polskie centrum bizarro

„Ideały” by Karol Mitka

In Opowiadania on Styczeń 20, 2018 at 12:21 pm

Jak wiadomo (przynajmniej dla Paskuda ta wiedza jest elementarna), wszelkie istoty żywe dzielą się na chore i niezdiagnozowane, piękne i brzydkie, ułomne i doskonałe (we własnym przekonaniu)… I może przy tej ostatniej kategorii się zatrzymajmy.

Okazja ku temu całkiem ciekawa, gdyż nasz redakcyjny fumfel Karol Mitka właśnie w te postanowił uderzyć klimaty, czyniąc z nich sedno opowiadania Ideały.

Jak to w przypadku opowiadań Karola bywa – przygotujcie się na zdziczenie, jazdę po bandzie i całą tonę zasmażki. Smacznej konsumpcji!

 

Ideały

 

Dariusz to był chodzący ideał. A przynajmniej sam się za takowy uważał, bo wszyscy, którzy go znali, mieli zupełnie odmienne zdanie. Widzieli w nim upierdliwego, zdziadziałego zgryźliwca, za jedyną rozrywkę mającego dopiekanie innym. Dariusz twierdził za to, że z całym światem jest coś nie tak i że gdyby wszyscy postępowali jak on, nie byłoby wojen, głodu, chorób i w ogóle wszelkiego zła. Zapanowałby raj na ziemi i nawet samobójcy nie chcieliby umierać, powstrzymywani przez świadomość, iż po tamtej stronie będzie tylko gorzej.

Dariusz mieszkał sam, w dwupokojowym mieszkaniu, na dziesiątym piętrze dziesięciopiętrowego, obskurnego bloku. Tak, miał kiedyś rodzinę, ale żona zostawiła go po tym, jak czepiając się dosłownie o wszystko doprowadził biedaczkę na skraj załamania nerwowego. Oczywiście stwierdził, że była sobie sama winna, głupia baba, bo gdyby robiła co jej radził i dała sobą odpowiednio pokierować, wiodłaby żywot usłany różami. Dla Krystyny pożycie z Dariuszem owszem, miało coś wspólnego z tymi pięknymi kwiatami. Były to kolce. Córka wytrzymała krócej niż matka. Zaraz po skończeniu szkoły usamodzielniła się i natychmiast prysnęła, gdzie pieprz rośnie. Z ojcem kontaktu nie utrzymywała prawie wcale. Ot, przysyłała mu pocztówki na święta.

Ulubioną rozrywką Dariusza stało się przesiadywanie na ławce przed klatką i dogadywanie sąsiadom, a nawet obcym ludziom. W międzyczasie co chwilę pociągał wódeczki z ukrytej za nogami flaszki.

– Ej, Marek!– krzyknął na widok młodego metalowca mieszkającego w klatce obok. – Ty to z tymi długimi włosami jak panienka chodzisz! Jak laleczka! Byś se jeszcze paznokcie zaczął malować! Abo usteczka szmineczką! He! He! A w ogóle to co ty tak ciągle na czarno? Kot ci zdechnął, czy jak?

Chłopak burknął coś pod nosem i jedynie z wpojonego przez rodziców szacunku dla starszych nie pokazał mężczyźnie środkowego palca. Dariusz namierzył już zresztą kolejny cel. Chodnikiem, obwieszona siatami z zakupami szła Marzena spod piątki. Tęga wdowa, samotnie wychowująca dwójkę dziewczynek.

– Mańka, zwolnij, bo ci kropla po czole płynie – zagadał Dariusz.

– Nie twoja sprawa – odburknęła, przystając na chwilę, by odpocząć.

– A cóżeś taka zła. Ni masz ta jakiej ćwiartki w tych torbach? Dej no, lżej ci bedzie.

– Jeszcze czego, ćwiartką cię będę częstować, ty alkoholiku! – oburzyła się kobieta, po czym poczłapała ciężkim krokiem do domu.

– A byś schudła trochę, to by ci dopiro lży było! – wrzasnął jeszcze, nim drzwi klatki się za nią zamknęły, ale zignorowała to.

Jako trzeciemu zebrało się Krzyśkowi mieszkającemu pod Darkiem. Przechodził akurat przez ulicę, kiedy do jego uszu doszedł chrapliwy bełkot solidnie już wstawionego sąsiada.

– A ty Krzychuuu, to te spod… nie to masz cieniutkie jak mój kuta… kuta… fon. A ponoć ci co w takich łażą, to… to… kochają inaaaczej. A ty co tego wolisz? Pyrtka czy sikorę? Hy?

Krzysztof olał zaczepkę i poszedł swoją drogą.

Dariusz zaczął myśleć. Jego przymroczony alkoholem umysł pracował na najwyższych obrotach. Mężczyzna zastanawiał się, jak ludzie mogą być takimi cebrzykami. Ubierają się jak pedzie, mają dziwne fryzury, jakby nie mogli mieć takiej jak on. Żreją gówniane parówki z biedry, zamiast kupić sobie porządnej wołowinki od chłopa na targu. Wyrażają się dziwnie, chodzą dziwnie, są albo za grubi, albo za chudzi. Za niscy bądź za wysocy. Wszyscy są nie tacy, jak powinni być. Zasnął na ławeczce z przeświadczeniem, że zna wspaniałe lekarstwo na bóle tego świata.

***

Obudził się w swoim mieszkaniu. Nie zastanawiał się nawet jak trafił tu z dworu. Poszedł do łazienki i stanął przed lustrem. Zobaczył pomarszczoną, pokrytą kilkudniowym zarostem twarz pięćdziesięciolatka. Podkrążone, przekrwione oczy zatrzymały się na wysuszonych, spękanych wargach. Następnie wzrok Dariusza padł na siwe, skołtunione włosy.

Mężczyzna uznał, że prezentuje się nadzwyczaj korzystnie. Czemu inni ludzie nie wyglądają tak dobrze? Odkręcił kran, upił kilka łyków zimnej wody, upewnił się, że w kieszeni wytartych portek nadal ma portfel, po czym wyszedł z mieszkania. Usłyszał kroki poniżej, na półpiętrze. Przyspieszył, już układając sobie w głowie jakąś zabawną według niego przytykę. Jakże się zdziwił, widząc samego siebie. Ten z dołu również się zdziwił. Przyglądali się sobie, lustrowali od stóp do głów, próbując wymyślić, jak by tu sobie dopiec. Ale nie dało się. Byli przecież tacy, jak powinni. Byli idealni. Minęli się w milczeniu.

Przed blokiem to samo. Chodnikami szli sami Dariusze. W sklepie monopolowym sprzedawał Dariusz. Policjant Dariusz kierował ruchem, za kierownicami aut siedzieli Dariusze. W radiu wypowiadał się Dariusz, przepytywany przez Dariusza. Sypał żartami tak idealnymi, że nie dało się do niczego przyczepić. W telewizji każdy aktor, prezenter czy spiker był Dariuszem. Dariusz często dogadywał do telewizora, ale teraz nie mógł. Programy, w których występowali Dariusze były wszak idealne. Dariusz wrócił do domu, usiadł w fotelu i załamał ręce. Nie miał komu dokuczać. Wypił kupione wcześniej pół litra niemal duszkiem, a chwilę później padł nieprzytomny na dywan.

Obudził się skacowany jak nigdy, ale nie zważał na to. Natychmiast wybiegł przed blok, by upewnić się, że miał jedynie zły sen. Niestety. Po ulicy nadal snuli się sami Dariusze. Jedni mniej skacowani, inni bardziej, ale wszyscy tak idealni, że mucha nie siada. Tak doskonali, że nie dało się do niczego przyczepić. I wszyscy załamani, bo nie było już komu dogadać, komu dociąć, kogo ożartować.

To, co Dariusz sobie wymarzył, ziściło się. Ale to jednak nie był raj, a piekło na ziemi. Prawdziwa męczarnia. Dariuszom tyle złośliwości cisnęło się na usta, tyle dowcipków kłębiło się w głowie, ale skoro wszyscy stali się tacy sami, identycznie wspaniali, komuż było przytykać? Ogarnął ich smutek. Popadli w depresję.

***

Statek wylądował w samo południe, dokładnie pośrodku osiedla. Bijący od obiektu żar zwęglił kilka pobliskich drzew oraz wypalił spory okrąg na trawniku. Z latającego spodka wysunęły się schody, po których na chodnik zeszły trzy niskie istoty o szpiczastych uszach, podłużnych kończynach z błonami między palcami i ogromnych, owadzich oczach. Ich skóra miała szarozielony odcień, a w dotyku przypominała ciało węża.

Przybysze rozejrzeli się, nieco zdziwieni faktem, że w pobliżu snuło się kilka postaci wyglądających zupełnie tak samo. Pomyśleli, że może trafili na planetę klonów. W ich ojczyźnie czujniki wykryły, że na tym kawale skały wyewoluowało życie, nie dało się jednak sprecyzować, jaką przybrało formę. Jako, że istoty te wyglądały na dominujący gatunek, kosmici postanowili nawiązać kontakt. Ich mózgi natychmiast dostroiły się do umysłów ludzi, zidentyfikowały język, a automatyczne translatory zrobiły resztę.

– Witajcie! – wykrzyknęli.

Dariusze natychmiast ich obskoczyli. Coś jakby w nich wstąpiło, dawną apatię zastąpiło ożywienie. Na ponurych jeszcze chwilę temu twarzach pojawiły się złośliwe uśmieszki.

– A co wy żeście, talerzykiem przyjechali tutej? – spytał jeden z Dariuszy.

– To jeden z najbardziej zaawansowanych pojazdów do podróży kosmicznych – wyjaśnił najwyższy z kosmitów, uradowany z  nawiązania rozmowy.

– A co ty to pitolisz – odparował inny Dariusz. – Naczytałeś się tych pojebanych książek fantastycznych? W kosmosie tylko my som i nikt inny. Co ty, Discavery nie oglądasz? Byś se satelitę założył, to byś wiedział.

Przybysz nieco się zdziwił takim obrotem sprawy.

– Ale my jesteśmy mieszkańcami oddalonego o trzysta lat świetlnych układu. Przybywamy w pokoju, w celach naukowo badawczych.

Następny Dariusz parsknął śmiechem.

– A wasza matka to co, pompowała się z żabą? Czy zgwałcił ją krokodyl, żeście tacy jacyś zielonkawi? I pewnie z nietoperzem jeszcze robili trójkąta, bo uszy mocie też jakieś takie dziwne, hy?

– I mucha gnojna w tym miała używanie, he, he, he – parsknął kolejny Dariusz. – Widać po ślepiach.

– Nie, miałem normalnych rodziców – wydukał zniesmaczony średni kosmita.

– O nie, normalny to żeś ty nie jest na pewno. Ręca i nogi masz chude jakieś takie. Pewnoś szynkę z markjetu wpieprzał, zamiast se kupić normalną na targu, ze zdrowej świni – dodał Dariusz.

– Nie, nie – odpowiedział trzeci ufonauta. – Nie, bo…

– Niebo, to wy zostawcie ptakom – przerwał mu Dariusz. – Jak już macie taki super ten pojazd, to może byśta skoczyli, pokurcze, po flaszeczkę jaką. Abo dwie najlepiej, to bymy se co golnęli.

– Ale zaraz! – zaprotestowali przybysze chórem.

– Zaraz, to je wielka bakteria – usłyszeli chóralną odpowiedź.

No i poszło. Żartom, żarcikom, obelgom nie było końca. Spragnieni zrównania kogoś z błotem Dariusze używali sobie na kosmitach na całego. Ci, choć i tak niscy, jakby skurczyli się jeszcze bardziej. Przygarbili. Zmaleli w sobie. Ich umysły nigdy nie spotkały się z takim natężeniem negatywnych myśli, z taką ilością jadu, z takim nagromadzeniem złośliwości. W pewnym momencie ich psychiki pękły. Zaczęli biegać w kółko i wymachiwać rękami. To tylko napędziło Dariuszów do jeszcze intensywniejszego nabijania się z obcych. W końcu ufonauci wydobyli z przytroczonych do pasów kabur laserowe karabiny i zrobili z nich użytek. Zabili kilku Dariuszów. Przy okazji uszkodzili swój pojazd tak, że eksplodował, zmiatając z powierzchni ziemi wszystko w promieniu setek metrów.

Eksplozję przeżył tylko jeden Dariusz. Niemiłosiernie poparzony wyczołgał się z ogromnego leja i błagalnie wyciągnął rękę w kierunku gromadzących się wokół niego zaaferowanych wybuchem Dariuszy.

– Pomocy – wysapał. – Zadzwońcie… Po… Pogotowie…

– Te, a ty co, żywa zapiekanka? – usłyszał.

– Nie, to murzynek Bambo sięgnął bruku!

– A bo pewnie smażył se jakieś gówniane żarcie z markjetu w mikrofalówce i mu wybuchnęła.

– A bo to jakaś pizdeczka!

Po tym ostatnim skonał. Reszta Dariuszy popatrzyła na siebie. Każdy z nich był doskonały. Każdy z nich był wspaniały. Nikt nikomu nie miał o co dogryźć. Oni byli idealni.

Za to świat był znowu do dupy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: