polskie centrum bizarro

„Prawo i sprawiedliwość” by Wojciech „Keikan” Król

In Opowiadania, Różne, różniste on Luty 12, 2018 at 6:00 am

Czasami człowiek jest po prostu wkurwiony. Czasami jest mega wkurwiony. A jeszcze kiedy indziej jest mega-kurwastycznie-wkurwiony, bo i czemu nie?

O takiej właśnie sytuacji traktuje najnowsze opowiadanie znanego niedobroliterkowym wyjadaczom Wojciecha Króla, którego pseudonim – najzupełniej przypadkowo – zaczyna się na duże „K”. Więcej przypadkowości nie znajdziecie, bowiem w tekście poniżej wszystko jest na swoim miejscu.

Oczywiście jak przystało na nie do końca zwyczajne miejsce, jakim jest blog nijakiego Paskuda. Zapraszamy do lektury!

 

Prawo i sprawiedliwość

 

Część 1

Prawo

 

Urodził się w połowie lat siedemdziesiątych w blokowisku z wielkiej płyty, nieopodal centrum niewielkiego miasta na południu Polski. Miasto nosiło status stolicy jednego z czterdziestu dziewięciu ówczesnych województw, a on był z tego powodu niezmiernie dumny. Ustrój PRL i miasto ukształtowały jego moralność. Nie, nie… Nic w tym negatywnego… Chodzi właśnie o to, że przez wszczepiany mu od najmłodszych lat patriotyzm i miłość do socjalistycznej Ojczyzny stał się dobrym człowiekiem. Właściwie to nigdy nie był zły. Jasne, że kiedyś zdarzało mu się potknąć na prostej drodze i zrobił komuś jakiś brzydki kawał. Raz zadzwonił z budki telefonicznej pod numer pogotowia ratunkowego i zgłosił, że ktoś leży na ulicy i potrzebuje pomocy. Jednak potem miał takie wyrzuty sumienia, że nie mógł przez kilka nocy z rzędu spokojnie spać. Śniło mu się, że gdy wezwana przez niego karetka przyjechała we wskazane w żartach miejsce – ktoś potrzebujący naprawdę umarł. Na zawał.

Kiedyś rozbił szybę w oknie sąsiada z bloku, w którym mieszkał… W sumie to było niechcący. Właściwie to rzucał kamieniem w jakiś inny cel, ale trafił w rynnę, od której kamień odbił się i rozpieprzył w kawałki okno. Dostał wtedy po tyłku od ojca i stracił kieszonkowe na najbliższe kilka miesięcy. Później już nigdy nie zrobił nic złego. Nigdy też nie złamał prawa.

 

***

 

W podstawówce był zuchem, a potem harcerzem. Starał się pomagać innym. I tak minęły najlepsze lata jego życia. Gdy kończył liceum w swoim mieście – zmienił się ustrój. Czasy PRL odeszły w zapomnienie i nadeszła „wolność”. Miasto straciło swój status i przestało być stolicą województwa. W czasach drapieżnego kapitalizmu dobroć, uczciwość, czy prawość nie miały najmniejszego znaczenia. On jednak starał się stać na straży wpojonych mu przekonań. Tak dożył trzydziestki. O dziwo udało się mu znaleźć pracę i to nawet nieźle płatną, pomimo, że inni wyemigrowali do większych aglomeracji takich jak Kraków czy Warszawa. Ciułał grosz do grosza, żeby sobie kupić jakieś auto. Komisy powstawały jak grzyby po deszczu, a wybór używek był praktycznie nieograniczony. Zaczął wertować ogłoszenia. Wybór padł na kilkunastoletnie audi w wersji kombi z alufelgami
i klimatyzacją. Miał nadzieję, że dzięki takiej furze nie będzie problemu z wyrwaniem jakiejś laski na podmiejskiej dyskotece. Już nie raz, będąc na takiej wiejskiej imprezce, zazdrościł kolegom powodzenia. Wystarczyło, że ruszając z piskiem opon i wznosząc kłęby dymu zmieszanego z zapachem spalonej gumy robili bączki przed wejściem swoimi dwudziestoletnimi beemkami, a wychodzili z dyskoteki z jakąś lalunią, którą następnie dymali do oporu w pobliskim lesie. Zużyte gumy prezerwatyw zalegały w tym zagajniku tak samo gęsto, jak wyrzucone, zajechane gumy z beemek.

Koniec końców pojechał więc do lokalnego komisu także i on.

 

– Bezwypadkowe? – zapytał uśmiechniętego sprzedawcy, ubranego w ciut za ciasną skórzaną kurtkę. Sprzedawca wyróżniał się także złotym zębem i grubym łańcuchem na szyi z tego samego kruszcu.

– Oczywiście – odpowiedział bez zająknięcia – wszystkie sprowadzane do mnie autka są bezwypadkowe. Panie, tym audikiem to emeryt niemiecki jeździł tylko do kościoła. Płakał jak go sprzedawał. Patrz pan, że na liczniku niecałe sto tysięcy. Prawie nówka. Opuszczę jeszcze trochę, bo widzę, że z pana równy gość – dopowiedział, poklepując go po ramieniu po przyjacielsku.

– Można odpalić silnik? – klient starał się udawać znawcę motoryzacji, choć tak naprawdę jedyny jego kontakt z autem to był kurs na prawo jazdy.

– Się wie! – odparł sprzedawca i przekręcił kluczyk w stacyjce.

Silnik zakaszlał i po chwili z rury wydechowej wyleciały kłęby biało-niebieskiego, śmierdzącego dymu, pokrywając zasłoną znaczną cześć parkingu.

– Czemu on tak dymi? – klient nie dawał za wygraną

– Panie, bo to dizelek. Wie pan jak to mało pali?

– No dobra, skoro pan mówi, że jest ok, to czemu mam nie wierzyć? Chyba jest pan uczciwy i mnie nie oszuka? To wszystkie moje oszczędności…

– Przysięgam na życie moich dzieci! – zaklął się sprzedawca, już licząc w głowie zyski ze sprzedaży tego niemieckiego złomu. Doskonale wiedział, że auto było po wypadku,
a właściwie to było zespawane z trzech różnych aut. Do tego silnik wymagał kapitalnego remontu, bo przebieg był cofnięty o jedno zero, a poprzedni właściciel to rzeczywiście był Niemiec, z tym, że o tureckich korzeniach i nigdy nie słyszał o czymś takim jak przeglądy. Lał paliwo i jeździł po całych Niemczech, rozwożąc mięso do swoich budek z kebabami.

– Przysięgam, i niech mnie szlag jasny trafi, jeśli kłamię! – dodał na odchodne.

 

***

 

Nie dojechał nawet do domu, gdy po drodze silnik zgasł. Gdy przyjechała laweta pomocy drogowej, podczas wciągania na pakę odpadło przednie zawieszenie (zbyt lekko przyspawane w tym miejscu).

– Gdzie z tym jedziemy, kierowniku? – zapytał kierowca pomocy drogowej, któremu było wszystko jedno.

– Na złom – odparł łamiącym się głosem. Potem usiadł na krawężniku i zapłakał.

W myślach przeklinał handlarza. Jak można być takim wyrachowanym skurwysynem? Przecież on sam nigdy nikogo nie oszukał! Nie potrafiłby… A handlarz był w jego wieku! Musiał być tak samo wychowywany jak on. Czemu nie wszyscy ludzie są dobrzy, uczciwi i nie wszyscy przestrzegają prawa? Świat byłby wtedy lepszy!

Po policzkach spływały mu łzy złości, rozpaczy i bezsilności. W ten piękny, słoneczny, lipcowy dzień niebo nagle zaszło chmurami. Nadeszły od strony miasta i przysłoniły słońce.

 

Część 2

Sprawiedliwość

 

Kierowca lawety był tak miły, że bezinteresownie podwiózł go do domu.

Zamknął drzwi, włożył kapcie, wziął z lodówki puszkę piwa i tak przygotowany zasiadł na ulubionym fotelu. Włączył telewizor, choć na zewnątrz wciąż grzmiało, a jasne zygzaki piorunów przecinały niebo co kilka sekund. Wrzucił kanał z wiadomościami. Pomyślał, że może jakieś wieści o wojnie na Bliskim Wschodzie, czy o tsunami w Azji poprawą mu humor. W końcu ktoś musi mieć gorzej w życiu niż on.

O dziwo – na kanale informacyjnym zobaczył film z okolic jego miasta. Pogłośnił odbiornik.

– Proszę państwa – cedziła spikerka – z ostatnich informacji wynika, że trzydziestoletni właściciel komisu samochodowego został trafiony piorunem podczas burzy, która zupełnie niespodziewanie rozpętała się nad małopolską. Prawdopodobnie grom ściągnął na niego złoty łańcuch, który miał na szyi… Piorun spalił mu twarz, powodując także inne rozległe oparzenia i uszkodzenia organów wewnętrznych. Ofiara w zaciśniętej ręce trzymała plik banknotów, które prawdopodobnie…

Przetarł oczy. Jeszcze do niego nie dotarł sens całego przekazu medialnego. Przybrał wygodniejszą pozycję i otworzył piwo. Gdyby miał cygaro – na pewno by je zapalił. Było mu po prostu… dobrze.

– Co więcej – kontynuowała spikerka – Policja wpadła na trop gangu, który właśnie w tym komisie zbywał stare i uszkodzone samochody za wiedzą i zgodą właściciela. Pokrzywdzeni, którzy padli ofiarami takiego oszustwa, proszeni są o zgłaszanie się do najbliższej jednostki Policji celem odzyskania pieniędzy, którymi zapłacili za niepełnowartościowe samochody kupione w tym komisie.

Teraz było mu jeszcze lepiej. Rozłożył się w fotelu i pociągnął następny łyk zimnego piwka.

– Szanowni telewidzowie – kontynuowała prezenterka – otrzymałam właśnie informację, że dwójka dzieci ofiary pioruna: czteroletni chłopczyk i trzyletnia dziewczynka także nie żyją. Ich ciała zostały przed chwilą znalezione na pobliskiej łące. Obfite opady deszczu spowodowały rozmoknięcie gleby w miejscu, gdzie bawiły się dzieci. Łąka zamieniła się w bagno, które dosłownie wciągnęło ofiary. Dzieci udusiły się po krótkiej walce z żywiołem.

Wyłączył telewizor. Dopił piwo i zasnął. Snem sprawiedliwego. Burza się uspokoiła, a miasto zasnęło razem z nim…

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: