polskie centrum bizarro

„Koń by się uśmiał” by Jastek Telica

In Opowiadania on Marzec 4, 2018 at 4:21 pm

Niektórzy lubią konie, inni nie. Po przeczytaniu tego opowiadania pewnie nic w tej kwestii się nie zmieni, ale przeczytać warto. Paskud gwarantuje. A jako, że un jest gwarantem nie byle jakim, to i tekst tyż do lichych nie należy…

Oto dziś przed Państwem pierwszy raz w naszych (nie)skromnych progach – Jastek Telica.

Koń by się uśmiał

Pędziłem, jak to się mówi, co koń wyskoczy.

Niecodzienne nowiny narobiły nieco szumu na świecie, a mnie marzyła się niejaka odmiana losu. Odrobina wytchnienia po ciągłych trudach i pętaniu się tam i siam. Może ktoś lubi stawać na nocleg w przygodnej kwaterze, żrąc, doprawdy, byle co, zadowalając się przy tym towarzystwem przypadkowym i w innych okolicznościach, szeroko omijanym dla psychicznej zdrowotności, ale nie ja. Jednak założę się, i wy przyznacie, iż korzyści z takiego wałęsania są przereklamowane.

Grudy bryzgały spod kopyt. Dziki pęd sprawiał, że okoliczne drzewa śmigały. Wzbierała żądza rzucenia wyzwania całemu światu. Niech kto tylko stanie na drodze, przysięgam, stratuję!

Ponosiło mnie. Bądźmy szczerzy, w każdym z nas siedzi coś takiego, że jak złapie go ułańska fantazja do pożerania przestrzeni, to umiarkowanie diabli biorą. Nawet mnie taka przypadłość nieobca, choć serce wszak mam takie, że zniesie nie byle bieg, a łeb, każdy wie, największe udręki.

A jednak i mnie dopadło.

Dziki szał!

Szło przy okazji o sprawy nie byle jakie, światowe, chociaż na razie skryte. Przez tych małych, co w kapturkach łażą, grzywy zaś potrafią splatać jak nikt, przy tym ogólnie służąc pomocą. No i nieobce im pewne czary. W istocie bez nich mało dzieje się na tym świecie, ale oni skromni, do pierwszego szeregu się nie pchają. Oni to ściegi, których nie widać, a bez nich nic. Co prawda usłyszycie, że za wiązanie losów to odpowiadają takie trzy siostry, co przędzą ogólnie się zajmują. Ale one niezgrabne. Wątki rwą, ściegi plączą, paluchy mają grube. To misterna robota, łatwo coś zepsuć i na zawsze, stąd wymaga rączek niedużych i z przyrodzenia delikatnych. No i przede wszystkim serca tkliwego. Rzadko kto podobnym ozdobiony. Współodczuwanie, bez zmian, wymagane od innych dla siebie.

Myślicie pewnie, że skoro ja coś tam usłyszałem, to pewnie rzesza poza mną też się domyśliła? No, nie powiem, że wcale nikt. Kilku towarzyszy złapało w czym rzecz. Niejedno razem przeszliśmy, co prawda nie konie kradnąc, lecz galopady po rzeczywistych i symbolicznych wirażach owszem uprawiając, tośmy prawie w lot się zrozumieli. Czyli my tak, ale tamci, podobno mądrzejsi, wielcy panowie? Gdzie tam! Im pęd bardziej w głowach zawrócił. Bo wbrew pozorom to pomyślunkiem oni bynajmniej nie silni. Sprytem co najwyżej i chwytaniem czego się da w łapska.

Krzyków było co niemiara.

– Hej, ha!

– Gore!

– Na łowy!

Opętańcy po prostu. W nich wciąż widoczna niedojrzałość, co najbardziej przebija się w czasie jazdy. Nieustanna szarpanina w siodłach, jakby usiedzieć spokojnie nie można. A owe siedziska to właśnie taki wynalazek, by umościć się wygodnie i drugiemu nie wadzić. Ja bym zdołał. Wy, założę się, też. No, jednak każdemu się nie trafi, to oczywiste. U nich gęby roześmiane, oczy takie, że okoliczny las mogłyby podpalić. A nie lubię jak gore, szczególnie dach nad głową. Wrota na wolność wtedy zwykle zawarte i trzeba się namordować piekielnie, nim się je rozewrze.

Nie obyło się oczywiście bez inszych nieprzyjemności, bo głuptakom widziały się najgorsze chaszcze. A nie łaska gdzie pusto i przestronnie? Też ładnie. O tak, trzeba było dobrze łbem ruszyć, by jednak trafić na właściwe miejsce, nie byle gdzie, wykroty wycierając. Knocili na potęgę, to wiadomo. Jednak wyszło na nasze, kamraci dopomogli, jak mogli, choć nie ma co ukrywać, ja tu zdziałałem najwięcej. Na drogę do celu wywiodłem. Ktoś powie: przechwałki, musiałeś być powolny kierownikowi. Bynajmniej! Szczera prawda. Trzeba znać własną wartość. Jak sami siebie nie docenicie, to myślicie, że świat to uczyni? Wolne żarty! Można się zaharować jak przy orce, kiedy przywłóczy się taki mędrek, popatrzy z ukosa, czapę zdejmie i po durnym łbie podrapie, że niby skiby nierówne. W ślepakach zezulca najprędzej. A jeśli nawet, to czyja wina, jak nie nieudolnego robotnika? On kogo innego szuka, by za przyrodzoną niezborność obciążyć. I to mają być ci z przezwania rozumni? Koń by się uśmiał!

Dyrdaliśmy już od pewnego czasu stateczniej i to, co w powietrzu się unosiło, wprost waliło po nozdrzach, skupienie wymuszając, wręcz cała okolica z lekka przywarowała. Jak ktoś czuje coś więcej niż własne poprukiwanie, to takie rzeczy mu nie uchodzą. Oczywiście radosnemu towarzystwu uszło wszystko, bo zajęte było czymś zgoła innym niźli spozieranie na świat. Prędzej to oni w siebie, stąd nagła cisza puszczy w uszy ich nie biła. Mnie bolała. Ale jak wyjechaliśmy na polanę, od razu zwąchali pismo nosem. To znaczy nie tyle od razu, co ich powszechna dziwaczność zdetonowała. A było czemu się przyglądać.

Z miejsca zdradzę, że najbardziej rzucała się w oczy ogólna apatia. Nawet wiatr wiał bez zaangażowania, o trawie nie wspominając, by falowała, no dygotała co nieco, bez przekonania. Niemrawa, aż w wątpiach kręci! Znacie to. Spłowiała. Okrutny widok, od razu apetyt odbierający. Gorzej jeszcze przedstawiała się sprawa ze zwierzyną. Żubrom brody ciągały się po ziemi, ledwie chucherka pęcinkami przebierały, misie zwiesiły nochale na kwintę, sarny płakały rzewnymi łzami. One i tak oczy mają przepaściste, że utonąć może w nich nawet cynik z urodzenia. Od razu powiem, że to nie ja. Trochę się stylizuję na pierwszego ogiera w stadzie, a ogólnie mizantropa. Grunt to wizerunek. Lecz w istocie serce mam we właściwym miejscu. W mocnej piersi. Przejdźmy jednak do rzeczy; obok saren spoczywały wilki. Kły szczerząc, to jasne, nie umieją inaczej, ale nie rzucając się do gardeł ofiarom. Rozpaczając jak wszystko wokoło. Wiecie, te pourywane wątki marnej doli to aż drgały w powietrzu. Wyczuwalne, o ile komuś zołza tchu nie odebrała. Łapałem je. Tak sercowo, oczywiście.

Ja też zamarłem, choć mówiłem sobie, że nie wolno, bo pora działać. Już mniejsza z moim dobrostanem, rozchwierutanym okrutnie, ale tak ogólnie, dla wspólnego pożytku.

Mając do czynienia z przysłowiowymi osłami twardszym powinienem się okazać, aczkolwiek wyrobiłem w sobie empatyczne odruchy, więc dołowało mnie okrutnie. Nic nie pocieszało, zaś kiedy popatrzyłem na lisy, to aż serce zmarzło. Przechery, które nad sarkazm nie wyrosną nigdy, nieustanna zgrywa i blaga. Ni słowa prawdy, niekończące się szukanie okazji, jakby tu kogoś oszwabić, na hak przywieść, na cudzym nieszczęściu skorzystać. Owe rudzielce w kulki się pozwijały, nosy kryjąc w kitach i na pobliskie kuraki nie patrząc. Naprawdę nie patrząc, bez cienia taniego aktorstwa.

No, zadrżałem wtedy do głębi. Groza tak dojadła, że się zachwiałem. Ja! A przecież nie padam nigdy. Tarzam co najwyżej, ale tylko dla zdrowotności.

To całe zgromadzenie kołem otaczało środek polany, a w nim przebywało takich siedmiu. Wiadomo kto zacz, ledwie zacząć opisywać. Nie przepadam za tą odmianą, wolę pomniejszą, naturalną. Wiecie, tych, co w trawie stojąc, kryją się w niej z nakryciem głowy. Jednak mocarze z nich pierwsi! Tak się gada, że poprzez uprawianie magii. Jakie bujdy niestworzone! Oni nic nie zmieniają i nie psują. Poprawiają. Tu nitkę wysnują z powietrza, tam wątły pędzik popchną do góry w stronę dobroczynnego słonka. Niechże rośnie zdrowo! Ujmą tego i owego z ognia i wody. Łącząc zgodnie przeciwieństwa na pożytek. Dziw! Tak sprawią się gracko, że cały świat wokoło w śmiech. Słyną z tego, że grzywy splatają po mistrzowsku. I nie są to przesadzone bajki. Prawda szczera jak złoto. Serca to mają większe niż oni sami i pół świata bez mała nim obdzielają. Radośnie z nimi zawsze, pełnia życia i pech zmyka, gdzie pieprz rośnie. Jak podobna ekstaza ogarnia, to zaraz trzeba ich wypatrywać, uważnie nogi stawiając, by nie rozdeptać ubożąt, choć to przecież niemożliwe, bo śmigłe są tak niebywale, że w potrzebie wicher ich nie przegoni. Możecie mi wierzyć jako zawodowcowi, na podobnych gonitwach znam się jak nikt.

Ale oczywiście to nie była ta odmiana, a większa. Znacie ich, przerośnięci. Staną tacy w zagajniku paprociowym, to jeszcze im nochale ponad wystają. Urodą też nie grzeszą i mało kto przy nich chodzi radosny. Oczywiście, robotni są, w końcu wszystkich cnót nie stracili, kiedy w skrzacich gigantów się pozmieniali, ale więcej ich z naturalnymi, trzycalowymi pobratymcami nic nie łączy. Pokoślawili się okrutnie. Naturę to na pewno psują, nie wystarcza im ta, która jest, przeinaczyć wszystko muszą. Kamienie pokruszyć, skały porąbać, drzewa wykarczować, wątpliwej użyteczności wynalazki przy tym majstrując. Wszystko przez tę chorą ambicję, co im we wzrost poszła. Ktoś tu może powiedzieć, że na odmienność się zamykam. Ja?! Tylko każdemu powiem, że jak coś z przyrodzenia małe, to po powiększaniu na urodzie i zastosowaniu bynajmniej nie zyskuje, tylko kłopot wzmaga. I zamiast krasy, karykatura. Bo przeciwieństw łączyć nie wolno. Muły powstają, z których później skończony tuman przychówku wygląda. Choć takich, wbrew pozorom, mrowie.

Wracajmy jednak do naszych łokciowych wynalazców. Stali oni w samym środeczku polany wokół konstrukcji na pierwszy rzut oka składającej się z ramy ustawionej na koziołkach. Nieurodziwe ustrojstwo, tylko je w paprociach skryć jak coś paskudnego, a nie pchać na widok publiczny. Ale zaraz dało się zorientować, że to nie sama rama, a podtrzymywanie szybek. No tak, typowa pogarda dla świeżego powietrza. Może ktoś mi kiedyś obszernie wyłoży po co te wszystkie szkiełka, przez które atmosfera gęsta, bo mało poruszona? Zapaszek własny miły, głupi by zaprzeczał, ale cokolwiek nieświeżo, a gorzej, że tchu zaraz brak. Ja tam wolę pomieszczenia z oknami otwartymi, są co prawda tacy, co gardzą nawet dachem, ale to już nazbyt daleko posunięty radykalizm. Trzeba takie sprawy umieć wypośrodkować. Więc dach – jak najbardziej, ale szkło? Już mniejsza z tym, że aromaty gorsze, ale mało co widać, bo prędko popiół i zamęt na powierzchni osiada i przestaje się widzieć świat takim, jakim jest, a w czarnych barwach. Co prawda dla wszelkich innowatorów jak te gigancie konusy to typowe zachowanie, ale żeby inni podobne głupoty naśladowali? W imię jakiej nowoczesności zamykać oczy na proste uroki, żądając w zamian jakichś pokrzywionych?

Jednakże oddalam się od tematu. Idzie o to, że w tym pudle szklanym podtrzymywanym przez żelazną ramę tkwiła jakaś postać. To znaczy spoczywała. Po owłosieniu widać, że kobieta, a odzieniu tym bardziej. I na pewno nie był to posąg, choć po owych porąbanych wynalazcach można spodziewać się najdzikszych dziwactw. Nie wyglądała na całkiem żywą, choć w zasadzie to w tej chwili jednakże tak jakoś już nieżywą, ale od niedawna i nie w pełni. Magicznie. Że coś niejednoznacznie gadam? Tak najlepiej. Zresztą spróbujcie prosto o czarnoksięstwie, sługa uniżony życzy powodzenia!

– Co tu się dzieje? – odezwał się szef.

– Dziwne coś – wtrącił jego kamrat.

Bezcenne, jak się dogadali!

Ja tam milczałem, patrzyłem tylko, próbując pojąć w czym rzecz. Też mi się dziwne zdawało, choć założę, się, że całkiem z innych powodów niż reszcie.

Zbliżyliśmy się do łokciowych wynaturzeńców.

Oni bez wstępów uderzyli w płacz.

Ryczeli właściwie, wszystko w nich było gorsze niż u ich pobratymców bardziej zgodnych z przyrodzeniem. Mówiłem, że co przerośnięte nieurodziwe i niepożyteczne? Oczywiście wiem, że mówiłem, ale takie rzeczy trzeba powtarzać do znudzenia. Durnie niby słyszą, jednak po braku odmiany uprawianych duractw widać, że nic nie pojmują.

– Ot żałość nam się stała okrutna – rozpoczął pierwszy, ni na chwilę nie przestając siąkać nosem, a kulfon miał jak się patrzy. I cały czerwony. Pewnie z przepicia. Aż się wzdrygnąłem, taka we mnie natura, że nie cierpię pijusów, czapki bym takim w głów zdzierał i zębami do nich dobierał. Tfu!

Do pierwszego dołączyli drudzy.

– Och tak, och tak – powtarzali – a jakże – dodawali, smarkając w rękawy.

– A w czym rzecz? – podpytywali nasi, bo nie rozumieli.

To tamci opowiedzieli, jak to w siedmiu żyli sobie szczęśliwie z miłym, poczciwym, zgodnym i robotnym dziewczątkiem, a urodziwym, że ho, ho! Nikt by nie uwierzył, że podobne piękno istnieje. Patrzyłem na postać pod szkłem, jeszcze rzeczywistości nie przesłaniającym, to widziałem, po co tu jęzor strzępić? Nie darowali sobie. No żyli sobie, jak u Pana Boga za piecem, zamknąwszy ją na wpływy zewnętrznego świata, niby przez troskliwość, dogadzając sobie do woli, bo ona we wszystkim była anielsko powolna, kiedy jędza okrutna się napatoczyła, jakby kto ją prosił i podstępnie, złą magią zgładziła przystępną piękność. Żałość!

Nasi głowami machali.

– Cóż za nieszczęście! – powtarzali.

Po chwili wszyscy płakali rzewnie, obejmując się ramionami. Gospodarze gościom do pasów sięgali, gębusiami nurzając, wiadomo gdzie, co wyglądało nieprzystojnie, ale zarazem zabawnie. Wychodziło takie pomieszanie tragedii z komedią.

Wydaje się wam, że cynicznie tak gadam, gruboskórnie, jakby nic mnie nie ruszyło. Ależ ruszyło, tylko oni do pasji mnie doprowadzali tym durnym paplaniem. Coś mi się wcześniej o uszy obiło, wspominałem, a poza tym, że się obiło, to czułem. Mam serce. Nie wszystko trzeba ubierać w słowa, jak te nieszczęsne przerośnięte pokraki, co żywe cuda psują ręcznymi robótkami. Niby ręce są przydatne, ale jak ktoś obdarzony został naturalnie czterema kończynami, a tylko dwie poświęca na trzymanie pionu, to nic dziwnego, że czasem upadnie. Co prawda zaraz powstanie, ale myślenie wtedy ogranicza, by wstawać po tych upadkach. To chyba lepiej wcale nie padać, nie? Kiedy więcej niż pół mózgu poświęcone unikaniu łykania prochu ziemi, to inne czynności ubogie, a widać niektórym niebożętom tych dwóch nóg stanowczo nie staje. Dosztukowanych podpór szukają. I tak, i z rąk pożytek mierny, i z głowy pośledni, zdrowiu zaś wszystko szkodzi najbardziej. Tudzież zachowaniu godności. Ale te gigancie wyskrobki, co wszystkie rozumy pozjadały, wiedziały lepiej. Zamknęły swój świat w ograniczonych formach, jak tę dzieweczkę w szklanym puzderku, powietrze odcinając, bez którego jak żyć, powie mi ktoś?

Ot, wynalazcy!

– Ona martwa – tłumaczyli. – Podła jędza do zguby doprowadziła niebogę. Nie ustrzegliśmy. Żałość tedy wielka.

– Unieście wieko, może – poprosił nasz szef.

– A po co?

– Ot popatrzyć chciałbym z bliska.

Pofukali do siebie, widać swój wyrób mieli za taki, że co w nim spoczywa, to według nich na zawsze, bo podobnie zapeklowanemu smakołykowi najsmaczniej. Tfu! Ja tam wybieram co świeże. Ale oni woleli, by dzieweczkę drudzy oglądali z daleka. Jednak przystali na prośbę, ostatecznie dać dyla już im nie mogła, nie?

Szef zbliżył się. Ręce położył po bokach głowy piękności. I patrzy.

– Jednak ma łeb! – wtedy uznałem. Doszedłem do przekonania, że zaraz zabierze się do ratowania niebogi. Choć tak przy wszystkich… Ludzie jednak nie przepadają za naturalnością, nie wiedzieć czemu przy jej przejawach skrępowani.

On tkwił jak kołek w płocie.

Na co czeka? – pytałem siebie. Trochę się niecierpliwiłem. Ale uznałem, że to wstydu przełamywanie, choć to nie był w tym wypadku akurat ten sposób. Jednak nawet jak się pomyli, to zaraz skapuje w czym rzecz, a że na śmiech się wyda? Przynajmniej jego kompani naprawdę będą mieli z czego rżeć.

Bo tego grona nie było co zagadywać. Tak ono rozumu używało jak ci wytwórcy szklanego wieka. Znam ich od najmniej szlachetnej strony, zatem nie dziwiłem się w gruncie rzeczy. Obok pałętały się koty. Wiecie, z miejsca zafukane, naburmuszyły się, bo widać od razu, że odkryły przyczynę. I prychały jak to one. Rozejrzałem się po bokach. Znajdzie się tu ktoś mądry, czy nie? Psy zwąchały pismo nosem. Nawet osiołek skapował z grubsza powód niedomagania niebogi. Reszta zwierząt nie podchodziła. Ostrożne. Łatwiej przecież zrozumieć sarnie wilka niż człowieka, to bratać się lepiej nie. Przecież z daleka mogły nie poznać w czym rzecz.

A mnie bliskiego magia tak skręcała, aż w uszy szczypała.

– Sześć nóg, by trzeba! – szczękałem zębami. W złości to i ja z naturalnością się pogryzę.

Zaś szef się cofnął. Coś mu się kotłowało pod kopułą, lecz nie składał jednego z drugim, bo po kawałku do sprawy się zabierał. Nazw szukał. Bez nich bezradny. Czego zaś ramkami nie ograniczy, to tego nie ma. Co za tłuk!

Ależ mnie wkurw wziął! Historyczny w istocie. Zrozumiałem, że odstępuje, u niego wszędzie te formalizacje. Gapi się patrzałkami, a zarazem zamyka na życie. Jak coś pod uchwalony przez tępaków paragraf nie podchodzi, to nie istnieje. Tu trzeba nienazwanemu zaufać, ulotnemu, czuć trzeba, sercem spojrzeć, oczy wezwyczajone do konkretu zwodzą.

Jak mu nie przyrżnąłem w środek pleców. Ktoś powiedziałby z byka, bo czołem, ale takie określenia wobec mnie są cokolwiek niestosowne. Niech będzie już z dyńki, a najlepiej łbem. Poleciał przed siebie na tę dziewuszkę.

– Och! – zajęczało otoczenie.

Spoczęły też na mnie zdegustowane spojrzenia. Że niby coś niegodnego zrobiłem? Ja? A kto panienkę zamknął pod kloszem? Uwalniałem ją od tego. Nic więcej. Oni pewnie by coś o naruszaniu niewinności bredzili. Jednorożców można wypytać, że cnota to bynajmniej nie to, co zachowane między nogami, a co w sercu się ostało w tym świecie nieustannie przytapianym falami postępowej ohydy. Wiem, bo przy posiłku, kiedy nastawieni byli pozytywnie, gadałem z nimi o tym.

No, zostawmy tych tłuków, co lampili się na mnie, jak zwykli mówić: na końskie zaloty, wróćmy do rzeczy. Szef przewrócił koziołki, dziewuszka padła na ziemię i potoczyła się po niej, i wtedy to, co miała w buzi, paskudnie pominięty odprysk złej magii, i niedostrzeżony przez nikogo, za wyjątkiem, no zgadnijcie kogo, wyleciało.

Westchnęła. Powieki zadrgały jak motyle.

Naprawdę!

Szef nad nią.

Jej oczy cudne. Zieleń soczysta jak trawa w porannej rosie.

Pycha!

Daję słowo.

– Uratowałeś mnie! – zauważyła z wrodzoną bystrością umysłu.

– Zatrute jabłko utkwiło ci w buzi, szczęście, żeś go nie zjadła. Gdyby trafiło do żołądka, wszystko stracone. Nie wolno tykać jadu ni rzeczywistego ni magicznego – wyjaśnił szef.

Ale odkrycie! Jasne, bezwiednie przyswajana martwica wtedy poszłaby krwią do serca, mózgu i wątroby. Zepsuciem dotknęła wszystkie organy. Jak to wynaturzenie. Taka rewelacja, że każdy wie.

A obecnym zdawało się to jednak fenomenalną spostrzegawczością.

No, ale w rezultacie dzieweczka odżyła.

Myślicie, że mi podziękowano?

Rżę ze śmiechu.

Jednakowoż żadnych rewanżów w tym względzie nie oczekiwałem, to się nie zawiodłem. W gruncie rzeczy było mi za jedno, zależało mi tylko na wygodnym ułożeniu dalszego życia. Mnie wiele nie trzeba, skromny jestem, z okiełznanymi porywami, choć przecież nie z przyrodzenia.

Widzicie zatem, że był powód do radości. Bo idzie jak z płatka. Swoje zrobiłem, nagrodę odbiorę, dostanę, co chcę. Napracowałem się przecież, niebożę. Że inni chwałę wezmą, niech biorą. Czymś rzetelniejszym się pożywię.

No, ale dobrostan nie zaczął się od razu. Bo początek dalszego szczęścia przewidywał nieodzowny ślub.

A nie można by naturalnie? Zeszli się ze sobą, niech już wspólnie uprawiają ogródek. On książę, ona księżniczka. Rodowód w sam raz, dobrany, przychówek wyjdzie kształtny, zdrowy i rasowy. Trzeba czegoś więcej?

Im tak! Musieli wszystkim wokoło rozgłosić nowinę i pozapraszać, kogo się da.

Same nieszczęścia przez takie samochwalstwo doprowadzające do przymusu formalizowania wszelkiej wrodzonej aktywności. Głupota świat zamykać w ramkach, tak ulepszać, że psuć w istocie. Licho nie śpi, uwielbia tych, co bez cudacznych wynalazków żyć nie potrafią! Lecz tacy niereformowalni snobi zawsze po swojemu.

No i tak oto przygotowania do przyszłej fortuny zabrały trochę czasu, by kiepska dola ze swoimi też się obrobiła.

A później jechaliśmy w towarzystwie rzępolących grajków na to wiekopomne wydarzenie. Stosowniej byłoby w kir się przyodziać. My byliśmy niegustowni. Tęczowi. Wynaturzenie i zawsze ten przerost formy. Ja bym zadowoliłbym się czymś skromnym i od razu przeszedł do rzeczy. Bo czy tak wiele trzeba do szczęścia? Prostota wystarczy, ale znacie takich osłów. W żłoby im nałożą przysmaków, to zagłodzą się, dokonując wyboru.

I tak się szefowi przytrafiło. Czasem nie mam do niego cierpliwości, jakbym za tę czuprynę chwycił, jakbym pocisnął. Ech! W gruncie rzeczy go lubię, przynajmniej nie pijak, tacy w drodze najgorsi, upojeni fantazją wyobrażają sobie, że skrzydeł im przyprawiono, by nad prostotę wylatywali, z czego same nieszczęścia.

No, ja tu gadu gadu, a wiadomo, że na koniec każdy się potknie.

Czułem pismo nosem. Jedziemy sobie jakby nic. Wokoło parskanie, a oni pytlują, że na szczęsną dalszą drogę życia. To ja milczę wymownie, ale na mnie zwyczajowo mało kto zwraca uwagę, choć, przyznajcie, beze mnie nic by tu nie zadziałało, rubaszne pokrzykiwanie, toasty (żeby ich od nich pokręciło!), ogólne ukontentowanie, impreza się rozkręca, choć właściwie nie rozpoczęła, gra muzyka, aż widzę, wiecie na pewno, kogo widzę.

No, tego się spodziewałem.

A jednak przytkało mnie z lekka. Co innego wiedzieć, a co innego własnym okiem ogarnąć.

– Ożeż, szkapa kulawa! – dyszę.

Wy też za takimi nie przepadacie, mylę się?

Patrzę wokoło.

No, nikt poza mną nic nie skapował.

Weselnicy swoje, pobłogosławili młodych, rozsiedli się, zagryźli, zapili. Ledwie po kwadransie w czuby im poszło. Zaryczeli jak żubry. Wyją: gorzko, o pokładziny upominają. Już! Trwa hulanka, tańce. Mordy czerwone od pijaństwa, gonitwa im się śni, dziki pęd między drzewami, że o połamanie gnatów najszybciej, w najlepszym przypadku. Ja czekam na boczku, nie rzucam się w oczy, by durnych pomysłów nie wprowadzali w życie, a łeb mi zwisł od zmartwienia, ale od czasu do czasu łypię oczyma tu i tam, i na przemian z obawą straszny śmiech mnie ogarnia. Taki z głębi trzewi, że zarżałbym prawdziwie szatańsko.

Co za tłuki!

A wiecie, ta jędza, żeby tak zołzy dostała, co dzieweczkę przytruła z zawiści, że do kogo innego dola może się uśmiechnąć, już kombinuje. A widać, że główka tęgo pracuje.

– Oj, będą kłopoty – oceniłem.

Że przedwcześnie i bez dowodów? A czy ja załgana papuga? Pewnie, że słusznie. Lecz poza mną nikt tej zdradzieckiej mordy nie rozpoznał. A ja czemu? Bo nie wszystko obracam w kłapanie ozorem. Pyskuny słowa mają po to, by rzeczywistość do kupy poskładać. Smrodu tylko narobią, bo w istocie połowy nie pojmą. Ja łapię, o co idzie bez pytlowania. I wódy nie chlam bez umiaru, kiedy droga nie do końca odbyta. Stąd czasem wiem. Właśnie wtedy, w zachodzących okolicznościach, jak widzę tę magiczną wywłokę, wiem i wkurw mnie taki ogarnia… Chyba na wszystkich. No, czemu ci panowie świata całego nic nie dostrzegają? Zaćmiło ich. Siedzą przy trunkach. Żłopią. Praskają po plerach nawzajem, załzawione gały przecierają. Poza samymi sobą na wszystko zamknięci. A najbardziej na sąsiadujący świat. Ot wzruszyli się szczęściem niedalekim, zaś zguba właśnie o krok, co ją zobaczyć trzeba by zaradzić, lecz jej nie widzą, natomiast pominięta tymczasem wiedźma coś tam wymędrkowała i skuteczniejszego niżeli zatrute jabłuszko. I już zabiera się do roboty, łapska zacierając, że szpony rosną, by wbijać je w aksamitne karki, przez co cała moja przyszłość przepadnie, zasłużone, spokojne życie, nagroda po tych wszystkich wykrotach, po których dotąd się włóczyłem bez własnej winy.

Uff!

Zobaczyłem, że nie ma tu na kogo liczyć, że jak coś ma być zrobione dobrze, to sam muszę.

Więc zaszedłem ją od zadka.

Ona na boczku stoi, w oczy się nie rzuca, występne upadki wymagają ustroni, z zapałem mamrocze bezecne czarnoksięstwa. Tak się w owe sprzeczne z naturą praktyki zaangażowała, że świata bożego poza nimi nie widzi. Czasem korzyść z takiego zaślepienia wynalazkami. Durnie dają okazję naprostować, co pokręcone.

– Dobra nasza – ja mruczę do siebie.

Nic nie spostrzegła, porąbane fantazje widziała zrealizowanymi. Chora ambicja nikomu na zdrowie nie wychodzi.

Więc jak jej wtedy nie wypłacę kopa w sam środek plerów, aż żelazo mi od podkucia odleciało.

Ni cienia przesady nie znajdziecie w zapewnieniu, że dałem z siebie wszystko.

Uniosło ją i chyba w powietrzu z dziesięć własnych długości przebyła. Nim spadła. Jakby skrzydeł dostała.

No, może dwadzieścia.

Anielica!

To taki dowcip jest.

Wesele wtedy zamilkło.

Znowu wszyscy zaczęli na mnie łypać. Stale z tymi durniami tak mam. Nic nie pojmą, a ja brzydzę się dosłownym tłumaczeniem, czekam z nadzieją, że każdy osobiście głową ruszy. Zwykle daremnie. Nie wiem, czy wtedy znalazł się taki jeden unikat, ale któryś nie ślepy na obydwa spozierałki, zobaczył, co zołzowatej jędzy wypadło z podręcznej torebki. W życiu bym nie uwierzył, że tyle można do niej nakłaść. Nie chodzi, że trucizn, zajęczych łapek i kurzych stopek, i całego tego czarnoksięskiego badziewia. Każda czarownica podobne strupieszałe fidrygałki gromadzi stosami, chodzi mi o to, ile ona tego naładowała.

Stos do kolan sięgający.

Chyba, że to była torba magiczna.

Nie wykluczam…

Tylko kto to na co dzień targa na własnym grzbiecie? Założę się, że nie sama, jakiegoś biednego osiołka zmamiła.

W każdym razie chyba wtedy weselnicy pojęli w czym rzecz.

Zaczęli od wrzasków.

– Wiedźma!

– Jędza!

– Trucicielka!

– Jak wstanie, to zaraz każdemu dopiecze!

Odkrywcy!

– Ratuj się, kto może!

I dyla!

Aż się zakurzyło, że z początku nic nie widzę.

I diabli wzięli – myślę i wielka żałość mnie piecze, nawet nie za osobistymi nadziejami przepadłymi, tak ogólnie. Szansę dałem temu durnemu światu na korektę usterki. A on tak korzysta, że tylko o własny zadek dba.

Typowe.

Pył jednak opadł. Charakteryzuje go brak skrzydeł, więc to nieunikniony proces. Patrzę, nie wierzę. A jednak! Szef nie zwiał. Rozumem może nie grzeszy, ale odwagi mu nie brak. Albo wyobraźni, co kiedyś zdrowiem przypłaci, choć póki co iście końskie mu dopisuje. Chwat! Chwycił jędzę.

– Do mnie, trzymam! – ryknął.

Trzymał przecież i bać się w istocie nie miał czego, bo zemdliło ją cośkolwiek po locie ingerencją waszego pokornego sługi wszczętym.

Dobra, widzę, żeście nie złapali kontekstu i dwa razy wam trzeba: żart to jest, możecie się śmiać.

Ale inni wciąż nie wiedzieli, co począć. Ślepi! Jednak któryś zobaczył to żelazo, com je zgubił, wkładając w kopa całe serce. I coś tam wymodził przyciężkawym pomyślunkiem.

A tak mu się gęba wykrzywiła…

Zucha struga, skoro czarownica leży bez zmysłów i odpłatę zamyśla, tak okrutną, jakby wyhodowany cykor to jakaś wielka sprawa była, a nie szmelc nie bez powodu połamany.

Ciarki przechodzą, jak to sobie przypomnę, choć z różnymi podkuciami mając do czynienia, nie drżę na widok byle hufnala.

Przywołał wynaturzonych gigancich konusów.

Powiedział, co dalej.

Wspólnie zarżeli. Tacy zawsze się dogadają. Oto fundamentalne prawo tego świata. Ze wszystkich sił stawajcie dęba i nie pozwalajcie jego wprowadzaczom wsiąść sobie na karki.

Przeczuwałem mniej więcej, co i jak. Zamarłem w duchu. Nawet mnie od tego słabo.

Pewnie słyszeliście, jak to poszło. No buty jej sprawili, tak rozżarzone, że nie przetrzymała eksperymentu, choć jako czarownica z niejednym piekielnym wynalazkiem miała do czynienia. A jednak mniej wymyślnym. Trafiła w łapy prawdziwych artystów. Tak ją to obuwie żarło, że w topiel wskoczyła, by męczarnie ugasić. Pogrążyła się na wieki wieków.

Ileż radości było.

No dobra, tak gadam, jakbym coś komuś wyrzucał, ale sam przecież tej wilczycy nie żałuję, o co innego mi idzie, co jednak słowami wyrazić się nie da. Połowę tylko nazwą.

Myślicie, że ktoś mi podziękował?

Prycham na to.

A teraz mam całkiem znośnie, brykam jak młode źrebię. Szef od lubej nie odstępuje, szaleje z nią po swojemu, bez ruszania zadka (no dobra, żart gruby, ale poza tym niczego sobie, nie?), nie zmuszając mnie do pędzenia za jego niewyżytymi potrzebami. Fajnie jest.

Nic nadzwyczajnego, ktoś powie.

To ja tak mu zripostuję, że wczorajszego wieczora czuję, jak ktoś przy owłosieniu mi grzebie.

– Nie wierzę! – tak wzdycham.

A jednak, rączki maleńkie, pracowite, splatają, co mogą, a głosiki gadają, choć nie słowami, szmerem, wiatrem. Radością samą. Wysnuwają szczęście z poplątanych wątków ludzkich żywotów. Nieludzkich też, w tym moich.

Aż paciorki łez ciężkich jak groch rzetelnym potokiem mi po pysku ze szczęścia pociekły.

A że łączenie przeciwieństw fortunie nie wadzi, kiedy ubożęta się za nie zabierają, to oni uderzyli w śmiech.

Im wolno.

W tym jednym przypadku nie mam nic przeciwko i na dziwactwa się nie krzywię, ani moja grzywa, w którą wpasowali dziki pęd, zdrowie i szczęście. Niech im dola w dwójnasób wynagrodzi! A że oni ją plotą, to w takie wróżby nie wątpię!

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: