polskie centrum bizarro

„Rumun i narkusy” by Patryk Bogusz

In Opowiadania on Sierpień 23, 2017 at 6:21 pm

Trochę się martwiliśmy, że o nas zapomnieliście – przed/wakacyjne rozleniwienie wstrzymało bowiem procesy twórcze wielu naszych autorów. Wielu, ale na szczęście nie wszystkich. I tak oto niedobroliterkowy weteran Patryk Bogusz – dosłownie i w przenośni – zastrzelił nas nowym tekstem. Jeśli lubicie teksty dla twardzieli, albo chcecie je polubić, to „Rumun i narkusy” są dla Was. A jeśli jesteście łagodni jak baranki, to też przeczytajcie – choćby ku przestrodze.

h

Rumun i narkusy

h

Marian K., pseudonim „Rumun” był psem. Był twardzielem. Był gliniarzem starej daty. Nie mógł znieść młodych policjantów. Pierdoły w mundurach. Zapryszczone cipy, bojące się przestępców bardziej niż oni ich. To wina systemu. To wina telewizji. Rumun nie oglądał rzeczywistości kreowanej na szklanym ekranie. Nie fascynowało go odsysanie tłuszczu, powiększenie ust przez celebrytkę czy problemy z erekcją u mężczyzn w średnim wieku. To popkultura tworzyła impotentów.

Gardził słabymi, ale tylko tymi, którzy znaleźli się tam, gdzie nie powinni. Funkcjonariusze liczący na szybką emeryturę, trzynastą pensję i spokojną służbę. Wieśniaki przybyłe z całego kraju, uznający, że lepiej z orzełkiem na czapce chodzić, niż orać pole i starym przy żniwach pomagać. Do tego głupiutkie, naiwne dziewczyny, szukające męża na kompani. Dające dupy na szkółce zamiast skupić się na szkoleniu. Zniszczyli ich. Zniszczyli policję. Już niewielu zostało takich jak on. Psy starej daty. Gotowi podrzucić dowody, dać w mordę, strzelić w plecy. Czasem trzeba. Taka praca.

Miał szczęście, że pierwsze szlify zdobywał w Służbach Bezpieczeństwa. Nie jest mu wstyd. Tak wtedy było, taki ustrój. Zresztą on był na końcówce. Nie woził bohaterów do huty. Tak mu wtedy powiedzieli: ci, co zostali, to mameje, prawdziwi bohaterowie tworzą mosty i stanowią podbudówkę dla dróg.

Przeszedł szkolenie i zaraz to wszystko zlikwidowano. Zmienił się ustrój, wylano ich na zbity pysk. Komisja. Nie przeszedł weryfikacji mimo, że był młody. Pytali go o szkolenie. To opowiedział. Jak bić pałką. Mocno i skutecznie. Jak przesłuchiwać. Stary pierdziel złapał się za głowę. Zmieniły się standardy. Teraz pałki miały służyć do obezwładniania. Nie było pałek. Były tomfy. Stwierdził, że Marian nie nadaje się do służby w odnowionej Rzeczpospolitej Polskiej.

Ten stary pierdziel nauczył go wszystkiego. Czasy się zmieniły. On był w komisji, a uczeń bez prawa do pracy. Zrobił dla niego robótkę. Zastrzelił dwóch ruskich. Niby z mafii. Bruździli chłopakom. Przeszkadzali staremu pierdzielowi. Przestrzelił im głowy. Wydłubał złote zęby. Poobcinał palce. Było dziwnie, ale nawet sprawiło mu to frajdę. Palce zjadł. Miało nie być śladów. Zęby oddał. Staruch się ucieszył.

Rok później ponownie komisja. Przeszedł pozytywnie. Stary pierdziel pogratulował i klepał po plecach. Wiązał z młodym funkcjonariuszem wielkie nadzieje vide potrzebował prywatnego psa. Kogoś, kto będzie działał, ale nie pytał.

Rozległy zawał serca zabrał pierdziela do piekła cztery miesiące później. Rumun szybko się zaaklimatyzował. Wśród młodych byli synowie i kuzyni starych adeptów.

Czasem żartowano z jego karnacji. Pytali, gdzie się tak opalił, że chyba na jakiejś Majorce. Mówił, że na Hawajach. Był ciemny, bo matka mu się puściła. Dobrze, że nie z czarnym. Wtedy nie lubiano czarnych. Teraz w sumie też nie, ale teraz trzeba kłamać.

Marta S., młoda dziewczyna, osiemnastoletnia zaledwie, daje dyla z domu rodzinnego. Ucieka nad morze. Pochodzi z komunistycznej rodziny z bolszewickimi tradycjami. Jest zbuntowana – chce pić, bawić się, nie chce ślubu z nudnym partyjniakiem. Swędzi ją w kroku. Marzy o przygodzie. Znajduje ją w Sopocie. Dzień po przybyciu wraz z przyjaciółką z ogólniaka pojawiają się marynarze. Zakotwiczyli w Gdańsku. Ciemni, umięśnieni. Mówili, że są Włochami, ale byli z Filipińczykami. To nie miało znaczenia, bo dobrze rżnęli. Marta chodziła z jednym, ale przyjaciółka dawała kilku. Bawili się tak miesiąc. Po miesiącu zniknęli. Marta była w ciąży. Koleżanka nie.

Wróciły do Warszawy. Marta urodziła chłopca, dała mu na imię Marian. Wyszła za mąż za partyjniaka Zbigniewa K. Zaakceptował dzieciaka za awans. Tak rodzice córce pomogli. Koleżanka nie urodziła nigdy. Miała pecha do facetów. Plątała się z hipisami. Wpadła w szpony kompotu. Marian wyróżniał się w szkole – czarne włosy, czarne oczy i ciemna karnacja. Wyglądał jak kawa z mlekiem albo kupa. Do kupy najczęściej porównywano odcień. Do takiej na rzadko. Dzieci są okrutne.

Wtedy postanowił, że zostanie gliną. Będzie bronił słabszych i dopieprzał przestępcom. Plan był dobry. Realizacja to co innego. Poszedł do SB, bo więcej mogli. Milicjanci im buty czyścili i to na błysk.

W policji doszedł do podkomisarza. Teraz miał swój zespół, miał ludzi pod sobą. Dorobił się grubej żony, za którą delikatnie rzecz ujmując nie przepadał. Dzieci nie miał. Nienawidził bachorów. Gruba chciała dzieci, ale on nie. Gwałciła go nocami. Był pełen obaw, że w końcu się jej uda. Poddał się wazektomii. Nic żonie nie powiedział. Chodziła na badania, martwiła się, że jest bezpłodna.

Nie jadał warzyw i wypijał pół litra łychy dziennie. Na nerwy skołatane. To było najlepsze lekarstwo. Inaczej nie umiał. Czasem wypijał mniej. Nie czuł się alkoholikiem. Panował nad sobą. Nie jeździł pijany. Nie pił w pracy. Kiedy zaczynał wszyscy walili. Do komendanta szło się na bajerę do dwunastej w południe, potem był już w trzy dupy pijany i nie było rozmowy. Prochy wyparły wódę. Młodzi chodzą pobudzeni. Wciągają dużo kokainy i mefedronu. Łatwy dostęp. Skubią dilerów. Wybierają tych, co mają dobry towar. On nie tykał narkotyków. Nie jego bajka. W czasach młodości Rumuna gardzono narkusami. Nikt im nie ufał. Byli na tym samym pułapie co karaczan, karaluchem nazywany.

Czasem narkusy przychodziły na klatkę schodową. Głównie nocami. Siadali przy zgaszonym świetle na półpiętrze, przy oknie wychodzącym na wejście do klatki, tak by nikt ich nie zaskoczył. Marian często nasłuchiwał, czy jakieś ćpuny są czy nie. Nie było mu ich żal. Byli słabi. Powinni zdechnąć. Roznosili choroby. Kradli. Nie oddawali pożyczonych pieniędzy.

Którejś nocy, gdy gruba już zasnęła, zakradł się pod drzwi. Usłyszał ich. Mruczenie, nerwowe odpalanie zapalniczki. Zaczekał, aż podgotują towar, napełnią strzykawki. Wbiją brudną igłę w żyłę i wcisną tłok. Chciał, by byli w fazie odlotu. Postanowił zepsuć im haj.

Odryglował drzwi i wyszedł na klatkę. Był w spodenkach i podkoszulku na ramiączkach – takim do bicia żony. Było ich dwóch. Degeneraci rozpływali się na schodach. W przedramieniu jednego z nich wciąż tkwiła igła ze strzykawką. Poświecił na nich latarką. Zapalił światło na klatce.

– Jak tam się panowie bawią? – spytał. Ocknęli się. Protestowali. Tłumaczyli, że już idą, że wszystko posprzątają, że nie chcą kłopotów. On chciał. Zszedł do nich. Wyciągnął guna. Wycelował w tego ze sprzętem w ręce. Kazał mu to wydłubać i wcisnąć koledze w oko. Taki eksperyment.

– Jak to w oko, człowieku, co ty pieprzysz, jakie oko?! – bełkotał narkus. Rumun odciągnął iglicę. Nierejestrowana pukawka. Rok w rok kilkadziesiąt sztuk bez numerów jest wypuszczanych na rynek. Rynek służb. Taką spluwę miał każdy ze służb. Każdy myślący.  Wbił mu lufę w usta. Ćpun wypluł jedynki. Polała się krew. Chłopcom puściły zwieracze, a podobno heroina to permanentne zatwardzenie. Ćpun bez jedynek nie czekał dłużej. Wyszarpnął strzykawkę z żyły i wbił ją w lewe oko kolegi. Ten zawył  z bólu.

– Odciągnij tłok, dalej, szybciej – poinstruował chłopaka Marian.

Ćpun spełnił polecenie. Do strzykawki wessano oko narkusa. Jednooki zemdlał.

– A teraz strzel sobie, śmiało – rozkazał. Chłopak wbił igłę w swe przedramię. Z ledwością wyszukał żyły. Wpompował oko kolegi we własny organizm. Płakał przy tym i kręcił głową. Był posłuszny. Śmierdział i miał całą twarz w ropiejących wrzodach. Kilka z nich pękło i białożółty płyn skapywał mu z czoła na lufę walthera. Marian rozkazał powtórzyć narkomanowi zabieg. Po chwili miał w sobie drugie oko kolegi.

To wszystko było naprawdę chore. Dzieciak zwymiotował. Rumun schował spluwę i poszedł do domu. Ćpun płakał. Drugi próbował wstać i spadł ze schodów, machał w powietrzu rękoma jak ta roztańczona ślepa laska z „Tańcząc w ciemnościach”.

Więcej już nigdy nie zastał ćpunów na klatce. A podobno są niereformowalni. Rumun uważał, że do każdego można trafić. Tamtej nocy pozytywnie się naładował. Nie mógł zasnąć. Wylizał żonie płeć. Szczytowała dwa razy. Była szczęśliwa.

Rano dopytywała co go tak nakręciło. Opowiedział jej. Nie uwierzyła. Roześmiała się i stwierdziła, że ma niesamowitą fantazję. ”Jesteś wyjątkowym stróżem prawa. Czasem się zastanawiam jak ktoś z tak rozbudowaną wyobraźnią wytrzymuje w gronie tych wszystkich ponuraków, twardo stąpających po ziemi”.

Nigdy mu nie wierzyła. A on jej nie okłamywał. Można było mu wiele zarzucić, ale nie kłamstwo. Nie najbliższym. W pracy to co innego. Trzeba mieć zasady. Tylko one są ważne.

Kilka dni później zaczęła się seria morderstw. Znajdywano martwych ćpunów. Nic niezwykłego, gdyby nie to, że wszyscy byli pozbawieni gałek ocznych. Stworzył nowy precedens. Wskazał im drogę.

Jego chłopcy dorwali jednego. Ręce miał w guzach. Guzy przemieszczały się pod skórą. Płynęły żyłami razem z krwią.

Marian go rozpoznał. To ten, któremu wybił zęby. Ten sam, któremu kazał wyssać oczy koledze. Wziął go w obroty. Skopał po jajach. Ćpun się przyznał, że wygadał kilku znajomym, że to zupełnie nowe doświadczenie, że te oczy w nich żyją, że to haj z jakim nic, co do tej pory poznali nie może się równać.

„Oczy to zwierciadło duszy” – powtarzał. Ich dusze żyją we mnie. Staję się nieśmiertelny. Pokazał ręce.  Gałki oczne umiejscowione w jego żyłach pulsowały. Był podekscytowany.

Marian chciał ustalić czy dużo ich jest. Tych, którzy o tym wiedzą.

Mówił, że wieść szybko się rozniosła. Praktycznie nie ma narkusa, który nie polowałby na kolegę. Ćpuny chodzą same. Nie ufają sobie. Nie grupują się. To regularne polowanie. Wojna na strzykawki.

Dopóki polują na samych siebie nic się nie dzieje. Nic się nie stało, ale co będzie, gdy zaczną napadać na ludzi, na porządnych obywateli. Nie mógł tego przewidzieć. Nowa moda: ćpaj wzrok. Kazał zwolnić narkusa. Nie chciał go w areszcie. Nie mógł zacząć mówić. Wziął dwóch cwaniaków od siebie z dzielnicy. Wisieli mu przysługę. Setki przysług. Powiesili narkusa na gałęzi w parku. Dzieciaki podwiązały trupa za nogi i zrobiły sobie huśtawkę. Huśtawka emocjonalna, bo niby samobój.

Trupów w mieście przybywało. Sprzątała je straż miejska. W końcu do czegoś się przydali.

Minęło kilka miesięcy. Parę sporadycznych ataków ćpunów na innych, głównie bezdomnych. Szał na wstrzykiwanie oczu w końcu minął. Taka moda jak z kompotem. Na rynek wszedł krokodyl. Zapomnieli o oczach. To gówno z Rosji było naprawdę mocne. Gnili i umierali dalej. Szpryca robiła z nich trędowatych. Płaty obumarłej tkanki wiszącej resztkami sił u kości. Nieprzyjemny widok. Coś jak baby po pięćdziesiątce w stringach na plaży.

Rumun wieczorami popijał whiskey on the rocks ze świadomością, że dzięki niemu udało się oczyścić ulicę. Od tego był. A przed nim jeszcze tyle zadań…

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: