polskie centrum bizarro

„Apetyt na byt” by Marcin Zwoleń

In Opowiadania on Sierpień 7, 2017 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNiezmiernie miło (aczkolwiek też odrobinę strasznie – dlaczego? – przekonacie się sami, czytając to, co poniżej) jest nam zaprosić Was do lektury opowiadania Marcina Zwolenia.

Utrzymane jest w we współczesnych (nie)realiach, co tym bardziej wzmacnia jego nieoczekiwane przesłanie… Czytajcie, cieszcie się, podziwiajcie!

Bon’ lektura!

Apetyt na byt

Od kilku długich tygodni miał się tak dobrze jak nigdy. Nic nie zakłócało jego egzystencji. W ciszy przez nikogo nie niepokojony mógł swobodnie rozwijać się, hartować i twardnieć. Czuł się doskonale. To był jego czas. No bo jeśli nie teraz, to kiedy? Lepszej okazji nie będzie. Żył, rósł i to było najważniejsze.

Wiedział, że powód, przez który – czy może dzięki któremu zaistniał – jest nie byle jaki. Wojna. Tak, to ona dała mu życie. To ona wypełniła światłem czarną pustkę niebytu. To frontowe okopy i górskie kryjówki nadały mu kształt i charakter. To tam wykuwał się jego hart ducha. W głodzie i chłodzie, milimetr po milimetrze.

Sytuacja od dawna nie była dobra. Ale im tam było gorzej, kalkulował, tym lepiej dla niego. Jeśli wszystko się poprawi, on z pewnością na tym nie skorzysta. Jeszcze nie daj przewrotny losie, a zostanie odkryty i obcięty. Pomny dnia, kiedy się nadłamał i ile czasu potrzebował, żeby się zregenerować, zadrżał cały. Tylko nie to!

Póki co, jego odporność wzrastała proporcjonalnie do długości. A trzeba przyznać, że urósł już na tyle długi, iż niebezpiecznie zaczął się wywijać. Z dnia na dzień nabierał też coraz to intensywniejszej barwy. Początkowo raził swym sino-bladym odcieniem, lecz po pewnym czasie z dumą mógł demonstrować swój twardy, ciemnożółty pancerz.

Progres zachodził małymi kroczkami. Na nic innego więc tak nie liczył, jak na niezmienny stan rzeczy. Bardzo chciał wierzyć, że ciemna, wilgotna kryjówka, w której znalazł bezpieczne schronienie, będzie trwała po wsze czasy.

* * *

Wiosna rozkwitła całym swym zielonym sercem. Druga wojna czeczeńska dobiegała końca. Asłan Kozuyeb, sierżant separatystycznej partyzantki, miał nadzieję szczęśliwie doczekać do jej kresu i w jednym kawałku powrócić do rodzinnego domu na przedmieściach Groznego. Niestety, nie wiedział, że Stwórca miał wobec niego inne plany.

Wysłany przez dowódcę na rekonesans, czujnie przekradał się przez pola gryki dzielące go od pobliskiej wsi. Podążający obok młody Czeczen ściskający w rękach karabin AK-47 był jego wsparciem i obstawą.

Z uzyskanych informacji wynikało, że przed kilkoma dniami Rosjanie, na fali rozmów mających zakończyć ten długotrwały krwawy konflikt, wynieśli się wreszcie z okolicy. Mówiono też, że nie pozostawili po sobie zbyt dobrego wspomnienia.

Obraz, który zastali zwiadowcy, pokrywał się z zasłyszanymi relacjami. Spustoszone i porzucone przez wrogie wojsko sioło wołało o pomstę do nieba. W powietrzu unosił się smród fekaliów i śmierci. Popalone i splądrowane zabudowania straszyły wypatroszonymi wnętrzami. Rozwleczone po obejściach trupy mieszkańców oskarżały swych oprawców niemym krzykiem. Opuszczony przez Boga skrawek ziemi chciwie spijał kałuże krwi.

Czeczeńcy nie zatrzymywali się i nie pochylali nad mijanym bestialstwem. Kompletnie nie zwracali  uwagi na zastały upadek człowieczeństwa. Obeznani z takimi widokami, bezszelestnie zapuszczali się w głąb wioski. Były przecież ważniejsze sprawy. Rozpoznanie. I rzeczywiście wszystko wskazywało, że Rosjanie wycofali się z tych terenów. Oprócz ich dwóch nie było tu żywej duszy, nikt nie przetrwał krwawej łaźni.

Nie pozostawało nic innego, jak najszybciej dotrzeć do czekającego w lesie oddziału partyzantów i złożyć meldunek przełożonemu. Sierżant zarządził więc odwrót. Misja wykonana, nie było czasu dłużej zwlekać. Dziarskim krokiem wkroczył na polną drogę biegnącą tuż za wsią. Nie wiadomo, czy to za sprawą wiszącego w powietrzu napięcia, czy też zmęczenia wywołanego nieprzespaną nocą, lecz o jednej rzeczy czeczeński separatysta w tym momencie zapomniał. Gdy się człowiek śpieszy, czujnością nie grzeszy.

Nieświadoma drzemiącej w niej mocy rosyjska mina przeciwpiechotna PFM-1 już za sekundę miała odegrać niebagatelną rolę w życiu Asłana Kozuyeba. Ledwo przysypana ziemią, czekała na środku duktu właśnie do chwili, kiedy na nią wstąpił. Jej niespodziewana eksplozja brutalnie zburzyła porządek granej przez naturę melodii. Potężny huk wypełnił przestrzeń, po czym zaraz po nim zapadła martwa cisza. Ciężka zasłona wzbitego w powietrze tumanu kurzu towarzyszyła jej, opadając bezgłośnie na ziemię.

Cisza nie trwała jednak długo, jej gęstą konsystencję przebił nagle ostry krzyk. I jeszcze jeden, a po nim nastąpiły kolejne. Odrzucony kilkadziesiąt metrów od miejsca wybuchu Asłan wił się w konwulsjach na skraju pola gryki, której biały kwiatostan znaczyły teraz czerwone cętki krwi.

Jego nogi były w opłakanym stanie. Lewa kończyła się tuż pod kolanem postrzępionym kikutem. Prawa zaś, mimo że wyglądała na kompletną, nie prezentowała się wcale lepiej. Zdarty eksplozją żołnierski kamasz odsłaniał gołą, poharataną stopę, która nieszczęśliwie naderwana trzymała się kończyny jedynie na resztkach skóry i cienkim pasku mięsa. Ból był nie do zniesienia. Sierżant nie przestawał wyć.

Mniej szczęścia, o ile można mówić o szczęściu w tej sytuacji, miał Czeczen z obstawy. Poszatkowany odłamkami leżał martwy na drodze niczym krwawiące sito. Pies, który pojawił się ni stąd, ni zowąd, stał teraz nad nim i chłeptał krew wypływającą z otwartych ran. Dolatujące z niedaleka krzyki były wystarczająco donośne, że w końcu przerwał zaspokajanie głodu i nadstawił uszu. Odgłosy zaintrygowały go na tyle, że warto było je sprawdzić. Nie tracąc czasu, rzucił się biegiem w ich kierunku.

Asłan czuł, że dłużej nie zniesie trawiącego go cierpienia. Wiedział, że rozwiązanie znajduje się  w przypiętej do pasa kaburze. Zaciskając zęby z bólu, odwlekał moment sięgnięcia po nie. Jednakże nagłe pojawienie się psa przyspieszyło tę decyzję.

Nie od razu go zauważył. Dopiero po kilku sekundach zorientował się, że nieopodal niego stoi zwierzę i bacznie mu się przygląda. Oczy płonęły mu dziwnym blaskiem. Wyglądający na kaukaza, pies mimo swojej potężnej postury był mocno wychudzony. Przez moment węszył w powietrzu, po czym ostrożnie ruszył w stronę rannego. Był na tyle uczciwy, że obnażając długie kły i cicho przy tym powarkując nie skrywał swych wrogich zamiarów.
Obecność stworzenia na krótko odwróciła uwagę partyzanta od bolesnych ran. Lecz już chwilę później znacznie przyspieszyła bieg wydarzeń.

Z każdą uronioną kroplą krwi Asłan Kozuyeb tracił siły. Nie mógł jednak pozwolić, by ta zapchlona bestia rozszarpała mu gardło. Opanowując drżenie rąk z wysiłkiem sięgnął do kabury. Spóźnił się naprawdę niewiele. W momencie, kiedy w jego dłoni pojawił się czarny Walhter pies błyskawicznie zaatakował.

Dobrze wiedział czego chce i wszystko wskazywało, że to nie będzie trudne do zdobycia. Nie rzucił się jednak do gardła jak zakładała jego ofiara. Wybrał coś znacznie prostszego. Szczęki o kilkutonowym nacisku zacisnęły się na apetycznym kąsku jakim była zakrwawiona, naderwana stopa. Nie było najmniejszego problemu, by jednym gwałtownym szarpnięciem przerwać łączącą ją tkankę i oddzielić od reszty kończyny.

Broń w ręku Czeczena nie na wiele się zdała. Oddany, w chwili odgryzienia stopy, chybiony strzał, sprawił jedynie, że spłoszony pies uciekł ze zdobyczą w pysku. Nie odwracając się za siebie, dumnie merdając ogonem popędził w stronę lasu. Przeraźliwy wrzask Asłana, unoszący się pod nieboskłon, towarzyszył mu jeszcze do jego granic. Ucichł niebawem wraz z donośnym wystrzałem z pistoletu.

* * *

Nie od razu to całe zdarzenie przypadło mu do gustu. Najpierw potężne szarpnięcie wyrwało go z letargu. A zaraz potem zimny chłód nachalnie wdarł się pod pancerz. Zaskoczenie, które go dopadło przeplatało się z domysłami, co też się mogło stać? I tylko jedna odpowiedź wysuwała się przed szereg. W końcu nadeszło to, czego tak się obawiał. Został odkryty. Oto nadchodził niechybny kres. Lecz mimo, że wiedział co go czeka, starał się dzielnie to przyjąć i nie poddać emocjom. A czekało go jedno – ścięcie. Cóż, takie krótkie życie, tak wcześnie zabrane.

Jakież jednak było zdziwienie, kiedy nic z tego się nie wydarzyło. Nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, ani nie próbował go skrzywdzić. Wprost przeciwnie, z każdą sekundą robiło się przyjemniej. Chłód już nie atakował, wręcz współgrał ze spływającymi zewsząd jasnymi strumieniami ciepła, tworząc kojącą  kompozycję. Ach, cóż to za niebywała odmiana od dotychczasowego miejsca jego pobytu. Od ponurej kryjówki, w której przyszło mu spędzić ostatnie tygodnie, nie wyglądając poza nią zbyt często. Zatem trwaj chwilo, trwaj! Zachłystywał się błogosławioną aurą. Nie za długo, niestety. Skumulowany wrzask rozlał się nagle, psując tę rozkoszną sielankę.

Równocześnie jakaś siła gwałtownie poderwała go do góry, odrywając od stałego podłoża. Z niedowierzaniem stwierdził, że nie przeszkadza mu to, jak również, iż lepki śluz oblepił go całego. Raczej z zaciekawieniem, niż strachem czekał na dalszy rozwój wydarzeń. Wtem mocno zatrzęsło, nastąpiło przyspieszenie i ożywczy podmuch owiał jego pancerz. Dojmujący krzyk wreszcie się skończył, prędkość natomiast nabrała tempa. Tak, to było to! Esencja bytu. Dla takich chwil warto istnieć. Niech żyje życie! Wiedział, że jego właśnie teraz naprawdę się zaczyna. Że jego historia, Historia Żółtego Paznokcia, dopiero się tworzy.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: