polskie centrum bizarro

„Szkarłatne Niebiosa” by Tobiasz M. Sołtyszewski

In Opowiadania on Styczeń 13, 2017 at 6:00 am

niedobreliterkitxtMarzyliście kiedyś o pracy w karetce pogotowia ratunkowego? A może w SOR? Głowę zaprzątały wam kudłate myśli o ratowaniu omdlewających cycatych blondynek metodą usta usta? (Te usta na górze, zboki!).

Tobiasz M. Sołtyszewski skutecznie wybije wam te banialuki z głowy! Okazja ku temu zacna, bo czyż w piątek trzynastego można sobie wyobrazić coś lepszego niż bizarryczną w treści przygodę edukacyjną? Miłej lektury!

h

Szkarłatne Niebiosa

h

Budzik. Znowu ten budzik. Jego dźwięk zawsze kojarzy się z przerwanym snem, wyrwaniem z mniej lub bardziej przyjemnych sennych marzeń. Witany z ulgą, gdy wyciąga nas z objęć koszmaru. Irytujący i skutecznie psujący poranek, gdy akurat wyśniliśmy sobie wymarzone życie u boku partnera idealnego.

W Julii zazwyczaj nie wywoływał szczególnych emocji. Narastający wolno dźwięk gitary w miarę łagodnie wyprowadzał ją ze snu. Nie było to przyjemne, ale i tak lepsze od gwałtownego zrywania się, by szybko wyłączyć jakiś denerwujący dzwonek. Nie rozumiała, dlaczego ludzie często używają jako budzika swoich ulubionych utworów muzycznych. Według niej to było najkrótszą drogą od miłości do nienawiści. Nie trzeba dużo czasu, żeby zaczął on nam się kojarzyć z porannym wstawaniem do pracy, zmęczeniem, niewyspaniem i kiepskim humorem. Mózgu nie oszukasz. Raz próbowała i stwierdziła że i tak o raz za dużo. Słysząc potem ten utwór w radiu od razu czuła w całym ciele wewnętrzny protest.

Odruchowo wyłączyła budzik i przekręciła się na bok. Po chwili zbeształa się w myślach, mogła przecież kliknąć ten cudowny przycisk „drzemka” i przespać jeszcze kilkanaście minut. Nagrzana kołdra zachęcała do pozostania w łóżku. Pozwoliła sobie na przymknięcie powiek. Ogarniające jej ciało rozluźnienie było wręcz odurzające. Gdyby tylko mogła tu zostać jeszcze na parę godzin! Byłoby cudownie…

Nagle odrzuciła przykrycie i usiadła na łóżku. Wystarczy, to nie doprowadziłoby do niczego dobrego. Tłumaczenie się ze spóźnienia do pracy nie należało do najprzyjemniejszych sposobów na rozpoczęcie dniówki.

Wstała zmęczona i zła na siebie za to, że znowu poszła późno spać. Zimna podłoga kąsała jej rozgrzane, bose stopy, gdy szukała kapci. Gdy w końcu je znalazła, nieco już rozbudzona, kontynuowała poranny rytuał, zaliczając kolejne punkty kontrolne — kuchnia, czajnik, łazienka, toaleta, kran, znowu kuchnia, kawa, radio. W czasie, gdy przygotowywała sobie kanapki, radiowy spiker pełnym wigoru głosem informował o zapowiadanej na cały dzień słonecznej pogodzie i polecał wykorzystać ją na spędzenie czasu na świeżym powietrzu. Rety, jak oni to robią, że mają tyle energii o tej godzinie?, zastanawiała się. Mimo ładnej pogody postanowiła jechać do pracy autobusem. Zawsze daje to możliwość na skradnięcie dla siebie kilkunastu dodatkowych minut snu.

Po dłuższej chwili, gotowa do wyjścia, ruszyła na klatkę schodową. Odgłos zamka w drzwiach z czymś jej się skojarzył. Gdy już do niej dotarło co to było, zamarła. Wróciło do niej wspomnienie ze snu. Mechaniczne ramiona trzymające jej nagie ciało nad jamą najeżoną stalowymi zębami, szczękającymi o siebie z metalowym zgrzytem. Nieregularny mechanizm zdawał się doskonale spasowany i pracujący bez przerw. Między częściami widziała grudki zakrzepniętej krwi. Nad nią znajdowało się czerwone niebo, poprzeplatane czarnymi jak fabryczny dym chmurami. W jego centrum znajdowało się wielkie, demoniczne oko wpatrzone w nią wydłużoną źrenicą. Bóstwo pragnęło jej ciała i wypełniającej je krwi.

***

Rytualne szepty, arytmiczne pomruki i głuchy odgłos metalu wdzierającego się w ciało, który palił jego wnętrze, były jedynymi rzeczami jakie pamiętał. Konrad nie potrafił przypomnieć sobie jak znalazł się na ulicy. Po prostu w pewnym momencie wróciła mu świadomość. Maszerował wśród ludzi i mijających go aut. Nie miał pewności, co się z nim działo, lecz w głowie kiełkowała mglista świadomość, że musi zniknąć, usunąć się w cień, byle trzymać się z dala od tłumu. Nie chciał, żeby ktokolwiek zwracał na niego uwagę, nie ułatwiał mu tego jednak jego wygląd. Był niczym skaza na wypielęgnowanej skórze miejskiego życia, składającego się z przechodniów. Blady, naznaczony liniami czarnych żyłek mężczyzna mało kogo pozostawiał obojętnym.

Konrad czuł, że to co nosił w sobie nie jest tylko chorobą, która zniszczy jego samego. To było coś, co realnie zagrażało również ludziom w jego otoczeniu. Ukrywał się pod obszernym płaszczem mimo słonecznej, letniej pogody. Na twarz opadały mu strąki ciemnych, pozlepianych od potu włosów poprzeplatanych siwizną. Stan w jakim się znajdował, sprawiał, że wyglądał na znacznie starszego niż był w rzeczywistości.

Parł przed siebie mimo, że coraz bardziej opadał z sił. Modlił się w duchu, żeby nikt nie zwrócił na niego uwagi. Byle tylko odejść i gdzieś się skryć, powtarzał sobie, ukryć się i umrzeć. Nie chciał być odpowiedzialny za śmierć innych ludzi. Wystarczyło mu, że dał się zniszczyć Im. Tym, którzy obiecali mu moc i władzę. Cholerni kłamcy! Teraz stał się narzędziem. Nie pozwoli, żeby Im się powiodło. Gniew dodawał mu sił. Mimo to nogom coraz trudniej było stawiać kolejne kroki. Jego ciało było przygniatane przez krzyż przeznaczenia, jakim go obarczono.

Nagle przewrócił się, kalecząc sobie dłonie. Kiedy je uniósł, zobaczył wypływającą z nich smoliście czarną krew, która zaczęła kapać na chodnik. Mężczyzna patrzył na to z przerażeniem.

— Proszę pana, wszystko w porządku? — Obok niego znalazła się kobieta. Ledwo ją słyszał. Wszelkie dźwięki otoczenia zagłuszały głosy wciąż rozbrzmiewające w jego głowie.

— Odejdź! Zostaw mnie! — krzyknął, nawet na nią nie patrząc. Drżał na całym ciele i tępo gapił się na swoje krwawiące dłonie. Nie chciał pomocy. Wolałby być niewidzialny, byle tylko się oddalić. Kobieta posłuchała i odeszła wzruszając ramionami. Kiedy w końcu ktoś wezwał pogotowie, Konrad wciąż upadał i podnosił się, idąc dalej chwiejnym krokiem. Potem był w stanie jedynie się czołgać. Gdy karetka dotarła na miejsce, ratownicy podbiegli do niego i próbowali podnieść. Mimo osłabienia szamotał się i wyrywał, gdy ratownicy prowadzili go do karetki.

Wokół zebrało się kilku gapiów, przyciągniętych przez krzyki Konrada. Jedni współczuli mu sądząc, że jest chory. Niektórzy śmiali się, uważając go za wariata, inni zaś nim gardzili, widząc w nim ćpuna i degenerata. Reszta obojętnie obserwowała spektakl urozmaicający im nudną codzienność.

Konrada unieruchomiono, przypinając go pasami do noszy, po czym karetka ruszyła.

— Zostawcie mnie… Nie róbcie tego… Pozwólcie mi odejść… — Nie działały na niego żadne środki uspokajające. Chory wciąż dygotał, powtarzając te same zdania. — Nie rozumiecie… Błagam…

W karetce nie stwierdzono nic poza podwyższonym ciśnieniem i widocznymi zmianami na ciele. Ekipa była pewna jedynie tego, że potrzebował natychmiastowej pomocy ze względu na jego pogarszający się stan. Przeciskając się między stłoczonymi na ulicach samochodami karetka pędziła na sygnale do najbliższego szpitala.

***

Długie strumienie aut płynęły przez jego organizm miasta niczym krwinki rozprowadzające wszędzie życiodajny tlen. Napędzający je ludzie udawali się do pracy, by je zasilić, zaś ci jadący w drugą stronę wracali, by kolejnego dnia powtórzyć proces. Strumień ten był miejscami zaburzany przez korki, lecz były to jedynie nieznaczne anomalie. Miasto było w dobrej formie, takie zatory niczym mu nie groziły i ledwie zakłócały jego funkcjonowanie, opóźniając dostawy towarów lub dojazdy pracowników na miejsce pracy. Potem wszystko wracało do normy, nie pozostawiając w mieście żadnej skazy.

Mimo, że Julia odczuwała zmęczenie, nie była w stanie zasnąć. Wpatrywała się w mijane budynki, ludzi i samochody, opierając się ramieniem o rozgrzaną od słońca szybę. Zazwyczaj drzemka przychodziła od razu, lecz teraz galopujące myśli nie pozwalały jej spać. Krążyły wokół niej jak muchy wciąż siadające na twarzy. Wszystko zaczęło się od wspomnienia jej koszmaru. Pamiętała mechaniczne warczenie, uścisk na nadgarstkach i dźwięki wdzierające się w głąb podświadomości. Nie oglądała horrorów, więc wyobraźnia, nie mając odpowiedniej pożywki, nigdy nie dręczyła jej nocnymi strachami, dziwnymi zwidami czy wrażeniem, że ktoś jest z nią w mieszkaniu. Wszystkie nocne odgłosy tłumaczyła sobie w logiczny sposób, zamiast niepotrzebnie je wyolbrzymiając. Dla niej każdy trzask był albo stygnącym, starym, kineskopowym telewizorem, którego wciąż nie wymieniła na nowszy model, pyszniący się wielkim, płaskim ekranem, nieopatrznie położoną torebką albo jakimś żyjątkiem, które akurat upatrzyło sobie jej mieszkanie za tymczasowe lokum (na szczęście zdarzało to się rzadko). To sprawiło, że tym bardziej nie rozumiała natury swojego snu. Nie potrafiła przywołać żadnych logicznych skojarzeń, które mogłaby z nim powiązać. Słyszała, że sny są wyrazem marzeń, przeżyć lub obaw człowieka, lecz żadne z tych rzeczy nie pasowało do natury jej koszmaru.

Widok przystanku przerwał rozmyślania Julii. Wyskoczyła z autobusu za ostatnim wysiadającym pasażerem i ruszyła w stronę szpitala. Gdy się tam znalazła, ledwie zdążyła się przebrać i musiała przygotować salę dla pacjenta, którego właśnie wiozła karetka. Westchnęła, żegnając się w myślach z perspektywą spokojnego początku pracy, spędzonego na piciu kawy.

***

Ze względu na wciąż pogarszający się stan Konrada, po dotarciu do szpitala przewieziono go prosto na oddział ratunkowy. Oczekujący na przyjęcie pacjenci patrzyli na niego ze zgrozą przemieszaną z ciekawością, on sam wydawał się jednak jeszcze bardziej przerażony widokiem takiej ilości ludzi. Matki z wymiotującymi dziećmi, staruszkowie skierowani na badania, mężczyzna z zakrwawioną chusteczką przyłożoną do czoła, kobieta z usztywnioną ręką. Konrad patrzył na każdego z osobna, jakby oczekiwał pomocy, lecz zajęci swoimi dolegliwościami ludzie pozostawali obojętni. Czuł narastającą rozpacz. Dlaczego po prostu go nie wypuszczą i nie pozwolą odejść? Patrzył w szybko przesuwający się sufit z zawieszonymi lampami i zaczął cicho płakać. Widzący to ratownik poklepał go delikatnie po ramieniu, mówiąc, że wszystko będzie dobrze i że jest w dobrych rękach. Nie miał już siły powiedzieć mu jak bardzo się myli.

Nie do końca rozumiał, co się stało z jego ciałem, ale bał się tego. Wiedział, że powinien uciec jak najdalej, by zapobiec nieszczęściu. Musiał próbować, nie mógł się poddać, jeszcze ma szansę. Ku przerażeniu ratowników i znajdujących się w pobliżu ludzi zaczął wrzeszczeć i szarpać się, napinając mięśnie do granic możliwości. Ratownicy i pielęgniarki coś do niego mówili, uspokajali, zadawali pytania, ale on w ogóle ich nie słuchał. Oni nic nie rozumieli. Liczyła się tylko ucieczka, lecz kolejna dawka leków uspokajających i trzymające go pasy skutecznie ją uniemożliwiły.

***

Wibrujący telefon wyrwał Michała Szula ze snu. Wiedział co to oznacza. Były tylko dwie możliwości. Albo żona dzwoni z delegacji, albo czeka go kolejne wezwanie do pracy. Miał dzisiaj wolne, lecz bycie specjalistą w swojej dziedzinie wiązało się z przywilejem pracodawcy do wzywania go do nagłych przypadków.

— Tak? — Potarł dłonią twarz, starając się zetrzeć z niej resztki snu.

— Doktorze Szul, mamy nietypowy przypadek wymagający natychmiastowej interwencji i będziemy potrzebowali pana pomocy. Proszę jak najszybciej przyjechać do szpitala.

— Dobrze, przyjadę — rozłączył się wzdychając i pozwalając sobie jeszcze na moment opaść na poduszkę.

Spod kołdry obok niego wyłoniła się młoda dziewczyna. Miała nieco ponad dwadzieścia lat.

— Miśku, miałeś zostać na śniadaniu — powiedziała zaspanym i zawiedzionym głosem, wydymając usta.

— Nie tym razem, kochana.

— To może chociaż wpadniesz na kolację? — spytała z nadzieją w głosie.

— Jak tylko skończę pracę. — Pocałował ją w czoło po czym wstał i zaczął się ubierać. Przypomniało mu się, że miał jakiś dziwny sen, jednak rzadko je pamiętał i tak też było tym razem. Nie zamierzał zaprzątać sobie tym głowy. Czekał go dzień wypełniony ważniejszymi rzeczami.

***

Chory mężczyzna w niewyjaśniony sposób wywoływał w Julii niepokój. Nigdy nie widziała człowieka w takim stanie. Blady, spocony i te ciemne żyły. Pracując jako pielęgniarka widziała wielu chorych, których widok był nieprzyjemny, lecz mimo to ten mężczyzna był dziesięciokrotnie bardziej odpychający. Jakby już samą swoją obecnością zagrażał wszystkim w otoczeniu.

Gdy trafił na oświetloną salę, zdjęto z niego płaszcz i mokrą od potu koszulę. Kiedy już leżał rozebrany od pasa w górę, cały gwar, rozmowy i krzątanina na moment ustały. Czas jakby stanął w miejscu. Słychać było jedynie nierówny, drżący oddech poszkodowanego. Na obnażonej klatce piersiowej widniały świeże nacięcia, jedno idące przez mostek, drugie zaraz pod żebrami i trzecie wzdłuż obojczyków. Stojącej obok Julii skojarzyło się z koślawą literą „H”. Lecz większe wrażenie zrobił na niej widok wielkich główek gwoździ wystających z dwóch stron unoszącej się i opadającej klatki piersiowej. Każdy z nich był obrysowany wyciętymi w skórze symbolami, które porażały swoją szczegółowością i niejasnością. Oba gwoździe połączono brązowym, organicznym rzemieniem. Gwoździe były duże i wbite głęboko w ciało. Nic dziwnego, że pacjent wciąż opadał z sił.

Julia nie mogła uwierzyć temu co widzi. Kto mógł zrobić coś takiego? Znowu wróciło do niej wspomnienie koszmaru. Czuła że strach zaczyna przeważać nad profesjonalizmem. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Gdy zaczynała ogarniać ją panika szturchnięcie koleżanki wyrwało ją z otępienia. Wszystkie zmysły wróciły na swoje miejsca. Świat znowu ruszył, dźwięki na nowo rozległy się ze swoich źródeł, jakby ktoś rozkręcił ściszony regulator a wraz z nim powrócił ruch i krzątanina. Wszyscy jak na komendę wrócili do przerwanych zajęć.

W tym momencie do sali wszedł doktor Szul, ubierający w biegu czysty fartuch z błyszczącą plakietką.

— Jestem, mówcie jak wygląda sytuacja — przystanął na chwilę, gdy jego wzrok trafił na pacjenta, trwało to jednak bardzo krótko. Nie bez powodu uznawano go za jednego z najlepszych. Nie tracąc rezonu zaczął wydawać polecenia i przygotowywać się do zabiegu. W locie wysłuchał relacji zmęczonego po całonocnej pracy lekarza zajmującego się dotychczas chorym i pozwolił mu iść odpocząć. Został sam wraz z dwiema pielęgniarkami i pacjentem. Gdy pielęgniarki podawały odpowiednie kroplówki, Michał badał reakcje źrenicy wpatrzonego gdzieś w dal mężczyzny.

Wbite w sufit spojrzenie Konrada przeszywało wszystkie stojące mu na drodze bariery. Chciał spojrzeć w niebo i błagać wszystkich możliwych bożków o przebaczenie za zło, które uczynił i uczyni. Pragnął, żeby to wszystko już się skończyło. Walczył jak mógł, lecz poniósł porażkę. Oni odnieśli sukces. Stało się jak chcieli. Teraz pragnął jedynie szybkiej i bezbolesnej śmierci.

Lekarz skończył oglądać sterczące z korpusu gwoździe i przeciął łączący je rzemień, by nie utrudniał operacji. Pacjent niespodziewanie drgnął. Ocknął się i spojrzał w dół z przerażeniem w oczach. Zaczął szybko oddychać i napinać się na całym ciele. Z oczu zaczęły mu cieknąć łzy a jego twarz wyrażała skrajne cierpienie.

— Nie… błagam… — wystękał cicho, jakby zmagając się z jakąś niewidzialną siłą, po czym wygiął się w łuk, wydając z siebie przeciągły krzyk.

***

Zmiana zapowiadała się na wyjątkowo spokojną. Jan i Arkadiusz byli pracownikami ochrony szpitala. Pijąc poranną kawę obserwowali wspólnie kamery monitoringu. Jan był solidnie zbudowanym mężczyzną w średnim wieku z nieco zbyt dużym brzuchem. Pracował w tym fachu już od dłuższego czasu, dorabiając sobie w ten sposób do wojskowej emerytury. Tak przynajmniej tłumaczył ten fakt zdziwionemu koledze, który twierdził, że na jego miejscu leżałby tylko kołami do góry i cieszył się tym, że nie musi pracować. Jednak Jan zwyczajnie nie chciał spędzać reszty życia siedząc w domu. Bezczynność go przerażała. Miał jeszcze sporo energii i chciał czuć się potrzebny. Nie zamierzał marnować reszty życia jaka mu została.

Arkadiusz był młodszy. Pracował razem z Janem już od roku, wystarczająco długo żeby nabrać doświadczenia. Interesował się militariami, więc mieli wraz z eks wojskowym przynajmniej jeden temat do dyskusji. Był wysoki i szczupły, lecz nie wychudzony jak sam podkreślał, kiedy Jan mówił mu, że powinien nabrać trochę mięśni.

Mężczyźni rozmawiali właśnie o starym czołgu Mark 1, kiedy Arek zamilkł, nadstawiając ciekawie uszu.

— Wiesz, co się dzieje? — spytał, komentując dochodzący z oddali krzyk.

— To pewnie ten dziwny typek, którego przywieźli chwilę temu. Widziałeś go? Chłopie, wyglądał jakby go z grobu wyciągnęli!

Po chwili krzyk ucichł. Spojrzeli po sobie, wracając do popatrywania na monitory. Nagle usłyszeli rumor, głośne krzyki i odgłosy przewracanych sprzętów.

Jednocześnie, jak na komendę, odłożyli kubki i ruszyli w kierunku źródła dźwięku.

***

Lekarz i asystujące mu pielęgniarki wspólnymi siłami próbowali przytrzymać szamoczącego się pacjenta. Szarpał się tak bardzo, że Julia nie mogła nawet podać mu leku uspokajającego.

Z zaciśniętych oczu mężczyzny ciekły łzy. Zza wyszczerzonych zębów wydobywał się syk i charczenie. Jego głowa obracała się we wszystkie strony jakby starał się zrzucić z niej natrętne zwierzę drapiące mu twarz. Z korpusu zaczęło dobiegać gruchotanie i odgłosy łamania. Przechodzące przez ciało spazmy stawały się coraz bardziej nienaturalne, jakby to nie on sam się szarpał, lecz coś uwięzionego w jego wnętrzu. W końcu zamarł, wypinając klatkę piersiową, która zdawała się rosnąć. Mężczyzna wytrzeszczył oczy i szeroko otwierając usta zaczerpnął wielki haust powietrza w ostatniej próbie złapania się życia.

Kiedy wszyscy myśleli, że to już koniec, jego klatka piersiowa otworzyła się wzdłuż szram z głośnym chrupnięciem i odgłosem rozdzieranych tkanek. Stało się to z taką siłą, że cała przytrzymująca go trójka została odepchnięta pod ściany.

Rozwarty korpus Konrada wyglądał niczym otwarty piec. Z otworu wylewała się gęsta, czarna, smolista mgła. Jej wodospady spływały szerokimi strugami i rozchodziły się po podłodze. Majaczyły w niej niewyraźne, niepokojące kształty, jakby rzeczywistość, którą zna człowiek, była jedynie nakładką na odsłaniane koszmary.

Z korpusu wyłoniły się dwie, długopalczaste, chude, ociekające krwią ramiona. Zacisnęły z gracją jeden palec po drugim na krawędziach klatki piersiowej i rozwarły ją jeszcze szerzej, wzmagając potok wylewającej się z ciała czarnej mgły.

W tym momencie do pomieszczenia wbiegł starszy ochroniarz. Kiedy otworzył drzwi, znajdujący się na zewnątrz pacjenci z typową ludzką ciekawością zaglądali do środka przez uchylone na moment skrzydło. Jeszcze zanim zostało ono zamknięte, przez ułamek sekundy dostrzegli rozgrywającą się tam scenę. Zamknięte drzwi pozostawiły ich z oczami rozszerzonymi przerażeniem i zasłoniętymi ręką ustami, rozwartymi w niemym krzyku. Sekundę później do pomieszczenia wbiegł Arkadiusz, niemal wpadając na osłupiałego Jana. Kiedy zobaczył, co się dzieje, sam również patrzył ze zdziwieniem, nie wiedząc co począć. Julia i doktor Szul próbowali się podnieść, druga pielęgniarka leżała nieprzytomna od uderzenia w głowę.

Mgła dotarła do ścian i zaczęła się po nich wspinać, by w końcu dotrzeć do sufitu aż całe pomieszczenie zostało zamknięte w czarnym całunie. Po chwili mgła zaczęła ustępować, lecz zamiast szpitalnego gabinetu, zdumiona Julia ujrzała szeroką równinę. Na jej horyzoncie ciemna, szorstka ziemia zderzała się ze szkarłatnym niebem, na którym przesuwały się czarne chmury przypominające swym kształtem poskręcany papierosowy dym. Jula poczuła zapach palonego mięsa i świeżej krwi. Dostrzegła powykrzywiane, olbrzymie wieże, których konstrukcja kpiła sobie z praw fizyki. Wokół nich krążyły obdarte ze skóry, broczące krwią bezokie, masywne, czworonożne monstra. Każde z nich było podłączone do wieży poskręcaną rurą umieszczoną w karku. Poruszając się w kółko napędzały w ten sposób obręcz, znajdującą się u podstawy konstrukcji. Ich wyszczerzone, pozbawione warg pyski syczały z wysiłku, wydobywając z siebie kłęby pary. Dalej rozciągał się bezkresny ocean niewzburzony najmniejszą falą. Julia nie wiedziała, czy jego czerwony kolor wynika z faktu, że odbija się w nim niebo czy to była jego rzeczywista barwa. Wolała nie wiedzieć. Nad nim widniały rzadko rozmieszczone, zwisające z przestworzy węższe i szersze rury, które do złudzenia przypominały pnącza porozrywanych żył. Trochę bliżej znajdowały się nieregularne bryły budynków z niewiadomego dla niej powodu unoszące się nad ziemią. Obracały się niespiesznie, ukazując okropieństwa, jakimi były przystrojone. Wśród plątaniny przewodów, tkanek i pracujących tłoków znajdowali się podłączeni do nich ludzie, a wtłoczone w nich rury pulsowały, wtłaczając i wysysając z nich życie. Przytwierdzeni do budynku w różnych pozycjach niemo pełnili swoją służbę jako żywiciele bezdusznego budynku-pasożyta. Z jego wnętrza dobiegał odbijający się echem płacz, przeplatany dzikim śmiechem człowieka sprowadzonego na skraj szaleństwa.

Ponad tym wszystkim czuwało oko wielkie niczym księżyc. Jego brązowa źrenica miała kształt ośmioramiennej gwiazdy. Ponaciągane wokół niego srebrzyste linie tworzyły dwa nałożone na siebie trójkąty, które obracały się, na przemian schodząc się w jedno i rozchodząc. Wibrowały one nieznacznie, niczym struny szarpane przez niewidzialne dłonie. Wydobywająca się z nich potępieńcza muzyka sprawiała, że Julia nie mogła się ruszyć. Z pewnością straciła przytomność podczas upadku, śniąc teraz kolejny koszmar. To było to jedyne sensowne wytłumaczenie tego, co widziała.

Michał Szul z coraz szybciej bijącym sercem pompującym do organizmu końską dawkę adrenaliny zaczął w końcu drżeć. Ludzie boją się różnych rzeczy. Czują duszności w ciemnych, ciasnych pozbawionych okien pomieszczeniach. Uciekają na widok pająków. Bledną, stojąc nad przepaścią, panikują gdy ich firmie grozi upadek, pociągając ich do podejmowania desperackich kroków. Michał chciałby znaleźć się na miejscu dowolnego człowieka cierpiącego na jakąkolwiek fobie, wystawionego na jej bezpośredni wpływ. Wszystko byłoby lepsze od strachu, który czuł teraz — pierwotnego strachu przed śmiercią. Pragnął żyć, błagał o to samego Boga bez względu na to kim on tak naprawdę jest. Obiecał, że jeśli tylko ten koszmar się skończy, to będzie lepszym człowiekiem, lepszym mężem, wiernym kochankiem swojej żony. Zdał sobie sprawę jak bardzo ją kocha. Jednak koszmar nadal trwał, szydząc sobie z jego słabości. Błagania mężczyzny pozostały bez odzewu.

Ochroniarze stali sztywno niczym posągi w takich pozach, jakie przyjęli wbiegając do gabinetu. Nawet gdyby chcieli, nie mogli się ruszyć ani wykrztusić z siebie słowa. Mogli jedynie patrzeć, oddychać i umierać z przerażenia.

Druga pielęgniarka wciąż leżała pogrążona w łaskawej nieświadomości.

Trup z rozerwaną klatką piersiową spoczywał teraz na kamiennej bryle wyciosanej z tego samego, ciemnego materiału co zawieszone nad ziemią budowle. Zachlapana krwią twarz zastygła w grymasie cierpienia. Zaszklone oczy wpatrywały się w niebo a usta zamarły otwarte do krzyku.

Z pobliskiej bryłowatej budowli wyłoniła się kobieta. Jej smukłe ciało było okryte czarną, luźną suknią odsłaniającą ręce, ramiona i prawą pierś. Szła przed siebie, nie bacząc na pozbawione schodów wyjście z budowli. Gdy tylko jej bose stopy straciły oparcie, zamiast upaść, opadała łagodnie, niby sunąc po niewidzialnej bieżni. Im bardziej się zbliżała, tym mocniej dało się odczuć jej nieludzkość. Sinoblada skóra, martwe spojrzenie zbielałych oczu, ciemnoczerwone, zaczesane do tyłu włosy starannie wygolone na skroniach i czarne usta tworzyły obraz istoty przerażającej i jednocześnie fascynującej. Demoniczna kobieta podeszła do rozerwanych zwłok i zbliżyła do jego twarzy dłoń z nienaturalnie długimi, ostrymi i srebrzystymi niczym chirurgiczne narzędzia paznokciami. Gdy pazury przesuwały się po krótkim zaroście, dało się słyszeć ciche metaliczne dzwonienie. Kobieta stała tak przez chwilę, gładząc czule twarz trupa. Potem, nie cofając dłoni, spojrzała na wszystkich z uśmiechem.

— Dobrze się spisałeś, Konradzie — mimo, że jej słowa były wypowiedziane szeptem, był on tak głośny, że wszyscy wyraźnie ją słyszeli.

Odsunęła się od zwłok i podeszła do każdego z nich, dokładnie się przyglądając. Zaczęła od Julii. Gdy dłoń zbliżyła się do jej twarzy, pielęgniarka poczuła lodowatą stal. Wydała z siebie jęk, gdy ostry paznokieć rozciął jej policzek. Oprawczyni nie spieszyła się. Wykonywała cięcie powoli i z wyrachowaniem. Potem chwyciła ją za twarz i zlizała sączącą się z rany krew. Julia chciała się wyswobodzić, zareagować w jakikolwiek sposób, wyrazić swój protest wobec takiego traktowania, odsunąć się od lodowatego języka, lecz nie mogła nawet drgnąć. Oddech kobiety przypominał jej zimowy powiew wiatru. Kiedy już puściła pielęgniarkę, kontynuowała swoje oględziny. Wciąż zlizywała krew ze swoich warg, przechodząc obok Michała i patrząc mu przy tym w oczy. Nieprzytomną pielęgniarkę obeszła obojętnie, ocierając się o nią stopą niczym kot. Podeszła do ochroniarzy. Stanęła przed wysokim i masywnym Janem z uznaniem kiwając głową. Jednym ruchem zerwała z niego koszulę. Z lubością zaczęła wodzić po jego torsie palcami – z góry na dół – zostawiając na nim krwawe ścieżki, mieszające się z kropelkami potu. Nagle cofnęła dłoń, jakby nie chciała posunąć się zbyt daleko. Wróciła do ołtarza jedynie rzucając okiem na drobniejszego Arkadiusza. Jej ruchy były teraz bardziej formalne. Oddała szczątkom ostatnie honory, kłaniając się ze złożonymi dłońmi, po czym odwróciła się w stronę czerwonego oceanu. Uniosła ręce w niebo i wydała z siebie westchnienie przechodzące płynnie w wibrujący śpiew pozbawiony słów.

Julia z coraz większym przerażeniem zdawała sobie sprawę, że jednak nie śni. Nie dopuszczała tego do siebie nawet wówczas, gdy ta straszna kobieta rozcinała jej policzek. Teraz jednak wszystko zaczynało do niej docierać. Czuła zapach spoconych ze strachu pozostałych ofiar koszmaru, smród trupa leżącego na ołtarzu, chłód ziemi pod sobą. Wszystko było zbyt wyraźne i namacalne. Bezradność i strach spływały z niej strużkami łez.

Gdy wygasła ostatnia nuta pieśni kapłanki, z oddali dało się usłyszeć zbliżające się kroki i ciche warczenie, po czym na horyzoncie pojawiały się coraz wyraźniejsze, identyczne postacie. Kapłanka odwróciła się w tamtą stronę i uśmiechnęła się zadowolona. Postaci było pięć, poruszały się spazmatycznymi, z pozoru niepewnymi krokami. Po każdym kroku przystawały, kiwając się na nogach w przód i w tył. Z ich pleców wyrastały długie rury, niknące gdzieś w przestworzach. Warczenie narastało, a wraz z nim wyłaniały się kolejne szczegóły zbliżających się istot. Ich wielkie, szerokie, spiczaste, stalowe głowy przypominały maski katów. Łączyły się bezpośrednio z pordzewiałym, pozbawionym szyi tułowiem. Wyłupiaste, organiczne, pozbawione powiek oczy otaczały promienie cienkich żyłek. Gdy odchylały do tyłu zamocowane na nitach głowy, te otwierały się niczym poziome wrota. Z tyłu miały przytwierdzoną grubą, pomarszczoną brązową skórę, spływającą z głów na plecy. Ich maszynowe ramiona były poruszane przez drżące nieustannie, organiczne ścięgna i mięśnie. Były one zakończone pneumatycznymi dłońmi zdolnymi bez trudu objąć i zmiażdżyć ludzki korpus. Warczenie wydobywające się z wnętrza monstrów coraz bardziej zagłuszało dźwięki muzyki krępującej Julię i pozostałych. Jednak mimo to nie pozwalało im to odzyskać pełni władzy nad swoimi ciałami.

Jan rozglądał się nerwowo, gdy już był w stanie to zrobić. Spłoszone stado myśli nie pozwalało mu trzeźwo ocenić sytuacji. Irracjonalność rozgrywających się przed nim zdarzeń uderzyła w niego z siłą rozpędzonego pociągu. Codzienna służba przyzwyczaiła go do widoku zwłok, czy to podziurawionych przez kule, bądź rozerwanych przez granat. Lecz tamta śmierć miała jakieś zalążki normalności, dało się ją wyjaśnić, to zaś, co stało się z tym pacjentem przerastało jego zdolność pojmowania. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzają. Sądził, że problemy psychiczne weteranów są problemem, który go nie dotyczy. Teraz jednak nie był tego taki pewien. Jednak myśl, że zwariował, wcale go nie uspokajała. Czuł czające się w pobliżu zagrożenie a ogarniająca go bezsilność i paraliż potęgowały strach. Może po prostu widok zwłok obudził wspomnienia i wywołał halucynacje? Modlił się żeby tak było, tylko tyle mu zostało.

Umysł Arkadiusza, zmiażdżony szokiem, zapadł się w sobie, pozostawiając go w stanie katatonii. To co działo się dookoła niego było dla niego tak nierealne jak sam fakt, że w ogóle istnieje. Z zewnątrz po prostu głupkowato się uśmiechał wpatrzony w jeden punkt. Jego skurczone ciało drżało, nadając mu wygląd małego, wystraszonego zwierzęcia. Umysł zapadnięty w bezpieczne zakamarki podświadomości nie rejestrował już nic poza podstawowymi bodźcami. Był teraz jak niemowlę. Uśmiech na jego twarzy sprawiał wrażenie, że to co widzi jest dla niego zabawą. W końcu zaczął cicho chichotać dając upust wzbierającemu w nim szaleństwu. To właśnie do niego podszedł najbliższy stwór. Kiedy podniósł drżącego Arkadiusza ten śmiał się już na całe gardło. Drugie ramie kilkoma szybkimi ruchami zerwało z niego całe ubranie jakby był on owocem obieranym ze skórki. Arkadiusz wyglądał teraz jak różowe, wychudzone, chichoczące prosię gotowe na rzeź.

Paszcza kata uniosła się, odchylając całą głowę do tyłu, aż utworzyła szeroki otwór zdolny pomieścić człowieka. Stwór wyglądał teraz jakby był pozbawiony głowy. Potem śmiejący się mężczyzna został uniesiony i umieszczony w paszczy potwora. Kiedy zniknęły w niej kolana ofiary mężczyzna zaczął poruszać się konwulsyjnie a jego ciało zaczęło pokrywać się coraz większą ilością bryzgającej w górę krwi. Mechaniczne warczenie wydobywające się z wnętrza potwora mieszało się teraz z odgłosem łamanych kości, mielonego mięsa i śmiechu, który nie ustał nawet, gdy z ust maszyny wystawał już tylko tułów Arkadiusza. Po jej brzegach zaczęły ciec cienkie stróżki krwi. Ofiara zamilkła nagle wykrzywiając twarz w niekontrolowanym grymasie, wydając z siebie bulgot i spoglądając oczami w głąb czaszki, ukazując jedynie białka. Mechaniczna dłoń puściła swoją zdobycz i pozwoliła jej utonąć w stalowym korpusie mechanicznego kata.

Mimo, że Arkadiusza już nie było, Julia dalej słyszała śmiech. Dla odmiany wyrażał zadowolenie. Spojrzała w stronę demonicznej kobiety. To ona. Śmiała się, jakby to co właśnie się wydarzyło było jedynie komediowym przedstawieniem. Na jej znak monstra chwyciły pozostałych. Nikt nie zdążył nawet spanikować. Szarpnięta brutalnie w górę Julia spojrzała na drugą pielęgniarkę, szukając spojrzenia innej istoty ludzkiej, które mogłoby jej dodać otuchy. Jednak tamta była wciąż nieprzytomna, może nawet martwa. Chuda blondynka wisiała teraz naga w rękach jednego ze stworów a jej długie włosy zakrywały małe piersi jasnym welonem. Jak na gust Julii była zbyt szczupła, mogła jednak podobać się prostym facetom lubującym się w telewizyjnych gwiazdeczkach. Dlaczego myślała o takich rzeczach w obliczu śmierci? Widocznie umysł łapał się ostatnich zwyczajnych ludzkich myśli żeby nie oszaleć.

Kątem oka zobaczyła jak drugi z ochroniarzy próbuje walczyć z potworem, zapierając się nogami o rozwartą paszczę. Jednak jego opór spotkał się jedynie z bezceremonialnym połamaniem rąk i nóg przez stwora. Bez emocji, czysto praktycznie żeby ofiara trafiła tam gdzie miała trafić.

Gdy spojrzała w stronę doktora Michała, od razu zamknęła oczy porażona widokiem. Wrzucone głową w dół ciało miotało się w pośmiertnych drgawkach, młócąc powietrze wszystkimi kończynami.

Nagle Julia poczuła pod stopami podmuch powietrza. Spojrzała w dół. To, co zobaczyła sprawiło, że krzyk zamarł jej w pół drogi do ust a oczy rozszerzyły się z przerażenia. Pod nią znajdowało się ucieleśnienie jej koszmaru, który jeszcze chwilę temu wydawał się tak odległy i nierealny.

Całe rzędy stalowych zębów na krawędziach paszczy poruszały się w górę i w dół. Poniżej obracały się pierścienie najeżone ostrzami a jeszcze dalej znajdowały się podobne kły, świdry i walce. Wszystko to było tak nieregularne i chaotyczne, że nie było widać dna. Mechanizm obracał się, ocierał o siebie spasowanymi częściami i poruszał niczym stado mechanicznego robactwa. Widząca to Julia pragnęła zemdleć, by umrzeć bezboleśnie. Zacisnęła oczy, jakby to mogło uchronić ją przed nieuniknionym. Jednak wyobraźnia zaczęła jej podsuwać to, co próbowała ukryć przed swoim wzrokiem. Podsuwała jej wizję nóg obdzieranych ze skóry i mięsa. Kości łamanych i mielonych na kleistą papkę. Ból, agonię, szarpiące jej ciało mechanizmy. Jej kształtne uda z których zawsze była dumna zostaną oddzielone od niewielkiej ilości tłuszczu z nasilającym się odgłosem mlaskania. Gdy odgłos osiągnie swój szczyt mechanizm zwolni natrafiając na miednicę. Zachłyśnie się miażdżąc ją na drobne kawałki. Czy wtedy straci świadomość? Czy może wciąż będzie przytomna by odczuwać kolejne etapy niszczenia jej ciała? Poczuje jak mechanizm rozpędzi się na nowo, wciągając jej jelita wraz z kręgosłupem i mięśniami brzucha. Uderzy ją smród własnych ekskrementów i niestrawionej treści żołądka. Krew wypełni jej gardło i zacznie skapywać z ust na szyję i piersi, drżące w rytm pochłaniającego ją ze zwierzęcą rządzą mechanizmu — jej nienasyconego, brutalnego, ostatecznego kochanka. Zastanawiała się, czy wciąż będzie świadoma gdy jej bijące serce i łapiące ostatnie oddechy płuca zostaną zmiażdżone. Słyszała, że odcięta głowa zachowuje świadomość przez kilkanaście sekund zanim z mózg umrze z niedotlenienia. Czy poczuje jak mechanizm wyrywa jej włosy wraz z cebulkami i kawałkami skóry pozostawiając jedynie nagą, rozwartą w niemym krzyku czaszkę pokrytą kontynentami krwi oraz wzgórzami resztek mięsa? Czy zobaczy z bliska rozdrabniającą ją maszynę? Czy będzie mogła przyjrzeć się pracującym trybom zanim jej oczy zostaną rozgniecione? Jak odczuje moment, w którym tryby zaczną pochłaniać jej mózg? Czy świadomość zgaśnie niczym wyłączony telewizor, czy może myśli będą zmiksowane razem z nim? Dzieciństwo zmiesza się z dorosłością, zabawy lalkami zamienią się w wypisywanie rozliczenia podatkowego. Oczami dziecka zobaczy swoją od dawna nieżyjącą matkę płaczącą nad grobem ojca by po chwili poczuć radość na widok kuriera wręczającego jej paczkę z od dawna oczekiwanymi nowymi butami. Przypomni sobie momenty swoich seksualnych uniesień i niemal poczuje orgazm rozsadzający jej ciało gdy zostanie on gwałtownie przerwany przez moment wypadku w którym zginął jej chłopak. A gdy ostatnie kawałki tkanki staną się papką wszystko po prostu zniknie. Może zobaczy oczami duszy ten straszny świat w jakim się znalazła? Zobaczy dryfujące w nim zagubione dusze uwięzione tu wraz z nią by tułać się po niebiosach cierpienia. Nie uważała się za złego człowieka, jednak czymś musiała zawinić skoro się tutaj znalazła. Nie mogła tego wiedzieć. Czas minął, teraz pora na zapłatę.

Sekundy mijały, lecz cierpienie nie nadchodziło. Zemdlała? Nie, wciąż czuła zimny, bolesny uścisk na swoim przedramieniu. Zdała sobie sprawę, że warkot mechanizmów ucichł a jej twarz muskał chłodny powiew.

Gdy odważyła się otworzyć oczy, nie widziała już rozwartej paszczy potwora, tylko uśmiechniętą twarz demonicznej kobiety. Wisiała nad ziemią wciąż trzymana przez swojego oprawcę. Z początku poczuła ulgę, chociaż nie była pewna, czy jest się z czego cieszyć. Przeszło jej przez myśl, że najgorsze może dopiero nadejść. Na jej nagie ciało wstąpiła gęsia skórka. Nie obudziła się we własnym łóżku zlana potem i z przyspieszonym oddechem. Nie zobaczyła swojej sypialni, ani nic co mogłoby ją uspokoić. Mimo wszystko koszmar wciąż trwał.

Kapłanka ponownie zaczęła ją oglądać i gładzić jej ciało zimną dłonią. Julia wzdrygnęła się mimowolnie, spięta w niemym proteście. Zadowolona oprawczyni dała znak gestem, po czym trzymający dziewczynę stwór wziął ją na ramiona niczym oblubienicę.

Wówczas Julia dostrzegła coś, czego nie spodziewała się zobaczyć. Najdłużej broniący się Jan właśnie niknął w paszczy swojego prywatnego egzekutora. Wystająca z pleców stwora przezroczysta rura kurczyła się w tym czasie i wydłużała, pompując w górę zmielone szczątki ofiary. Wysoko na niebie jej koniec zbiegał się z pozostałymi w zasłoniętym przez czarne chmury miejscu. Nad czerwonym oceanem zaczęły spływać strumyki krwi, cieknące ze zwisających nad nim żył.

Widok ten przywołał w umyśle Julii kolejne pytania. Czy właśnie po to wszyscy zginęli? By napełnić swoją krwią to olbrzymie bajoro? Czy ludzie byli jedynie surowcem dla istot znajdujących się znacznie wyżej, niż homo sapiens?

Została wniesiona do jednej z budowli. Zalała ją ciemność, a potem jej świadomość zaczęła się rozmywać. Zapamiętała tylko rytualne szepty, arytmiczne pomruki i odgłos zimnego metalu wdzierającego się w miękkie ciało. Metalu, który palił jej wnętrze swoim chłodem.

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: