polskie centrum bizarro

„Trawnik we krwi” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Czerwiec 29, 2018 at 6:00 am

Po raz wtóry w naszych niedobroliterkowych i nieskromnych progach pojawia się opowiadanie Macieja Żołnowskiego. Po raz wtóry, ale na szczęście nie ostatni (podpowiemy Wam po starej znajomości, że w zapasie mamy jeszcze co nieco tegoż Autora). Poniższy tekst ma nie tylko świetny tytuł, ale i tak zwany wsad – czyli całą resztę.

Nawiasem mówiąc, jako że zbliża się pora wakacyjna, niektórzy z Was zapewne wylądują w gospodarstwach agroturystycznych. Zachęcamy wszystkich do lektury, jednak tych planujących wypoczyn w tychże gospodarstwach przestrzegamy – lektura poniższego jest obowiązkowa!

Trawnik we krwi

Na samo wspomnienia bajecznego piękna gór odczuwam nostalgię, która nie pozwala mi spać. Mówię o krainie tak niedostępnej i dzikiej, że tubylcy uważają człowieka za stworzenie mityczne. To właśnie stamtąd, dokładnie rok temu w Halloween, napłynęła wiadomość o śmierci mojego dalekiego krewnego. Czyjakolwiek śmierć, a zwłaszcza śmierć kogoś z tak zwanej rodziny, nie jest niczym, z czego powinniśmy się cieszyć. Niemniej świadomość, że odziedziczyłem dom w górach wraz z atrakcyjną działką napawała mnie dumą, radością i dawała tak zwanego kopa w dupę. Wujek nie miał innych (poza mną) bliskich, choć prawdę mówiąc nasze wzajemne relacje nie należały do wzorowych (ani nawet do poprawnych). Raz do roku, na Boże Narodzenie, posyłałem wujowi kartkę z gotowymi już, wydrukowanymi życzeniami zdrowia, szczęścia, wygranej w totka i tak dalej. I nawet jej nie podpisywałem, bo mi się zwyczajnie nie chciało. A teraz musiałem już tylko pozałatwiać formalności związane z pochówkiem hojnego krewniaka. I szlus.

Wskoczyłem więc niezwłocznie do auta (mego wehikułu czasu oraz przestrzeni) i pogrzałem z całych sił w kierunku południa, by móc (już po czterech godzinach jazdy) paść w objęcia bezkresnych połonin. To w tej jakby malowanej scenerii, o starannie wykonturowanych grzbietach i wymuskanych zboczach, miałem się wkrótce poczuć jak u siebie w domu i prawie tak jak baca lub juhas jakiś. Zawsze przecież marzyłem o tym, by zamieszkać gdzieś wysoko w górach i przebywać w nich z dala od chorej, wszechobecnej cywilizacji i problemów, jakie tworzy. I teraz wreszcie nadarzyła się ku temu całkiem znośna okazja.

Pamiętam, że niejakie wrażenie wywarła na mnie zimna i – chyba właśnie od tego zimna – aż wpieniona knieja, która stanowiła finalny etap mojej, nieco nużącej podróży. Dwie godziny przez nią grzałem i… Być może był to jedynie efekt przemęczenia, gdy siedzi się non stop za kółkiem, ale mógłbym przysiąc, że w jednym ustronnym miejscu ujrzałem złowieszcze, błędne ogniki, których raczej wolałbym nie oglądać. Lecz nagły i niespodziewany pisk opon oddalił mnie od ogników i pozwolił skupić się na czymś innym. Oto bowiem na środku drogi, pośród niewielkiej, przelotnej mgiełki, stał sobie dziad z długą brodą. Mój pojazd znajdował się tuż przed nim, a spod kół kłębił się siwy dym. Chwała Bogu, że udało mi się szybko wyhamować i go nie potrącić.

– Życie wam niemiłe, dziadku? – wykrzyknąłem już po części rozgniewany, a po części zszokowany całą sytuacją.

Ale starzec nic nie odpowiedział, tylko podszedł do auta i spokojnie przez jego boczną szybę, palcem wskazującym, nakazał milczenie. Wyglądał nie tyle na niewystraszonego, co raczej na skupionego i zatroskanego do tego stopnia, że aż to jego zasmucenie i zadumanie ubrało się w słowa i do mnie przemówiło:

– Tam się dziwne rzeczy dzieją. Zawróć, póki jeszcze możesz!

Chciałem mu coś odpowiedzieć, ale zanim się obejrzałem, już go nie było, a wraz z nim zanikła także lokalna, mała mgiełka, pośród której cały czas brodził i w którą ostatecznie wsiąkł. A przepadł równie nagle, co się pojawił.

Oczywiście zignorowałem te złowieszcze ostrzeżenia tajemniczego jegomościa, gdyż lubowałem się w tych prostych, męskich decyzjach, zaczynających się od słów: „no, to w drogę”. Telepiąc się przez gonitwę galopujących myśli oraz różne atawizmy, ścigałem się z nadciągającą nieubłaganie burzową nocą. Wbrew złym przeczuciom, obeszło się na szczęście bez błądzenia po okolicy i w porę zdążyłem dobić do mety (i to w dodatku: przed zapadnięciem zmroku). Nie znoszę, prawdę mówiąc, takich eskapad i nie mam za grosz szacunku do kierowców, lekkomyślnie preferujących nocną jazdę od tej bezpiecznej, dziennej. Dlatego odczułem wyraźną ulgę, gdy znalazłem się wreszcie u kresu podróży. W końcu mogłem usłyszeć ten charakterystyczny, chrapliwy dźwięk silnika (gaszonego po dłuższej niż zwykle pracy). Potem zarejestrowałem już tylko błogą ciszę, która zdała mi się być aż nazbyt głucha, bym ją mógł usłyszeć. Lecz grzmot pioruna, poprzedzony nagłym porywem wichru, obudził mnie z tego letargu. To burza, nadciągająca właśnie od strony upiornego lasu, dawała o sobie znać. Postanowiłem, że rozpakuję się jutro z samego rana, a teraz udam się do pobliskiej knajpy na grzane piwo. Spytałem tylko przypadkowego kogoś o drogę i pognałem we wskazanym kierunku.

Odniosłem wrażenie, że sioło to było całkowicie wymarłe: ci jego nieliczni mieszkańcy, co się po nocy pałętali, snuli się jak duchy. I dopiero wejście do lokalu (a właściwie – do tandetnej speluny) częściowo zatarło to moje pierwsze doznanie. Gdy stanąłem w drzwiach, rozmowy natychmiast ucichły, ale tylko na moment, bo po chwili, zrobiło się tak samo gwarno i klimatycznie, co przedtem. Usiadłem przy barze, złożyłem zamówienie i zacząłem się rozglądać. Nic, tylko wszędzie takie same poroża – trofea odbytych i uwieńczonych sukcesem polowań – i te czerwone od przepicia twarze zmęczonych ludzi, po których już na pierwszy rzut oka było widać, czym się głównie zajmowali. Słowem – taki ambientowy melanż wiejsko-łowiecki. Dostałem w końcu swojego grzańca i teraz dopiero zaważyłem, że dwóch, niezbyt sympatycznych i ubranych na roboczo, cwaniaczków mi się przygląda. Zaraz też jeden z drugim poczęli się naradzać i głupkowato do siebie uśmiechać. Jak nic, gadają o mnie – pomyślałem. Wziąłem głęboki łyk ciepłego napoju i zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem – ich już nie było. I to dobrze, gdyż nie miałem ochoty być tutaj przez nikogo obserwowany. To ja miałem kaprys, aby – że tak to ujmę – nacieszyć swe oczy rustykalnością i góralskim folklorem. I oczywiście na jednym piwku się nie skończyło.

Tymczasem dwa wspomniane typy spod ciemnej gwiazdy wdarły mi się na posesję i poczęły dobierać do auta. Nie wiem, na co liczyli – nie miałem tam nic cennego – ale tak czy owak musieli się uwijać szybko, gdyż mogłem wrócić w każdej chwili i ich nakryć. I kiedy tak w pocie czoła „pracowali”, wnet od strony lasu, a na krańcu łączki pojawiła się tuż ponad ziemią niewielka mgiełka, która poczęła się z wolna do nich przybliżać. A kiedy była już na tyle blisko, by móc objawić im swą niszczycielską moc, nie było dla nich żadnego ratunku. Pojedyncze źdźbła stały się ostre jak brzytwa, a oni wpadli w obracające się tryby, utkane z trawy i przez samą trawę i wyrastające niejako spod ziemi. Gdyby tylko ktoś mógł z ukrycia obserwować taką masakrę (rozrywane i miażdżone na strzępy ludzkie ciała, jakieś czerwone czapeczki, jakby skrzacie – wreszcie także – zieleń zbrukaną krwią niedoszłych złodziei), to musiałby uznać samego siebie za wariata lub – w najlepszym razie – za człowieka z nadmiernie pobudzoną wyobraźnią. Tej nocy jednak nikt nic nie widział ani nie słyszał. Ja natomiast zastałem dom i jego obejście w najlepszym porządku. Przy czym – wypadałoby tutaj uwzględnić mój stan, wskazujący na lekkie spożycie orzeźwiającego i parzącego w język trunku, który to stan (jak mniemam) nie miał owej nocy nic a nic do rzeczy. I pamiętam, że byłem mile zaskoczony, gdy do mnie dotarło wreszcie, iż oto z dnia na dzień stałem się posiadaczem chaty, a na dodatek – tak czystej i schludnie urządzonej.

Tymczasem mijały dni. Oszczędzę sobie ich opisu i przejdę od razu do wizyty miejscowego proboszcza, która miała miejsce w drugim tygodniu mego pobytu. Tego dnia pastwiłem się nad nabiałem… I akurat znajdowałem się w jadalni (w towarzystwie Śnieżki, siedmiu kosmitów i ósmego pasażera Nostromo, dokonujących wspólnie gwałtu na ciszy), gdy przez jej opasłe okno zauważyłem wpłynięcie pobożnego gościa w przestwór mej ogrodowej zieleni. Brnął ten ojczulek doprawdy dzielnie, potykając się o kłęby przydomowej trawy – aż nabrałem wielgachnej ochoty, by ją w końcu skosić. I podobnie, jak za poprzednim razem, tak i teraz – naprzód pojawił się nad ziemią niewielki obłok, który zgęstniał, stężał i następnie rzucił się agresywnie w kierunku księdza, dobrodzieja. Ja sobie naiwnie myślałem, że to kroczy za nim jakiś duch albo inny przenajświętszy Stróż. A tymczasem, pasterz miejscowej owczarni, a mój gość, dosłownie aż pozieleniał i zbladł ze strachu, gdy ujrzał, to co ujrzał, i zajarzył, co się święci. Szalony mój trawnik, z siłą iście diaboliczną, zwalił wielebnego na murawę, po czym odwrócił do góry nogami i zaczął go zuchwale wcinać. Nigdy nie zapomnę tego żałosnego widoku: przerażony swym położeniem pleban, przebierający w powietrzu nogami (niczym żuczek leżący na grzbiecie i niemogący się podnieść). Nie zdążyłem nawet zareagować i poskromić chlorofilowe moce czarcie (to znaczy zlać to cholerne zielsko zimną wodą albo coś w tym guście). I tak, jak za poprzednim razem, tak i teraz – wyrafinowana machina z trawy dokonała morderstwa, połączonego z konsumpcją (albo – jak kto woli – dokonała konsumpcji jako aktu zbrodni). Na nic się zdały poszukiwania księdza przez miejscowych parafian, przeczesywanie całej wsi oraz lasu, wizyty śledczych z pobliskiej komendy. Był człowiek, nie ma człowieka. Nie ma ciała, nie ma zbrodni. Amen!

Nie było innego wyjścia i musiałem pójść z trawką na układ. A ona mi się z tych wszystkich brzydkich rzeczy zwierzyła. I ustaliliśmy jak dorosły z dojrzałą, że będę ją regularnie „nawoził”, dbał o nią, i że nigdy nie dopuszczę, by urosła powyżej pewnej, z góry określonej wysokości, po osiągnięciu której robi się zwyczajnie nieprzyjemna i z lekka „wrednawa”. („Rym do” trawa niezamierzony.) I dałem jej nawet swoje słowo, a moje słowo bardzo dużo znaczy. Daję słowo! Usłyszawszy to, ma bezimienna bohaterka, którą od tej pory będę nazywał trawką… Marysią (dajmy na to), odwzajemniła mi się wspaniałym tańcem w blasku księżyca, do którego także i ja zostałem zaproszony. I oto więc, siedząc sobie na jakimś zapyziałym, plastikowym krześle, niesiony przez jej romantycznie rozfalowane kłosy, poszybowałem wnet – na prawo, na lewo, a to w górę, a to w dół, do przodu, do tyłu (i tak: raz po raz). Jazda była doprawdy przednia i mógłbym przysiąc, że towarzyszyła nam nawet jakaś dyskretna muzyczka.

Od tamtej pory wszystko układa się świetnie, a nasza przyjaźń kiełkuje i kwitnie. Ja – pilnuję, aby trawka zanadto nie urosła, a ona – gwarantuje mi spokój i taneczne doznania. Raz jeden (że tak to ujmę) „dałem ciała” z mleczarką, a więc z osobą miejscową, którą przecież ludzie we wsi znali, i której by na pewno poszukiwali, w razie jej zaginięcia. Niemniej jednak postanowiłem zaryzykować i „dokarmić” Marychę lokalnym mięskiem, o śnieżnobiałym kolorze skóry. Ja natomiast zdołałem się zadowolić świeżym i jeszcze ciepłym mlekiem, niezbrukanym rozbryzgującą się wszędzie dokoła posoką:

– Chlip-chlip – on.

– Chrum-chrum – ona (zielona).

Od tamtej pory pilnowałem własnego nosa i byłem szczęśliwy, szczęśliwy naprawdę. Nie wychodziłem za dużo. Dbałem o chatkę. Zająłem się także agroturystyką – gościłem różne tam Kółka Przyjaciół Zieleni: młodzież, z którą wspólnie dbaliśmy o mój zaczarowany trawnik. I Was również, Drodzy Moi, serdecznie zapraszam. Wszyscy obcy (zwłaszcza obcy) są u mnie zawsze mile widziani…

No więc, jak mówiłem, byłem i nadal jestem szczęśliwy. I tylko czasem, gdy wieje silny wiatr, a przez okno zagląda do mnie trupio blady księżyc, budzę się w nocy wystraszony i zlany potem, gdyż śni mi się krwawa zemsta nieskoszonego trawnika.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: