polskie centrum bizarro

Archive for Czerwiec 22nd, 2018|Daily archive page

„Wieszam psy” by Karol Koziarski

In Opowiadania on Czerwiec 22, 2018 at 6:00 am

Najnowsze opowiadanie, które od dziś wisi na Niedobrych Literkach, nosi wyrazisty tytuł Wieszam psy. Jeśli wydaje wam się, że domyślacie się, o czym traktuje ten tekst, to macie rację – wydaje wam się. Opowiadanie Karola Koziarskiego – choć niedługie – zawiera dużo dobrego (i złego zarazem). Prosim piknie poczytać i przekonać się na własnej skórze.

Wieszam psy

Dlaczego? Ponieważ nazywam się Bob Suthersand, a przekładanie pętli przez włochate łby to moja praca. Kiedy nie drapię się po jajach, czytając stare kryminały – wieszam psy. Kiedy czarny winyl nie hipnotyzuje mnie usypiającymi obrotami i krążącą po pomieszczeni muzyką – tak, wieszam cholerne psy.

Gdybyście kiedyś znajdowali się na południu kraju, w zapyziałym miasteczku Brown Say Soyo, koniecznie musicie odwiedzić starego weterana, grabarza i rozwodnika – mnie, Boba. Popołudnia zazwyczaj spędzam w wiklinowym bujanym fotelu na werandzie, popijając schłodzone tanie piwo i wcinając solone orzeszki. Chata jest drewniana i wybudował ją mój dziad przy drodze krajowej numer sto dwa. Tam mnie znajdziecie. Jeśli jednak nie – jeśli zgubicie się na tym zadupiu, gdzie diabeł mówi dobranoc – mieszkańcy Brown Say Soyo wskażą wam drogę; wszyscy w miasteczku mnie znają. Jestem Bob Suthersand, wieszacz psów.

Tak, szczycę się tym mianem, które – rzecz godna zapamiętania – sam sobie nadałem. Jednak jest ktoś, kto pluł na mój tytuł: pewna osoba rzucała mi kłody pod nogi, jakbym jej czymś zawinił. Czarodziej. Magik w pelerynie i z różdżką w dłoni. Opowiem wam o nim, o tym skurwysynie, który niweczył ćwierć moich planów i denerwował jak diabli, jednak zrobię to później.

Chociaż nigdy nie rozstaję się z pętlą – zawsze ta sama, jedna, miła Catherine – muszę wyznać, że pierwszego kundla nie pozbyłem się w taki sposób, w jaki to robię teraz.

Było lato. Ja, sam, na wiejskiej drodze, wracając ze szkoły – czyli jeszcze gołowąs, który nie wiedział, czego pragnie od życia – myślałem o chorobie, która pokonała moją matkę i złożyła ją do grobu. I która – jak zaraza – kładła cień na życiu ojca. Nie, wcale nie czułem gniewu, jednak w mojej duszy pojawiło się coś nowego: niewypełnione niczym miejsce. Pustka, która z czasem miała się rozrosnąć i pochłonąć wszystkie inne emocje. Przecież miałem tylko osiemnaście lat.

W oddali widziałem farmę Switzgeraldów: zadbany domek, szopę, stodołę, ogrodzenie. Nie musiałem podchodzić bliżej (ale i tak przebiegała tamtędy moja droga), żeby wiedzieć o znajdujących się za stodołą trzech budach, w których – oczywiście – paskudne kundle wygryzały z tyłków pchły. Nie wiem, co mną kierowało, że przelazłem przez rozklekotane ogrodzenie, ale to była najlepsza decyzja w całym moim życiu; tamtego dnia poznałem swoje powołanie.

Czy Switzgeraldowie byli w domu? – tego nie wiem. Pamiętam jedynie, że moje nogi przypominały galaretę, a w sercu miałem więcej strachu od krwi. Przecież stary John „Dziad” Switzgerald zawsze nosił przy sobie Małą Dettę – olbrzymią dwururkę, której odrzut wyrzuciłby w powietrze na dwa metry każdego oprócz samego „Dziada”; stary John był rosłym chłopem. Nie to, co ja; wtedy byłem dosyć mizernym młokosem, chociaż z wiekiem przybyło mi mięśni. Pewnie od wieszania psów i trzymania naprężonej liny, ale kto to wie…

Kiedy znajdowałem się między pomalowanym na popielato domkiem a szopą, jeszcze nie wiedziałem, co chcę zrobić, chociaż – tak myślę – gdzieś w głębi duszy czułem, że poszedłem tam tylko po to, żeby zapierdolić psa.

Traf, nie traf, nie wiem, ale coś chciało, żebym znalazł leżące na skrawku wysuszonej trawy widły. Podniosłem je i wtedy, chyba właśnie wtedy, dotarło do mnie, że rdzewiejące zęby narzędzia powinny znaleźć się w brzuchu któregoś z kundli Switzgeraldów.

Od bud dzieliło mnie jakieś sześć-siedem metrów i pole minowe: czworonogi, zdaje się, nigdy nie były spuszczane z łańcucha, dlatego wypróżniały się tam, gdzie ich micha i posłanie. Jedno z brudnych i śmierdzących stworzeń wylazło z ciemności. Warknęło ostrzegawczo, a po chwili ujadało tak, że mieszkający na drugim krańcu wiochy Blitz Beetman pewnie został wyrwany z popołudniowej sjesty. Nawet nie zdążyłem powiedzieć „cholera”, nim pozostałe sierściuchy dołączyły do szczekającej kupy kości i kudłów. Jeśli Switzgeraldowie rzeczywiście znajdowali się w domu, to – zakładam – byli bardzo opanowanymi ludźmi lub przyzwyczaili się do głośnego trio.

Zanim skończę tę historię – a zrobię to w siedmiu słowach – muszę przyznać, że dopiero tamtego popołudnia pierwszy raz w życiu zaznałem prawdziwej przyjemności, nieporównywalnej z kosztowaniem najlepszych potraw czy nawet nocą z dziewczyną. To mnie nakarmiło; zostałem wypełniony jak wiadro spuszczone do studni. Dlatego, dzięki tym dziesięciu minutom na śmierdzącym podwórku, teraz znacie mnie jako pogromcę psów, a nie farmera z Brown Say Soyo, który pracowałby w upale przez dziesięć godzin dziennie, mając z tego – żeby nie powiedzieć gówno – nic.

Cieszę się z tego, kim się stałem. Jestem dumnym człowiekiem.

A teraz, pozwolicie, dokończę wcześniej rozpoczętą scenkę z mojego życia, jak obiecałem, w siedmiu słowach:

Zabiłem wszystkie trzy psy, przebijając je widłami.

Oto jak się zaczęło.

Mijały dni. Męczyła mnie narastająca chęć zrobienia czegoś złego. Bezlitośnie. I w dzień, i w nocy. I przy stole, i na sraczu. W końcu wpadłem na genialny pomysł: przed domem postawiłem tabliczkę z napisem „Za drobną opłatę zabiję psa”. Niestety – nikt się nie zgłosił. Chodziło o strach przed wyjściem przed szereg? Chcieli tego, ale bali się poprosić? W każdym razie sceptycyzm ogółu nie zdusił mojego wewnętrznego żaru; zacząłem chodzić od domu do domu i pytałem ludzi, czy mogę wnieść do ich żyć nieco zła, trochę plugastwa, poczucia winy. A oni, niech mnie diabli, mówili “tak”. Tak, powieś naszego psa, zapłacimy ci, polecimy sąsiadom. Niektórych trzeba było przekonywać, zachęcać, ale – koniec końców – każdy ulegał i dawał zielone światło na użycie jutowej Catherine. Liny, którą kupiłem w sklepie Cricków za – żarcik – psie pieniądze i z której sam, własnoręcznie, uplotłem wisielczy sznur. Tak jest!

W tym natłoku podłości i ohydztw, kiedy pukam do drzwi i proponuję usługę w zamian za obiad albo niewielkie „co łaska”, ludzie po prostu się poddają. To takie zmęczenie. „Rób, co chcesz, mnie już nic nie obchodzi”. Jak podczas kłótni kochanków: ona i on, wyczerpani kilkugodzinną wrzawą, w końcu odpuszczają, ale nie dlatego że doszli do porozumienia, tylko z powodu wyrzucenia na wierzch całego gnoju, który gromadził się i gromadził, może przez tygodnie, może przez miesiące, może lata. Nie wiem, kurwa, nie wiem, nie jestem jasnowidzem, tak tylko mówię.

Chodzi o to, że oni się zgadzają na zniszczenie własnych żyć i na rozkład moralny, dobrowolnie i czasami nawet z ulgą. Zbyt duży wysiłek, aby powiedzieć „nie”.

I tak to sobie zabijałem psy – spokojnie, owocnie, ciesząc się każdym dniem. Aż do pewnej gwieździstej nocy, kiedy pojawił się on – skurwysyn z trzeciego akapitu. Czarodziej w czarnym, błyszczącym kapeluszu i z różdżką w dłoni. Moja zmora.

Sen nie przychodził, a w klatce w stodole znajdowały się czekające na własną kolej cztery kundle; wyjąłem więc z szuflady Catherine i podreptałem zrobić swoje. Ależ się zdziwiłem, no cholera, świat zawirował, kiedy zobaczyłem psy przeskakujące przez magiczny portal – dziurę w powietrzu z drżącą otoczką w kolorze grejpfruta. Przed magicznym przejściem stał Czarodziej i gapił się na mnie. Bezczelnie, z pogardą i błyskiem zwycięstwa w szmaragdowych oczach. Miał kozią bródkę, a chude jak szkielet ciało przykrywała czarna peleryna.

– Ouu, moje nemezis – usłyszałem. – Szach i…

Nie dokończył, ponieważ cofnął się o krok, a jego ciało zostało wciągnięte przez różowy portal.

Potem, leżąc na łóżku, długo rozmyślałem: twarz rabusia przypominała mi kogoś, ale niech mnie piorun trzaśnie, jeśli wtedy byłem w stanie sobie przypomnieć, o kogo chodzi.

Od tamtej enigmatycznej, trochę surrealnej nocy Czarodziej regularnie podkradał moje „zasoby”. Nie wiem – i nie chcę wiedzieć – co z nimi robił. Chciałem tylko utrzymać te cholerne kundle w stodole. Czatowałem więc po nocach z rewolwerem w dłoni i pragnieniem odwetu na chytrym złodziejaszku.

Nemezis, nemezis, ciągle odtwarzałem te słowa w głowie i rzeczywiście – poczułem się jak największy wróg nocnego gościa. Ja byłem jego górą, a on moją. Kto się pierwszy wespnie i osiągnie szczyt? Byliśmy jak ta dwójka kreskówek: brązowa myszka i popielaty kot, którzy spędzili życie na zatargach. Byliśmy jak inspektor Javert i galernik Jean ValJean. Jak Sherlock Holmes i profesor James Moriarty.

Byliśmy życiowymi wrogami.

Kiedy miałem dwadzieścia trzy lata, zmarł mój ojciec, który – słowo honoru, harcerza i tak dalej – popierał moją działalność zarobkowo-społeczną. Rok później wybuchła wojna, a ja pomaszerowałem na front razem z innymi młodzieńcami i karabinem na ramieniu. Ot, kolejny etap mojego życia. Nic ciekawego.

Powróciwszy w rodzinne strony, miałem jeszcze większą ochotę na… na wiecie co. I znów robiłem swoje. Tym razem z większym zapałem. Tym razem lepiej przygotowany, ponieważ podprowadziłem ze składu w garnizonie trzy granaty. Słodziutkie żeliwne maleństwa, które miały mi pomóc w prywatnej wojnie z Czarodziejem.

Z Czarodziejem, którego twarz kogoś mi przypominała. I to mnie męczyło.

Cztery miesiące po powrocie do domu ożeniłem się.

Poznałem ją w kościele. Możecie nie wierzyć, że taki typ jak ja chodzi na niedzielne msze, ale tak właśnie było – ja i ona, w tej samej ławce, oboje sobą zauroczeni. Miała na imię Anna, uroczy uśmiech i cudowne niebieskie oczy. W Brown Say Soyo nie widziałem piękniejszej dziewczyny. Poza tym akceptowała to, co robię. Ale… niestety – oleju w jej głowie ni kucharz, ni mechanik nie znalazłby kropli.

Na świecie było coraz mniej psów; musiałem kupić starego forda i jeździć w sąsiednie miejscowości, żeby starczyło na chleb i podatki. Pamiętam, jak z Red Wing Ohmayo przywiozłem sześć tłustych jak świnie kundli. Chociaż na dłoniach miałem zrogowaciałą skórę, na linie zauważyłem krew – tak ciężkie były te bydlęta. Przy czwartym musiałem odpocząć. Może dlatego, że w radiu Paul McCartney śpiewał Let it be, nie usłyszałem – tak, tak, dobrze kombinujecie – zwinnego jak wąż Czarodzieja. Psy były już po drugiej stronie portalu, złodziej jeszcze nie. Na każdy rzucony przeze mnie granat przypadał jeden portal, który pochłaniał ananaska. Nie wiem, cholera, nie wiem, gdzie on je przenosił – może na Antarktydę, może na dno morza – ale robił to z taką łatwością, że straciłem całą wiarę w swe przedsięwzięcie. Machnięcie różdżką i pyk – nie ma granatu. Pyk – nie ma sierściuchów. Pyk – nie ma Czarodzieja. Jestem tylko ja i gwiazdy nade mną.

Tylko ja? A co z młodą małżonką, która przecież była i piękna, i wyrozumiała?

A to, że opowiedziałem jej o Czarodzieju, który mi się naprzykrzał. Dwa miesiące później spakowała walizki, przerzuciła je przez portal i uciekła z moim nemezis. Głupia. Jak do tego doszło? Cholera wie! Musiał ją zauroczyć szatańskimi sztuczkami, kiedy ładowałem kundle do forda podczas jednej z moich wypraw. Nic nie mogłem zrobić. Dosłownie. Patrzyłem na całą sytuację sparaliżowany – młynek różdżką i pyk!, nie mogę się ruszyć. Zachodzę w głowę – ten parszywy złodziej to potężny gość – dlaczego mnie nie zabił? Może dobro nigdy nie pokona zła?

Rok później ona i on założyli małe schronisko. O ironio! – dla psów. Kolejne dziesięć lat później byli właścicielami największej sieci schronisk dla zwierząt na świecie.

Czarodziej triumfował. Jak sam rzekł: Ouu, moje nemezis. Szach i… Mat nigdy nie nadszedł, ponieważ nigdy nie zostałem dobity. Owszem, nadal wieszam psy, ale to nie to samo, kiedy połowa zleceń znika za różowym portalem. Nadal też walczę. Raz wpadłem na naprawdę, że tak pozwolę sobie zażartować, wybuchowy pomysł, który polegał na rozpieprzeniu siedziby magika. Otóż, wyobraźcie sobie, przykleiłem każdemu kundlowi laskę dynamitu. Pod brzuch. Zapalniki były zdalnie sterowane, a przełącznik dzierżyłem ja – ukryty, z zadziornym uśmieszkiem na twarzy. Obserwowałem, jak Czarodziej przerzucał psy przez portal, a kiedy już znalazły się po drugiej stronie: klik. I bum! Wielkie, głośne, potężne. Wtedy robiąca pyk różdżka nie pomogła. Klik versus pyk. Klik wygrywa przez nokaut!

Bitew, zasadzek, dywersji i tak dalej było jeszcze wiele, jednak nie zamierzam o nich opowiadać; szkoda czasu. Co ja, kurwa, nie mam co robić? Powiem tylko, że obydwaj ponosiliśmy sromotne porażki i odnosiliśmy cudowne zwycięstwa.

Po latach nająłem ludzi do pomocy, żeby przywozili do mojej stodoły zwierzęta z całego świata. To już nie był biznes jednego człowieka. Założyłem rzeźnię.

Nie zostało mi wiele do zdradzenia; właściwie tylko puenta tej historii.

Po latach nieznośny znak zapytania, który krążył między moim sercem i mózgiem, urósł do takich rozmiarów, że musiałem coś zrobić. Napisałem krótki liścik do Anny z tylko jednym, jedynym słowem: Dlaczego? Następnym razem, kiedy Czarodziej zawitał do stodoły, po prostu do niego podszedłem i podałem karteczkę.

– To dla Anny – powiedziałem, patrząc na tę piekielnie znajomą twarz.

– Si.

Ukłonił się, zabrał psy, zniknął.

Po dwóch dniach stresu i niespokojnych „spacerów” po domu otrzymałem odpowiedź – długi, ręcznie napisany list.

 

Kochany Bobie,

wybacz, proszę, wybacz, że Cię porzuciłam. Kocham Cię i nigdy nie przestałam kochać, ale mając do wyboru dwie wersje Ciebie, wybrałam tę o dobrym sercu, tę, która nie wiesza psów, tylko je ratuje. John – tak nazywa się mężczyzna, z którym odeszłam i który tak bardzo napsuł Ci nerwów – a dokładniej John Suthersand, to dobry mężczyzna, dba o mnie i co najważniejsze – przypomina mi faceta, w którym zabujałam się na niedzielnej mszy w kościele. John przypomina mi Ciebie. Jesteście jak jeden byt, ale rozdarty na dwie części. Dobro i Zło.

Pamiętasz? Czasami, kiedy leżeliśmy w łóżku, opowiadałeś mi o złodzieju, którego twarz kogoś ci przypomina. Rozumiesz już? Nie jesteście jak Javert i Jean ValJean. Jesteście jak doktor Jekyll i Mr. Hyde. Tylko że nie w jednym ciele, a w dwóch. On chudy, blady i z kozią bródką. Ty z brzuszkiem i czerwonym nosem. On ratuje zwierzęta, Ty je uśmiercasz.

Bob, mam wyrzuty sumienia, że Cię opuściłam. Mam wyrzuty, ponieważ to nie Twoja wina, że stałeś się takim człowiekiem, jakim jesteś teraz. Pewnego razu John wyznał mi, jak to się stało, że istnieje wasza dwójka, a nie jeden człowiek, będący sumą życiowych doświadczeń. Opowiedział mi historię o mężczyźnie, który nauczył się czarów, a potem użył ich, aby wyrzucić z siebie całą toksyczność; nie chciał być jak wszyscy ludzie – z moralnymi dylematami, poczuciem winy i ciągłą świadomością, że wybrane drogi mogą okazać się niewłaściwe. Miał możliwość zmienienia swej osobowości za pomocą czarów. Magiczna sztuczka. Abrakadabra. Tyle że proces nie przebiegł tak, jak należy. John machnął różdżką, jednak wbrew oczekiwaniom nie zgładził gorszego ja. Wydobył je z siebie.

Tak powstałeś Ty, Bobie. Miałeś osiemnaście lat, wspomnienia Johna i jego wygląd (potem obydwaj zaczęliście się zmieniać; on schudł i zapuścił brodę, natomiast Ty przytyłeś). John wyrzucił Cię na środku wiejskiej drogi. Chwilę później znalazłeś się na farmie Switzgeraldów i zabiłeś trzy niewinne pieski.

Zająłeś jego miejsce, natomiast mój przyszły mąż udał się na zachód, do miasta.

Resztę znasz.

John i Bob. Schronisko i rzeźnia. Dobro i Zło.

To nie tak miało być…

Kocham Cię, Bob.

I przepraszam.

 

Twoja ukochana,

Anna

 

Wiedziałem, że skądś znam skurwiela w kapeluszu, ale – jasny gwint – taka historia… Możecie sobie żartować ze starego dziada, który uwierzył puszczalskiej dziewce; nie obchodzi mnie to. Te słowa były szczere i wiem, że jestem gównem, które wyleciało z dupy Czarodzieja.

I kocham to.

Uwielbiam być zarazą, wojną, głodem i śmiercią. Grzechem, który puka do drzwi.

Pamiętajcie: nawet jeśli zło jest wszechobecne i natarczywe, to nie usprawiedliwia to opuszczenia gardy. Ale ja nie narzekam; przecież to ja jestem tym złem, pokusą, diabłem, Bobem Suthersandem z Brown Say Soyo, który wiesza psy. Jestem jak te wszystkie złe rzeczy. Złe rzeczy, które szkodzą, psują i za które – niewiarygodne – nadal trzeba płacić, mimo tego, że niszczą życia. Pistolet, ociekający tłuszczem fast food, praca od rana do nocy, Bob Suthersand, co za różnica? Wszystko to samo… Niszczy i w jakiś dziwny sposób cieszy.

Tak więc pamiętajcie: gdziekolwiek się znajdziecie, ja tam będę. Zabiję wasze psy, powieszę je na mojej Catherine, a wy, jak Boga kocham, będziecie mi wdzięczni i poprosicie o więcej.

 

Reklamy