polskie centrum bizarro

„Wrzód” by Marcin Zwoleń

In Opowiadania on Luty 17, 2017 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKażdy z nas zna rozterki wieku dojrzewania. Pierwsze, niemiłosiernie swędzące włosy wyrastające wokół przyrodzenia, mokre sny, spontaniczne wzwody przy tablicy… I najgorsze, co może spotkać młodego człowieka, czyli pryszcze. Te szpecące twarz krosty są zmorą niejednego nastolatka. Walka z nimi często jest ciężka i żmudna.

Ale co stanie się w sytuacji, gdy okres dojrzewania mamy już za sobą, a nasze anielskie lico zbezcześci taki skurwielec? I to nawet nie pryszcz, a okropny, opuchnięty wrzód. Podnieść rękawicę, czy pierzchnąć? Ale jaki będzie wynik tej bitwy, jeśli już się na nią zdecydujemy?

Jeden z możliwych scenariuszy w swoim najnowszym tekście nakreśla Marcin Zwoleń. Historia może to nie apokaliptyczna, ale w skutki brzemienna. Niedobre Literki zapraszają.

h

Wrzód

h

Wszystko zaczęło się od gigantycznego wrzodu, który pewnej upalnej nocy postanowił wyrosnąć na moim czole. Wrzask, jaki na jego widok wydałem rano w łazience, postawił na nogi pozostałych domowników. Nie mogłem wyjść z szoku. Intruz wielkości Ferrero Rocher chorobliwie pulsował nabrzmiałą czerwienią skóry. Ręce same rwały się by go wycisnąć.

Spokojnie, wziąłem głęboki wdech, najpierw trzeba przyjrzeć mu się z bliska. Przysunąłem twarz do lustra. W jaskrawym halogenowym świetle dostrzegłem jego niekształtny zarys. Jakby coś rozpychało go od wewnątrz. Opanowując drżenie dłoni uniosłem jedną z nich do czoła. Wysunięty do przodu, niczym sonda badawcza, palec wskazujący z precyzją namierzał obiekt. Delikatnie dotknąłem czubka narośli – był nienaturalnie kanciasty i ostry. Z drugiej strony, może to ułatwi wyciśnięcie go?, pomyślałem, przykładając drugą dłoń w celu pozbycia się parszywca.

Pierwszy impuls bólu, który pojawił się wraz z naciskiem na wrzód, był jeszcze akceptowalny. Nieznośne uczucie nastąpiło chwilę później. Skóra napięła się i zaczęła pękać, coś przebijało ją od środka. Dopiero teraz poznałem znaczenie słów: „mało co nie zemdleć z bólu”. Na szklaną taflę, w której odbijała się wykrzywiona grymasem cierpienia twarz, z otwartej rany trysnęła mieszanka krwi i jakiejś gęstej wydzieliny. W ostatniej sekundzie refleks uchronił mnie przed upadkiem na posadzkę. Kurczowo wczepiony w umywalkę, mierzyłem się z bólem. Łapczywie łykałem hausty powietrza i starałem się nie krzyczeć. Łzy napłynęły mi do oczu. Nawet nie próbowałem ich powstrzymać. Nieme statystki mego udręczenia bezwiednie spłynęły po policzkach i zatrzymały się w kącikach ust.

Nie zamierzałem się jednak poddawać. Co to, to nie! Mimo, iż wiedziałem, że to czego przed chwilą doświadczyłem, to tylko przygrywka przed głównym występem, byłem gotów wziąć w nim udział. Zacisnąłem zęby i zwiększając nacisk ponowiłem próbę pozbycia się niechcianego gościa. Zimny pot wystąpił mi na czoło, kolana zaczęły drżeć i chociaż ból stawał się nieznośny, nie ustawałem. Parłem.

Nigdy nie będzie mi dane poznać cierpienia jakiego doświadcza rodząca kobieta. Ale w tej chwili okrutne boleści, które mnie dopadły, były moimi własnymi bólami porodowymi. Je też teraz rodziłem; coś. Coś, dla którego otwarta rana na czole stanowiła bramę do nowego świata.

Po paru sekundach przerwałem, musiałem przetrawić ból i odpocząć. Wrzód spoglądał na mnie z lustra swoim czerwonym jarzącym się okiem. Jego czubek zionął krwawym kraterem, który odkrywał swoją tajemnicę. Z wnętrza wystawał cienki szpikulec. Co to może być? Dotknąłem go palcem; był ostry. Równocześnie na plecach poczułem niepokojący dreszcz. Mrowienie wywołane niewiadomą ostudziło na moment moje zapędy poznawcze. W głowie natomiast pojawiło się pytanie.

Skąd w ogóle ta ogromna krosta wzięła się na moim czole? dumałem. Okres wyprysków na twarzy miałem już przecież dawno za sobą. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio nawiedził mnie koszmar wieku młodzieńczego. Może to wynik niewłaściwej diety? Zastanowiłem się. Może zjadłem wczoraj coś nieświeżego? Wytężyłem pamięć, starając się przypomnieć sobie, co było na kolację. No jasne, zagadka wyjaśniła się po chwili główkowania. Prawie nie palnąłem się w czoło, kiedy przed oczami stanął mi wieczorny posiłek. Już pojąłem w czym tkwiła przyczyna – to ten śmierdzący francuski ser z niebieską pleśnią. Rokfor, czy jakoś tak? Wiedziałem, że to zły pomysł, żeby go kupować, nie wspominając już o konsumpcji. Paskudna narośl jest pewnie efektem działania zawartych w nim grzybów i toksyn. Najwyższa więc pora, żeby się z nią uporać!

Pełen werwy z zaciętym wyrazem twarzy przystąpiłem do dalszej eksmisji dzikiego lokatora. Chodź tu skurczybyku, jeszcze z tobą nie skończyłem!
Nie zważając na ból, a nawet odrobinę zżywając się z nim, zaatakowałem ze zdwojoną siłą. Zawartość narośli zaczęła się obnażać. Najpierw w całej krasie wyłonił się wspomniany szpikulec. Raczej nie imponował długością – miał około kilku milimetrów. Lecz zaraz okazało się, że był zaledwie forpocztą. Tuż za nim w towarzystwie bolesnych skurczów na świat przeciskał się kolejny grubszy fragment czegoś. Oniemiały patrzyłem, jak powoli wysuwał się z czoła niczym antena. Dziwny ażurowy pręcik dobijający już do dwóch centymetrów wystawał z krwawej czeluści. I wyglądało, że to jeszcze nie koniec. Gwóźdź programu miał pojawić się lada moment. Ale póki co blokowała go miazga wrzodu. Nacisnąłem mocniej, by po chwili, kalecząc skórę i wydobywając z moich ust niepohamowany, prawie agonalny jęk, urodzić zwieńczenie niepokojącego intruza. Ze środka wychynęło coś, co od podstawy po ostry czubek kształtem wpisywało się w niewielki ostrosłup. Do tego, wyglądało jakoś znajomo…

Gorąco, poczynając od głowy, spłynęło wzdłuż mojego ciała. Chociaż krew kapiąca z rany ograniczała mi widoczność na jedno oko, nie mogłem się mylić. Z wrzodu znajdującego się na moim czole dziarsko sterczała miniaturowa kopia Wieży Eiffla. Zakotwiczając fundamentami w jego mięsnym podłożu, wydawała się być ostoją nie do ruszenia.

Nie mogąc wyjść z osłupienia i powstrzymując paniczny wrzask, niepewnie dotknąłem jej palcem. Spoiny okazały się jednak bardziej kruche, niż sądziłem. Wieża zachwiała się, odpadła od narośli, po czym poszybowała w dół prosto do umywalki. Z brzdękiem odbiła się od ścianki ceramicznej miski i zataczając w niej kręgi, wpadła w szalony wir. Pokręciła się niczym kulka w ruletce, by wreszcie zakończyć swój obłędny taniec w sitku odpływowym.

Resztką sił opanowałam drżenie i wyciągnąłem po nią dłoń. Delikatnie ująłem w palce i przybliżyłem do oczu. Była niewielka – trzy, może czterocentymetrowa. Drobna konstrukcja w pełni odzwierciedlająca autentyk. Filigranowe przęsła i kraty, niewielkie tarasy widokowe z malutkimi balkonikami, windami i schodami, cztery króciutkie nogi wspierające ciężar „Żelaznej Damy”. Wszystko identyczne, z tym że pomniejszone kilkadziesiąt tysięcy razy. Z zapartym tchem, zdziwionym wzrokiem rejestrowałem niebywałe zjawisko.

Szybko wyszło na jaw, że wieża nie jest tak wytrzymała jak oryginał. Upadek do umywalki spowodował jej znaczne uszkodzenia. Jedna z nóg okazała się być nadłamana, a sam szkielet  mocno powyginany. Stałem tak, analizując ten nieziemski przypadek i kompletnie nie miałem pojęcia, co z nim począć. Przecież nikt mi nie uwierzy, kiedy powiem, że wycisnąłem sobie z czoła mini Wieżę Eiffla. Absurd! Za rozgłaszanie takich newsów, jedynie co mnie mogło spotkać, to pobyt w zakładzie zamkniętym, z rękami uwięzionymi w za długich rękawach. Nic z tego, nikt się nie może o tym dowiedzieć i nikt się nie dowie. Ścisnąłem w dłoni trzymaną replikę francuskiej budowli. Zaskakująco łatwo dawała się zgnieść. Zmiażdżoną konstrukcję wrzuciłem do muszli i nacisnąłem przycisk spłuczki. Jednostajny szum wody zagłuszył wszelkie wątpliwości. Poczułem ulgę.

 

***

 

Kilka godzin później cały świat huczał tylko o jednym. Wszystkie media nie trąbiły o niczym innym, jak o okropnej tragedii, która dotknęła Francję. Treści wiadomości były zwięzłe i dosadne. Kraj w żałobie. Setki zabitych. Paryż znów wystawiony na ciężką próbę.

Z informacji wynikało, że stolicę nawiedził kataklizm. I to nie byle jaki. Człowiek po raz kolejny okazał się być bezsilny wobec potężnych sił natury. Otóż, wczesnym rankiem niszczycielskie tornado niespodziewanie wdarło się na Pola Marsowe. Rozszalała trąba powietrzna zmiotła z powierzchni ziemi Wieżę Eiffla, po czym zdewastowaną budowlę cisnęła do Sekwany. Całkowita liczba ofiar jest wciąż nie ustalona.

Nie bardzo wiedziałem, co sądzić o tym dramatycznym zdarzeniu. Ogarniało mnie dziwne wrażenie, jakbym miał coś z tym wspólnego.

To niemożliwe!, pomyślałem, ostrożnie macając naklejony na czole plaster.

 

FIN

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: