polskie centrum bizarro

„Łabędzie-wampiry…” by Kornel Mikołajczyk i nasi na Kapitularzu

In Opowiadania, Patronat on Sierpień 24, 2018 at 12:35 pm

Dziś (i jutro, i pojutrze, i jeszcze przez wiele, wiele dni) zachęcamy do przeczytania najnowszego opowiadania Kornela Mikołajczyka, pod wielce intrygującym tytułem „Łabędzie-wampiry pożarły mój biurowiec„. Kto zna twórczość Kornela, ten wie, że spod jego klawiatury wychodzą wyłącznie świetne teksty. Nie inaczej jest i tym razem – „Łabędzie-wampiry…” są dziwne, przewrotne i… mądre. Co ciekawe, pierwotnie ten tekst powstał w języku obcym (czytaj: po angielsku) i zdążył się już rozpanoszyć na Bizarro Central. Kto ma zacięcie translatorskie, ten może porównać obie wersje:

Flash Fiction Friday: Vampire Swans Ate My Office Building

Aha, korzystając z okazji, zapraszamy do Łodzi na Kapitularz 2018, gdzie już za dwa tygodnie niedobroliterkowa ekipa (rzeczony Kornel Mikołajczyk, Kazek Kyrcz, Zeter Zelke, Istvan Vizvary i inne potępione duchy) przeprowadzą dwa panele: o groźnych miastach i równie (o ile nie bardziej!) groźnych kobietach.

A poniżej (wreszcie!) obiecane opowiadanie…

Łabędzie-wampiry pożarły mój biurowiec

Kiedy dotarłem do pracy w poniedziałek, punkt ósma, łabędzie-wampiry przeżerały się przez mój biurowiec. Kołując wokół korporacyjnego drapacza chmur całą chmarą, stadem, białą trąbą, zdołały zedrzeć beton z dwudziestu zwyczajnych i pięciu kierowniczych pięter przy użyciu ostrych jak brzytwy kłów. Łabędzie-wampiry mogą żywić się betonem z jakiegokolwiek źródła, nawet z płyt chodnikowych czy ramp w skateparkach, ale z jakiegoś powodu wolą demolować wieżowce. Dzisiaj wybrały ten, w którym pracuję.

Czy też raczej – pracowałem.

Poza obnażoną hydrauliką i prętami zbrojeniowymi z budynku nie zostało wiele. Obluzowane tafle szkła spadały co rusz na plac, mało nie rozcinając przechodniów na pół, lecz dzięki jakiemuś niesamowitemu stadnemu instynktowi, łabędzie-wampiry omijały je z łatwością, krążąc w poszukiwaniu kolejnego smakowitego kawałka stwardniałego cementu.

Osłoniłem oczy przed słońcem daszkiem z palców i wypatrzyłem aż nazbyt znajome biurko na trzynastym piętrze. Nagle cała konstrukcja jęknęła i wygięła się na bok. Biurko wyfrunęło przez nieobecne okno i rozbiło się tuż przed fontanną. Moja mocno zużyta, piszcząca zabawka antystresowa zipnęła po raz ostatni, przebita przez pierś ołówkiem, i umilkła na zawsze.

Przysiadłem na ławce po drugiej stronie ulicy i wyjąłem drugie śniadanie w plastikowym pojemniku. Przeżuwając leniwie do rytmu wampirzych szczęk, patrzyłem, jak wieżowiec zapada się w kupę gruzu. Rodzina zmumifikowanych fok przeczłapała obok i każda z nich przytuliła mnie niezręcznie, zostawiając na karku mokre odciski bandaży. Kiedy wreszcie przestałem trząść się z obrzydzenia, łabędzie odlatywały w kierunku parku – czarny klucz na tle spranego błękitu nieba.

 

Udałem się do najbliższego baru antygrawitacyjnego. Wylądowałem saltem na suficie i wypatrzyłem kilkoro ludzi z pracy – milczących, bladych, kołyszących się nad szklankami lżejszej od powietrza whisky i odwróconymi butelkami piwa. Mimo to lokal był w większości pusty. Mój szef popełniał właśnie harakiri w rogu sali, używając do tego jedynie parasolki koktajlowej. Nikt nie próbował go powstrzymać, nawet gdy deszcz krwi lunął na wycyklinowany parkiet.

Zamówiłem krwawą Mary i przypiąłem się do siedzenia obok łysiejącego gościa o proweniencji maklera. Wyznałem mu, że łabędzie-wampiry pożarły mój biurowiec. Zrewanżował się opowieścią o tym, jak borsuki-zombi zgwałciły mu drugie śniadanie.

– Zaczęły grasować jakoś w zeszłym tygodniu – powiedział, kontrapunktując zdanie przesadnie długim, odwróconym łykiem taniego piwska. – Jak sobie przyniesiesz obiadek w pudełeczku albo przerzuciłeś się na warzywka, to jesteś kryty. Nieumarłe bydlaki nawet nie nakichają na coś takiego. Ale kto z nas ma czas, żeby gotować w domu, c’nie?

– Pewnie, że tak – zgodziłem się, byleby mówił dalej.

– Siedzę więc w firmowej kantynie i otwieram gębę, żeby wgryźć się w jedną z tych długaśnych superkanapek z ekstra serem, kiedy do środka wpadają one, całym stadem. Śliniące się kwasem, cuchnące jak grób, do którego ktoś naszczał. Szczęki wszystkim zamierają, no bo, bądźmy szczerzy, nikt nie przełknie kęsa, kiedy widzi – i czuje – coś takiego. A potem… potem zaczynają gwałcić. Samce borsuków ocierają się o kant stołu, żeby zabielić ci zupkę chińską. Samice zaspokajają się hot-dogami i ogórkami. Jakiś sadomasochista macza swoje gnijące klejnoty w chili con carne i dźga kogo popadnie plastikowymi sztućcami. Masakra po całości. Ostatnie, co pamiętam, to że na stolik wskoczyła mi parka. On włożył długaśnego fiuta w moją długaśną kanapkę, a ona zaczęła tryskać z piczy prosto na specjalny sos. Straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, ta cholerna buła nadal leżała przede mną. Jakby te mściwe kutafony oczekiwały, że ją zjem po tym, co zrobili! Zbiera mi się na pawia, jak o tym myślę. – Dopił swojego sikacza i wypiął się z uprzęży, żeby pójść po kolejnego.

Kiedy wrócił, zaczął opowiadać o tajnych rządowych laboratoriach:

– To wszystko Oni, nie rozumiesz? To ich Wielki Plan. Skąd, myślisz, wzięły się na świecie te paskudztwa, co? No skąd?

Pokiwałem głową, choć wiedziałem, że się myli.

Łabędzie-wampiry nigdy nie miały pożerać budynków. Ktoś stworzył je, żeby powstrzymać bogaczy przed wypełnieniem świata betonem, przed bezkarnym wjeżdżaniem z buldożerem w naturę. Borsuki-zombi? Pewnie próba zmuszenia ludzi, żeby się zdrowiej odżywiali. Podobnie jak foki-mumie i ich tendencja do przytulania nieznajomych zostały wymyślone po to, żeby walczyć z depresją, przypominać ludziom, że nie są sami.

Ale gdzieś między zamysł a wykonanie wkradł się chochlik. Drapacze chmur zaczęły upadać, coraz więcej posiłków padało ofiarami przemocy na tle seksualnym, ulotne poczucie bliskości stało się przypomnieniem miażdżącej samotności. I musieliśmy zadowolić się tym, co zostało. Światem toczącym się na skraj przepaści, głodnym cudu.

 

Opuściłem bar antygrawitacyjny około dwudziestej, kiedy ciało mojego szefa zaczęło się rozkładać, brocząc z sufitu czarnymi wydzielinami.

Wracając skrótem przez parking centrum handlowego, usłyszałem niewyraźny jęk dochodzący z alejki za niemym kinem. Podbiegłem do ustawionych rzędem kontenerów z mieszaniną niedowierzania i ekscytacji i za jednym z nich znalazłem pokrytą brudem Narzeczoną Frankensteina, całą w falujących czarno-białych włosach i szwach. Owinąłem ją w płaszcz i na wpół zaniosłem, na wpół zaciągnąłem do domu.

W zaciszu mojej piwnicy przedstawiłem Narzeczoną wielkiemu czarnemu baranowi, którego znalazłem na podwórku w zeszłym tygodniu. Siedząc na rozchwierutanych stopniach, patrzyłem, jak z początku nieufne istoty parzą się za stosem zeszłorocznych gazet.

Wkrótce mój nowy pupilek urodzi stado Frankenowiec. Może będą teleportować się do biur i stresować ludzi, szczając na gniazdka elektryczne? Może będą grasować po centrach handlowych, wyżerać karty kredytowe z portfeli i wydalać je na wielką kupę?

A może – tylko może – będą spłacać studenckie pożyczki, wymiotować lizaki na łóżka chorych dzieci i neutralizować łabędzie-wampiry atomowymi ładunkami? Jedyne, co mi pozostało, to czekać i modlić się, i mieć nadzieję; jak tylu ludzi przede mną.

Może tym razem świat zmieni się na lepsze.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: