polskie centrum bizarro

„Insekt” by Patryk Bogusz

In Opowiadania on Styczeń 19, 2017 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNiedobre literki chlubią się faktem, że nie ulegają gatunkizmowi, bukizmowi i innym ograniczeniom niegodnym światłych, acz niedobrych padawanów paskudnej strony mocy. Dzisiaj nadeszła wiekopomna okazja, by to udowodnić, a to za sprawną pomocą tekstu Patryka Bogusza.

W Insekcie wcielimy się w postać… zgadnijcie sami, na pewno dacie radę. U can do it! Postać to wielce ciekawa, zwłaszcza że jej skłonności są kuriozalne, acz jednakowoż bądź akceptowalne, przynajmniej przez męską część czytelników.

Zapraszamy do lektury!

h

Insekt

h

Wynurzyłem się, a właściwie to wypełzłem spod starej gazety tylko po to by stoczyć walkę z kolejnym dniem na ziemskim padole. Pierwsze promienie słońca są wyjątkowo nieprzyjemne. Obok przeturlała się bezpańska puszka po Carlsbergu. Alkohol. Zawsze zastanawiało mnie, co tak naprawdę ludzie w nim widzą. Ja zupełnie nic. Nie jest to dobre, aczkolwiek mówią, że dla smaku się nie pije. Nigdy się o tym nie przekonałem, bojąc się wypić tyle, żeby stracić kontrolę. Paniczny strach przed skutkami wypicia, czyli przepicia, ergo zawczasu unikałem choroby, która mogła nastąpić. Nieraz przemierzałem ulicę, spotykając zapijaczonego dupka, z wielką brązową plamą na dupie, który zgięty w pół podtrzymywał się ściany, wyrzucając przez otwór gębowy całe zło zalegające w bebechach. Mało ciekawy widok, ale  dawał  dużo do myślenia. To samo tyczy się narkomanów. Leżą z tymi swoimi strzykaweczkami, powbijanymi w przeróżne możliwe części ciała i nie wiadomo czy taki żyje czy nie. Po prostu leży, możesz nawet przejść po jego mordzie, a ten nic. Ich też nie rozumiem. Wielu rzeczy nie rozumiem i z wieloma się nie zgadzam. W ogóle to jestem zatwardziałym cynikiem oportunistą, a już w naszych czasach być czymś takim to przejebane. Choć jak powiedział jeden mądry facio: „Cynik jest łajdakiem, który perfidnie postrzega świat takim, jaki jest, a nie takim, jaki być powinien”. Czasem wydaje mi się, że patrzą na mnie inaczej, jak na jakiegoś insekta, którego należałoby zdeptać. Produkt uboczny. Wadliwy model prosto z chińskiej taśmy.

Stojąc na skrzyżowaniu, gapiłem się na przejeżdżające w tę i z powrotem samochody. Rozmyślałem – czy uda mi się przejść na drugą stronę. Pochopna decyzja mogła spowodować śmierć. Co miałem dać krok, to tylko gwizdnął jakiś wóz przed oczami. Tego też się boję. Strach przed szybkością. Gdy nadciąga rozpędzone auto, widzę zderzenie, pogiętą blachę, pełno krwi i siebie rozgniecionego na asfalcie (tak, że mogliby mnie żyletką zeskrobywać). Pieprzona metropolia, właśnie w niej żyjemy. Ciągły pośpiech i multum tych blaszanych rozpędzonych pojazdów. Chcę zrobić kolejny krok, ale prawie rozjeżdża mnie toyota. Pisk opon. Zamykam oczy. Mych uszu dochodzi niesamowite walnięcie – booom, ale jestem cały. Przynajmniej nic nie czuję. Otwieram oczy. Zbiegło się sporo gapiów. Toyota zderzyła się z jakimś fordem. Kierowca pierwszego pojazdu wyleciał przez przednią szybę, rozpaćkując durny łeb na chodniku. Drugi kierowca, co prawda nie zniesmaczył przechodniów swoim widokiem, pozostając w rozbitym aucie, ale podejrzewam, że nie było z nim dużo lepiej. Dobrze mu tak. Prawie kretyn mnie przejechał. Miałem ochotę podejść i go opluć, ale za dużo gapiów się zleciało. Niektórzy pstrykali fotki. Niewolnicy smartfonów i portali społecznościowych. Wiem o nich całkiem dużo. Kilka tygodni temu mieszkałem u jednego facia. Paskudny grubas. Całe dnie spędzał przed monitorem i przeglądał zdjęcia dziewczyn. Wysyłał im zaproszenia, lajkował każdą durnotę, jaką udostępniły. Wszystko na nic. Pozostał taki sam jak był. Żałosny samotny grubas z tubką wazeliny pod ręką. Wyprowadziłem się, kiedy siłą i podstępem sprowadził do mieszkania trzy nastolatki – nasmarowany wazeliną od stóp do uszu zabawiał je trzy dni. Krzyczały tak, że nie dawało się spać. One chyba nie bawiły się dobrze.

Siedząc na przystanku, począłem przyglądać się młodej kobiecie. Długie czarne włosy, ciemne oczy, krągły biust i długie nogi, odkryte dzięki wyjątkowo krótkiej spódniczce. To była ona, bogini zstąpiła na ziemię, by choć na chwilę ktoś taki jak ja dostąpił wizualnego i zmysłowego wyzwolenia, wniebowstąpienia. Spojrzała na mnie z pogardą. To już nie boli. Przyzwyczaiłem się do tego. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Co bym od niej nie usłyszał, najgorsze wyzwisko, nie mogło zmienić faktu, że wyglądała wspaniale. Postanowiłem zbliżyć się do niej. Choć przez chwilę dostąpić czegoś tak wyniosłego i wspaniałego jak bliskość z nią. Wszedłem więc pod jej spódniczkę. Ujrzałem piękne, piekielnie czerwone majteczki, skrywające drogę do raju. Niestety, zaraz uderzyła nieświeża woń. Postanowiłem nie ulegać odruchowi wymiotnemu i brnąłem przed siebie. W końcu udało się pokonać koronkę i znalazłem się na progu jaskini. Wszedłem ostrożnie. Było ciemno, mokro, ale i zarazem ciepło, tak przyjemnie (no, może pomijając zapach). To był raj utracony. Chwilkę później zostałem brutalnie odrzucony przez dłonie wybranki. Nerwowym ruchom towarzyszył krzyk, a ja znów zderzyłem się z brutalną rzeczywistością. Nie mogąc znieść spojrzeń reszty ludzi obecnych na przystanku, uciekłem jak najszybciej. Biegłem przed siebie, aż dotarłem do następnego przystanku. Bogini odrzuciła mnie jak wszyscy.

Jazda autobusem też nie należała do przyjemności. Cholerny upał i oczy tych wszystkich ludzi skierowane na mnie. Pogarda i obrzydzenie to jedyne, czego zaznałem w życiu. Gdy autobus zatrzymał się na przystanku, wszedł jakiś facet, który prawie na mnie usiadł. Był właścicielem wielkiej tłustej dupy. Boże, jak ja ich wszystkich nienawidzę! Wciąż patrzą, wciąż oceniają. Ta gruba świnia, która prawie mnie zgniotła, gestem ręki każe mi spieprzać, choć zajmuje siedzenie obok niego. Zostaję, dopóki nie jest nad wyraz agresywny. Nerwy. Żołądek zacisnął się maksymalnie, aż nie kontrolując tego zwymiotowałem. Gdy obcierałem usta z resztek niestrawionego pokarmu, usłyszałem głośne – Afuu…, obrzydlistwo… – to była jedna z pasażerek. Stara pudernica w okularach z ramkami na pół twarzy. Zrobiło mi się tak strasznie głupio, że dalsza jazda nie miała sensu. Wysiadłem na następnym przystanku. W lewo czy w prawo? Poszedłem na prawo, prosto przed siebie. Słońce było już wysoko. To naprawdę gorący dzień.

Park Skaryszewski jest piękny. Szczególnie latem. Lubię spędzać w nim wolny czas. Rozsiadam się na jednej z ławek i obserwuję świat wokół. Mijają mnie ludzie z psami. Każdy z nich przechodząc warczy (oczywiście pies, nie właściciel). Mam to w dupie, przynajmniej do czasu, gdy właściciel łaskawie trzyma swojego pchlarza na smyczy. Osobiście nie rozumiem fascynacji tymi durnymi zwierzętami. Pies, gdy się wysra, będzie to wąchał, jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, co przed chwilą zrobił. Na dodatek odchodząc wdepnie w to łapą, którą potem wyliże. Czy to jest normalne? Choć człowiek jest jeszcze durniejszy, gdyż po tych czynnościach swego futrzanego przyjaciela da mu wylizać sobie mordę. Psiak pozbywa się smrodu z ryja, a właściciel myśli, że jest tak przez niego kochany. Zadziwiające.

Przemierzając piekło, którym niewątpliwie stało się miasto, marzę o miejscu odludnym. Nie będzie tam nikogo prócz mnie, a wokół trawa, która roztoczy przede mną swą delikatną woń i wyniosłą miękkość. Dla kogoś z głęboko zakorzenionym archetypem homo viatora miejska egzystencja nie należy do najlżejszych. Wokół mnie tylko gwar, szum, pośpiech, przekleństwa, czerwone światło, nieudolnie namazane pasy, zdemolowane przystanki, zarzygane chodniki, nieświeże owoce na ulicznych straganikach, smród ze sklepów rybnych, zaniedbane dworce, które w toaletach zawierają obskurne vespasienne, do których nikt z całą pewnością nie chce oddawać moczu. Reszty dopełniają ogromne biurowce, które dorównać mają tym zza oceanu i oczywiście obskurne dotknięte palcem czasu budynki teatrów, galerii, do których i tak już nikt nie chodzi. To ciekawe, że ja będąc tylko insektem, zauważam te wszystkie absurdy współczesności, która jest totalnie zglobalizowana, tym samym zmanierowana, gdzie istoty tak zwane wyższe nie widzą nic poza swoją dupą. Przemierzam ulice, które nie doprowadzą mnie nigdzie. Są jak autostrada do wielkiej tajemnicy, za którą kryje się tylko nieopisana pustka.

Czarne chmury zebrały się nad miastem. Ogromne wieżowce spowiła ciemność. Wiatr uniósł w górę wszystkie puste opakowania po batonikach, porwane strony gazet, zużyte bilety i wiele innych odpadów zalegających na chodnikach. Spadły pierwsze krople. Deszcz był ciepły, tym samym przyjemny. Gdy niebo zaczęło płakać rzewniej, ludzie szukając schronienia wbiegali pod budki na przystankach, pod zadaszenia sklepowe, a ja stałem na środku jak jakiś idiota i byłem zachwycony. Woda spływała mi po plecach. Nie było tłoku. Cudowne chwile, które mogłyby trwać wieczność. Cały brud był spłukiwany, zarówno ze mnie jak i z otoczenia. To jak katharsis. Podszedłem do krawężnika, przy którym zdążyła stworzyć się dość spora kałuża. Pijąc z niej udawałem, że nie widzę małego chłopca, który stał nade mną z rozdziawioną buzią. Uznałem, że i tak zaraz sobie pójdzie. Pomyliłem się. Oszołom złapał mnie i wepchnął do kieszeni. Ze strachu się zesrałem. Znalazłem nowe mieszkanie. Nie było źle. Dużo resztek w zlewie, często na stole kuchennym. Mieszkał tylko z matką. Nocami wkradałem się do jej sypialni, wchodziłem pod kołdrę, a następnie po nogach wprost do pieczary. Lubiłem się w niej wygrzewać. Niestety, którejś nocy, wlazło tam jakieś ciało obce. Przypominało wielką, tłustą dżdżownicę. Atakowała mnie. Uderzała, by za chwilę się wycofać. Próbowałem walczyć, ale bestia nie odpuszczała, w końcu wypuściła z siebie jad. Łapki mi się posklejały. Nie byłem w stanie się ruszyć. Myślałem, że to koniec, ale kobieta uratowała mnie wpuszczając do jaskini strumień wody. Wypłynąłem razem z nim do wanny, skąd przedostałem się do kratki wentylacyjnej. Wiedziałem, że nie mogę już tam wrócić.

Codziennie przemierzam te same ulice. Patrzę na tych samych ludzi. Niektórzy z nich wydają się być szczęśliwi. Zastanawiam się, czy mi kiedyś też się to przydarzy. Nie oczekuję wiele. Wystarczy mi istota, która nie okaże mi obrzydzenia, choć w małym stopniu zaakceptuje takiego jakim jestem. Nie liczę nawet na rozmowę, wystarczy, że zniesie mój widok, popatrzymy na siebie i razem pomilczymy. Może i dla tak marnej istoty jak ja zapłonie kiedyś ogień, który pochłonie wewnętrzną pustkę i porażającą samotność, której doświadczam dzień po dniu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: