polskie centrum bizarro

„Obietnica” by Agnieszka Pilecka

In Opowiadania on Styczeń 27, 2017 at 6:00 am

niedobreliterkitxtLinia śmierci. Cienka czerwona linia. Deadline. Termin. Każdy z nas zna te pojęcia. Każdy z nas ich nienawidzi. Ale niestety. Czasem trzeba ponieść konsekwencje swoich czynów. Jak się czegoś podjęło, wypadałoby to doprowadzić do końca.

Oczywiście można się migać. Można udawać. Można próbować oszukać czas, siebie i innych. Ale czy warto? Czy warto skazywać się na męki piekielne, katusze i tortury? Może tak, a może nie. Jedyne co warto w tym przypadku, to zastanowić się dwa razy, zanim coś się komuś obieca. I o tym właśnie mówi tekst Agnieszki Pileckiej.

Niedobre Literki zapraszają do lektury. Nie zajmie Wam zbyt wiele czasu: akurat tyle, ile trzeba.

h

Obietnica

h

– Aga, rusz się!

– Zaraz, daj mi chwilę poleżeć.

– Leżysz od tygodnia. Rusz się!

– Jakiego… ehm… – Chciała zaprzeczyć, ale jakiś mentalny kalendarz przewinął się w jej głowie. Faktycznie, to już tydzień. Leży tu i… i co? Nic. Zupełnie nic. Od czasu do czasu coś zje. Mniej więcej co pół doby przemieszcza się z łóżka na kanapę, po to tylko, by gdy znów nadejdzie noc, przejść z kanapy na łóżko. W drodze z sypialni do salonu, bądź też z salonu do sypialni zdarzy się jej zahaczyć o łazienkę. Czasem nawet, gdy już się umyje, zmieni pidżamę na nową, albo założy dres. Ostatnio odkryła, że skończyły się czyste ciuchy, po czym uznała, że w sumie nie są jej potrzebne, bo i tak nigdzie nie wychodzi. Zamiast wstawić pranie, podreptała nago do sypialni, zawinęła się w kołdrę i zasnęła.

– Rusz się… – Głos powrócił. – Napisz to i będziesz mieć spokój.

Odwróciła się na drugi bok, wciąż mając nadzieję, że jeśli wystarczająco długo będzie ignorować to gadanie, to ono wreszcie zniknie. Zasnęła przy akompaniamencie zrzędzenia i poganiania do roboty.

Obudziła się zmarznięta. Wtedy też uznała, że może jednak warto wstawić pranie, ciuchy mogą się przydać, szczególnie zimą. Zaczęła upychać ubrania do pralki, upychając kolejno to, co znalazła na wielkim stosie w łazience. Nawet jedna trzecia się nie zmieściła. Cóż, zawsze to jakiś początek.

Otworzyła lodówkę. Złapała słoik z oliwkami, lecz ten dziwnie się zakołysał. Górna warstwa wody zwolna pokrywała się pleśnią. Ta ułożyła się w przerażającą twarz z której bezgłośnie zaczęły wydostawać się bąbelki. Nie wiedząc czemu to robi, odkręciła słoik. Pleśniowa mordka zapiszczała przeraźliwie:

– Pisz! Musisz to napisać!

Szybko zakręciła słoik. Bała się. Bała się jak cholera. Ale nie tej dziwacznej postaci – to było co innego.

Zatrzasnęła lodówkę, uznawszy, że jedzenie nie jest najlepszym pomysłem.

– Kawa. Mocna, gorąca kawa. To jest to, czego mi trzeba…

Gdy otworzyła słoik z kawą, ziarenka wypadły na podłogę. Nie, wypadły, to złe określenie, nie adekwatne. One wypłynęły, wyślizgnęły się niczym kawowy wąż i wypełzły, tworząc na kaflach napis: „Pisz!”

Kawowy wąż zasyczał przeciągle. Jego syknięcie było jednocześnie odczytaniem liter ułożonych na podłodze. Syczące „pisz!” przeraziło ją jeszcze bardziej niż pleśniowy stwór z oliwek. Na kawę też już przestała mieć ochotę.

Sytuacje tego typu tylko się mnożyły. Im więcej ich było, tym bardziej nie miała ochoty wychodzić z domu. W dalszym ciągu przemieszczała się między łóżkiem a kanapą, od czasu do czasu zamawiając coś do jedzenia. Jedzenia, które często do niej przemawiało.

W dalszym ciągu łudziła się, że to minie, musi jedynie ignorować wszystkie sygnały. Tajemnicza postać przestanie ją nawiedzać, da jej spokój.

Mijały kolejne dni, tygodnie. Tego typu egzystencja była pozbawiona sensu, ale stanowiła jedyną dostępną jej opcję. Okej, jedną z dwóch, ale jedyną, którą ona miała ochotę uskuteczniać. Innym wariantem było poddanie się i napisanie opowiadania, które obiecała napisać. Ale tak strasznie jej się nie chciało, tak odwlekała ten moment, że w końcu uznała za najlepszy pomysł, olanie tego, udawanie, że zapomniała. Niestety, tak się nie da. W każdej innej sytuacji można wykonać tego typu manewr. Ale gdy padnie słowo „obiecuję”, nie da się z tego wykpić słabą pamięcią.

Aga poszła do toalety. Usiadła na kiblu. Powoli zaczęła żałować, że zdecydowała się zamówić meksykańskie żarcie. Z kolei meksykańskie żarcie jakby zaczęło żałować, że znalazło się w niej. Nagle uświadomiło sobie, że nie ma ochoty tam dłużej siedzieć i wyskoczyło z jej odbytu z taką prędkością i mocą, że kibelek w całości zmienił kolor. Piekło niemiłosiernie. Mówią, że jak coś jest naprawdę ostre to piecze dwa razy. Właśnie tego doświadczyła. Zwijała się z bólu, a wielka kupa formowała się w jakiś dziwny kształt. Wszystkie odchody jakby podniosły się z klozetu, a te świeże, dopiero co opuszczające tyłek kobiety, dołączały do nich. Całość utworzyła sporych rozmiarów postać, zakleszczoną teraz między dupą a kiblem. Postać zapragnęła wydostać się na wolność, więc złapała swymi osranymi łapkami za pośladki i pchnęła Agnieszkę do góry. Ta zszokowana przewróciła się, upadła na kafelki, rozbijając sobie głowę. Zemdlała.

Gdy się ocknęła, cała była oblepiona własną kupą. Siedziała przy stole, trzymając ręce na klawiaturze laptopa. Co jakiś czas uderzała w klawisze, nie będąc tego świadoma. Kupa sterowała nią, poruszała jej kończynami, pisała za nią…

Aga przeraziła się. Ktoś miał nad nią kontrolę! Ktoś, czy raczej coś, sterował nią niczym marionetką. Strach mieszał się z czymś jeszcze. W momencie, gdy jej ręce samowolnie wystukały ostatnie słowo w tekście, postawiły kropkę i napisały: „koniec”, poczuła spokój. Choć teraz była obolała, śmierdząca, naga, pokryta odchodami oraz krwią, czuła się dobrze. Pierwszy raz, od bardzo dawna, czuła się dobrze. Mimowolnie uśmiechnęła się. Teraz już, odzyskawszy kontrolę, z pełną świadomością sięgnęła po myszkę, przewinęła tekst do samej góry i zabrała się za czytanie.

Zagłębiała się w lekturze, jakby tekst stworzył ktoś inny. Nic nie pamiętała. W zasadzie, można powiedzieć, że nie ona to napisała. Ale komu miałaby się przyznać, że najnowsze opowiadanie jest dziełem jej kupy? Czytała. Gdy nagle uświadomiła sobie jedną rzecz: to opowiadanie jest gówniane. Skasowała plik z tekstem. Zamknęła komputer. Poszła do łazienki zmyć z siebie odchody. Gdy odkręciła kurek, z deszczownicy popłynęła woda, tworząc kształt sznura. Oplątała się wokół jej szyi, podduszając delikatnie.

– Obiecałaś. Obiecałaś. Musisz pisać!

Pętla zacisnęła się zbyt mocno. Dopływ powietrza został całkowicie zablokowany. Wiedziała, że nie ma szans. Tego ataku nie przeżyje. Ostatnia myśl, jaka pojawiłą się w jej głowie, brzmiała:

„Może i tekst był gówniany, ale lepiej taki niż żaden. Przecież obiecałam…”

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: