polskie centrum bizarro

„Trupy nie mają orgazmu” by Patryk Bogusz

In Opowiadania on Czerwiec 1, 2017 at 6:00 am

Patryk Bogusz już na dobre zadomowił się na niedobrych… Co naprawdę nam się podoba. Podobnie jak jego najnowszy tekst o swojsko brzmiącym tytule Trupy nie mają orgazmu. Można go odczytywać na różne sposoby – jako ostrzeżenie, fanfik Dextera Morgana,  rozprawkę na temat „życie po życiu”, itp. Albo jeszcze inaczej. Bo skoro po śmierci nie można liczyć na orgazm, to na co właściwie czekacie? Co z tym obiecanym piekłem, do którego niby trafiają wszystkie niegrzeczne dziewczęta? Sami przyznacie, bez orgazmu sex w piekle to już nie to samo…

Ale my tu gadu gadu, a opowiadanie się samo nie przeczyta. Zatem… bierzcie się do… czytania!

 

Trupy nie mają orgazmu

 

Lubiła wytrawne wino. Koniecznie czerwone. Czerwień to krew. Krew to życie. Takie miała skojarzenie. Całkiem słuszne. Najlepiej, żeby trunek był z Włoch. Tylko Włosi znają się na winie, a ideałem już jest nektar bogów z Sardyni. Ta skalista wyspa kojarzy się przede wszystkim z długowiecznością. Górskie powietrze, pastuchy, sery owcze nafaszerowane larwami muchy serowej, ale i szczep Cannonau, z którego produkują trunek pchający iskrę bożej ingerencji, w swej cudownej mocy oczyszczającej i tak zbawiennej dla całego organizmu, strutego smogiem, papierosami i tanią wódką.

„To dlatego tak dobrze się trzymam” – mówiła. „Dzięki winu, to moja recepta na wygląd. Nie maseczki czy operacje plastyczne”.

Faktycznie, jak na kogoś kto nie żył od dziesięciu lat, prezentowała się nad wyraz atrakcyjnie. Sama  myśl o interwencji chirurga czy balsamisty stwarzała namiastkę bluźnierstwa.

„No i się nie szprycuje. Nie walę tego ścierwa. Dziewczyny często mi się dziwią, jak bez tego wytrzymuję, bez kojącej szprychy. Traktują heroinę jak wyzwolicielkę. Nie kumam tych zdzir” – mówiła.

Nigdy nie wstydziła się tego, co robi. Przeczesywała rude włosy, lśniące jak u suki Lessi po kąpieli, czyli rasy coli, o czym nie wiedziała. Myślała, że ją nabieram. Patrzyła mi prosto w oczy, nigdy nie uciekała wzrokiem, nie miała nic do ukrycia. Siedziała tak, paląc papierosa. Patrzyłem jak słabe światło lampki nocnej pada na jej sutki. Sterczały cały czas. Nie musiała stosować kostek lodu. Z takimi umarła. Zabił ją seryjniak. Podczas podcinania gardła naprzemiennie podgryzał sutki, tak by nie spoczęły nawet na chwilę.

„Jak to mówią, każdy kimś się tam rodzi. Jeden złodziejem, drugi politykiem” – zauważam, że to jedno i to samo. Przytakuje. „W takim razie kurwą i zakonnicą”. To już dobry kontrast – stwierdzam.

Ona urodziła się kurwą. Najstarszy zawód świata. Postrzega swą robotę jako misję. „Słuchaj w końcu Maria Magdalena też była kurtyzaną, a Jezus jej wybaczył. A wiesz czemu? Bo przynosiła dobro. Tak jak ja to robię. Daję tym facetom, a czasem i kobietom chwile zapomnienia. Coś tak cennego. Odcięcia się od marudzącej, zgorzkniałej żony, rozkapryszonych dzieci wyciągających drobne z portfela. Po śmierci stałam się jeszcze lepsza w swym fachu. Nie odczuwam zmęczenia, mogę zaspokajać najdziwniejsze potrzeby. Wielu wybiera to miejsce nie ze względu na skłonności nekrofilskie, ale lubią przemoc, sadyzm. Chcą gryźć, aż poczują mięso między zębami. Pozwalam im na to, przecież nie czuję bólu, a później w poranione miejsca przyklejam płaty skóry.”

Paskudna definicja małżeństwa. Jak każda z dam świadczących usługi seksualne, za wynagrodzeniem pieniężnym, była zrażona do miłości. Odrzuciła od siebie myśl o przeżyciu czegoś bardziej wyniosłego i głębokiego niż orgazm. Zresztą miała rację. Bez orgazmu nie ma miłości. Bo w sumie czym ona jest?  Chwilami oderwania od rzeczywistości, zapomnienia w duchowym rozkwicie, spotęgowanej przyjemności, przyprawiającej nas o kołatanie serca czy skurcz przeszywający jaja. Wszystko to zwodzące na zatracenie. To jedyny minus życia pośmiertnego. Trupy nie miewają orgazmu. Kiedyś męczyła swoją klitorys przez dwa dni, bez przerwy. Kompletnie nic. Zero. Złamała przy tym dwa palce i oderwała paznokieć.

Zgasiła papierosa i spytała czy mam ochotę possać jej piersi. Poprosiłem, żeby pobawiła się sama. Wycisnęła na dłoń tubkę lubrykantu, usiadła w szerokim rozkroku, przy którym przerzucanie nogi na nogę przez Sharon Stone w „Nagim Instynkcie” jawiło się jako zwykła infantylność spowodowana pruderyjnością i zawstydzeniem. Natarła wargi sromowe, sięgnęła po drugą tubkę, którą wcisnęła w siebie i wycisnęła do cna „Muszę się dobrze nawilżyć, wiesz nie mam już naturalnego smarowania, a wtedy to nic przyjemnego, a ja czerpię  przyjemność z zadowolenia klienta. Przynajmniej się staram. Mówią: to co robisz, rób z miłością. Świat będzie wtedy dużo lepszy.”

Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Tłumaczę swoje stanowisko. Lenin i Stalin też kochali to, co robili. Czasem całkowite zaangażowanie odbiera nam rozum, zdrowy dystans. Dolewam sobie whiskey. Właściwie burbonu. Co za różnica. Burbon mnie wypełnia – jak śpiewał Tom Waits.

Mówi mi, że jestem zabawny. Przez tę całą powagę. Zawziętą minę i zimne serce. Stwierdza, że jestem martwy wewnętrznie: „To widać w twoich oczach. Próbuję zrozumieć po co tu przyszedłeś. Od dwóch godzin chodzę z dupą na wierzchu, a ty cały czas patrzysz mi w oczy, badasz, jakbyś szukał pokrewnej duszy. Ty nie szukasz zapomnienia. Jesteś inny. Szukasz towarzystwa”.

Przytaknąłem. Me serce nie biło od lat. Ręce były zimne. O erekcji mogłem tylko śnić. Jej cipa nie robiła na mnie wrażenia. Współżyłem z wieloma martwymi. Zbyt dobrze znałem ten chłód przeszywający płeć, te soki zmieszane z obumarłą tkanką, zalewające przyrodzenie i tą obcość następującą po odbyciu stosunku. Za to oczy, te były cudowne. Szare, przenikliwe i mimo okoliczności tak pełne życzliwości, której ja już w sobie od dawna nie miałem.

„Jak to jest być żywym trupem?” – spytała. Zapaliła kolejnego papierosa, stając mi przed twarzą. Poczułem jej zapach, ten z wewnątrz. Odór gnijącego ciała, zwiastujący koniec materii. Musnąłem czubkiem nosa naprężoną łechtaczkę.

„Trochę smutno” – odpowiedziałem i przechyliłem zawartość szklanki. Po czym wstałem, uregulowałem należność i podziękowałem za mile spędzone chwile. W tamtym momencie poczułem się jak smarkacz na randce, który opuszcza sypialnie ukochanej ze strachu przed sknoceniem, nastawieniem na szwank dalszej znajomości poprzez niepotrzebny pośpiech, a nawet natarczywość połączoną z barkiem doświadczenia w zaspokojeniu kobiety.

Chciała się jeszcze spotkać. Tak bez opłaty. Może w prywatnym czasie. Porozmawiać. Chciała mi pomóc. Dać te odrobinę bliskości, której nie mogłem przyjąć. Zraniłbym ją. Zabił to wszystko, co w niej zostało. Nie mogłem na to pozwolić.

Powiedziałem jej, że jest pustą tanią kurwą, do tego oziębłą i nie zmarnuję na nią ani grosza więcej, że nie potrafiła sprawić nawet, żeby mi stanął.

Uśmiechnęła się, pokazując poczerniałe zęby. Kilka larw przy tym opuściło otwór gębowy. „Wszystko rozumiem” – powiedziała. Patrzyła za mną, gdy wychodziłem z pokoju. Minąłem jakąś pijaną gówniarę toples z produktem męskiej płci na piersiach. Szła do łazienki, zostawiając na podłodze ślady ropnego śluzu, który wydobywał się z niezlokalizowanego przeze mnie otworu ciała. Szybko wyszedłem z domu przybytku, obiecując sobie, że nigdy więcej do niego nie zajrzę. Nigdy nie wejdę w żadną koligację z diabelską oblubienicą.

Wszystko musi zostać tak jak jest. Noc była ciepła. Księżyc wyłonił się zza chmur. Spojrzałem w górę i zawyłem do skurwysyna jak kojot na prerii. To był dobry wieczór.

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: