polskie centrum bizarro

„Śliska sprawa” by Marcin Zwoleń

In Opowiadania on Kwiecień 20, 2018 at 6:34 pm

Czasami trafiają do nas teksty z morałem. Tak jak dziś. Jeśli lubicie morały i niestraszne wam dość perwersyjne ujęcie takich zagadnień jak wciskanie ludziom… eee… ciemnoty, warto spróbować. Oto przed szanowną niedobroliterkową publicznością SHOW…. to znaczy nowe opowiadanie Marcina Zwolenia.

ŚLISKA SPRAWA

Unoszące się w powietrzu opary amoniaku bez skrupułów drażniły zmysły węchu i wzroku. Mimo tego zaszczana brama w starej przedwojennej kamienicy przy ulicy Wandy Wasilewskiej 15 wydawała się być idealnym miejscem na pokój narad oraz punkt wypadowy do realizacji uradzonych kroków. Czego dowodem były dwie, nadto zbliżone ku sobie i zastygłe w konspiracyjnych pozach, sylwetki. Ich spiskujący szept nie na wiele się zdawał, bowiem akustyka miejsca obnażała szykowane draństwo. Wypowiadane przyciszonym głosem słowa odbijały się rykoszetem od łukowatego sklepienia bramy i niosły w eter.

– Czas, żebyś w końcu stracił cnotę i zrobił to sam – tłumaczył, odziany w skórzaną kurtkę, krępy młodzian. – I dziś jest ten dzień, psiakrewka.

– Wiesz, Kapsel, trochę nie jestem pewien – odparł jego równolatek, kurczowo ściskając w dłoni czarną aktówkę.

– Nie masz czego peniać, psiakrewka. Byłeś przecież ze mną parę razy i widziałeś, jak to się robi. Poza tym, ta zmurszała kamienica to doskonałe miejsce na twój debiut. Na pewno dasz radę. Sami emeryci tu mieszkają.

– Ale czy ci się nie wydaje, że to trochę jest nie w porządku?

– Niby co?

– No, zawieranie tych lewych umów.

– Trzymajcie mnie, bo zaraz pęknę, psiakrewka. Co ty pieprzysz, Żuru? – Kapsel aż zgiął się w pół ze śmiechu. Kiedy się wyprostował, minę miał całkiem poważną. – Posłuchaj mnie uważnie. Po pierwsze, nie lewych, bo pracujemy dla prężnej, legalnie działającej firmy energetycznej. Umowy są prawnie usankcjonowane i niczego nie można im zarzucić. Co najwyżej okoliczności ich zawarcia są, powiedzmy, dyskusyjne. Ale tak naprawdę nikogo to nie obchodzi. Liczy się przede wszystkim podpis na papierze. To jest klucz, a sposób w jaki został zdobyty jest nieważny. Rozumiesz?

Poinstruowany Żuru pokornie kiwnął głową na znak przyswojenia nauki.

– A po drugie, czy ty masz jakieś skrupuły, psiakrewka?

– No bo, jakby nie było, to są starsi, często schorowani i ubodzy ludzie.

– Starsi to na pewno, bo o takich głównie nam chodzi, ale nie ubodzy. Wiesz, ile hajsu mają te staruchy poupychanego na różnych kontach? Trochę już żyją na tym świecie i zdążyli niemało uciułać. A są schorowani, bo sknerzą na leczenie, psiakrewka.

– Ale nie wszyscy mają pieniądze. A my ich naciągamy na dodatkowe koszty.

– Selekcja naturalna – odparł beznamiętnie Kapsel. – Słabsze jednostki muszą ustąpić silniejszym. Lepiej pomyśl, Żuru, do której grupy ty chcesz należeć? Czy masz zamiar do końca życia poginać w tej swojej ortalionowej kurteczce, czy tak jak ja w nowiutkiej skórze? Bo póki co twoje życie jest właśnie jak ten ortalion: szare i pomięte, psiakrewka.

Chociaż Żuru do końca nie był pewny, czy posada domokrążcy zawierającego podejrzane umowy mu odpowiada, argumenty Kapsla potrafiły trafić do niego jak pszczoły do miodu. Prosto i bez najmniejszego oporu. Najbardziej przekonywujący był ten o skórze, o której Żuru marzył już od pewnego czasu. Co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Nafaszerowany opowieściami Kapsla, jak to nie ma nic lepszego od skórzanej kurtki, bo to latem ochłodzi, a zimą ogrzeje, żył nakręcony myślą, że za pierwszą wypłatę na pewno taką sobie sprawi. I niech mu będzie wybaczony sposób w jaki zdobędzie potrzebne na nią pieniądze.

Nie wahał się więc dłużej. Przetarł spocone dłonie o sztruksowe spodnie i mocniej zacisnął je na uchwycie aktówki.

– Dobra, przekonałeś mnie. Wchodzę w to – wyszeptał.

– No nareszcie, psiakrewka. A już się zaczynałem martwić. Na wszelki wypadek przećwiczmy to jeszcze raz od początku. Bo widzę, że jesteś w marnej kondycji psychicznej. Co robisz najpierw?

– Przedstawiam się.

– Nie, najpierw pukasz, psiakrewka.

– No, tak. Racja. Pukam.

– Pamiętaj. Pukasz, nie dzwonisz. Szwedzcy naukowcy dowiedli, że w przypadku niezapowiedzianej wizyty lokator łagodniej reaguje na odgłos pukania do drzwi, niż na dźwięk elektrycznego dzwonka. Dobra, ktoś ci otwiera. Jaki jest następny krok, psiakrewka?

– Przedstawiam się.

– Nie, następny krok to prześwietlenie celu. Oceniasz z kim masz do czynienia. Jeśli otwiera ci napakowany kark, na cyklu, to nie ma najmniejszego sensu wciągać go w do naszej gry. Przepraszasz, mówisz, że pomyłka i znikasz. Pamiętaj, nasz target to rasowy emeryt sześćdziesiąt plus. Co robisz, jeśli taki już się trafi, psiakrewka?

– Przedstawiam się.

– Brawo, ty! Przedstawiasz się. A jak, jeśli można wiedzieć?

– Nazywam się Piotr Żurek i reprezentuję pana zakład energetyczny. Zostałem wydelegowany celem podpisania aneksu do zawartej pomiędzy nami umowy – wyrecytował jednym tchem adept tajemnych nauk.

– Fiu, fiu. Jestem pod wrażeniem, psiakrewka – sensei nie krył podziwu dla swego ucznia. – A co powiesz, jeśli wścibski starzec będzie chciał wiedzieć czego dotyczy ów aneks?

– Aneks dotyczy zmniejszenia opłat za przesył energii.

– Dokładnie. Ten tekst o obniżce zazwyczaj usypia ich czujność i sprawia, że wpuszczają do środka. Co dalej, psiakrewka?

– Kiedy już wejdę, wyciągam dwa egzemplarze naszej umowy i daję do podpisu.

– Pudło, psiakrewka. Zanim to zrobisz, dodatkowo osłabiasz uwagę ofiary. Zachwalasz mieszkanie, podziwiasz te stare, zakurzone i zastawione bibelotami meblościanki i kredensy. Rozpływasz się w zachwycie nad ich pieskami i kotkami, jeśli takowe mają. Jednym słowem, zmiękczasz. Wówczas są gotowi podpisać wszystko bez czytania. I właśnie wtedy znienacka przeprowadzasz szturm.

– Czyli wyciągam dokumenty?

– Tak jest, psiakrewka! Prosisz o dowód osobisty, spisujesz dane i dajesz do podpisu. Pamiętaj, klient podpisuje pierwszy. Następnie ty, potem walisz pieczątkę, zabierasz jeden egzemplarz umowy, a drugi zostawiasz. I nim jeden z drugim dziad się połapie, co i jak ty już jesteś po drugiej stronie drzwi. Paniał?

– Paniał. Ale…

– Nie ma żadnego „ale”, psiakrewka. Wszystko odbywa się w świetle prawa i nikomu nie dzieje się krzywda. Po prostu emeryci podpisując nasze dokumenty wypowiadają umowę dotychczasowemu sprzedawcy energii elektrycznej i zawierają umowę z nowym dostarczycielem prądu, czyli z reprezentowaną przez nas firmą „Żarliwa Jutrzenka”. I co w tym takiego strasznego? Nic. A że opłaty odrobinę im wzrosną? Tak jak mówiłem, stać ich na to. Tak trudno to pojąć?

– Ale, ja tylko chciałem powiedzieć, że nie mam długopisu. Wypisał mi się.

– O, matko – westchnął ciężko Kapsel. – W ten sposób daleko nie zajdziesz, psiakrewka.

Zrezygnowany sięgnął do wewnętrznej kieszonki kurtki.

– Weź mój – rzucił smętnym głosem.

Czarny Zenith zmienił właściciela oraz lokalizację i wylądował w ortalionowej przepastnej paszczy strzeżonej przez metalowe zęby suwaka. Żuru poklepał się po boku kurtki.

– Dzięki. Tutaj nie zginie.

– Sprawdź lepiej czy masz wszystkie papiery – zarządził Kapsel.

Posłuszny woli mistrza, uczeń postawił aktówkę między nogami i rozsunął jej zamek, obnażając zawartość. Wewnątrz ściśle, jeden obok drugiego, tuliły się do siebie zadrukowane arkusze formatu A4.

– Są na miejscu – odparł Żuru, wyciągając dokumenty na światło dzienne.

– Dobra. Schowaj to, psiakrewka.

– Swoją drogą mogłyby być napisane większą czcionką. Ledwo można się rozczytać.

– Czcionka jest celowo drobna, żeby zniechęcić ludzi do czytania umowy. Poza tym starsi ludzie często nie mają przy sobie okularów, a nie bardzo chce im się łazić po mieszkaniu i ich szukać. Więc to działa na naszą korzyść, bo wystarczy pokazać takiemu ślepemu kretowi, gdzie ma podpisać i posłusznie to robi. No, ale dosyć tego pieprzenia. Czas byś pokazał na co cię stać. W końcu jesteś zwycięzcą, psiakrewka.

Kapsel klepnął mocno Żura w plecy, co miało zmobilizować go do działania. Ponieważ sam był z natury stworzeniem ambitnym i nieobce mu były różnorakie techniki motywacji wyniesione z licznych szkoleń i warsztatów poświęconych psychologii sprzedaży, postanowił zastosować jedną z nich na swoim koledze. Zmniejszył dzielący ich dystans, po czym niespodziewanie krzyknął mu do ucha.

– Kim jesteś?!

– Jestem Piotr Żurek i reprezentuję pana zakład… – Odpowiedź wypadła jak z automatu.

– Nie, kretynie. Jesteś zwycięzcą – przerwał Kapsel. – Powtórz, psiakrewka.

– Nie, kretynie. Jesteś zwycięzcą. – Zaskoczony Żuru bezbłędnie wypełnił polecenie.

– Nie ja tylko ty. Ty jesteś zwycięzcą. Jeszcze raz, psiakrewka. Kim jesteś?

– Zwycięzcą? – zapytał niepewnym głosem, bardziej zdezorientowany niż zmotywowany, przyszły sprzedawca energii elektrycznej.

– Słabo to widzę, stary. Ale będę trzymał za ciebie kciuki, psiakrewka.

 

* * *

 

Kapsel może być ze mnie dumny, rozważał Żuru, wygodnie rozparty na reprezentującym secesję, ozdobnie rzeźbionym krześle. Zapadnięty w miękki plusz siedziska napawał się przepełniającym go uczuciem dobrze wypełnionego zadania i sukcesu. Co prawda, jeszcze nie całkowitego, ale to już niebawem miało się zmienić. Żuru wyczuwał zwycięstwo wiszące w powietrzu. Wiedział, że z każdym zdobytym przyczółkiem zbliża się do niego.

Póki co wszystko szło zgodnie z planem. Tak jak ustalił z Kapslem, zaczął od ostatniego piętra kamienicy. Klatka schodowa pod względem zapachowym w niczym nie ustępowała cuchnącej bramie. Nie spodziewając się zbyt wiele, wdrapał się na po skrzypiących schodach na samą górę i zapukał do pierwszych z brzegu, odrapanych z zielonej farby drzwi. W pierwszej chwili nie mógł uwierzyć, że los potraktował go tak ulgowo, gdy starowinka, która mu otworzyła, po zapoznaniu się z celem wizyty, bez problemu wpuściła go do mieszkania i usadowiła przy okrągłym, dębowym stole. Zaraz też zniknęła w kuchni informując, że właśnie parzy doskonałą herbatę z malinami i nie omieszka poczęstować nią tak miłego kawalera.

Podekscytowany Żuru czekał więc teraz na nią, przy okazji planując moment przeprowadzenia zmasowanego ataku czyli wyciągnięcia z aktówki dokumentów do podpisania. Zanim jednak staruszka zdążyła wrócić z kuchni, drzwi sąsiedniego pokoju uchyliły się niemrawo i przez powstałą szparę do salonu z impetem wpadło coś strasznie małego i drobnego, ale za to mocno hałaśliwego. Dla rozszczekanego ratlerka obecność siedzącego na krześle intruza nie była niczym innym, jak kolejnym wyzwaniem, któremu należało stawić czoła. Obnażając krzywy zgryz w śmiesznie wysuniętej do przodu dolnej szczęce, rozsierdzony psiak przeleciał pod stołem i dopadł do obcych nogawek, zapamiętale się w nie wgryzając. Chude zwierzęce ciałko usadowione na patykowatych odnóżach trzęsło się jak galareta w akcie zaciekłego szarpania materiału. Na widok ratlerka, Żuru pomny wskazówek Kapsla, rozpromienił się cały, po czym jednym zdecydowanym kopnięciem odtrącił zwierzę od swoich kończyn. Wystrzelony jak z katapulty pies z piskiem przeturlał się pod kredens, stojący po drugiej stronie przestronnego pokoju.

– Otello, wracaj tu, natychmiast.

W tym momencie w ślad za psim uciekinierem z pokoju wydostało się czyjeś słabe wołanie, a w sumie to charczenie. Chwilę później, poprzedzona szuraniem nóg i duszącym kaszlem, w uchylonych drzwiach stanęła sędziwa postać wspierająca się na lasce. Padające spod sufitu przytłumione światło zakurzonego żyrandola oblewało odzianego w pasiasty szlafrok starca, który w przekonaniu Żura od dawna nie powinien już żyć. Ile mógł mieć lat? Sto, a może więcej? Na tyle wyglądał. Niemożliwością jest, żeby ludzie dożywali takiego wieku, dumał, patrząc na niego.

Ostatecznie dywagacje Żura zostały przerwane w chwili, gdy obiecana filiżanka parującej herbaty  na porcelanowym spodku wylądowała tuż przed nim na blacie stołu. Staruszka wprawnym ruchem zestawiła z tacy pozostałe dwie filiżanki oraz cukierniczkę, po czym zachęciła miłym głosem:

– Proszę pić, kawalerze. Póki gorąca. – Uśmiechnęła się szeroko. – Z własnymi malinami.

Żuru nie dał się dwa razy prosić i mimo że napój był jeszcze dość gorący, upił jego spory łyk, parząc sobie przy tym język. No, ale czego nie robi się dla wyższych celów. Poświecenie to rzecz święta. Na szczęście słodkie owoce, pływające w herbacie, skutecznie niwelowały jej cierpki smak.

Starzec zdążył w tym czasie doczłapać do stołu i zająć jedno z krzeseł.

– A któż to taki nas odwiedził, duszko? – zapytał, wskazując na Żura, mocno mrużąc przy tym oczy. – Czy to aby nie twoja siostra, Helenka?

– Nie, Kaziu. Ten miły kawaler jest z zakładu elektrycznego.

– Eklektycznego?

– Energetycznego! – oznajmił gromko Żuru.

– Proszę wybaczyć, kawalerze – odezwała się staruszka. – Małżonek niestety niedosłyszy, a i wzrok pozostawia wiele do życzenia. Okulary gdzieś ostatnio zapodział.

– Nic nie szkodzi – odparł kawaler. – Jakoś sobie poradzimy.

Ale mam farta, ożywił się w duchu Żuru, będzie łatwiej niż przypuszczałem. Nie wiedział czym sobie na to zasłużył, ale wewnątrz aż cały wrzał i kipiał. Brakowało naprawdę niewiele, ażeby rozsadzający go od środka wulkan radości nie eksplodował i spłynął lawą szczęścia. Wziął głęboki wdech na uspokojenie, upił łyk herbaty, a następnie uruchomił procedurę zmiękczania. Rzucił pośpieszne spojrzenie po salonie, by w efekcie zawiesić je na kredensie, czy raczej na siedzącym pod nim zwierzaku.

– A co to za miły psiak tam się chowa? – zagaił gospodynię.

Umiejętnie i z wyczuciem uderzył w czułą strunę. Na odzew nie musiał długo czekać. Rybka szybko połknęła haczyk.

– Poznaj mojego ukochanego Otello, kawalerze. – Starsza pani w jednej sekundzie rozpłynęła się w zachwycie nad rachitycznym przedstawicielem psiego genomu. – Czyż nie jest prześliczny?

– Uroczy – przytaknął Żuru, wpatrując się w najbrzydszego psa jakiego w życiu widział. Z jego krzywego pyska mógł jasno wyczytać, że ta kryjąca się pod meblem „bestia” szykuje jakiś wredny odwet.

– To moje oczko w głowie – rozszczebiotała się staruszka. – Wychowałam go od szczeniaczka. Biedaczek, zaraz po narodzinach został odtrącony przez matkę. Ślepy i bezradny, bez pokarmu był skazany na śmierć. Dlatego karmiłam go z butelki niczym oseska. Do tej pory lubi pić przez smoczek. Mój mały Otello jest dla mnie jak dziecko. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby go zabrakło?

Kiedy poruszona starowina ukradkiem otarła łzę wzruszenia, Żuru niespodziewanie złapał się na tym, że ckliwa historia płynąca z jej ust wywołuje u niego niepokojące symptomy. Poczuł jakiś taki dziwny ucisk w żołądku i tłustą kluchę w gardle, której za nic nie mógł przełknąć. Równocześnie w jego sercu zrodził się gorzki żal, w głowie zaś myśl, że to co robi, to jest jednak ohydne świństwo, i że nie powinien tak manipulować i oszukiwać tych starych, biednych ludzi.

Lecz na szczęście ów stan trwał tylko ulotną chwilę i zdrowy rozsądek w porę odzyskał głos. Hola, hola! Zaszło małe nieporozumienie, potrząsnął zdecydowanie oszołomionym Żurem, przecież to ktoś inny miał być zmiękczony. Zaniepokojony swoim stanem młodzian sięgnął po filiżankę i zachłannie zwilżył gardło. Z ulgą odczuł, że nieznośna klucha stopniowo zaczyna się rozpuszczać, a sumienie powoli zapada w sen. Gdyby mógł zanuciłby mu kołysankę.

Żuru wreszcie oprzytomniał do reszty i uzmysłowił sobie, po co tu przyszedł. Skrupuły w sekundę przestały istnieć. Stały się dla niego czymś niematerialnym i nierzeczywistym, a on stawiał na rzeczy autentyczne, namacalne i niezawodne. On stawiał na skórzaną kurtkę. Kiedy powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Nadeszła więc pora na gwóźdź programu – podpisanie umowy. Kim jesteś? Podniecony Żuru sięgnął do nauk Kapsla. Jestem zwycięzcą! Wrzask aż sam cisnął mu się na usta. Dopił herbatę i odstawił filiżankę, następnie podniósł aktówkę z podłogi, po czym postawił sobie na kolanach. W chwili, gdy wyciągał z niej papiery, pech chciał, że nagle zgasło światło i zapadła ciemność.

 

*  *  *

 

Kojąca muzyka, która towarzyszyła mu podczas wybudzania ożywczo łaskotała aparat słuchowy i powodowała, że Żuru czuł się nad wyraz zrelaksowany. Co prawda otaczające go zewsząd dźwięki w wykonaniu orkiestry symfonicznej dalekie były od dokonań jego ulubionego, nowofalowego zespołu „BŁĘKITNA MACICA”. Jednakże w chwili, gdy odzyskiwał świadomość wprowadzały go w pozbawiony wszelkich trosk, swobodny stan.

Powietrze, aż drgało od wypełniającej je muzyki skomponowanej przez Piotra Czajkowskiego do baletu „Dziadek do orzechów”. Naturalnie Żuru z braku muzycznego obycia nie miał pojęcia, kto jest autorem tego instrumentalnego dzieła, ani też jaki nosi ono tytuł? Lecz to akurat było najmniej ważne, ważne natomiast było to, że kompletnie nie miał pojęcia, co się wydarzyło i dlaczego teraz się budzi? Ostatnie, co pamiętał to, że w momencie, gdy sięgał po dokumenty nagle zrobiło się kompletnie ciemno.

Rozwiązanie zagadki miało wkrótce nastąpić wraz z całkowitym otwarciem oczu, lecz zanim do tego doszło, po drodze, pojawiło się jeszcze kilka „niespodzianek”. Najpierw bodźce zewnętrzne przekazały do mózgu Żura istotną wiadomość, że jego ciało odziane jest w jakiś obcisły strój. Płynące impulsy informowały o szczelnie przylegającym do nóg, torsu i ramion, nawet przyjemnym w dotyku kombinezonie. Jego materia delikatnie chłodziła miejsca, które opinała i pieściła je swą fakturą.

Niestety, kolejna „atrakcja” już nie była taka miła. Niemały zamęt w głowie Żura wywołał fakt, że wypuszczenie, bądź nabranie powietrza ustami jest utrudnione, a wręcz niemożliwe. A to z prostej przyczyny, ku jego przerażeniu, iż między zębami tkwił wciśnięty knebel. To wstrząsające odkrycie pociągnęło za sobą ciąg zaskakujących następstw. Strwożony Żury szarpnął ręką w kierunku twarzy, aby pozbyć się zatykającego mu usta przedmiotu. Niestety, w oparach paniki dotarło do niego, że nie może ruszyć kończyną i to na domiar złego żadną, o czym zaraz się przekonał. Drugą rękę, jak i obie nogi również miał unieruchomione na amen. To już nie były żarty. Puls zagrał na najwyższych rejestrach, serce przyspieszyło pracę, krew uderzyła do mózgu i dotąd ciężkie, unoszące się z trudem powieki wystrzeliły do góry odsłaniając makabryczną rzeczywistość.

Pierwszym, na czym zatrzymał się jego wylękniony wzrok, było źródło owych ciepłych dźwięków w postaci stojącego na komodzie starego gramofonu na korbę, przez którego tubę płynęła rozluźniająca muzyka. Czarna, winylowa płyta nieśpiesznie kręciła się na talerzu rozsiewając po pokoju zestrojone ze sobą nuty. Rzeczą kolejną, która rzuciła mu się w oczy była, obita czerwonym pluszem, sofa, która kolorystycznie idealnie komponowała się z pomalowaną na czarno ścianą., dodatkowo obwieszoną srebrnymi łańcuchami.

Rozszerzone źrenice ześlizgnęły się z metalowych ozdób i dopiero wówczas Żuru spojrzał prosto przed siebie. W tej samej sekundzie zamarł. W niewielkiej odległości naprzeciw niego, na niewysokim podeście, stała jakaś dziwaczna postać. Chociaż określenie „stała” to spore nadużycie, była raczej postawiona. Nie miała w sumie innego wyjścia, gdyż stalowe linki przypięte do kajdanek, zamkniętych wokół jej nadgarstków, skutecznie uniemożliwiały jej przyjęcie innej pozy. Specjalny system zamocowanych na suficie bloczków oraz rolek na ścianie wyciągał naprężone ramiona ku górze. Szeroko rozsunięte nogi zostały natomiast uwięzione przez zatrzaśnięte na kostkach i przymocowane do podestu, metalowe obręcze. Rozciągnięty i unieruchomiony w takiej konfiguracji osobnik tworzył figurę przywodzącą na myśl wielką literę X.

W jego usta wepchnięta była czerwona kulka wielkości piłki golfowej, zabezpieczona przed wypluciem zaciśniętym z tyłu głowy paskiem. Górna połowa twarzy kryła się pod  maską a la Zorro, wybita błyszczącymi ćwiekami obroża oplatała mu szyję, a resztę ciała opinał czarny skórzany kostium.

Świadomość potrzebowała małej chwilki, zanim do Żura dotarło, że to co widzi to nic innego, jak odbicie w wiszącym naprzeciw niego ogromnym lustrze, a przedziwną postacią jest nie kto inny tylko on sam. W pierwszej chwili zdesperowany umysł podsunął myśl, że to senna mara. Z nadzieją więc, Żuru mocno zacisnął powieki licząc, że kiedy je uniesie to koszmar zniknie. Tak się nie stało. Kilkukrotne mrugnięcie również nie zmieniało tego stanu rzeczy. To nie był sen. Lustro nie kłamało.

Strach spojrzał na Żura swoimi wielkimi oczami i sprawił, że jego zrobiły się jeszcze większe. Nie dowierzał im. To co jawiło mu się przed nimi to była jakaś chora halucynacja. Jak to możliwe? pytał się w głębi, podczas gdy pot przerażenia obficie zalewał mu czoło. Jak mogło do tego dojść, że stoję tu teraz odziany w skórzany kombinezon? O ironio, uświadomił sobie, trzeba uważać czego się pragnie. Owszem, miał marzenie dotyczące posiadania skórzanej garderoby, ale zdecydowanie marzył o czymś kompletnie innym.

Zdezorientowany postanowił wybrnąć z tej sytuacji i wyswobodzić się z opinających mu nadgarstki oraz kostki metalowych obręczy. Wobec powyższego gwałtownie szarpnął ramionami. Niestety bez powodzenia, okowy mocno przytwierdzone do stalowych linek ani drgnęły. Kolejne podjęte próby również nie dały żadnych rezultatów i ocierając skórę na rękach, bardziej  zaszkodziły niż pomogły.

– Nareszcie się obudziłeś, kawalerze. – Gdzieś z tyłu za nim rozległ się głos staruszki. – Już się obawiałam czy herbatka, aby nie była za mocna. Nawet nie zdążyłam cię o to zapytać, tak szybko zasnąłeś.

Żuru w akcie radości, że nie jest tu sam i zaraz ta miła starsza pani pomoże mu się oswobodzić i z pewnością  wyjaśni tę całą dziwaczną sytuację, zaczął energicznie ruszać głową na boki, wydając przy tym, stłamszone przez knebel, chrapliwe jęki.

– Nie wierzgaj tak, kawalerze – uspokoiła go gospodyni. – Wystarczy, że kiwniesz głową, jeśli ci smakowała.

O czym ona mówi?, pomyślał Żuru, zaprzestając szamotaniny. O herbacie? Coś nagle zaczęło mu się kojarzyć. Mimo oszołomienia zdołał połączył ze sobą kropki minionych wydarzeń. No, jasne! To przez nią. Olśniło go i wszystko natychmiast stało się oczywiste. To dlatego było w niej tyle malin, żeby zamaskować smak środka, przy pomocy którego został uśpiony. Objawiony geniusz dedukcji nie potrafił tylko wyjaśnić, po co?

Odpowiedź pojawiła się wraz z chwilą, gdy starowinka wyszła na środek pokoju i ukazała się unieruchomionemu Żurowi. Gdyby nie to, że jego szczęka również była usztywniona przez knebel, z pewnością opadłaby mu na dół. Obraz, który stanął mu się przed oczami sprawił, że myśli zawrzały pod czaszką. Łot da fak?! Co tu się wyrabia?

Nie poznał jej od razu. Kilka sekund trwało, zanim w stojącej przed nim postaci, ubranej w czerwony lateksowy gorset, takiego samego koloru wysokie kozaki za kolana i perukę, dopatrzył się staruszki, z którą niedawno rozmawiał. Poorana zmarszczkami twarz przyobleczona w wyzywający makijaż, nadmiernie podkreślający oczy i usta, zmieniła się w groteskową maskę klauna. Na czubku głowy do peruki, w pewnej odległości od siebie, przyczepione były dwie rude, włochate kitki. Oniemiały Żuru skonstatował, że imitują zwierzęce uszy. Jego spostrzeżenie potwierdziło się rychło, gdy rozszerzonymi do granic możliwości oczami dostrzegł dyndającą, ewidentnie lisią, puchatą kitę, przytroczoną z tyłu gorsetu, poniżej babcinych pleców. Co to ma być? Kobieta-lisica? Wstrząśnięty próbował znaleźć wytłumaczenie dla tego widoku.

Było coś jeszcze co sprawiało, że Żuru nie mógł wyjść z osłupienia. Otóż gorset, podtrzymujący raczej wątpliwej jakości starczy biust, miał na jego wysokości wycięte dwa otwory obnażające, wysuszone jak sułtańskie rodzynki, sutki starszej pani. Mało tego w obu błyszczały okrągłe, stalowe kolczyki połączone ze sobą cienkim łańcuszkiem.

To jakieś szaleństwo, myślał gorączkowo Żuru, uświadamiając sobie, że staruszka również uczestniczy w tej maskaradzie i z pewnością go nie oswobodzi. Zresztą potwierdziły to zaraz wypowiedziane przez nią słowa:

– Skoro jesteśmy w komplecie, czas zacząć show.

SHOW?! O jakim show ona mówi? Niewiadoma przybrała kształt najczarniejszych wizji. Strużka cuchnącego strachem potu spłynęła Żurowi wzdłuż kręgosłupa.

Już lada moment kolejna tajemnica miała uchylić swój rąbek. Seniorka odwróciła się na pięcie, podeszła do dwóch halogenowych lamp rozstawionych w rogach pomieszczenia i włączyła je. Zrobiło się jasno jak w dzień. Snop białego światła oblał podest, na którym znajdował się Żuru. Staruszka wróciła na miejsce i rzuciła w głąb pokoju:

– Czas na ciebie, Kaziu.

Chwilę trwało, zanim pojawił się słaby odzew.

– Już idę, duszko.

Żuru liczył w duchu, że już nic więcej, bardziej pokręconego, się nie wydarzy.  Ale kiedy za jego plecami rozległ się najpierw znajomy kaszel oraz szuranie, a następnie przerażonym oczom ukazał się Kaziu, stracił resztki nadziei. Co prawda, w pierwszej chwili Żurowi ciężko było jednoznacznie ocenić czy osobnik, który pojawił się w świetle reflektorów, to szanowny małżonek gospodyni domu, jednakże pewne elementy bezsprzecznie za tym przemawiały. Przede wszystkim drżące nogi i laska, na której się wspierał. Reszta już mniej, ponieważ jego obecny wygląd mocno odbiegał od pierwowzoru, który Żuru zapamiętał z salonu.

Głowa dziadka, zamknięta szczelnie w lateksowej masce z otworami na oczy i usta kojarzyła się z czarną kulą do kręgli. Kulą, która nosi okulary, bo jak zauważył Żuru staruszek musiał je w końcu  znaleźć. Założone na maskę, o grubych niczym denka od słoików szkłach, tworzyły naprawdę komiczny widok. Co nawet u Żura, mimo porażającej sytuacji w jakiej się znalazł, wywołało na twarzy przelotny skurcz rozbawienia.

Nagie ramiona seniora oraz jego tors z zapadniętą klatką piersiową oplecione były skórzanymi paskami nabijanymi metalowymi guzami. Poniżej od pasa w dół, oprócz szpiczastych kowbojek na nogach, miał na sobie jedynie lśniące lateksowe stringi, odsłaniające wiszące, pomarszczone pośladki, które smętnie podrygiwały przy każdym ruchu.

Drobiąc kroki staruszek, minął podest, po czym skierował się w stronę sofy. Żuru dopiero teraz zauważył, że obok niej stoi coś przykrytego ciemną tkaniną. Sekret ujrzał wkrótce światło dzienne, kiedy dziadek, gdy już osiągnął swój cel, drżącą ręką chwycił za kraj materiału, zrzucając go i  odsłaniając zagadkowy przedmiot.

Żuru początkowo nie był pewny, ale to co zobaczył to była chyba kamera na statywie? Wyglądała jednakże inaczej od tych, które do tej pory widział. Specyficzny kształt i nieznany mu design plasowały ją w kategorii – zabytkowa i prawdopodobnie bardzo cenna. Nowo powstałe domysły okazały się być całkiem trafne. Faktycznie umocowana na drewnianym trójnogu, demonstrująca z klasą swą czarną, smukłą sylwetkę z odbijającymi refleksy chromowanymi zdobieniami, prężyła się radziecka kamera szpulowa MIR-5. Jej wiek z pewnością można było liczyć w dekadach, a wartość, zwłaszcza sentymentalna, była ogromna. Zakupiona i przywieziona jeszcze za poprzedniego ustroju z wycieczki po Leningradzie stała się techniczną relikwią starszego pana. Z racji, że od chwili zakupu nieprzerwanie towarzyszyła mu w różnorakich wydarzeniach i niejedno już widziała była dla niego bezcenna. Jakkolwiek Żuru nie miał o tym pojęcia, a póki co, przyglądał się jak właściciel aparatury staje tuż za nią, na moment przykłada do niej oko, po czym unosi rękę z laską do góry. Po co to wszystko? Gorączkował się Żuru, oddychając ciężko przez nos. W jakim celu to ustrojstwo w ogóle tu stoi? I dlaczego oko obiektywu wycelowane jest prosto w niego?

– Będziemy mieli pamiątkę z twoich odwiedzin, kawalerze. – Staruszka, jakby czytając w myślach w tej samej chwili wyjawiła powód obecności kamery w pokoju. –  Jesteś gotowy, Kaziu?

– Naturalnie – padła chrapliwa odpowiedź. – Przygotuj się, duszko.

– A teraz, kawalerze, Foxy Lady wykona dla ciebie zmysłowy taniec, który wznieci…

Niestety, Żuru nie dowiedział się, co też wznieci zmysłowy taniec w wykonaniu Foxy Lady, gdyż jej kusząca oferta została niespodziewanie zagłuszona przez rzężący kaszel sędziwego operatora.

– Akcja! – wycharczał, opuszczając laskę w dół i próbując zapanować nad atakiem duszności.

Po okrzyku nastąpił suchy trzask wciśniętego przycisku, MIR-5 został uruchomiony i znajdujące się w jego wnętrzu szpule zaczęły z jednostajnym szumem przewijać ośmiomilimetrową taśmę filmową. Mimo wydawanego odgłosu, terkocząca kamera absolutnie nie zaburzała rytmów wypływających przez gramofonową tubę. Wprost przeciwnie, wybitne dzieło Piotra Czajkowskiego wręcz współgrało z dźwiękami pracującego urządzenia.

Równocześnie kobieta-lisica zareagowała niczym rasowa aktorka i kiedy tylko kamera ruszyła zaczęła wyginać swym przebranym ciałem na wszystkie strony. Idealnie łapiąc do tego rytm, wykonywanej przez orkiestrę symfoniczną, muzyki. Patrząc na jej niewysoką, nawet ciut przysadzistą figurę trudno było się domyślić, że jej właścicielka jest zdolna do takiej ekwilibrystyki. Wije się jak tancerka brzucha w bombajskiej herbaciarni, pomyślał Żuru, przyglądając się jej wyczynom ze zdumieniem, ale i uznaniem.

Po owych ponętnych pląsach przyszła chwila na gwóźdź programu. Staruszka sięgnęła po klasykę baletu. Zgięła jedną nogę w kolanie i z powodzeniem, utrzymując równowagę na drugiej, zaczęła się kręcić w zapamiętałym szale. Wprowadzając swój korpulentny korpus w wir piruetów, z uniesionymi nad głową rękami, kojarzyła się z czerwonym, monstrualnym bączkiem do zabawy. Przed oczami urzeczonego Żura co rusz, w obłędnym kołowrotku, migała tylko fruwająca lisia kita.

Obroty nieco zmęczyły tancerkę, więc odrobinę zwolniwszy tempo, poddała się czułym brzmieniom flecików i smyczków nieśpiesznie wypełniających pokój. Gdy jednak nagle w tę muzyczną idyllę wdarły się grzmoty kotłów i bębnów, wzbiła się niespodziewanie w górę, na ile pozwalały jej możliwości, po czym opadła w dół, wykonując swój popisowy numer czyli szpagat na kwiecistym dywanie. Co za finał! Żuru, gdyby tylko mógł zaklaskałby i zagwizdał, aby wyrazić swój podziw. Rychło, wyręczył go w tym Kazio, niemrawo bijąc o siebie wychudzonymi dłońmi i wyrażając aprobatę charakterystycznym dla siebie charczeniem.

– Brawo, duszko! Brawo! – pokrzykiwał, posapując ciężko. – Wspaniałe show!

– Voilà! – zawołała Foxy Lady, wciąż tkwiąc w rozciągniętej pozycji z wyrzuconymi na bok ramionami.

Uff, odetchnął z ulgą Żuru. Więc to było to całe show. Po prostu taniec. W takim razie, chyba już wystarczy tych cyrków? Liczył w głębi ducha. Niestety staruszka miała inne plany.  Podniosła się z dywanu, z gracja dygnęła przed publiką, po czym zwróciła się do specjalnego widza:

– Mam nadzieję, że ci się podobało, kawalerze?

Żuru, pomny systemu komunikacji, na znak zachwytu zareagował kilkakrotnym kiwnięciem głową, wydając przy tym stłumione pomruki. Teraz pewnie mnie rozkują i wypuszczą, myślał z nadzieją. Biedak, nie wiedział jeszcze, jak bardzo w swych założeniach był daleki od prawdy.

Stan jego nieświadomości nie trwał jednak zbyt dług. Jedno zadane przez staruszkę pytanie  wystarczyło, by wskazówka na skali czujności Żura zaczęła niepokojąco drgać, a w głowie zapaliła się czerwona lampka kontrolna.

– Czy mój taniec wystarczająco wzniecił płomień twojej namiętności? – Usłyszał, choć chyba sens pytania nie do końca do niego dotarł.

A, to o to chodziło, olśniło Żura. O wzniecenie płomienia. No, pewnie, przytaknął głową, licząc, że spolegliwość popłaci. Ma się rozumieć, płomień jest tak wzniecony, że znicz olimpijski to przy nim ledwo tląca się zapałka, myślał histerycznie. Co tylko chcesz, kobieto, tylko mnie już uwolnij.

– W takim razie pokaż mi jak bardzo – odezwała się zaczepnie Foxy Lady, skradając się do podestu.

Chwileczkę, ale o jakim płomieniu tu w ogóle jest mowa? Oprzytomniał nagle Żuru, bezradnie mrugając powiekami i kręcą głową na boki. Wokół siebie nie widział żadnego. Rozwiązanie nowo powstałej zagadki nadeszło szybciej niż się spodziewał.

Staruszka stanęła naprzeciwko, wyciągnęła dłonie przed siebie i położyła je na udach Żura. Mimo, że skórzany kombinezon chłodził go w tych miejscach, momentalnie poczuł jak uda zaczynają piec i bynajmniej nie od płomienia namiętności. Kiedy krótkie palce zwieńczone polakierowanymi na czerwono paznokciami ruszyły na wspinaczkę wysokogórską ku jego kroczu, dla Żura było to zdecydowanie za dużo. Zareagował panicznym kwikiem, szarpiąc się przy tym niespokojnie.

– Nie ma czego się bać, kawalerze – wyszeptała kusząco kobieta-lisica. – Zobaczysz. Spodoba ci się.

Nic mi się, do cholery, nie spodoba! – krzyczał głos w głowie wierzgającego Żura, próbującego za wszelką cenę wydostać się z uwięzi. Kajdanki jednak nie zamierzały się otworzyć, a stalowe linki zerwać; sztywno napięte trwały w swym niewzruszeniu.

– Bądź grzeczny, kawalerze, bo Kazio cię uspokoi. – Starowina sięgnęła po radykalny argument.

Na potwierdzenie tych słów jej małżonek uniósł do góry laskę i nacisnął ukryty w rączce guzik. Na jej końcu natychmiast zatańczył niebieski łuk elektryczny, któremu towarzyszył specyficzny bzyczący dźwięk. Co jest, do diabła? Żuru na ten widok kompletnie zamarł, upodobniając się w jednej chwili do mima z krakowskiego Rynku. Paralizator w lasce? Z tym zdecydowanie nie chciał mieć do czynienia. Trwał więc bez ruchu, czując jak napięcie obłazi go całego niczym mrówki martwego chrabąszcza.

W następstwie kolejnych wydarzeń życie Żura już nigdy nie miało być takie samo. Foxy Lady przyłożyła głowę do jego krocza i zębami chwyciła za uchwyt wszytego tam rozporka, o którego istnieniu Żuru właśnie się dowiedział. Kołysząc głową ruszyła powoli w dół. Zatrzask po zatrzasku, centymetr po centymetrze zamek rozsuwał się coraz niżej. Gdy już całkiem stanął otworem i metalowa zapora się rozstąpiła, staruszka upomniała się o swoje.

– A teraz, kawalerze, pokaż na co cię stać.

– I to nie jeden raz. – Od strony kamery dołączył się skrzekliwy rechot.

Niby co mam pokazać? Gorączkował się Żuru. Mam zatańczyć? Proszę bardzo, tylko mnie rozkujcie.

Nie tego jednakże oczekiwali gospodarze od swego gościa. Pani domu, raz dwa, pokazała, że pragnie czegoś innego, niebywałego. Jej prawa dłoń wciąż znajdująca się na udzie Żura zmieniła położenie i wystrzeliwszy w stronę rozporka, zniknęła za rozchylonym suwakiem. Zastygły Żuru tylko cicho zakwili i mocniej zacisnął zęby na kneblu, gdy serdelkowate palce dotknęły gołego ciała. Mając jednak wciąż przed oczami elektryczną laskę, głośno przełknął ślinę i panując nad emocjami poddał się niechcianym pieszczotom. Nie oponował nawet kiedy drobna dłoń skupiła swoje ruchy wokół jego klejnotów, ostatecznie zaciskając je w drobnej piąstce. To nie dzieje się naprawdę. Zaraz się obudzę, powtarzał sobie Żuru, naprzemiennie otwierając i zamykając oczy. Niestety, nie pomagało. Staruszka, jak gdyby nigdy nic, poczynała sobie w najlepsze z czułością gmerając Żurowi w skórzanych spodniach.

– Czas na specjalnego gościa – odezwała się w końcu, wyciągając na zewnątrz dłoń wraz z jej zawartością. – Mam dla niego coś wyjatko…

Przecięte ostrzem ciszy słowo urwało się w pół. Żuru uniósł powieki, po czym niepewnie zerknął poniżej na seniorkę i powód jej zaniemówienia. Oto jego prawie dwudziestocentymetrowa duma, jego „Leon Zawodowiec”, jak go nazywał, spoczywał teraz smętnie na otwartej dłoni i skurczony strachem wyglądał niczym biały pędrak.

– A co my tu mamy? Myślałam, kawalerze, że swym tańcem bardziej wznieciłam płomień twej namiętności. – W starczym głosie można było wyczytać drobną nutkę rozczarowania. – Ale nie martw się, zaradzimy coś na to. Foxy Lady zaraz się nim zajmie.

Nim Żuru zdążył zorientować się co się dzieje, ociekające pomadką, ułożone w dzióbek usta cmoknęły w czubek jego penisa, zostawiając na nim czerwony ślad. Przez uwięzione ciało, od stóp po końce włosów na głowie, przebiegł dreszcz i to raczej nie podniecenia. Bardziej dreszcz grozy, porównywalny z tym wywołanym nocą na pustym cmentarzu przez czyjąś niespodziewaną obecność.

– Nie bój się, maluszku. – W odpowiedzi na nerwową reakcję rozległ się pieszczotliwy ton. – Mam coś jeszcze dla ciebie.

Jak Żuru miał się za moment przekonać, nie były to czcze obietnice. Rozpaczliwym wzrokiem śledził jedynie dalsze poczynania emerytki. Okazana przez nią wcześniej czułość była dopiero przystawką przed głównym daniem. Kobieta-lisica na moment odstąpiła od podestu, pozostawiając przerażonego Żura i podeszła do stojącej w pobliżu komody. Obok grającego gramofonu stała szklanka napełniona do połowy wodą, po którą sięgnęła. Znakomicie. Da mi się pewnie napić, odetchnął Żuru, wyprzedzając zamiary staruszki. Lecz w chwili kiedy zobaczył, jak bardzo się mylił, gdyby nie blokująca mu usta czerwona kulka, z pewnością wydałby z siebie głośny jęk zawodu. Starsza pani zrobiła bowiem coś czego za nic nie mógł przewidzieć, przeznaczenie cieczy okazało się być zgoła inne, niż sobie wyobrażał. Trzymając szklankę w jednej dłoni, palcami drugiej kobieta wyjęła z ust sztuczną szczękę, po czym wrzuciła ją do środka. Grube szkło w połączeniu z wodą wywołało efekt powiększający, nadając pływającym zębom wyglądu z najgorszego koszmarnego. Szklanka wróciła na swoje miejsce, a Foxy Lady na swoje. Odsłaniając bezzębne dziąsła w szerokim uśmiechu, stanęła naprzeciwko Żura, walczącego z palpitacją serca. Kolejny krok, gdy wysunięte usta poczęły zbliżać się w stronę jego newralgicznych rejonów, sprawił, że mało co nie wyskoczyło mu z  piersi. Do Żura wreszcie dotarło co go czeka. Nie! Nie! Tylko nie to! Wrzaski rozsadzały mu mózg, który wręcz gotował się od wrzącej w nim krwi.

Kiedy jednak wilgotna, wyszminkowana obręcz warg zamknęła się wokół „Leona Zawodowca”, Żuru poddał się całkowicie. Bezwładnie zawisł na podtrzymujących go linkach i zdał się na okrutny los. Miał świadomość, czym skończą się wszelkie symptomy oporu. Dlatego też postanowił z opanowaniem znieść ten specyficzny przejaw sympatii ze strony starszej pani. Wszystko będzie dobrze, pocieszał się  w duchu. To nie może trwać wiecznie. Z nadzieją uniósł głowę i spojrzał na odbicie w wiszącym przed nim lustrze.

Na pierwszym planie widoczna była od tyłu pochylona sylwetka kobiety-lisicy. Jej zwisający puszysty ogon podrygiwał w rytm miarowo ruszającej się głowy w czerwonej peruce. Pełnymi boleści oczami Żuru patrzył na ten obrazek i z trudem go akceptował. Nie potrafił uwierzyć, że ta miła wydawałoby się staruszka, z którą jeszcze niedawno rozmawiał i pił herbatę teraz najzwyczajniej w świecie zadowala go oralnie.

Nie mogąc dłużej znieść tego widoku, przymknął powieki, pozostając skazanym na dolatujące z dołu efekty dźwiękowe w postaci mlaskania, cmokania i siorbania. Gdy poczuł, że na skutek wykonywanego babcinymi ustami masażu „Leon Zawodowiec” nabiera hartu ducha i zaczyna osiągać właściwy sobie rozmiar, poczuł ogromne zażenowanie i obawę czy aby wszystko jest z nim w porządku. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw, że w tej chorej sytuacji będzie go stać na wzwód. Co prawda nie odbierał tego, co wyprawiała z nim seniorka, w kategoriach przyjemności, jednakże fakty mówiły same za siebie – swoimi pieszczotami wywołała u niego potężną erekcję. W obliczu tego, nie mając innego wyjścia i prosząc w myślach, aby to już się skończyło, Żuru bezwolnie poddawał się działaniu gorących warg pani domu.

Wreszcie ze stoickim spokojem, dzielnie doczekał finału, kiedy targany spazmami satysfakcji skończył w ustach starowinki. Dobrze, że Kapsel tego nie widzi, pomyślał, rozluźniony po wszystkim. Swoją drogą kiedyś oglądali razem na VHS-ie takie sado-maso ekscesy, z udziałem pejczy, masek i łańcuchów, ale Żuru w życiu by nie przypuszczał, że sam będzie w czymś takim kiedyś uczestniczył.

Staruszka tymczasem przełknęła wystrzeloną przez „Leona Zawodowca” amunicję, otarła usta i  skierowała się po swoją szczękę. Po udanych połowach, na powrót przybrała nią nagie dziąsła, a następnie podeszła do stojącego naprzeciwko komody stołu. Dębowy blat, podobnie jak uprzednio kamera, przykryty był ciemnym materiałem. Granatowy aksamit pod swoją gładką powierzchnią skrywał kolejną tajemnicę. Do jej odkrycia wystarczył jeden zdecydowany ruch ręki. Płachta została zrzucona na podłogę i przed oczami Żura, po raz kolejny, ukazało się niecodzienne dziwactwo.

Blat dosłownie tonął pod różnorakim asortymentem, którego nie powstydziłby się najlepiej wyposażony sex-shop w Hamburgu. Rozsypane niczym bierki wszelkiej maści, długości, grubości i koloru wibratory mieszały się, że sobą i tworzyły swoistą falliczną mozaikę. Obok leżały gumowe dłonie i pięści, a między nimi turlały się dopochwowe kulki gejszy oraz wiły sznury, połączonych ze sobą metalowymi łańcuszkami, koralików analnych. Ich widok przywołał w pamięci korale, które Żuru znalazł kiedyś w nocnej szafce u swojej matki. Przynajmniej tak mu się wtedy wydawało, że to były korale. Aż wzdrygnął się na samą myśl, iż jednak mogło być inaczej. Patrząc na ten cały plastikowy majdan był pewny jednego – finisz jego udręki jeszcze nie nadszedł.

Co do tego nie było wątpliwości. Gotowość do dalszej części ”tortur” potwierdziła seniorka, która od momentu zdjęcia aksamitu ze stołu zawzięcie coś przy nim majstrowała. Odwrócona do Żura plecami, zachowywała się jak na zakupach w markecie, co rusz wybierała coś ze sterty rozrzuconych gadżetów, oglądała uważnie, wyginała i ważyła w dłoniach, a następnie odkładała na miejsce, jakby nie mogła się zdecydować, co kupić. Kiedy wreszcie już dokonała właściwego wyboru i przedefilowała przed Żurem, ten jedynie czego zapragnął to umrzeć. To nie dzieje się naprawdę, zakwilił, widząc nieuchronną przyszłość. Kiedy to się skończy? – pytał, dygocząc cały wewnątrz. Odpowiedź niestety nie nadchodziła, nadchodziło za to coś innego. Koszmar.

Był wielki i czarny. Sterczący silikonowy penis prężył się z babcinego krocza przytroczony do niego skórzanymi paskami. Gdy wizja, gdzie za moment może wylądować, stanęła przed oczami Żura wszystko na co było go stać to głośne przełknięcie śliny.

Nagle, o dziwo, poczuł dziwną swobodę w obu rękach, które stały się podejrzanie lekkie i rozluźnione. Trzymające je napięcie zdecydowanie zelżało i już nie były tak naprężone, jak dotychczas. Spojrzał na ścianę w miejsce gdzie umieszczone były rolki, oplecione stalowymi linkami. To za sprawą gospodyni domu, która je poluzowała, doznał zbawiennej ulgi w kończynach. Ręce bezwładnie opadły kilkadziesiąt centymetrów w dół, po czym podtrzymujące je linki znów zostały usztywnione i zablokowane. Nadzieja, że zostanie uwolniony, szybko skapnęła na podłogę wraz ze spływającymi z nosa kroplami potu.

Żuru niebawem miał się dowiedzieć jaki był cel poluzowania linek, jak również poznać przeznaczenie znajdującej się na jego szyi obroży. Kilkadziesiąt centymetrów luzu było niezbędne staruszce, aby kiedy wróciła na podest, mogła zmusić Żura do zgięcia tułowia i przyjęcia pochylonej pozycji. A żeby było jej łatwiej, najpierw przypięła do obroży łańcuch, a następnie ciągnąc go w dół wymusiła nim żądaną, wypiętą pozę. Koniec łańcucha przyczepiony został do znajdującego się w podeście mocnego uchwytu. Tak więc ofiara nie mogąc nic zrobić, tkwiła bezwolnie zgięta w pół.

Przygotowania do tragicznego aktu trwały w najlepsze. Kobieta-lisica zaszła Żura od tyłu i położyła dłonie na jego pośladkach. Skurcz śmiertelnego strachu targnął ciałem. Ostatnim bastionem, który bronił dostępu do celu, był gruby materiał kombinezonu. Z nim tak łatwo jej  nie pójdzie, liczył Żuru, nieświadomy czekającej go niespodzianki. Już po chwili do uszu doleciał go zgrzyt rozpinanego suwaka i skórzany fragment stroju spadł na podest. Niespodziewany chłód przytulił się natychmiast do odsłoniętych, bladych pośladków. Po wypiętych, nagich półkulach popłynął zimny strumień środka nawilżającego. Zrezygnowany Żuru wiedział już, że poległ na całej linii.

Zaczęło się zdobywanie głównej twierdzy. Seniorka z racji niewielkiej postury, posłużyła się fortelem i sięgnęła po wieżę oblężniczą w postaci drewnianego taboretu, na którym stanęła tuż za Żurem.

– Przygotuj się, kawalerze. Zaraz zaczynamy – wyszeptała kusząco. – Wsłuchaj się w werble.

W instrumentalnym majstersztyku Piotra Czajkowskiego wysuwające się na pierwszy plan werble właśnie nabierały tempa. To ich nabrzmiewający ryk były sygnałem do ataku. Niech ktoś to przerwie! Błagam! Zaraz zwariuję! Żuru w oczekiwaniu na  kulminacyjny moment, kiedy sztuczny organ zacumuje w punkcie docelowym, czuł, że zbliża się do krawędzi obłędu.

– Teraz! – Wrzask kobiety-lisicy rozsadził mu uszy.

Krzyk przebił się ponad szaleńczą kanonadę bębnów i gumowy penis wtargnął do wnętrza Żura, aż po nasadę. Ten jęknął spolegliwie i gwałtownie wierzgnął tyłem, ale intruz już tkwił bezpowrotnie w środku. Staruszka migiem opanowała rozbrykany zad i zaciskając na nim swoje drobne dłonie, poczęła wykonywać biodrami posuwiste ruchu. Nie za szybko i nie za wolno. Trzeba było przyznać, że znała się na rzeczy. Nasmarowany tłok poruszał się rytmicznie w przód i w tył, wyciskając łzy z oczu Żura. Czym sobie na to zasłużyłem? Za jakie grzechy? Pytał szlochając cicho.

Początkowo nie był pewny, czy przeżyje ten horror. Jednak po paru minutach penetracji zdobył przekonanie, że mimo psychicznego i fizycznego dyskomfortu wytrwa do końca. Zresztą nie widział innego wyjścia. Naturalnie liczył tylko, by nic gorszego już go nie spotkało. Lecz przewrotny los jest nieubłagany. Żuru przekonał się o tym za moment, gdy od strony kamery, poprzedzone kaszlem, padło polecenie rzucone przez operatora.

– Złap za obrożę i trochę go przyduś, duszko!

O  ty dziadu, zdążył pomyśleć, gdy nagłe szarpnięcie odcięło mu dopływ tlenu do płuc. Poruszająca się za nim i w nim, staruszka ścisnęła skórzana obejmę na jego szyi i z uśmiechem wyszczerzyła się do obiektywu.

– Dobrze, Kaziu?

– O tak, doskonale – delektował się małżonek. – Co za ujęcie. Palce lizać.

Wzmożony terkot kamery, który nagle wypełnił powietrze nie wróżył niczego dobrego. Potwierdziły to zaraz charkot i rzężenie staruszka.

– A niech to dunder świśnie.

– Co się stało, Kaziu?

– Taśma się skończyła, duszko. Musimy powtórzyć tę scenę. Poczekaj, tylko założę nową szpulę.

Nastała nieprzewidziana przerwa w pokazie. Foxy Lady zwolniła uścisk na obroży i wstrzymała swojej elastyczne ruchy. Bynajmniej  nie opuszczając Żura. Błogosławiona chwila odpoczynku była dla niego niczym moment wytchnienia dla wycieńczonego walką boksera, który w zwarciu z  przeciwnikiem, znieruchomiały, zabiega o jeszcze jedną, dodatkową sekundę oddechu. Lecz tak jak na ringu, Żuru wiedział, że sędzia zaraz zarządzi dalsze starcie. I tak też się stało. W chwili, gdy dziadek z trzaskiem zamknął obudowę kamery, nakarmionej świeżą rolką taśmy filmowej i opuścił rękę na znak gotowości, Żuru ponownie poczuł posuwisty ruch w w swojej kiszce. Ratunku! Niech mi ktoś pomoże! Rozpaczliwe wołanie tłukło mu się po głowie. Dłużej tego nie wytrzymam!

Nikt jednak się nie zjawił i nie wybawił Żura z opresji. Muzyka swobodnie rozbrzmiewała z całą swą mocą i kunsztem, minuty leniwie płynęły, a obudowa kamery trzaskała co jakiś czas, kiedy  operator wymieniał w niej szpule. Żuru dawno stracił rachubę i gdy wreszcie został uwolniony od obecności czarnego najeźdźcy w swoim tyle, za nic nie mógł określić, jak długo trwał ten „balet”. Ze zbolałym wyrazem twarzy, patrząc błagalnym wzrokiem, ciężko oddychał przez nos, kiedy staruszka po opuszczeniu go, odpięła mu obrożę, a następnie przy pomocy linek i rolek ponownie ustawiła do pionu. Świadomość, że to nie finał i coś gorszego może się stać, doprowadzała Żura do histerycznego szału. Cóż może się jeszcze wydarzyć? Kotłowało mu się pod czaszką. Odpowiedź była blisko, wprost na wyciągnięcie ręki.

– Zaraz wracam. Ktoś wyjątkowy chce się z tobą zobaczyć, kawalerze – rzuciła kobieta-lisica od drzwi do pokoju, po czym zniknęła po drugiej stronie.

Pełne napięcia chwile oczekiwania zostały przerwane, gdy ponownie się uchyliły. W ich progu,  prezentując się niczym dama z łasiczką z obrazu Leonarda da Vinci, stała Foxy Lady z ratlerkiem w jednej ręce i słoikiem masła orzechowego w drugiej.

– A teraz Otello, dostanie smoczka od kawalera – zwróciła się pieszczotliwie do psa, który natychmiast wyraził swoja aprobatę piskliwym szczeknięciem.

To było zdecydowanie ponad jego siły. Pot przerażenia spłynął po twarzy Żura mieszając się z łzami. Przed oczami nie wiadomo skąd roztańczyła się cała chmara drobnych, czarnych muszek. W zaistniałej sytuacji Żuru pojął, że to nie przelewki. Postanowił więc nie czekać na dalszy rozwój wydarzeń i najzwyczajniej w świecie zemdlał.

 

* * *

 

– Halo, kawalerze. – Słaby, kobiecy głos docierał jak przez grubą zasłonę. – No, nareszcie się obudziłeś. Już zaczęliśmy się martwić.

– Co się… – zaczął Żuru, otwierając oczy.

Ciężko mrugając powiekami i z trudem kręcąc głową na boki, rozglądał się po pokoju. Z ulgą mglistym wzrokiem zarejestrował, że znajduje się w salonie i leży na sofie. Zielonej. Obok, troskliwie pochyleni nad nim, stoją gospodarze ubrani po domowemu – staruszek w pasiasty szlafrok, a jego żona kwiecisty fartuch. On sam natomiast ma na sobie swoje brązowe sztruksy, granatowy pulower i mokasyny.

– Co się stało? – Oniemiały dokończył pytanie.

– Mieliśmy właśnie podpisać aneks, kiedy zemdlałeś, kawalerze. – Pośpieszyła z wyjaśnieniami staruszka.

– Aneks? – Żuru pomału łączył fakty.

Ach, tak. Racja, przypomniał sobie ostatecznie. Wyciągał przecież dokumenty z aktówki, gdy nagle zrobiło się ciemno. Ale w takim razie co wydarzyło się później? Zasępił się. Przed oczami roztańczyły mu się straszne obrazy. Nie! To musiał być koszmarny sen, odpędził od siebie mroczne  wizje.

Uspokojony usiadł na sofie, a następnie wstał do pionu. Krótką chwilę, bujając się na boki, walczył o utrzymanie równowagi na sztywnych nogach. Przejściowa słabość została raz, dwa pogrzebana. Trzeba skończyć to, co się zaczęło, zarządził wewnętrzny głos. Do dzieła! Jestem zwycięzcą! Podbudowany skierował się chwiejnym krokiem w stronę stołu. Gdy doczłapał do jego krawędzi i już zaciskał dłoń na uchu aktówki, musnął wzrokiem po stojącym naprzeciw kredensie. To wystarczyło, by w sekundę wmurowało go w podłogę. Na blacie stał bowiem otwarty słoik masła orzechowego, a poniżej na podłodze zadowolony Otello oblizywał swój krzywy pysk.

Serce Żura zabiło mocniej, krew zawrzała w skroniach, czas momentalnie stanął w miejscu i zaczął się gwałtownie cofać. Wspomnienia odżyły w okamgnieniu. Ich dzika gonitwa wypełniła mu głowę. Gdy znów ujrzał niedawny horror, potępieńczy wrzask wyrwał się z jego ust, przez zaciśnięte gardło.

– NIE!!!

– Wszystko w porządku, kawalerze? – zaniepokoiła się pani domu. – Może zaparzyć ci herbatki?

Herbatki? Tylko nie to! – zawył zdrowy rozsądek. Dłoń Żura automatycznie zacisnęła się na uchwycie aktówki i na ile pozwalały mu jego zdrętwiałe kończyny, rzucił się na złamanie karku w stronę drzwi. Mrowiące nogi nie były życzliwym sojusznikiem w tej ucieczce. Na szczęście nikt mu w niej nie przeszkadzał, nie zatrzymywał i nie odwodził od tej decyzji. Seniorzy stali tam, gdzie stali i odrobinę skonsternowani patrzyli za znikającym w korytarzu mieszkania Żurem.

– A, aneks?! – Zdążyła zawołać zatroskana  staruszka. – Nie podpisaliśmy go.

– Nie trzeba! – Odpowiedź Żura doleciała już z klatki schodowej.

Trzasnęły drzwi, zza których rozległ się rumor spadającego ze schodów ciała niedoszłego sprzedawcy energii elektrycznej. Jedynym śladem po jego niedawnej wizycie w mieszkaniu starszych państwa był smętnie przewieszony przez oparcie krzesła, zapomniany, szary ortalion z długopisem Kapsla w kieszeni.

 

* * *

 

Noc już dawno spowiła miasto swoim grubym, czarnym pledem. Mimo to Żuru nie kwapił się z powrotem do domu. Obolały, włóczył się bez celu opustoszałymi ulicami, rozpamiętując wydarzenia minionego dnia. Obrazy, które co rusz stawały mu przed oczami, nie dawały nawet cienia szansy na spokojny sen. Czuł się do głębi zbrukany. Pobyt w dziewięciu kręgach piekieł, jakiego doświadczył bohater „Boskiej komedii” Dantego, był niczym w porównaniu z tym, co on dzisiaj przeżył.

Początkowo chciał jeszcze wierzyć, że to wszystko mu się przyśniło, kiedy leżał nieprzytomny. Lecz jednostajny szum terkoczącej kamery i wybijające się ponad nią werble, które rozbrzmiewały mu w głowie, skutecznie kruszyły tę wiarę. Poza tym zęby bolały go od zaciskania ich na twardym kneblu, a oko Saurona paliło jak po ostrym kebsie u Turka. To akurat nie mogło być senną marą. Kiedy to zrozumiał, chciał zapłakać nad swoim losem, ale nawet nie miał już łez, by to zrobić.

Mam to, na co zasłużyłem, dumał rozżalony. To kara za to, że chciałem oszukać tych biednych ludzi i wcisnąć im lewą umowę. Nawet po tym wszystkim, czego doznał z ich strony, nie potrafił myśleć o nich inaczej. Będę miał nauczkę na przyszłość, by więcej tak nie postępować. Trudno, co się stało, to się nie odstanie, podsumował filozoficznie. Najważniejsze, żeby nikt z dzielnicy się o tym nie dowiedział. Pokrzepiony tą myślą sięgnął do aktówki po telefon, by sprawdzić, która jest godzina.

Zgaszony ekran nie miał nic do przekazania. Zaaferowany Żuru nawet nie dostrzegł wcześniej, że komórka jest wyłączona. Wcisnął więc uruchamiający ją guzik i ślepe oko wyświetlacza zamrugało, po czym rozbłysło zieloną tęczówką. Po chwili otrzymał odpowiedź na postawione pytanie – było grubo po północy. Najwyższa pora wracać do domu. Poza tym, chociaż noc nie była chłodna, wystarczająco już zmarzł bez swojej ortalionowej kurtki. Ile by teraz dał, żeby znów ją mieć. Z rozrzewnieniem pomyślał, że już nigdy więcej jej nie zobaczy. Powrót do mieszkania staruszków i odzyskanie jej nie wchodziło w rachubę.

Niespodziewanie ciszę wymarłej ulicy rozdarła dźwiękowa seria z telefonu. Pojedyncze sygnały, następujące jeden po drugim, informowały o wysypujących się z niego komunikatach dotyczących dziesiątek nieodebranych połączeń. To Kaspsel od kilku dobrych godzin bezskutecznie dobijał się do swego kolegi. Jakby na potwierdzenie tego faktu, zaraz po piskliwym ataku rozniosło się ciężkie brzmienie Dzwonu Zygmunta. Oto mistrz sprzedaży dzwonił we własnej osobie. Żuru nie do końca był pewien, czy chce z kimkolwiek rozmawiać, a już w szczególności z nim. Przez moment wahał się więc, czy nie odrzucić połączenia, ale ostatecznie zdecydował się odebrać. W końcu Kapsel mógł się martwić jego milczeniem i należały mu się słowa wyjaśnienia. Zastanawiając się co mu powie, Żuru niepewnie wcisnął przycisk z zieloną słuchawką. Magazynek słów wyleciał z komórki niczym pociski z karabinu maszynowego. Szybko i prosto do celu.

– No nareszcie, psiakrewka. Człowieku, gdzieś ty przepadł? Dzwonię i dzwonię, a tu ciągle głos tej pindy: Zadzwoń później. Abonent chwilowo niedostępny. Ocipiałeś? Ile można cię szukać? Gadaj, gdzieś ty był? Dlaczego miałeś wyłączoną komórę? I najważniejsze, psiakrewka. Podpisałeś jakąś umowę?

Dreszcz wspomnień przeszył Żura na wskroś. Opanował drżący głos i otworzył usta. Nadszedł moment, by szczerze porozmawiać.

– Wybacz Kapsel, ale ta robota jest kompletnie nie dla mnie.

– Jak to nie dla ciebie, psiakrewka? – wciął się rozmówca. – A dla kogo? Lepszej nie znajdziesz. W czym jest problem?

Po stronie Żura zapadła niezręczna cisza. Pamiętaj, nikt się nie może o tym dowiedzieć, przypomniał mu zdrowy rozsądek.

– No mów, psiakrewka, jak pragnę szmalu – naciskał głos w słuchawce. – Co się stało?

– No bo wiesz… To jest ogólnie jakaś śliska sprawa – wydukał z trudem Żuru, po czym zawiesił głos na wspomnienie środka nawilżającego, który jeszcze niedawno wypełniał wiadome zakamarki jego ciała.

Wiadomość na sekundę zamurowała Kapsla. Po drugiej stronie nastąpiła pauza.

– A ten znowu swoje, psiakrewka. – Przerwał ją wreszcie zły. – Wiesz co? Załatw sobie najlepiej papiery przyzwoitego człowieka i nie zawracaj mi więcej dupy.

Dupy?! Dlaczego dupy? – Paniczny strach dopadł Żura. Wizja nagich, wypiętych pośladków, która mignęła mu przed oczami, kazała natychmiast przerwać połączenie.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: