polskie centrum bizarro

„TurboFacebook” by Bartłomiej Dzik

In Opowiadania on Marzec 31, 2017 at 6:00 am

niedobreliterkitxtŚwiat bez Facebooka byłby miejscem nudnym. Choćby dlatego, że nie byłoby jak śmiać się ze stad uzależnionych od tego portalu ludzików.

Dzięki Bartłomiejowi Dzikowi możemy jednak odsunąć od siebie ów ponury scenariusz, w zamian za to skupić się na tym co by było, gdyby Facebook był jeszcze potężniejszy niż jest obecnie. Taki Facebook w wersji turbo. Czyli TurboFacebook.

Krótko, zwięźle, mega zabawnie i na temat – to najszybsza recenzja poniższego tekstu. Zapraszamy do lektury!

h

TurboFacebook

 

USA
Menlo Park – Facebook Headquarters
środek nocy…

– To w końcu jest gotowa, czy nie? – zapytał Bardzo Ważny Facet w Szarej Koszulce.
– No, tak technicznie rzecz biorąc, to jest. – Gościu w garniturze poluzował krawat, ale i tak pot spływał mu z facjaty strumieniami. – Ale uznaliśmy, że potrzebne są jeszcze testy warunków skrajnych w podwójnie zamkniętym środowisku.
– Ze sztuczną inteligencją jest bowiem taki problem – wtrącił się okularnik w przybrudzonym pizzą sweterku. – Że może okazać się inteligentniejsza niż nasze najśmielsze oczekiwania. Właściwie to stworzyliśmy superinteligencję, której potencjału nie jesteśmy w stanie do końca ogarnąć naszym aparatem poznawczym. Profesor Finkelstein upiera się nawet, że w czwartym cyklu samo-aktualizacji zyska ona możliwość manipulacji rzeczywistością na poziomie kwantowym, choć to na zdrowy rozum niemożliwe…
Zuckerberg uniósł zniecierpliwione oczy ku sufitowi.
– Dobra, więc zapytam wprost: czy to cudo uczyni nas najpotężniejszą korporacją na świecie?
– Niewątpliwie tak, ale…
– To w pizdu z jakimiś „ale”! Odpalajcie!!!

Warszawa
piętnaście minut później…

Czesław Zawistowski zaczął dzień pracy jak zwykle, od herbaty w szklance („pierwsza czynność urzędnika: nalać wody do czajnika”) oraz, rzecz jasna, od Facebooka. Sytuacja na scenie politycznej była bardzo napięta, na ścianie roiło się od manifestów, wyzwisk, filmików i memów. Skrajna polaryzacja światopoglądów podsycała skrajne emocje: „Pisiorskie mohery, wypierdalać z mojego walla!” czy „POszołomy i lemmingi, paszoł won!”. Czesławowi też się udzieliło – udostępnił ze trzy ostre memy, zalajkował kilkanaście stron, zwyzywał od kretynów tego i owego w komentarzach… Wtedy jednak wielki pop-up przesłonił walla:

„W ramach poszerzania funkcjonalności naszego portalu, proponujemy darmową aktualizację konta do testowej wersji TURBO. Pomóż nam ulepszyć Facebooka, pomóż nam ulepszyć świat!”

Czesław był człowiekiem z natury podejrzliwym, postanowił więc rzucić okiem na umowę licencyjną w przewijanym okienku poniżej – ta była długa na pierdyliard ekranów, na dodatek pełna nie tylko tekstu, ale jakichś dziwacznych wzorów i trójwymiarowych schematów. Czegoś takiego jeszcze nie widział, zaczął więc dumać, czy aby nie wybrać jednak opcji „Odrzuć”, lecz w tym momencie do pokoju weszła wredna szefowa i Czesław kliknął z rozpędu na „Akceptuj” po czym zminimalizował przeglądarkę, odsłaniając sprawozdanie kwartalne, nad którym powinien – he, he – od pół godziny pracować.
Zamarkowawszy pracę przez dwadzieścia minut, wrócił na Fejsa, by zobaczyć, że pod jego komentarzami pojawił się łańcuszek mniej czy bardziej ciętych ripost, obleg i wyzwisk. Co nieco rekontrował, co nieco kasował, a jednego z najbardziej buraczanych polemistów, sąsiada z bloku, Ryśka Sozoniuka, wywalił nawet z grona znajomych, a co! Potem nadeszła pora na drugą herbatę, potem trzeba było odbębnić okresowe szkolenie z BHP i tak jakoś szybko minął dzień w robocie. W drodze do domu Czesław wstąpił jeszcze do Biedronki po sześciopak, bo po tak pracowitym dniu należała mu się chwila kontemplacji. Niestety, między wejściem do mieszkania a kanapą stała jeszcze połowica, która kazała wyrzucić śmieci i kupić ziemniaki w pobliskim warzywniaku.
Wracając z ziemniakami, spotkał, co za ironia losu!, Sozoniuka, z którym tam pożarł się rankiem na facebooku. Posłał mu złośliwy uśmiech, na co tamten odpowiedział lekko przytkaną miną, jakby widział sąsiada pierwszy raz w życiu.
– To teraz udajesz, że mnie nie znasz, KODziaru-smordziarzu? – zarechotał, poniekąd przyjaźnie, Czesław.
Sozoniuk zrobił wystraszoną minę i obszedł sąsiada szerokim łukiem, patrząc nań jak na wariata. „Co za kutas” – pomyślał Czesław.
Wróciwszy do domu, Zawistowski rzucił ziemniaki w kąt, włączył telewizor i zagadał do żony:
– Rysiek z czwartej klatki do końca ocipiał w tym KOD-zie, udaje teraz, że mnie nie zna.
– Jaki Rysiek?
– No, Sozoniuk.
– Pierwsze słyszę, że znasz jakiegoś Ryśka.
– Weź się nie wygłupiaj, Rysiek z czwartej klatki, taki konus, żonę ma rudą. Przecież nawet kiedyś szlifierkę od niego pożyczałem.
– No chyba kojarzę który, ale wy się przecież nie znacie. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem.
– Lecz się na sklerozę, kobieto! – zakończył konwersację Czesław i rozerwał sześciopak.
W telewizji newsem dnia był marsz narodowców w jednym z prowincjonalnych miasteczek, a właściwie brak owego marszu. Sprawa wzbudzała zresztą kontrowersje od paru dni, dziś rano administracja Facebooka, pomimo licznych protestów, usunęła stronę marszu. Władze miasteczka nie dostały żadnej informacji od organizatorów o odwołaniu imprezy, tym niemniej nikt się nie stawił.
– Jakieś cioty a nie narodowcy! – skomentował rzeczowo Czesław.
Drzwi trzasnęły i do domu wparował Młody, znaczy się, jedenastoletni Czesław junior (nigdy ojcu nie wybaczył tego numeru z imieniem). Rzucił zdawkowe „hejka!” i udał się do swojego pokoju, ale zaraz rodzicielka niemal siłą wyciągnęła go stamtąd na obiad.
– Co tam w szkole? – dobiegło pytanie z kuchni.
– Kijowo… – dobiegła odpowiedź.
Tymczasem na kanale informacyjnym zaczął lecieć reportaż o perturbacjach za oceanem. Nowojorska giełda oszalała na otwarciu: niektóre spółki leciały na łeb na szyję, kursy innych wystrzeliły pod niebiosa. Inną ciekawostką, też z Nowego Yorku, były poranne ćwiczenia Yogi na świeżym powietrzu, na które stawił się tak dziki tłum, że zadeptał Central Park. „Robimy to co tydzień od trzech lat i jeszcze czegoś takiego nie widziałem” – komentował zdumiony organizator – „wiadomo, na Facebooku tysiące ludzi się oznacza, że weźmie udział, ale tak naprawdę to przychodził może co dwudziesty…”
„Kogo takie głupoty obchodzą” – westchnął w myślach Czesław… po czym nagle, gdzieś w zakamarkach superego, poczuł metafizyczne swędzenie.
– Jeszcze tranik… – dobiegł kobiecy głos z kuchni.
– Nie, nie wypiję. Nie lubię…
Młody wypadł do przedpokoju, jakby go jakiś zboczeniec gonił.
Czesława coś tknęło. Odpalił smartfon, zalogował się na profil juniora, który wciąż jeszcze był podpięty pod jego (do trzynastego roku życia ma smarkacz przechlapane) odszukał jakąś stronkę producenta tranu i kliknął „lubię to”.
– No dobra… – dobiegło z pokoju syna.
Chłopak wrócił do kuchni.
– Mniam! Mogę jeszcze jedną łyżkę?

USA
Menlo Park – Facebook Headquarters
południe

– Skillowaliśmy ten proces aktualizacji, jak tylko się pojawił, userzy generalnie byli podejrzliwi i właściwie nikt nie klikał – tłumaczył rudy nerd, jednym okiem zezując na tablet.
– No ja, na ten przykład, nie kliknąłem – mruknął Zuckerberg. – Miejmy nadzieję, że ci, którym superinteligencja przyznała te uprawnienia, to w większości rozsądnie ludzie. Tak w ogóle, to gdzie było najwięcej zatwierdzonych aktualizacji?
– Eeeee… yyyy… – skrzywił się rudy. – No w Europie Wschodniej, a już najwięcej w Polsce.
– Ja pierdolę… – wydukał okularnik w przybrudzonym pizzą sweterku.
– Ja pierdolę… – powtórzył Zuckerberg.

Warszawa
pięć minut później

Czesław może nie był jajogłowym, może nawet nie był bystrzakiem, ale też nie był w ciemię bity i miał w sobie taki pierwotny spryt chłopa pańszczyźnianego, co to na co dzień znosi pokornie łajanie od pana na włościach, ale jak się nadarzy okazja podupczyć z pańską córką, to umie w trymiga przejąć inicjatywę i ogarnąć co i jak. Intelektualista obdarzony znienacka nadludzką mocą będzie godzinami deliberował nad tym, jak ją empatycznie wykorzystać dla dobra ludzkości, jak tego rodzaju przywileje wpisują się w porządek społeczeństwa obywatelskiego i takie tam pierdu-pierdu… A chłop? Chłop będzie działał.
Trenerzy personalni, czyli tak zwani „kołcze”, jak również psychoanalitycy maści wszelakiej, powtarzają niczym mantrę „chcesz zmienić świat, zacznij od siebie”. Generalnie jest to taka pusta gadka, zasadniczo bezsensowna… acz w przypadku Czesława akurat jak najbardziej sensowna. Mężczyzna może nie zaczął z grubej rury, ale też się specjalnie nie patyczkował. Dodał sobie w profilu wykształcenia Wydział Prawa i Administracji UW, a co! Czacha trochę przydymiła, ale Czesław nagle poczuł się biegły we wszystkich kruczkach prawnych, co było niezbędne komuś, kto chce trochę tu i ówdzie namieszać. W kolejnym naturalnym kroku dodał sobie doktorat z informatyki, aby ogarnąć wszystkie techniczne tricki i nowinki.
Po przyjemnościach ducha przyszła pora na przyjemności ciała. To już wymagało trochę większego zakombinowania, no ale od czego podkręcone wcześniej synapsy! Wykorzystując dziwaczną funkcjonalność Facebooka, pozwalającą dodawać znajomych bez ich zgody do administrowanych przez siebie grup, Czesław szybko utworzył wydarzenie „Prześpię się w tym tygodniu z Czesławem Zawistowskim” i dodał doń Edytę, wychowawczynię Czesława-juniora. Oczywiście lepsza byłaby jakaś top-modelka, ale takowej w znajomych (jeszcze) nie miał, a od czegoś trzeba było zacząć. Pięć minut później na ekranie smartfona pojawił się pikantny SMS:

„Gorąca nauczycielka czeka na Ciebie! Stawiam pałę w dwie sekundy i wiem jak karcić niegrzecznych chłopców. Wpadaj natychmiast, adres: Polinezyjska (…)”

– Zapomniałem, że dziś w Lidlu wkrętarki akumulatorowe – obwieścił głośno Czesław, podrywając się z sofy.
– O tej porze to już wszystkie wykup… – żona chciała go sprowadzić na ziemię, ale mężczyzna złapał w przelocie kurtkę i zatrzasnął za sobą drzwi.
Od mieszkania Edyty dzieliło go parę bloków i ów niewielki dystans pokonał w tempie Usaina Bolta, nieco się przy tym zasapawszy. Drzwi na klatkę otworzyły się właściwie w momencie, gdy zadzwonił domofonem, do drzwi wejściowym pukać nie musiał, stały otworem, a w nich odziana tylko w różowy szlafroczek napalona belferka, która złapała Czesława za poły kurtki, zaciągnęła do salonu i rzuciła na sofę. Zanim zdążył się przywitać czy coś, ściągnęła mu spodnie i dosiadła okrakiem, po czym rozpoczęła ujeżdżanie – już nawet nie galopem, ale kłusem, jęcząc przy tym niczym odkręcana przerdzewiała śruba. „Wolniej” – chciał powiedzieć Czesław, ale już było za późno, Edytka uporała się z jego wackiem szybciej niż najszybszy rękoczyn.
– Zaliczone – powiedziała, tak jakby do siebie, po czym jeszcze teatralnie stęknęła, zeszła okrakiem z mężczyzny i poczęła coś odklikiwać na komórce, tracąc całkowicie zainteresowanie Czesławem. Ten z kolei nie bardzo wiedział, co dalej robić – poza schowaniem obolałego wacka do spodni – znaczy się, podziękować jakoś, czule zagadać czy coś? Ostatecznie zatem zapiął rozporek i strategicznie zrobił parę kroczków w stronę niedomkniętych drzwi wejściowych.
– Niech syn powtórzy słówka na czwartkowe dyktando z angielskiego – pouczyła beznamiętnie Edyta, nie odrywając wzroku od ekranu smartfona. Mężczyzna przytaknął pod nosem i czmychnął na klatkę schodową.
„Cóż, byłoby to zasadniczo wielkim sukcesem, gdyby nie było tak straszliwym obciachem” – stwierdził dialektycznie Czesław w drodze powrotnej do domu, po czym odblokował smartfon, by zmienić nieco ustawienia grupy, choćby na coś w stylu „Romantycznie i zmysłowo prześpię się z Czesławem…”. Zdziwiła go liczba powiadomień, nowych członków (poniekąd dosłownie, facetów znaczy się) w grupie, której zapomniał nadać statusu zamkniętego. Czesław momentalnie uświadomił sobie, że zamiast jakiegoś doktoratu z informatyki, dużo bardziej potrzebny mu jest porządny background hackerski. Zdecydowanie musi to skorygować, zanim… O, kurwa!
– Tu jesteś, kochaniutki – usłyszał zza pleców, po czym czyjeś potężne ramiona niemal uniosły go w powietrzu i przygwoździły do ściany pobliskiego śmietnika. Komórka upadła kawałek dalej na ziemię.
– Tak bardzo cię pragnę. – Czesław usłyszał obleśny szept, poczuł mocną woń męskiej wody kolońskiej i liźnięcie na policzku. Głos należał, bez dwóch zdań, do niejakiego Koconia, nauczyciela WF-u w szkole syna. Był to przystojniak o posturze kulturysty, który jednak zdawał się w ogóle nie interesować płcią przeciwną, toteż plotkowano, że jest pedziem. Jak widać słusznie. Zanim Zawistowski stracił z dłoni komórkę, zdążył się zorientować, że Edytka zaprosiła do jego grupy chyba całą kadrę pedagogiczną, w tym parę starych maszkaronów i co najmniej jednego napakowanego homosia. Sytuacja była zatem mocno niewesoła. Niby oczywistą rzeczą jest, że narzędzie do kontroli świata to nieprosta zabawka, no ale żeby już w pierwszej godzinie użytkowania przyprawić o autentyczny ból dupy…
W siłowaniu się z Koconiem Czesław nie miał żadnych szans, na szczęście wuefista trochę zwolnił nacisk, gdy jedną dłonią rozpinał pasek od spodni swojej ofierze. Zawistowski skorzystał z tego luźniejszego momentu, wyszarpnął się i dał nura w stronę komórki. Niestety, rzecz nie wyszła jak na filmach z Van Dammem, bo akurat opadły rozpięte portki i zamiast zwinnego wyskoku Zawistowski runął jak długi na podgniłe obierki i około-śmietnikowy syf. Leżąc na brzuchu, koniuszkami palców dosięgnął smartfona, ale wtedy zobaczył świeczki przed oczyma. Stukilowy Kocoń przysiadł mu na kolana i pociągnął za bokserki, rozrywając je na szwach, co przy okazji zmiażdżyło i tak już sfatygowane przez Edytkę przyrodzenie. W sytuacji ekstremalnej człowiek jest jednak w stanie zignorować naprawdę pieruński ból jak również klikać w tempie master-gamera-hackera, toteż w Kocoń został usunięty z facebookowej grupy dokładnie w chwili, gdy wydobywał z rozporka swego masywnego świdra.
Czesław poczuł z ulgą, że nacisk na nogi ustępuje.
– Eeee, przepraszam bardzo, chyba zaszła jakoś pomyłka – wybąkał zmieszany i poczerwieniały wuefista, spakował wacka z powrotem w spodnie i pospiesznie oddalił się w stronę pobliskich bloków. Kiedy widmo zmasakrowanej dupy zniknęło z pola widzenia, nadszedł czas na chwilę refleksji…
– Pedzio to był, czy nie pedzio? – westchnął filozoficznie Zawistowski, doprowadzając się do względnego porządku. Pytanie, wbrew pozorom, nie było akademickie, ale wielce fundamentalne. Totalne zmieszanie wuefisty wskazywało, że może jednak nie był gejem, ale dołączenie do grupy spowodowało, mówiąc informatycznym żargonem, niejaki „override” jego orientacji seksualnej. A to by w sumie oznaczało…
Czesław uśmiechnął się szeroko.

USA
Air Force One
cztery dni później

– Start za siedem minut – obwieścił z głośników kapitan.
Pierwszy Obywatel dopił drinka i spojrzał pytająco na stojących po drugiej stronie stolika agentów NSA.
– Nasi najlepsi spece z Guantanamo skończyli już przesłuchanie Zuckerberga – obwieścił pierwszy agent. – Facio przyznał się do wszystkiego, nawet do bycia niejakim Zuckerbollahem i sabotowania Facebooka na plecenie Państwa Islamskiego, he, he…
– Wszyscy osobnicy z superuprawnieniami zostali wytropieni i unieszkodliwieni – raportował drugi agent. – Po naszej stronie straciliśmy definitywnie trzystu sześćdziesięciu dwóch ludzi a dwudziestu czterech ma status zaginionych…
– Wszyscy? – Prezydent zmarszczył brwi. – Doprawdy?
– Potwierdzamy jeszcze ostatniego. Niejaki Zavistovky, z Polski, pracownik biurowy, IQ gdzieś w czwartym decylu. Zagrożenie zerowe, duże prawdopodobieństwo, że gdzieś po drodze sam się wykończył.
Pierwszy Obywatel kiwnął głową, po czym odprawił agentów gestem dłoni, jakby odganiał natrętną muchę. Przywołał wzorkiem blondwłosą, cycatą stewardesę.
– Napiłbym się szkockiej…
– A może jeszcze cygaro, w zgodzie z prezydencką tradycją – wyszła z inicjatywą blondynka, wymownie oblizując usta.
Prezydent zamyślił się.
– Hmmm… to w sumie demokratyczna tradycja i to dużo starsza niż ci się wydaje, malutka. No wiesz, taki Kennedy chociażby. Z drugiej strony… uczciwe i bez uprzedzeń trzeba przyznać, że i demokratom zdarza się coś mądrego wymyśleć. – To rzekłszy, wstał z fotela i udał się w stronę łazienki pokładowej, a stewardesa dla zachowania pozorów najpierw uprzątnęła kieliszek, pokrzątała się bez celu jeszcze minutkę, a dopiero potem podążyła śladem prezydenta.
Łazienka Air Force One należała do wyjątkowo przestronnych, można było w niej wyczyniać wszelkie bunga-bunga bez karkołomnych wygibasów. Pierwszy Obywatel ze wzrokiem wbitym w głębie dekoltu stojącej przed nim blondyny począł pospiesznie rozpinać rozporek. Stewardesa tymczasem z szybkością rewolwerowca wyjęła zza pleców smartfon i cyknęła fotkę zdziwionej facjaty. Zanim mężczyzna zdołał choćby stęknąć ze zdumienia, wpierw otrzymał bolesnego haka pod żebro, a potem poczuł potężnego nelsona na tchawicy. Pociemniało mu w oczach.
Stewardesa delikatnie opuściła nieprzytomnego mężczyzną na posadzkę, po czym sprawnie rozebrała z butów i garnituru. Następnie przełączyła smartfon na Facebooka, weszła w menu użytkownika i zmieniła zdjęcie profilowe. Cyce nagle zniknęły, kobiece rysy zafalowały i pomarszczyły się w facjatę Pierwszego Obywatela, damskie figi zrobiły się ciasne od tego, co wyskoczyło między nogami.
Pilot obwieścił start za dwie minuty. „Uff, już myślałem, że zeświruję przez te obcasy i PMS-y” – odetchnął Zawistowski, po czym opuścił łazienkę, nalał sobie z barku szkocką na dwa palce i rozsiadł się w fotelu. „Zagrożenie zerowe, pracownik biurowy, IQ w czwartym decylu” – powtórzył w myślach słowa agenta – „Co za skończone dupki!”. Łyknął whisky, po czym pieszczotliwie pogładził stojącą pod blatem walizkę atomową. Zapowiadał się ciekawy dzień.

h

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: