej piosenki niż ta parszywa dwunastka, zawarta na piątej płycie Metalliki.

Cieszyłem się jak dziecko. Dokładnie tak jak wtedy, kiedy kupowałem pierwsze pirackie kasety na bazarze. Jak w czasach, gdy zaczynała się moja melomańska pasja.

– Dokładnie! – potwierdził moje przypuszczenia, a ich obawy Pan Mariusz. – Przechodziłem dziś rano koło sklepu muzycznego i wiecie, co tam zobaczyłem na wystawie?

W głosie Bufetowego pobrzmiewało szyderstwo, pomieszane z poczuciem wyższości, ale również ciekawością jaką wywoła reakcję.

Nikt nie wiedział, więc wszyscy po prostu milczeli, smyrając dłońmi zimne kufle.

Mario zamaszyście wyciągnął płytę z torby i wzniósł ją ku niebu, dokładniej zaś w stronę sufitu baru Forte, przybierając pozę Mojżesza ukazującego Żydom tablice z boskimi przykazaniami na górze Synaj.

Chociaż nazwa zespołu była znajoma, nic innego się nie zgadzało. Wszystko przeczyło tradycji i szydziło z prawa naturalnego.

Choćby kolor okładki… Zamiast czerni jakaś przygnębiająca, ironiczna biel. Zamiast węża, jakieś powykrzywiane, złośliwe mordy. Nawet logo, chociaż wciąż czarne, to jednak jakieś takie nie takie, jak trzeba, gdyż trochę inne, niż było.

– Życie człowieka jest skurczykoni…

Życie Człowieka, gdyż on to był, nie zdążył dokończyć swej sentencji, gdyż przerwał mu dziki okrzyk Hansa:

– Mario, co to kurwa, jest?!

– Nowa płyta Metalliki – odpowiedział Pan Bufetowy ze stoickim spokojem pyrrusowego zwycięzcy.

Mnie wytłumaczenie nie było potrzebne. Wiedziałem, co Pan Bufetowy dzierżył.

Wybaczcie ten nieco sentymentalny, ale konieczny wtręt. Zależy mi na tym, żebyście to jedno o mnie wiedzieli. Muszę się z wami podzielić tymi kilkoma informacjami, nawet kosztem dramaturgii opowiadania (zresztą tego typu wtręt jest potrzebny, gdyż groza tamtej nocy ma charakter ponadczasowy, nie chcę byście ją czuli wyłącznie dzięki mojemu ogromnemu talentowi do opowiadania i związanym z tym sztuczkom, ale byście byli władni ją odczuć nawet pomimo nudnych dygresji).

Kocham Metallikę. Kocham i nawet nie zdajecie sobie sprawę, jakiej odwagi cywilnej wymaga to wyznanie. To nie jest jakieś tam byle jakie, standardowe „trudne” wyznanie w rodzaju „tatusiu, jestem gejem”, „babciu, nie jestem gejem – jestem prawicowcem”, lub też sztampowe „tak, to ja zabiłem i rozpuściłem w beczce z kwasem pańskiego pierworodnego syna”.

Co gorsza – nie tylko kocham Metallikę, ale się tego nie wstydzę. Już od dwóch miesięcy śledziłem w internecie wszystkie doniesienia związane z „Hardwired… To self-destruct”, gdyż tak nowa płyta jest zatytułowana.

Zaglądałem na stronę zespołu, czytałem wywiady, poszukiwałem po ruskich serwerach przecieków ze studia nagraniowego, śledziłem wpisy na wszelkich możliwych portalach społecznościowych.

Dwa miesiące temu ucieszyłem się jak dziecko, gdy wyszedł teledysk do piosenki tytułowej.

Gdy pojawiła się druga piosenka „Moth into Flame” – upiłem się z radości i powtórzyłem tę czynność przy okazji następnego teledysku – „Atlas, Rise!”.

Znaczy – nie żebym się nie upił i bez tego, pewnie dokładnie tak bym zrobił, ale zamiast pić na smutno, piłem na wesoło, a rzadko mi się to zdarza w tych parszywych czasach.

Trzech opublikowanych piosenek słuchałem w kółko przez około tydzień, skacząc po domu, machając głową, grając na powietrznej gitarze i nie zważając na reakcje sąsiadów, rodziny, przyjaciół i znajomych, choć wiem, że wszyscy oni woleliby mieć do czynienia z gwałcicielem roślin lub ocieraczem się o ludzi w metrze, niż miłośnikiem Metalliki.

Zgrałem sobie owe trzy hity nawet na telefon i słuchałem w Forte na słuchawkach przy moim stoliku w kącie, denerwując się i psiocząc na przebijające się odgłosy Czarnego Albumu.

Dwa dni temu zespół ogłosił, że nagrał teledyski do wszystkich piosenek na płycie i będzie je publikował w internecie co dwie godziny.

Byłem tak rozemocjonowany, że zdecydowałem nie iść do „Forte”!

Nie spałem całą noc, nerwowo odświeżając przeglądarkę, z nadzieją, że to właśnie ten moment, gdy na metallica.com pojawi się nowe wideo.

Wytrzymałem do rana i zobaczyłem wszystkie teledyski.

I co? Jak ostatnia gapa zapomniałem dzisiaj pójść do sklepu po płytę!

Zostałem uprzedzony przez zwykłego Bufetowego. Ja – największy i jedyny prawdziwy fan Metalliki w mieście dałem się ubiec! Zostałem wyprzedzony i wyrolowany, pobity i upokorzony. Spuściłem nos na kwintę.

Atmosfera w barze zrobiła się tymczasem naprawdę napięta.

– Ja wychodzę! – zagroził Hans, złapał dwoma rękami za ladę i zrobił ruch, jakby miał podnieść się ze stołka.

– Po pierwsze, nie wyjdziesz, bo nie masz dokąd pójść, a po drugie, to żadna groźba, bo i tak mnie nie obchodzi czy tu siedzisz, czy nie… Przechodziłem rano koło sklepu muzycznego i zobaczyłem tę płytę leżącą na wystawie i postanowiłem, że ją kupię i przyniosę do baru, bo ile można słuchać bez przerwy Czarnego Albumu? Dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat – okej. Ale dłużej? Panowie, nie róbmy sobie jaj. Sam odczuwam niepokój, ale… Czasem trzeba coś zmienić i ja zrobię to dzisiaj.

Hans zamarł w bezruchu i najwidoczniej się rozmyślił i postanowił zostać w Forte, gdyż puścił ladę, zgarbił się i nieco sflaczał.

– Panie Mariuszu, czy pan jest pewien, że chce pan puścić tę płytę? – zapytał grzecznie Gęba, najbardziej otwarty umysł w Loży Szyderców. – Przecież jej nie znamy. Pan również. Ona może nas wszystkich zaskoczyć.

– To przecież Metallica – żachnął się Bufetowy. – Co może zaskoczyć w Metallice?

– No niby nic – potwierdził Gęba. – Sam pan jednak rozumie. Na płycie mogą być motywy, których nie słyszeliśmy, albo takie, które już słyszeliśmy, ale w innej kolejności. Inne zwrotki, inne refreny. To wszystko może budzić dyskomfort.

– I sprawić, że życie człowieka będzie jeszcze cięższe, a przecież już jest ciężkie skurczykonisko…

– Przyzwyczaicie się – mruknął oschle Bufetowy. – Jesteście jak karaluchy. Puszczam nową Metallikę, a komu się nie podoba, ten może się przenieść do innego baru. Ha, ha – innego baru u nas w mieście.

Nikt nie spodziewał się tak potężnej dawki ironii u tego, bądź co bądź, poczciwego człowieka.

Najgorzej napiętą sytuację zniósł Inspektor.

Był on, jako właściciel dobrze prosperującego punktu gastronomicznego, w sytuacji ciągłego zagrożenia życia. Dlatego też nigdy rozstawał się z bronią, którą otrzymał w prezencie od państwa, przechodząc na emeryturę i która była mu niezbędna do obrony budki przed wyimaginowanym niebezpieczeństwem ze strony włamywaczy i całkiem realnym ze strony Kapsla.

Wyciągnął pistolet i wymierzył lufę w Pana Bufetowego.

– Jeżeli puścisz tę płytę, to cię zabiję!

Mario poczuł dreszcz przechodzący po kręgosłupie. Co prawda Inspektor mierzył już w niego kilka razy i groził śmiercią, nigdy jednak nie był przy tym tak trzeźwy. Bufetowy położył ostrożnym ruchem płytę na zakurzonym pianinie koło boomboxa, czekającego na nią z rozdziawioną paszczą.

– Zadowolony? – zapytał.

– Jeszcze nie – odpowiedział Inspektor. – Włóż z powrotem kasetę i puść Hansowi „Nothing Else Matters”. Ten biedak na to zasłużył… albo odstrzelę ci przysłowiowe jaja i kutasa!

Postanowiłem interweniować. Stanowczo, ale w granicach przyzwoitości

– Uspokój się, człowieku! – krzyknąłem zza mojego stolika w kącie baru. – „Hardwired” to świetna płyta. Co ci szkodzi, że poznasz w swoim życiu kilka piosenek więcej? I to nowych, z roku 2016. Wiesz, że teraz jest taki właśnie rok, a ty jesteś emerytem, czy ci się wydaje, że wciąż są lata dziewięćdziesiąte, a ty na emeryturę masz dopiero zamiar przejść?

Inspektor odwrócił się w moją stronę i zmierzył mnie wzrokiem.

– A w ogóle to kim ty, kurwa, jesteś? Nigdy cię tu nie widziałem!

– Przecież on tam siedzi, przy tym pierdolonym stoliku, od 1997 roku… – warknął Bufetowy. – To jeszcze wcześniej niż zawiesiliśmy tę tabliczkę na kiblu. Powinieneś go kojarzyć. Przesiadujecie w jednym pomieszczeniu od dziewiętnastu lat, na litość boską. Nawet taki debil jak ty, powinien go już zauważyć, chociaż siedzi w kącie.

– No, dobrze, raz czy dwa cię tu widziałem, młody – przyznał ponuro Inspektor, a słowa jego zabrzmiały jak ostrzeżenie przed powodzią. – Nie zastrzelę cię, bo jesteś tutaj nowy, ale musisz pamiętać, że w tym barze panują pewne zasady i musisz je poznać, zanim się zaczniesz wtrącać do rozmów starszyzny.

– Ja tu siedzę od dzie-więt-nas-tu lat – oburzyłem się na takie protekcjonalne traktowanie. – I to codziennie.

– Nieprawda – zauważył Hans. – Przedwczoraj cię nie było.

Szorstką wymianę zdań przerwały otwierające się drzwi baru – zjawisko dość niezwykłe, gdyż wszyscy stali klienci zazwyczaj przychodzili do Forte punktualnie o piętnastej, a niestałych klientów nie było w ogóle (z wyjątkiem mnie, gdyż przez mój krótki staż i przedwczorajszą nieobecność starsi koledzy z Loży Szyderców za takiego właśnie weekendowego wojownika mnie uważali).

Wraz z podmuchem jesiennego wiatru weszła do baru drobna, krucha, zgarbiona postać z malutkim pieskiem na smyczy. Właściciel.

Inspektor błyskawicznie schował spluwę i uśmiechnął się głupkowato.

– Dobry wieczór, panie Wacławie – powiedzieliśmy wszyscy jednocześnie.

Oczywistym było, że w obecności Właściciela musimy grać do jednej bramki i być jak kochająca się, stuprocentowo męska rodzina.

– Dobry wieczór, panowie – przywitał się Właściciel i ruszył na obchód składającego się z jednego pomieszczenia baru. – Co tu tak cicho? Przecież „forte” znaczy głośno… W barze Forte nie może panować cisza jak w sarkofagu Agamemnona…

Wymieniliśmy zakłopotane spojrzenia.

Musieliśmy wymyśleć przekonujące wytłumaczenie dla krępującej ciszy w barze Forte. Na szczęście nie musieliśmy się spieszyć, gdyż Właściciel na ogół nie był zainteresowany tym, co mówią do niego inni ludzie.

Był to spokojny i dobrze sytuowany mężczyzna na zasłużonej emeryturze (a jeśli nawet również ubek, to co z tego?). Lubił wygłaszać monologi, spacerować z rękoma za plecami, rozwiązywać krzyżówki i bawić się ze swoim pieskiem, Fortissimo. Co takiego człowieka mogły obchodzić opinie pijaczków przesiadujących w równie podrzędnej spelunie, co bar Forte? Tyle, co zeszłoroczny śnieg zapewne. I na szczęście nie obchodziły za grosz, więc zamiast odpowiadać za pomocą półprawd oraz zwykłych kłamstw, postanowiliśmy szlachetnie milczeć.

Właściciel zrobił drugie pełne kółko dookoła knajpy, ignorując każdego po równo (nauczył się tej sztuki w PZPR), Fortissimo natomiast zainteresował się nogawką moich spodni i z dużą namiętnością odgryzł spory ich kawałek.

Pan Wacław zaszczycił mnie spojrzeniem. Opuścił okulary i z łagodnym uśmiechem spoglądał przez chwilę, a to na moją niedogoloną twarz, a to na moją owłosioną łydkę.

– Kim pan jest? – zapytał grzecznie. – Nigdy tu pana nie widziałem…

– Już pan go widział raz czy dwa. On siedzi przy tym stole od 1997 roku – przedstawił mnie ostrożnie Pan Bufetowy.

– Oo! – zdumiał się Pan Wacław. – Prawdziwy Świeżaczek. Jak te pluszaki, które tak lubi moja prawnuczka. Witamy zatem w naszym barze! Niech się pan tu czuje jak u siebie w domu.

– Ja tu siedzę od dziewiętnastu lat – powiedziałem nieśmiało. – Tutaj, przy tym stoliku.

– Przedwczoraj pana nie widziałem, a proszę mi wierzyć, mimo wieku wciąż jestem bardzo spostrzegawczy i w pełni władz umysłowych – uciął moje wytłumaczenia Pan Wacław. – Mniejsza o to. Byłem rano na spacerze z Fortissimo i przechodziłem koło sklepu muzycznego. Wiecie, czego się dowiedziałem, patrząc wystawę? Człowiek uczy się całe życie. Że ta wasza Metallica wydała nową płytę.

Wszyscy wzięli głęboki wdech i przestali na chwilę oddychać. Taki zbiorowy odruch nerwicowy, trudny do wytłumaczenia.

– No właśnie! – Pan Wacław uniósł palec do góry, w stronę nieba, dokładniej zaś sufitu baru Forte. – Ja za bardzo nie słucham muzyki młodzieżowej, obliczonej na szybką sławę, poklask i zdobycie popularności, wolę muzykę prawdziwie ponadczasową, taką jak Mozart, Alibabki czy też piosenki z dalekiej przyszłości, które puszczają mi istoty pozaziemskie podczas naszych tajemnych spotkań w Dolnie Chochołowskiej, ale zwróciło mą uwagę, że ze wzmiankowanej wyżej okazji sklep urządził smakowitą przecenę na metalliczne płyty kompaktowe, żądając dokładnie dziewiętnastu złotych i dziewięćdziesięciu dziewięciu groszy za jedną i pomyślałem, że właśnie dokładnie jedną wam kupię, a dokładnie tą, co ją tak lubicie, czyli tą z wężem, którą tu ostatnio Pan Bufetowy tak często puszcza.

Wypuściliśmy powietrze i zaczęliśmy oddychać na nowo. To też odruch nerwicowy, ale dużo łatwiejszy do wytłumaczenia niż poprzedni.

– Choć trudno w to uwierzyć, jest rok dwutysięczny szesnasty, mili panowie, a my nie jesteśmy młodzi, lecz wręcz przeciwnie – ciągnął swój monolog Pan Właściciel, wciąż z podniesionym dla animuszu i nieprawdopodobnych wprost efektów retorycznych palcem. – Płyty patefonowe, niestety, odeszły już do lamusa. Kasety magnetofonowe również przestają powoli cieszyć się popularnością Trzeba pogodzić się z nieubłaganym upływem czasu. Technologia idzie do przodu. Dzisiejsze dzieciaki wymagają od nagrania jakości, którą może zapewnić jedynie płyta kompaktowa, stworzona z plastiku, zupełnie jak Pinokio. Kaseta brzmi archaicznie i staromodnie, dźwięk faluje, wszystko szumi i, nie bójmy się tego sformułowania, „pryka”, a nawet, jeśli mi wybaczycie tak mocne słowo, „pierdzi”. Jeśli natomiast nie wybaczycie, to zostaję przy słowie „pryka”. Z tego też powodu kupiłem wam za moje własne pieniądze, tożsame z pieniędzmi, które wydaliście w Forte wy, płytę z wężem, żebyście mogli jej słuchać w moim, czy też raczej naszym, barze i czuć się jak u siebie w domu, czy też raczej u nas w domu, skoro przed chwilą stwierdziłem, na całe szczęście jedynie metaforycznie, że bar Forte jest nasz, a nie wyłącznie mój, chociaż tak naprawdę jest mój i tylko mój i wara wam od niego, parchy!

– Dziękujemy – podziękowaliśmy zgodnym chórem. Dla miłośników tego typu smaczków psychologicznych dodam, że członkowie Loży Szyderców podziękowali entuzjastycznie, a Ja (napisało mi się z dużej litery – narcyzm czy niepotrzebna uprzejmość?) i Pan Bufetowy przez zęby.

– Panie Mariuszu, niech będzie pan taki miły i puści tą piosenkę, która jest taka ładna. Wie pan którą, bo to jedyna ładna piosenka na tej pełnej niepotrzebnego hałasu płycie.

Pan Bufetowy przejął od Pana Wacława płytę i z entuzjazmem człowieka idącego na ukrzyżowanie wsadził ją boomboxowi do paszczy. Przycisnął siedem razy przycisk „następna piosenka” i z głośników popłynęła wirtuozerska gitarowa introdukcja „Nothing Else Matters”.

Właściciel uśmiechnął się błogo.

– Cudowna piosenka, przywodzi na myśl pełną miskę ostudzonego do umiarkowanej temperatury wyśmienitego, waniliowego budyniu…

Powyższa metafora nie zdążyła jeszcze na dobre poruszyć naszych serc i wyobraźni, a tu Pan Właściciel znienacka ogłosił mrugając okiem, że nie będzie nam już dłużej zakłócał delektowania się pięknem muzyki, zawołał pieska Fortissimo, pożyczył dobrej nocy i wyszedł ze swojego, czy też raczej naszego, baru.

Po sekundzie wrócił jednak i wzniósłszy palec ku sufitowi baru Forte (a w szerszym kontekście w stronę niebios) rzekł:

– Ach, skoro tak panowie kochacie tą Metallikę, to któryś z panów powinien wykazać inicjatywę, spakować do tobołka spluwę i natychmiast polecieć do Stanów Zjednoczonych, by wpakować w autora tej ładnej piosenki kilkanaście kulek, tak, by zabić go na miejscu i pozwolić, by jego mózg rozbryzgnął się po całych schodach jakiegoś luksusowego hotelu dla snobów. Pytacie: dlaczego? Znaczy słyszę, że nikt o nic nie pyta i słuchacie mnie milczący i bezwolni jak pacynki, ale dla lepszego efektu chciałem użyć jakiegoś krótkiego pytania sugerującego, że ma tu miejsce dialog, a nie monolog podstarzałego narcyza. Mniejsza o to. Pytacie: dlaczego?, i choćbyście nawet nie pytali, nawet w duchu, odpowiem dlaczego. Bez tego typu retorycznej zbrodni za byle dwa, trzy tysiąclecia nikt o tej waszej kochanej Metallice nie będzie pamiętał. A jeśli ktoś z was się ośmieli? Zespół przejdzie do legendy! Tej samej, co Bitlesi, Juliusz Cezar, Abraham Lincoln i Adolf Hitler. Za dwa tysiące lat wszystkie rodzące się z probówek, nieposiadające płci i narodowości dzieci gatunku homo futuris metallicus będą znały Metallikę i od przedszkola będą się uczyć grać tą ich najładniejszą piosenkę na jakiś sterowanych komputerem, chujowych instrumentach przyszłości i śpiewać ją przez syntezatory mowy, straszliwie tęskniąc do naszego świata, tego z którego my chcemy uciec w zamierzchłą przeszłość. I wygłaszam tu moje własne, prywatne poglądy, a nie opinię moich przyjaciół z dalekiej przyszłości, z którymi potajemnie spotykam się w zakamarkach Doliny Chochołowskiej. Ach, gdyby tylko któryś z panów miał jaja… Każdy człowiek żyje po to, by wypełnić specjalną misję, którą otrzymał od Boga. Jedni szybko dochodzą do tego, czym ona jest, inni marnują całe życie w brudnych i przygnębiających spelunach. Być może któryś z panów otrzymał misję przemienienia Metalliki w legendę, ale jeszcze o tym nie wie lub wie i ignoruje to bezczelnie? Nie mówię tutaj do pana, panie Bufetowy i pana, Panie Inspektorze, gdyż panowie są w pracy, ale do tych trzech młodzianów, szczególnie tego nowego. Do dzieła! Skoro nie umieją panowie stworzyć niczego sami, niech chociaż spróbują się przyczynić do budowania legendy innych mężczyzn. Prawdziwych buhajów takich jak ja, Fortissimo i muzycy Metaliki. Żegnam!

Wygłosiwszy ową osobliwą mowę motywacyjną i odwróciwszy się na pięcie, a następnie trzasnąwszy drzwiami, Pan Właściciel wyszedł.

Przez godzinę z hakiem zupełnie nikt się nie odezwał. Milcząc apatycznie siedzieliśmy nad pustymi kuflami słuchawszy Czarnego Albumu.

Ani się nie obejrzawszy, dźwięki „Nothing Else Matters” ponownie wypełniły jedyne pomieszczenie baru Forte, równie nieubłaganie, jak słońce, które wschodzi każdego ranka, czy tego chcemy, czy nie chcemy.

– … trust I seek and I’m finding you – zawodził James Hetfield.

– To znaczy „życie człowieka jest skurczykonisko ciężkie” – wyjaśnił jego słowa Życie Człowieka.

– To znaczy „kurwa mać” – jeszcze dogłębniej wyjaśnił przesłanie piosenki Pan Bufetowy.

– Wiecie co, panowie… – Hans przerwał kolejny długi okres milczenia. – Ja chyba idę w chałpę. Późno się zrobiło i w ogóle. Czuję się obcy. Wciąż bardziej obcy, nawet mimo tego, że Pan Wacław zapewniał, że jestem współwłaścicielem tego lokalu.

– Też bym poszedł do domu, gdybym nie musiał być w pracy – westchnął gorzko Inspektor. – W ogóle mi się nie podoba ta nowa muzyka. Zbyt czysto to brzmi, sterylnie, niemal plastikowo…

– Sprzedali się – orzekł Gęba, najbardziej otwarty umysł w barze Forte. – Nie da się tego słuchać.

– I te przesłodzone smyczki, ckliwe melodie – dodał Hans.

– Ten zespół to już nie to samo. Ten bar to już nie to samo – pokiwał głową Inspektor.

Sic transit gloria mundi – mruknął Życie Człowieka. – W przekładzie na polski sentencja ta oznacza ni mniej, ni więcej, lecz dokładnie tyle, że życie człowieka jest skurczykonisko ciężkie. Ciężkie jak riff w „Sad but true”. O właśnie! „Sad but true”! Tak się powinien nazywać ten bar, skoro już ustaliliśmy, że jest metaforą naszego życia.

– Nic, kurwa, takiego nie ustalaliśmy – mruknął Inspektor. – Ja tu tylko pracuję.

– To co, wychodzicie? – rzuciłem pytanie w stronę Loży Szyderców.

Pan Bufetowy i wszyscy członkowie Loży Szyderców parsknęli śmiechem.

– Dokąd? – spytał Gęba.

– Ostatni samolot do USA już dzisiaj odleciał – dodał Hans.

– Widać, że jesteś nowy – ocenił Inspektor.

– Puszczę z powrotem tę kasetę – mruknął Bufetowy i natychmiast spełnił obietnicę w sposób bezlitosny.

Już po chwili znów w barze Forte leciał ten sam Czarny Album, co przed chwilą, ale za to w wersji z falującym brzmieniem, wciąż zmieniającą się głośnością wszystkich instrumentów, szumami, trzaskami i „prykaniem”, a nawet „pierdzeniem”, jeśli ktoś akceptuje tego typu grubiańskie słownictwo.

Co gorsza, kaseta rozpoczęła się od „Nothing Else Matters”.

Pan bufetowy nalał każdemu piwa do tych samych kufli.

– Dla takich chwil warto żyć – orzekł Życie Człowieka, wziąwszy solidny łyk piwa. – Nawet pomimo faktu, iż życie człowieka jest…

Niestety, nie dosłyszałem jakie według niego było życie człowieka, gdyż myślami byłem daleko od baru Forte i daleko od Czarnego Albumu, chociaż miejsce to również było poniekąd czarne.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: