polskie centrum bizarro

„Sielsko, anielsko, żywiecko” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Sierpień 3, 2018 at 6:00 am

Jest takie powiedzenie: „Koniec języka za przewodnika”. Nie bierzmy go oczywiście dosłownie, bo chodzenie z wywalonym ozorem i kierowanie się ku jego czubkowi nie przyniosłoby nic dobrego. Co najwyżej zapewniłoby nam pobyt w pokoju bez klamek, z gratisowym kaftanem bezpieczeństwa zamiast szlafroka. Niemniej w trakcie podróży, jeśli nie chcemy się zgubić, warto zapytać o drogę. Minus tego rozwiązania jest jeden. Należy starannie wybrać osobę, u której chcemy się doinformować. Inaczej może się to skończyć tak, jak w tekście Macieja Żołnowskiego. A jak? A przeczytajcie sobie.

h

Sielsko, anielsko, żywiecko

h

Działo się to razu pewnego w okolicach obskurnej ławeczki tuż za sklepem w Glince, na krańcach Żywiecczyzny…

– Skąd idziecie?

– Z „Rysianki”, ale tak w ogóle to jesteśmy z Brennej, z Górek.

– Łoo, to daleko macie, długą drogę żeście przeszli.

– Ano przeszliśmy. Jakoś tak pomaluśku, ale do przodu. I to w ciągu dwóch dni zaledwie. A teraz do domu wracamy: tak po łuku, wzdłuż granicy ze Słowacją. Piękna dziś pogoda.

– No, pikna, tylko upał sakramencki. Trza trochu piwka wypić zimnego. Albo wódki. Wódka jak wódka, smakuje jednakowo – czyli wspaniale. Chcecie wódki?

– My? Nie, dziękujemy, może kolega Adaś zechce się poczęstować, bo ja, proszę pana, nie piję – mam zawsze straszną głupawkę po wódce. I mnie nosi. Ale chętnie łyknę browarka, dlaczego nie!?

Nie no, to są siki Świętej Weroniki, ale jak tam chcesz.

Starszy jegomość zerkną naprzód na Adaśko, a potem na jego bardziej rozmownego towarzysza wędrówki, pokręcił się nie wstając z miejsca, jak gdyby chciał wwiercić się tyłkiem jeszcze głębiej w ławeczkę, po czym walnął lufę i rzekł:

– To ja jestem Rysiek – batuciarz (były mistrz Polski) i pilot-akrobata w jednej osobie. Obecnie na emeryturze. Do picia wódki nikogo nie zmuszam. Nie wolno! Ale wasze zdrowie, panowie, wasze zdrowie! No, siema!

– Dziękujemy!

–  Fajne chłopaki jesteście. A jaką macie grupę krwi? A nie ważne zresztą! Tak tylko, a propos de facto, pytam.

I starszy gość wkręcił się tyłkiem jeszcze głębiej w ławkę, po czym walnął kolejną lufę i dorzucił:

– A daleko dziś chcecie dojść?

– Czy daleko? Jak Bozia da! Jak daleko nogi poniosą! Słoneczko świeci, baranki dzwonią tymi swoimi dzwoneczkami, pszczółki przyjemnie brzęczą i pasikoniki chroboczą, a ptaszki śpiewają.

– Tak jest, panie, tylko ten upał, upał męczy… tentego, panie.

– A męczy, trochu musi pomęczyć, ale my młodzi jesteśmy, co nam tam upał. Damy radę! A póki co to na Krawców lecimy. Może wcześniej coś się w sklepie kupi, bo jutro: dupa! Święto Matki Boskiej Zielnej. I wszystko pozamykane, panie… sklepy, kioski i w ogóle. Rozumiesz pan?

–  A, to, a propos de facto, nie zatrzymujemy. Fajnie się gada i nikt nikogo stąd nie wypędza, ale jak macie, chłopaki, wytyczony jaki cel, to lepiej już idźta.

– No dokładnie, panie Rysiu, dokładnie. Komu w drogę temu czas.

– Jakbyście tu kiedy byli z wizytą, to wpadnijcie, odwiedźcie nas. Ja jestem lotnik, akrobata, emeryt. Wszyscy mnie tu znają. Jakby co, to pytajcie o Ryśka. A ten tu, łoo, co se łobok nas siedzi, to Edziu… Edziu na niego wołają.

No i wszyscy – obojętne, czy to starzy, czy młodzi – spojrzeli jednocześnie na faceta, znajdującego się spory kawałek od ławeczki, który był… zdawał się być do tej pory nieobecny i niewidzialny. Przywitało się go słowami:

– Panie Edku, pan się nie obrazi, ale pan mi na Niemca wygląda, taki trochę cudzoziemski profil twarzy masz pan. Nie wiem, dlaczego akurat na Niemca, ale tak mi się skojarzyło.

Odpowiedział mi pytaniem na pytanie (dziwnie tak jakoś, no nie?):

– A jaką masz grupę krwi, chłopaku?

Zapanowała tak zwana niezręczna cisza, której wydźwięk (tak charakterystyczny) zniwelował łagodny oraz swojski głos pana Ryśka:

– A może tak być: że Edziu… tentego, i że na Niemca… Ale my go nie lubimy, my się tylko trochu z nim kumplujemy. Wiadomo, panie, są wspólne duperele (priorytety znaczy się): wódeczka, fajeczka, inne takie sprawy, pogaduszki. Ale tak poza tym to nic a nic nas z nim nie łączy, panie. Nic… No uważajcie na siebie! Idźcie tym skrótem, co go tu na mapie zaznaczonego macie. Tam je spokój i cisza, tam je fajnie! Bywajcie!

Młodzi odeszli. A starzy – jak to starzy – jeszcze długo męczyli się nad butelczyną ognistej. I gdy ją wreszcie do dna wydudlili, przeciągnęli się i ryknęli. Animalnie!

– Hmmm, mam nadzieję, że trafi się BRh-, rzadka ale… delicje. A ten wyższy pachniał na 0Rh+… To go na przystawkę. No, pierdykniem, bo odwykniem!

– Chluśniem, aby nie uśnieć! Co? Wódka już wyszła? No to czas na coś na ząb.

To powiedziawszy, zombie-dziadki dały nura w przestwór lasu, truchtając na czterech odnóżach i obierając kurs na mało uczęszczany Szlak Ciszy i Spokoju (dla niektórych zapewne: wiekuistego).

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: