polskie centrum bizarro

„The nordic walking dead” by Krzysztof Maciejewski, Magdalena Klapper, Witold Klapper, Aleksandra Maludy, Michał Siemiński

In Opowiadania on Grudzień 9, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtStarzy mędrcy powiadają, że sport to zdrowie. Inni, ci, którzy podczas jego uprawiania doznali kontuzji, twierdzą, że niekoniecznie. Ze sportem bywa różnie, ale niewątpliwie każdemu żyjącemu człowiekowi przydaje się nieco ruchu. Poprawia to krążenie, wzmacnia mięśnie, ponoć i erekcję utwardza oraz wspomaga prostatę. Ekhm, dobra, zagalopowaliśmy się nieco w tych ćwiczeniach…

Ale co z martwymi? Czyż i oni nie muszą zadbać o siebie? Wszak po śmierci proces starzenia się przyspiesza w zastraszającym tempie. Rigor mortis i te sprawy. To wcale nie jest przyjemne. W najnowszym tekście autorów tak wielu, że brakłoby tu miejsca, by ich wymienić, przeczytacie o takim właśnie sporcie dla nieumarłych. Choć w sumie nie. Dla umarłych. Tak chyba brzmi lepiej.

h

The nordic walking dead

h

PROLOG

– Rrrwa mać! – Paweł przeklął na głos, zjeżdżając windą na parter swojego obozu pracy na warszawskim Mokotowie. Kiedy przyszedł do biura (wiele godzin temu), było ciepło, a lekki rześki wietrzyk przeganiał po niebie niewielkie chmurki. Teraz wszystko zasnuwała gęsta lodowata mgła. Pieprzony szef „poprosił” o coś „na wczoraj”. Sukinsyn dobrze płacił, więc Paweł się zgodził. Akurat będzie na ratę kredytu – pomyślał, kiedy odpisywał na niespodziewanego maila. No i tuż po dwudziestej drugiej z mściwą satysfakcją wyłączył komputer. Tylko wieczorny trening poszedł wpizdu… Paweł o niczym innym nie marzył, jak tylko o tym, żeby zdjąć przymięty garnitur, podgrzać kolację i otworzyć schłodzonego Lecha. Dobra, byle do domu.

Przerzucił przez ramię ciężką torbę z laptopem, postawił kołnierz płaszcza, a kostniejące dłonie ukrył w kieszeniach. Odgłos jego miarowych kroków wypełniał niemal opustoszałą ulicę. Jeszcze tylko jedno skrzyżowanie i będzie przystanek. Skręcając, mężczyzna w oddali dostrzegł niewyraźne zarysy kilkunastu osób stojących pod wiatą autobusową. Dziwne, nigdy o tej porze nie było tyle ludzi.

Czyżby znowu zmienili rozkład jazdy nocnego?

Paweł chciał podejść do tablicy informacyjnej, ale na widok współpasażerów stanął jak wryty. „Zlot meneli?” – pomyślał z niechęcią. Ani wygląd, ani hmm… aromat oczekującej na autobus grupy nie zachęcały do bliższej interakcji. Zatrzymał się więc przy krawężniku, by spod latarni obserwować z niepokojem zachowanie milczących podróżnych. Na pierwszy rzut oka niczym nie różnili się od pozostałych przemęczonych życiem warszawiaków. Patrzyli przed siebie apatycznie, w rękach trzymali przygotowane do skasowania bilety lub karty miejskie… Tyle, że nawet najbardziej zalatany korponiewolnik, oglądający blask słońca wyłącznie na wygaszaczu ekranu, nie miał tak niehigienicznej szarej cery i tak hipstersko obszarpanych ubrań.

Poszczególne postacie wykonywały jakieś niezborne ruchy. Na przykład najwyższy z grupy nieudolnie próbował wstawić starszej pani biodro na swoje miejsce. Dookoła leżały porozrzucane kijki. Niektóre wciąż z częściami ciała swoich właścicieli…

– Prze… Przepraszam… Wszystko w porządku? – wydusił z siebie Paweł, niepewny, czy śpieszyć im z pomocą, czy uciekać.

Grupa dziwnych stworów jednocześnie popatrzyła w jego kierunku, porzucając dotychczasowe zajęcia. W tym samym momencie ktoś z tyłu, tuż za nim, dwuznacznie zakasłał…

… I PO PROLOGU

Nad boiskiem Zespołu Szkół Ogólnokształcących imienia Ofiar Wszelkich Represji wisiały ciemne chmury. Chłód jesiennego poranka czuć było w kościach.

– Nie mogę na to patrzeć, stary. Oni w ogóle nie potrafią chodzić – jęknął Olaf z wyraźnym niesmakiem.

Grupka nieumarłych miała rzeczywiście sporo problemów z techniką używania kijków. Większość z nich potykała się bez przerwy, mamrocząc coś pod nosem. Właściwie ani jeden zombiak nie umiał też skoordynować krzyżowo ruchu rąk z nogami.

– Największy koszmar był wtedy, jak się im kijki pomiędzy nogi zaplątywały i robił się karambol na kilka ciał – kontynuował monolog kumpel. – Weź tu poskładaj potem wszystko na swoje miejsce – noga tu, ręka tu, nos tam… I jeszcze dopilnuj, żeby był właściwy! A superglue przereklamowany – ty montujesz najlepiej jak potrafisz, a na pierwszym wirażu i tak na nowo odpada… No paranoja jakaś! Pani Jadzia, co tu sprząta, już trzy razy do dyrektora dzwoniła, że zostawiliśmy bałagan po zajęciach.

– Doszły mnie słuchy o jakiś dramatycznym wypadku tu, na bieżni – wtrąciłem usłużnie. – Nie znam szczegółów.

– No, była afera, jak Grzesiowi po jakieś kolizji ucho odpadło i potem znalazł je pies, wiesz, ten mały owczarek warmińsko-mazurski, co tu często lata. Wszystko by się jakoś może i rozeszło po kościach, ale ta zapchlona cholera zaniosła to przeklęte ucho do domu i położyła pani Jadzi na kolanach. Wyobrażasz sobie Oktawiana merdającego wesoło ogonem i przekrzywiającego łeb z wyrazem typu „Patrz pani, znalazłem. A teraz miiiiziaj”?… No i się zaczęło… Była wizyta u dyrektora placówki na przysłowiowym dywaniku, krzyki, groźby że szkoła odmówi wynajmu boiska i takie tam. A ja nie mogę sobie na to pozwolić, bo na te zajęcia dla nieumarłych wziąłem dotację z Europejskiego Funduszu Zrównoważonego Rozwoju Mniejszości Społecznych i jak zamknę działalność wcześniej, to będę musiał oddać całą kasę. No tragedia jakaś po prostu. Stary, wtedy było tak ostro, że nawet widok dyrektora machającego mi przed nosem tym pieprzonym uchem nie był już dla mnie śmieszny. Ale jakoś się udało. Teraz zawsze mam przy sobie na wszelki wypadek zszywacz tapicerski i spory zapas taśmy klejącej… Paweł! Nie machaj tak tymi kijami! To nie impreza integracyjna ani kajakarstwo!

– Tak to już jest – odparłem. – Dziewięćdziesiąt dziewięć procent zombie trenujących nordic walking robi to nieprawidłowo.

– Ale ja ich przecież szkolę już od paru miesięcy… – martwił się mój druh. – Patrz, no patrz, co oni wyrabiają… Przecież on mu zaraz włoży ten kij do oka! Paweł! Do jasnej cholery! Co ja mówiłem o technice?! Mam ci jeszcze raz prezentację w Power Poincie zrobić, żebyś w końcu zrozumiał?

Wywołany zombiak w obszarpanym garniturze odwrócił się do nas i wyartykułował z siebie jakiś nieokreślony zbiór dźwięków, machając przy tym energicznie rękami. Pewnie to było coś w rodzaju „no, staram się, tylko mi nie wychodzi”, „to nie moja wina, że te kijki nie chcą współpracować!”, albo coś podobnego. Trzeba przyznać, że chłopak rzeczywiście się starał, choć trzy inne osoby, które przy okazji oberwały kijami, nie podzielały raczej tego zdania. Jedną z nich była Meggy.

Nikt nie wiedział, jak faktycznie miała na imię, ale jak pierwszy raz przyszła, to na jej koszulce widniała taka właśnie aplikacja – MEGGY SPORTLINE – i coś tam jeszcze, ale było upaćkane jakąś mazią, więc nie dało się odczytać. W każdym razie Meggy za życia musiała być prawdziwą fanką sportu, choć ćwiczącą nie tylko dla zdrowia. Gubienie zbędnych kilogramów było za życia Meggy jej głównym problemem i – no cóż… – jakby to ująć, pozostało nim do dziś. Poza tym Meggy miała nadzwyczaj ekspansywną osobowość – zarażała nią kropelkowo. Kiedy szła Meggy, kropelki fruwały wszędzie! Na lewo, na prawo, w górę, do przodu! Na szczęcie miała dość mały zasięg, więc nie musiałem się zbytnio obawiać. W każdym razie to był ten typ kobiety, do którego zdecydowanie czuje się dystans. Osobowość Meggy była sfokusowana na jednym nakazie – schudnij! – choć, powiedzmy to sobie wprost: inaczej to działa na zombie, a inaczej na ludzi.

Czy zastanawialiście się kiedyś, co się dzieje z zombie cierpiącymi na ortoreksję? Nie ma się co łudzić – obsesja zdrowego odżywiania, ekorelaksu, crossfitu i jogi za życia musi się odbić na jakości pośmiertnej egzystencji. Warto zdawać sobie z tego sprawę, bo dzięki kropelce osobowości Meggy każdy może mieć do tego świata nieograniczony dostęp.

Jak na świat nowoczesnych bezglutenowych zombie, zajadających wyłącznie tofu i kaszę jaglaną, zareagują żywi? Czy odezwie się w nich duch empatii? Nić porozumienia, która sprawi, że wegezombie staną się nieodłączną częścią naszego społeczeństwa…

„Na razie przyszłość nie rysowała się zbyt różowo” – pomyślałem, wspominając niedawną manifestację. Mieszkańcy stolicy nie podeszli wtedy ze zrozumieniem do trzygodzinnej blokady Powązek i obrzucili nieumarłych chryzantemami. Naprawdę trudno o większą zniewagę.

Snując te niewesołe rozważania, zauważyłem, że po kolizji z Pawłem Meggy zgubiła kolejne kilogramy. Tym razem było to lewe przedramię wraz z kijkiem.

– Nosz, jasna cholera… – zaklął Olaf. – To już trzeci raz w tym tygodniu… Gdzie ten taker?

– Cóż…- wzruszyłem ramionami na widok Meggy tępo wpatrzonej w leżący fragment ciała. – Chodakowskiej z niej nie będzie.

Przyjaciel założył maskę i ruszył naprawić Meggy, a ja przypomniałem sobie pierwsze lekcje.

Najgorsze były właśnie początki. Namówienie żywych nieboszczyków do używania właściwego sprzętu okazało się zaledwie wstępem do dalszych zawirowań – w sensie dosłownym. Podczas nauki rotacji tułowia kilkoro podopiecznych doznało poważnych kontuzji stawów biodrowych. W zasadzie całkiem się im te stawy porozlatywały. Naturalny ruch nie zawsze jest… naturalny. Potem jakoś się rozkręcili. Najbardziej aktywny był Marian. Nawet, jak mu noga odpadła i została w krzakach, to dalej parł do przodu. Ten wyraz zaciętości w jego klekoczącej szczęce pozostanie w mej pamięci na zawsze. To się nazywa hart ducha. No, bo z ciałem, to już zdecydowanie krucho…

Olaf odnosił często wrażenie, że Matka Natura czerpie sadystyczną przyjemność z ciskania mu kolejnych kłód pod nogi. Pomysł z zombiakami nie był bynajmniej jego pierwszą inicjatywą na niwie krzewienia kultury fizycznej. Za każdym razem coś dziwnego torpedowało kolejne przedsięwzięcia. Fiaskiem zakończył się dwutygodniowy obóz siatkówki plażowej dla wampirów, gdy okazało się, że żaden z uczestników nie jest w stanie wytrzymać choćby seta na słońcu. Później demony nie chciały się zapisywać na kurs zumby. Piosenki Donatana i Cleo wydawały się idealnym podkładem do dynamicznych demonicznych choreografii, ale przy słowach „To jest ta gorąca krew” tancerze wpadali w szał. Już po pierwszych zajęciach koszt remontu sali przekroczył wpływy z półrocznych karnetów. Na panewce spaliła również inicjatywa otwartych treningów do wszechstronnego konkursu konia wierzchowego dla wilkołaków. „Stary, to dopiero była jatka!” – wspominał Olaf. Z jeszcze dawniejszych czasów powracały jak zły sen wspomnienia moderowanych opętań w ramach akcji „w zdrowym ciele zdrowy duch”. W każdym razie w Olafie najbardziej ceniłem to, że pomimo tych wszystkich niepowodzeń nie poddawał się. Nawet gdy wydawało się, że to już absolutny koniec, on zawsze podnosił się i znajdował nową grupę docelową.

Kumpel wrócił i położył zszywacz na ziemi.

– No dobra, idziemy dalej, jeszcze dwa okrążenia! – krzyknął. Peleton pomału ruszył dalej, mamrocząc coś pod przegniłymi nosami.

– Jestem pod wrażeniem, stary… Naprawdę się starasz – pocieszyłem coraz bardziej załamanego Olafa. – I wiesz co?

– Wal.

– Dzięki tobie być może całkiem wrócą do zdrowia.

Olaf popatrzył na sylwetki ćwiczących, którym od ściskania kijków skóra obłaziła z dłoni, po czym uśmiechnął się promiennie.

– Tak, masz rację. Jest nadzieja. Może uda się nawet kogoś wystawić do Pucharu Polski. Pewnie jeszcze nie w tym roku, ale za dwa lata… Albo trzy…

 

A ja… No cóż, pomyślałem wtedy smutno, że to wszystko jest kompletnie pozbawione sensu. Po co im te treningi, po co puchary i zawody, skoro w tym świecie są o wiele istotniejsze problemy – jakby nie było, to kwestia życia i śmierci. Niebawem tu przecież wrócę z ekipą.

– Daryl, lecisz już? – spytał mnie Olaf.

Pokiwałem głową, poprawiłem kuszę i wsiadłem na swój motocykl.

h
h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: