polskie centrum bizarro

„Platfus i halluksy” by Karol Mitka

In Opowiadania on Wrzesień 28, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtStęskniliście się za imć Doctore i jego przygodami?

Nawet nie ważcie się twierdzić, że nie!

Oto – po długiej (zbyt długiej!) przerwie – przedstawiamy niedobroliterkowym wyjadaczom najnowsze opowiadanie naszego el redaktorre Karola Mitki. Nastawcie się na jazdę bez trzymanki, czarnego jak smocza smoła humoru i wizji, których wasze babcie doświadczały tylko w stanie krańcowego upojenia absyntem. Oto przed państwem… taaaa-dam…

Z dedykacja dla mojej najdroższej żony Magdaleny, która wymyśliła o czym będzie ten tekst :*

 

Platfus i halluksy

1.

Ciężkie, burzowe chmury pojawiły się nagle i dosłownie znikąd. Niczym straszliwe istoty z innego wymiaru zaległy nad moim domem, przesłoniły błękit nieba i sprawiły, że świat stał się nagle szary. Duet złożony z oślepiającego błysku i ogłuszającego grzmotu na moment pozbawił mnie wzroku i słuchu. Kiedy doszedłem do siebie i wyjrzałem przez okno, spostrzegłem, że zaczęło lać. Deszcz był drobny, ale gęsty, jakby całe zastępy niebieskie zachorowały nagle na częstomocz. Ulewa pokrzyżowała mi plany. Tego dnia nosiłem się z zamiarem ukończenia prac w przydomowym ogródku, co z racji niekorzystnej pogody stało się niemożliwe. Rozeźlony krążyłem po pokoju, a matka głupich usiłowała przekonać mnie, że aniołki zażyły lekarstwo i zaraz im przejdzie.

Wtedy, ni stąd ni zowąd, usłyszałem to dziwne stukanie. Na początku nie potrafiłem stwierdzić, skąd dochodzi i chwilę trwało, nim zlokalizowałem jego źródło. Teraz wiedziałem, co się stało. To krople wody z przytkanej rynny uderzały o parapet. Co najdziwniejsze, te stuknięcia z czymś mi się kojarzyły. Nagle doznałem olśnienia. Alfabet Morse’a! Ktoś lub coś próbuje przekazać mi wiadomość! Wsłuchałem się dobrze i rozszyfrowałem zagadkę. Trzy słowa – „Wyjdź na zewnątrz”, ot, cała, powtarzająca się w kółko treść.

Migiem założyłem płaszcz i wyskoczyłem do ogrodu. Deszcz niespodziewanie ustał, a chmury rozstąpiły się. Teraz słońce grzało niemiłosiernie, trawnik parował, duchota zapierała dech w piersiach. Zlustrowałem okolicę i wtedy go zauważyłem. Wyglądał, jakby żywcem wyjęto go z jakiegoś kiczowatego westernu. Odziany był w skórzaną koszulinę i spodnie z takiego samego materiału. Obwiesił się chyba setką amuletów – zwierzęce pazury, królicze kitki, ludzkie zęby i pełno innego dziwactwa, którego pochodzenia nie śmiałbym się nawet domyślać. Na głowę nałożył sobie pióropusz, a w ręce ściskał drewniany kij zwieńczony bawolą czaszką. Podskakiwał raz na lewej, raz na prawej nodze wokół ogniska. Jak zdołał je rozpalić w taką burzę chyba do końca świata pozostanie jego tajemnicą. Do tego wszystkiego uderzał wolną dłonią w usta, wydając dziwne, modulowane dźwięki.

– Uha! Uha! Uła! Ła!Ła! Uha! Uha! Uła! Ła! Ła!

Zbliżyłem się nieco do niego, a kiedy spostrzegł, że podszedłem, rzucił laskę na ziemię i uściskał mnie serdecznie.

– Witaj, Doctore! – rzekł radośnie. – Czyż nie wspaniale jest nurzać się w przecudnym bezkresie istnienia? Jak funkcjonuje twa gastryka, drogi przyjacielu? Flora bakteryjna jelit mnoży się prawidłowo?

– Tak, dziękuję za troskę – odparłem, po czym obrzuciłem go karcącym spojrzeniem. – Po co ta cała maskarada? Nie prościej byłoby po prostu zapukać? – spytałem, w zasadzie sam nie wiem dlaczego. Znałem go zbyt dobrze, by oczekiwać, że będzie zachowywał się jak przeciętny człowiek.

– A czyż ogon świński jest prosty, mój drogi? Czyż prosta jest spirala domaciczna? Ci, co idą na skróty, to zwykle tchórze i lenie. Ja natomiast, którym przez ostatnie pół roku zgłębiał u wielkiego Misquamacusa tajniki władania naturą, nie obraziłbym swego jestestwa tak prostackim rytuałem, jak pukanie do drzwi. Tak, przyjacielu, wielka moc, to wielka odpowiedzialność…

Cały Egon Scheisswurst. Cóż, jako niepoprawny optymista, znalazłem w tym wszystkim jeden plus. Przynajmniej podlał mi kwiatki. Teraz tylko pozostało dowiedzieć się, co było przyczyną tak niespodziewanych odwiedzin. Od czasu, gdy stoczyliśmy straszliwą walkę z Cipakabrą, Egon nie zaszczycił mnie nawet jednym spotkaniem. Musiał mieć naprawdę ważny powód, aby tak niespodziewanie zjawić się w mych skromnych progach.

– Co cię sprowadza, Egonie? – spytałem.

– Ach, sprawa niecierpiąca zwłoki i można powiedzieć, drogi przyjacielu, że dosłownie. Otóż mój stary znajomy, Zdzisław Girlfold, szczęśliwy posiadacz wycinka matki Ziemi nad pewnym akwenem prosi, abym pomógł mu rozwikłać straszną zagadkę. – Egon ściszył głos. – Znikają ludzie, Doctore. Znikają bez wieści, i co najgorsze, ludzie ci są płci pięknej.

– Ktoś porywa kobiety?

– Tak! – krzyknął z pasją. – Cóż za złowieszczy czyn! Musisz jechać ze mną!

– Sam nie wiem, Egonie – odparłem. – Jestem już stary. Moją twarz pokrywają zmarszczki. Ręce mi drżą. Zastałem się, zramolałem. Już chyba nie mam ani siły, ani chęci na takie wybryki. Do tego wilgoć źle wpływa na moje stawy. Reumatyzm, rozumiesz…

Nie dane mi było dokończyć. Egon zacisnął kościste palce na mych ramionach i spojrzał mi głęboko w oczy. Poczułem, jak wślizguje się do mego umysłu, jak grzebie w nim, szpera za czymś. Przetrząsał najmniejszy skrawek jaźni, brutalnie wdzierał się w podświadomość, naginał me schematy myślowe i wywracał je do góry nogami, odsuwał na bok jak regały, za które coś mogło wpaść. Wreszcie skończył, uporządkował powstały bałagan, przywrócił mi spokój ducha. Już wiedziałem, za czym drążył. Wywlekł na wierzch to, co sam schowałem głęboko wewnątrz siebie. To, co sam w sobie zdusiłem.

– Kiedy wyjeżdżamy? – zapytałem, znów czując nieodparty zew przeżycia kolejnej przygody.

 

2.

Jechaliśmy cały dzień. Egon, zwykle gadatliwy aż do przesady, tym razem przez prawie całą drogę milczał. Siedział z nogami założonymi za głowę, dłonie złożył jak do modlitwy i kiwając się w przód oraz tył, jak gdyby zapadł na chorobę sierocą, gardłowym głosem intonował dziwną pieśń. Wytłumaczył mi później, że rozmawiał z chmurami. Rozkazywał im, by trzymały się od nas z daleka i jedynie dzięki temu ominęły nas pustoszące okolice burze z gradem. Z powodu pozycji, jaką przybrał, policja dwa razy zatrzymała nas do kontroli. Okazało się, że pasami przypięty jest jak najbardziej prawidłowo, więc funkcjonariusze pozwolili nam jechać dalej. Kiwali tylko ze zdumieniem głowami i pukali się w czoła.

Na miejsce dotarliśmy późnym wieczorem. Najpierw naszym oczom ukazała się pordzewiała tablica z napisem „Rzyciny” i w istocie, okolica wyglądała jak to, co na myśl nasuwała nazwa. Wjechaliśmy na podziurawioną, asfaltową drogę i musiałem naprawdę uważać, by mój wysłużony garbus nie stał się kaleką bez koła. Po obu jej stronach stały rozpadające się domy, a nieco niżej, przy wyschniętym korycie rzecznym, dostrzegliśmy pozostałości młynów wodnych. Okazałe niegdyś budynki zmieniły się w pozbawione okien ruiny. Wszystko to, skąpane w krwistej poświacie zachodzącego słońca, robiło upiorne wrażenie.

Po kilkuset metrach poruszania się slalomem gigantem skręciliśmy w prawo, w piaszczystą, leśną dróżkę, tak wąską, że jadące w przeciwną stronę samochody nie miałyby żadnych szans by się wyminąć.

Gałęzie drapały w szyby, jakby chciały wedrzeć się do wnętrza samochodu. Dach bombardowały szyszki i żołędzie. Co chwilę musiałem hamować, by nie potrącić przebiegających nam przed maską dzikich zwierząt.

W końcu znaleźliśmy się u celu. Zaparkowałem garbusa pod rozłożystą akacją, po czym wysiedliśmy. Oparłem się o maskę auta i zlustrowałem okolicę. Nazywanie tego miejsca polem namiotowym było z całą pewnością grubą przesadą. Zarządca terenu po prostu powycinał krzaki oraz większość drzew i co kawałek postawił drewniane toalety. Trawiasta polana miała jakieś pięćdziesiąt metrów szerokości, a wieńczyła ją plaża obmywana wodami jeziora. Jak na mój gust nic rewelacyjnego. Nigdy nie zdecydowałbym się spędzić tutaj urlopu czy wakacji. I najwyraźniej nie tylko ja, bowiem w zasięgu wzroku nie było żywej duszy.

Dopiero po dłuższej chwili do naszych uszu doszedł warkot silnika. Zaraz potem dostrzegliśmy w oddali światła reflektorów.

– To z pewnością Zdzisław – stwierdził Egon. – Jedzie, by nas powitać.

Nie mylił się. Z rozklekotanej półciężarówki z doczepioną przyczepą kempingową wysiadł niski, na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna o ogorzałej cerze i siwiejącej czuprynie.

– Jakże się cieszę, że bezpiecznie dotarliście – rzekł, serdecznie przytulając Egona. – Nazywam się Zdzisław Girlfold – dodał, podając mi dłoń.

– Doctore – przedstawiłem się, ściskając ją.

– Jakież troski rzuciły się cieniem na światło twej egzystencji, mój drogi – spytał Scheisswurst, obrzucając Girlfolda przenikliwym spojrzeniem.

– Z pewnością zmęczeni podróżą chcielibyście odpocząć, więc nie będę was już dziś zadręczał swoimi problemami – odparł mężczyzna. – Niestety, ta przyczepa to wszystko, co mogę wam zaoferować. Nie wygląda może zbyt okazale, ale jest wygodna. Wyśpijcie się, jutro zaś porozmawiamy o moich kłopotach. Dziękuję, że przyjechaliście i życzę dobrej nocy.

– Skoro tak stawiasz sprawę, kochany Zdzisławie, naginam kark do twej woli – rzekł Egon. – Oby i dla ciebie objęcia Morfeusza stały się słodkim Edenem.

– Dobranoc – odparłem, uśmiechając się, po czym wszedłem do campingu i padłem na łóżko. Jazda naprawdę mnie wyczerpała i nawet nie wiem, kiedy zasnąłem.

 

3.

Ranek przywitał nas ulewą. Ciężkie krople dudniły o dach przyczepy, przez co zerwałem się z łóżka jeszcze przed wschodem słońca. Nastawiłem wodę na kawę i dokładnie rozejrzałem się po naszym maleńkim domku. Nigdy nie mieszkałem w campingu i w zdumienie wprawiały mnie zmyślność oraz praktyczny minimalizm konstrukcji. Toaleta połączona z prysznicem, poutykane w każdym możliwym miejscu szafki, rozkładane łóżka ze schowkami, umywalka – wszystko to, choć w rzeczywistości ciasno upchane, dawało jednak poczucie przestrzeni.

Egon chrapał tak głośno, że moje bębenki przeżywały straszliwe męki. Nos zresztą też cierpiał, ponieważ straszliwemu charczeniu wtórował odgłos odchodzących gazów. Nie wiem co jadł dzień wcześniej i wolałem nawet nie dociekać. Smród powaliłby chyba nawet szambonurka.

Popijałem kawę, wsłuchiwałem się w szum deszczu i rozmyślałem nad sensem istnienia. Zauważyłem, że ostatnio coraz częściej męczą mnie problemy natury egzystencjonalnej, co było niezaprzeczalną oznaką starzenia się. Z zadumy wyrwało mnie pukanie do drzwi. Kiedy je otworzyłem, ujrzałem przemoczonego do suchej nitki Zdzisława. Wpuściłem go do środka i poczęstowałem kawą.

– Chyba coś tutaj zdechło – stwierdził, węsząc jak pies gończy. – Panie Doctore, przepraszam najmocniej za to niedopatrzenie, zanim przywiozłem tu tę przyczepę, wysprzątałem ją najlepiej jak potrafiłem – tłumaczył się.

– Spokojnie – odparłem. – To nie pana wina. To tylko Egon…

– Witaj drogi przyjacielu – radosny głos Scheisswursta zagłuszył resztę mej wypowiedzi. – Jakże miło jest mieć twą twarz w zasięgu wzroku.

Nie wiem, jak to zrobił, ale stał za nami rześki i wyspany, z pidżamy przebrany w te swoje indiańskie ciuszki. A przecież jeszcze sekundę wcześniej chrapał i pierdział w najlepsze. Czyżby potrafił zatrzymać czas? Albo stał się tak szybki, że nasze oczy nie wyłapały jak się przemieszczał? Dociekania te uznałem za bezsensowne i porzuciłem je.

– Drogi Zdzisławie – kontynuował detektyw – byłbym rad, gdybyś mógł zrzucić ze swej duszy ciężar przygniatających cię trosk. Me narządy słuchu zmieniają się w odbiorniki nastawione jedynie na twoje fale.

Girlfold przeczesał dłonią siwiejące włosy i uśmiechnął się smutno.

– Od jakiegoś czasu na moim terenie giną kobiety. Giną bez śladu. Cholera, nie ma po nich najmniejszego śladu. Ani odrobiny. Na początku myślałem, że toną. Policyjni nurkowie przez kilka dni przeczesywali jezioro, ale nic nie znaleźli. Przeszukali las, też bez skutku. Okoliczni mieszkańcy niczego nie widzieli, niczego nie słyszeli. Te baby chyba zapadły się pod ziemię. – Wstał i położył Egonowi dłonie na ramionach. – Ty i twój przyjaciel jesteście moją jedyną nadzieją. Ostatnią. Jeśli wy nic nie poradzicie, zbankrutuję. Już mało kto chce tu przyjeżdżać. Nawet stali bywalcy, których goszczę od lat, porezygnowali ze spędzania tu wakacji!

– Nie zadręczaj swego umysłu czarnymi niczym bezgwiezdna noc myślami – odparł Scheisswurst. – Pomożemy ci, oczywiście, gdyż od tego są ci, których nieprzewidywalny jak burza piaskowa los sprzęgnął łańcuchem przyjaźni. Czy potrafisz wyrazić choćby sugestię, od czego moglibyśmy rozpocząć tę bez wątpienia pasjonującą przygodę? Pytam, gdyż nawet maratończyk łaknie linii startowej.

– Jedyne, co mam, to zdjęcie dwóch zaginionych dziewczyn. Proszę – mówiąc to, podał je detektywowi. Ten obejrzał je dokładnie, po czym oddał mnie.

– Uracz nas swymi spostrzeżeniami, Doctore – poprosił.

Fotografia była poklejona białą substancją i pomięta. Najprawdopodobniej zrobiono ją z ukrycia, gdyż część kadru zajmowały rozmazane liście. Przedstawiała dwie opalające się toples dziewczyny, na oko dwudziestokilkuletnie. Leżały na leżakach i wyciągały w kierunku słońca nogi.

– Nie widzę tu nic, co mogłoby pomóc nam je odnaleźć – stwierdziłem.

– Ma jaźń, drogi Doctore, podpowiada mi, że zauważyłeś coś jeszcze, lecz twa podświadomość, uznawszy ten fakt za nieistotny, utopiła go w swych głębinach. Spójrz, proszę, znowu i użyj mentalnej wędki, by wyłowić ów szczegół – orzekł Egon.

Zlustrowałem zdjęcie raz jeszcze i faktycznie, w oczy rzuciło mi się coś, co wcześniej pominąłem.

– Nie wiem, jakie to może mieć znaczenie – odparłem – ale blondynka ma platfusa, a ta czarna haluksy.

Egon zamyślił się.

– Wiele jest rzeczy pozornie bez znaczenia i wiele dróg pozornie bez celu, a jednak ich istnienie ma sens, choć nie zawsze potrafimy go dostrzec – stwierdził, po czym zamilkł.

– Od czego zatem zaczniemy? – spytałem. – Poszlak nie mamy zbyt wiele, dowodów brak. Jak ugryziemy tę sprawę?

– Czasami drzewa są tak gęste, że przesłaniają las – szepnął detektyw, jakby do siebie, po czym, już głośniej, stwierdził – Trzeba sprawdzić jezioro.

– Przecież policja już to zrobiła – przypomniał Girlfold. – Szkoda wysiłku, po za tym nie mam sprzętu do nurkowania.

– Nie zadręczaj swego jestestwa błahostkami – powiedział Scheisswurst i wybiegł z przyczepy.

Poszedłem za  nim. Stanął przy brzegu, tak, że woda obmywała mu stopy i opuścił spodnie do kolan. Nie miał majtek. Wiatr huśtał jego sflaczałym członkiem niby wahadłem zegara. Detektyw zwinął dłonie w trąbkę, przyłożył do ust i wydał z siebie dziwaczny odgłos. Przez chwilę nic się nie działo. Po kilku sekundach na gładkiej dotąd tafli jeziora pojawiły się koła i dostrzegłem coś wystającego nad powierzchnię wody. Zbliżało się szybko i kierowało wprost na Egona. Kiedy było już dosłownie na wyciągnięcie ręki, wyskoczyło z głębiny.

Ujrzałem ogromnego karpia, który rozdziawił paszczę i pochłonął Egonowego członka jak glistę. Krzyknąłem z przerażenia i złapałem leżący nieopodal drąg, z zamiarem ukatrupienia potwora. Co jak co, ale nie pozwolę, aby jakaś zmutowana ryba wykastrowała mi druha! Scheisswurst jednak powstrzymał mnie gestem dłoni. Pozostało mi obserwować, co będzie dalej.

Karp uczepił się Fiuta Egona i wierzgał, jakby próbował uwolnić się z haczyka. Scheisswurstowi najwyraźniej sprawiało to przyjemność, bo prężył się, wyginał i jęczał. Przyrodzenie detektywa poczęło twardnieć, a ryba wraz z nim unosiła się. W końcu Egon wydał z siebie długi jęk rozkoszy. Jego twarz wykrzywił dziwny grymas, czoło sperlił pot. Wytrysnął gwałtownie i obficie. Sperma najpierw zaczęła wylewać się karpiowi przez skrzela, aż w końcu, pod wpływem ciśnienia, ryba wystrzeliła jak kula armatnia i wpadła do jeziora kilkaset metrów dalej.

Wyczerpany Egon padł na kolana. Podbiegłem i ująłem go pod ramię, by pomóc mu wstać. Podźwignął się z trudem i razem wróciliśmy do przyczepy.

– Co to miało być? – spytał skonsternowany Zdzisław, oglądający całe zajście przez okno. – Zdawało mi się, czy karp zrobił ci loda?

Egon usiadł na łóżku i wsparł głowę na ręce.

– Nie, twe narządy wzroku nie zwiodły cię. Wysłałem me nasienie na zwiad. Rozpłynie się po głębinie i we śnie dowiem się, czy w jeziorze pływają jakieś pozbawione duszy ludzkie skorupy.

Rzekłszy to, zasnął kamiennym snem. Ja i Zdzisław postanowiliśmy poczekać, aż wstanie, przy partyjce szachów.

Egon spał cały dzień i całą noc. Zazdrościłem mu, ja nie zmrużyłem oka. Detektyw pierdział i chrapał, wiercił się, coś bełkotał… Stroił przy tym miny, jakby targały nim skrajne emocje. Od twarzy przypominającej spokojne lico śpiącego słodko niemowlaka po wredną gębę rozwścieczonego szaleńca. Przyglądając się tej paradzie masek, ubawiłem się setnie – to chyba jedyny plus tego wszystkiego.

Kiedy Scheisswurst obudził się, wyglądał, jakby przebiegł Runmageddon. Oczy miał przekrwione i podkrążone, twarz siną, wargi blade. Przybyło mu chyba zmarszczek. Mięśnie na całym jego ciele drżały ze zmęczenia. Usiadł na łóżku i zwymiotował obficie.

– Wszystko w porządku? – spytałem, widząc jak cierpi. Nie było to najmądrzejsze pytanie, ale nic lepszego nie potrafiłem wymyślić.

Egon otarł usta dłonią i zakrztusił się, zanim zaczął mówić.

– Drogi Doctore, czyż wyobrażałeś sobie kiedyś, jak to jest spoglądać jednocześnie milionami oczu, machać milionami ogonków, pływać w milion kierunków? Twój umysł nie jest w stanie zrozumieć pewnych zasad, a wiedza, którą posiadam, zagotowała by ci mózg. Ale nie to jest przedmiotem dyskusji. Najważniejszy fakt pozostaje jasny niczym błysk supernowej. Jezioro jest czyste jak łza. Pod względem obecności zwłok, rzecz jasna.

– Czyli jeden z najważniejszych tropów okazał się fałszywy – odparłem. – Musimy znaleźć nowy punkt zaczepienia.

– Z twych ust wylewa się rzeka mądrości – powiedział Egon, zmęczonym głosem. – Daj nieco odpocząć mym członkom, a potem ruszymy ku pobliskiemu miastu. Może tam uda nam się nawiązać kontakt z najwyższą jaźnią, zaś ta, być może, podsunie nam jakieś rozwiązanie.

 

4.

Krabów było naprawdę dupą tego świata. Pozornie mieścina jakich wiele, jednak ubóstwo mieszkańców dosłownie kłuło w oczy. Ludzie snuli się po ulicach z werwą duchów, ich twarze były zmęczone i wychudzone. Choć minęliśmy wielu przechodniów, nie dostrzegłem ani jednej osoby, której twarz rozpromieniałby choćby wątły uśmiech. Odziani w poszarpane, wyblakłe ciuchy, krabowianie przedstawiali sobą ponury widok.

Po podziurawionych ulicach, przy których stały niskie, pokryte łuszczącą się farbą domki, snuły się psy. Były tak wychudzone, że nawet pod grubą warstwą sierści dało się dostrzec prześwitujące żebra. Patrzyły na nas jak na chodzące kąski i myślę, że gdyby nie Egon, jak sam twierdził, władający ich mową, rzuciłyby się na nas i pożarły.

Wszechogarniający smutek bił z tego miejsca, jakaś przygnębiająca szarość wdzierała się w umysł i drążyła jak świder, próbując wbić się głęboko i zamieszkać w nim na podobieństwo pasożyta. Nawet mój wrodzony optymizm został stłamszony i przygnieciony depresyjnym nastrojem.

Po krótkiej wędrówce zaułkami tego skazanego na wieczną żałość miasteczka, trafiliśmy na rynek. Było to jedyne miejsce w okolicy, które można by określić jako ładne. Plac o kształcie kwadratu okalały klomby z kwiatami, o tej porze roku kwitnącymi chyba wszystkimi barwami świata. Nie pasowały tu, tak jak anioł nie pasuje do piekła. Przypominały szlachetne kamienie wrzucone w rzekę ekskrementów.

Na jednym z krańców rynku stał budynek z toaletami publicznymi. Na jego froncie dojrzałem błękitną flagę wypełnioną okręgiem tworzonym przez żółte gwiazdy. Stało się jasne, skąd miasto wzięło pieniądze na takie inwestycje.

Wisienką na torcie była usytuowana w centrum placu fontanna o kształcie koła. Trzy aluminiowe kraby wznosiły się na marmurowym postumencie, złączone ogromnymi szczypcami. Z ich otworów gębowych wystrzeliwały strugi wody. Przysiedliśmy na stojących nieopodal tego małego cudu ławkach i obrzucaliśmy rynek badawczymi spojrzeniami.

Tak się złożyło, że trafiliśmy na dzień targowy. Egon zaproponował, by przespacerować się między straganami. Nadstawić ucha, nosa, wzroku, upraszczając, postarać się wyłapać jakieś szczątki informacji z panującego wokół gwaru.

Kramy przedstawiały się zwyczajnie. Blaty uginały się pod ciężarem owoców i warzyw, kobiety handlowały używanymi ciuchami. Takie mobilne lumpeksy. Ciekawy pomysł, w moich stronach zupełnie nieznany. Jakiś ciemnoskóry mężczyzna oferował kiczowate zabawki, takie, jakie często widuje się na odpustach, liche śrubokręty, wiertełka, pilniki, klucze, linki oraz sznurki i tym podobny szmelc, którego żywotność przy intensywniejszym użytkowaniu wynosiła zapewne kilka dni. I to w porywach. Zauważyliśmy również objazdowy sklep ze swojskimi wędlinami.

Przemykaliśmy między stoiskami, ale nic nie chciało zaświtać nam w głowach. W końcu, całkiem przypadkowo, natrafiliśmy na pewnego młodzieńca, który klęczał na gołej ziemi, a na kocu przed sobą wystawiony miał dość nietypowy towar. Trochę mocno steranych damskich oraz męskich butów, odrapane piloty od telewizorów, używane płyty CD z muzyką biesiadną, parę uszkodzonych zabawek. Przyglądaliśmy mu się przez dłuższą chwilę. Zastanawiało mnie, dlaczego los musi być tak brutalny, że zmusił tego biednego człowieka do wyprzedawania wyposażenia własnego domu. Pomyślałem, że to miasto to żadna dupa świata. Krabów jest jego ślepą kiszką, w dodatku chorą, ropiejącą, nadającą się tylko do wycięcia.

Pokręciliśmy się jeszcze trochę po rynku, po czym zmożeni głodem udaliśmy się do pobliskiej restauracji. Obskurny, opustoszały lokal godnie reprezentował to udręczone miasto. Zamówiliśmy pizzę, najgorszą jaką w życiu jadłem, i usiedliśmy w ogródku piwnym. Nawet tutaj pałętały się zabiedzone psy. Krążyły w pobliżu z wywieszonymi ozorami oraz oczyma wypełnionymi nadzieją, że może choć kęs, wypluty i rzucony na ziemię przypadnie im w tej uczcie.

– Czy dostrzegłeś, drogi Doctore, coś, co pomogłoby pchnąć ten syzyfowy głaz naszego śledztwa choć odrobinę w przód? – spytał Egon, przeżuwając gumowaty kawałek pizzy.

– Wydaje mi się, że ten głaz wkrótce stoczy się i rozgniecie nas na miazgę – odparłem. – Nie zauważyłem zupełnie nic. Nic, a nic.

– Za to mój wzrok wyłapał pewien istotny detal, jednak mógł to być jedynie miraż, jaki ukazuje się spragnionemu wędrowcowi na pustyni w największy skwar – rzekł Scheisswurst.

– Co takiego zauważyłeś? – zainteresowałem się natychmiast.

– Nie pora i nie miejsce, by o tym rozmawiać – odparł, podnosząc się. – Chodź, przyjacielu, przemieśćmy nasze jestestwa do twego środka lokomocji i udajmy się nad jezioro. Mój umysł musi przetrawić pewne fakty i informacje, a gdy wydali wnioski, wtedy wrócimy tu i miejmy nadzieję, że staniemy się tym, czym miecz Aleksandra Wielkiego stał się dla gordyjskiego węzła.

Jakież miałem wyjście? Wsiedliśmy do mego wysłużonego garbusa i wyruszyliśmy w powrotną podróż ku polu namiotowego Zdzisława Girlfolda, gdzie czekał na nas nasz tymczasowy mobilny dom.

 

5.

Całe dwa dni Egon przetrawiał fakty. I to przetrawiał w sensie dosłownym. Pogrążony w letargu, leżąc nago na łóżku z oczyma wywróconymi bielmem, wydawał z siebie kakofonię odgłosów tak dziwnych, że chyba nawet w piekle nie słyszano czegoś tak popieprzonego. Z uszu buchały mu kłęby ciemnego, cuchnącego spalenizną dymu, mięśnie drżały, a włosy na całym ciele stały dęba.

W piątek, tuż po wschodzie słońca, Scheisswurst zerwał się na równe nogi. Znów przyodział się tak szybko, że nie zdążyłem tego wyłapać. W jednej chwili leżał golutki jak go Pan Bóg stworzył, sekundę później stał przede mną w pełnym rynsztunku bojowym, czyli tym zabawnym indiańskim wdzianku.

– Kierujemy się do miasta, Doctore – rzekł, po czym wyszedł i wsiadł do mojego garbusa.

Cóż było począć? Podążyłem za nim. Odpaliłem auto i wyruszyliśmy.

– Pędź niczym wiatr podczas tornada! – krzyczał. – Winniśmy zdążyć, nim zwinie się targ!

Na rynek Krabowa wjechaliśmy z piskiem opon. Egon wyskoczył z samochodu i rozejrzał się. Znalazłszy to, czego szukał, ruszył biegiem. Popędziłem za nim. Kierował się ku temu nieszczęsnemu chłopakowi, który klęcząc na gołej ziemi, usiłował sprzedać wszystko, co wyniósł z domu. Stanął przed nim niczym kat i wycelował w biedaka palec.

– Ty parszywa gnido! – ryknął na całe gardło.

Chłopak speszył się, a ludzie, kręcący się po targu, stanęli jak wryci i spojrzeli na detektywa z wyrazem zdziwienia na twarzy.

– Tak, do ciebie mówię, kaprawy skunksie! – kontynuował Egon. – Rozszyfrowałem cię! To ty porywasz te nieszczęsne dziewczyny! Myślałeś, że wymkniesz się szalom sprawiedliwości? Ludzie, czyż nie widzicie, że hodujecie żmiję na własnym łonie? Że ten parszywiec ściąga hańbę na to miasto?!

Po tej żarliwej przemowie Egon skrzyżował ramiona na piersi i zamarł w niemym oczekiwaniu. Spodziewał się chyba jakiejś reakcji ze strony zaskoczonych mieszkańców, ale raczej nie takiej, jaka nastąpiła. Najpierw chłopak handlujący szpejami poderwał się na równe nogi i plunął Scheisswurstowi w twarz.

– Gówno! – wrzasnął. – Możesz mnie w dupę pocałować! Zaraz skończysz jak te tępe dzidy, dziadu! W naszych żołądkach!

Potem do akcji wkroczył mężczyzna sprzedający wędliny z ciężarówki. Z tasakiem w dłoni zbliżał się do Egona, zaś jego i tak paskudną, pucołowatą gębę szpecił dodatkowo sadystyczny uśmieszek kogoś, kto poćwiartował już niejedne ludzkie zwłoki. Mieszkańcy również postanowili dołączyć się do mającego nastąpić za chwilę linczu. Zacieśniali wokół detektywa coraz ciaśniejszy krąg. Ich oczy pałały żądzą mordu.

Z trudem przepchnąłem się przez tłum i stanąłem obok przyjaciela. W życiu nie opuściłem go w potrzebie, a i tym razem, choć śmierć zaglądała nam w oczy, przez mój umysł nawet nie przemknęła myśl, by zostawić go na pastwę losu. Zacisnąłem pięści i wzniosłem gardę. Postanowiłem sobie, że nim skonam, złamię choć jeden nos.

– Zaszczytem było móc towarzyszyć ci w tej przygodzie, Egonie – rzekłem wzniośle, gotowy na krwawy bój.

Nie usłyszałem odpowiedzi. Zerknąłem na detektywa i spostrzegłem, że znów zapadł w ten dziwny letarg. Jego ciało poczęło dziwnie falować, gałki oczne pod zamkniętymi powiekami drgały jak szalone, mięśnie, napięte do granic możliwości, dygotały opętańczo.

Tłum podchodził coraz bliżej. W rękach Krabowian zaczęła pojawiać się improwizowana broń. Ktoś wyciągnął z kieszeni scyzoryk, jakiś młodzieniec schylił się po kamień, gruba baba ściskała w opasłej dłoni konserwę. Łysiejący dziadek w potarganym surducie wymachiwał laską. Jakiś gówniarz rozbił butelkę i z tulipanem w ręce zachodził nas od tyłu.

W końcu pierwszy przeciwnik wszedł w zasięg mych rąk. Spasiony facet śmierdzący alkoholem i papierosami. Usiłował złapać mnie za gardło. Potraktowałem go prawym prostym. Wypluł kilka zębów, zatoczył się i upadł bez ducha. Dało mi to ledwie sekundę wytchnienia. Już po chwili lewym sierpowym odparłem atak czarnowłosej nastolatki, usiłującej wydrapać mi oczy kiczowato pomalowanymi paznokciami. Jako trzeciego powaliłem chudego młodzieńca, który niemrawo próbował kopnąć mnie w krocze. Pobierane w młodości lekcje boksu nie poszły na marne. Jednak nawet znajomość arkan tej szlachetnej sztuki walki nie mogła długo chronić mnie i Egona przed rozwścieczonymi mieszkańcami.

Już widziałem blask słońca w ostrzu tasaka. Już prawie czułem ostrze scyzoryka wbijające mi się w brzuch. Niemal upadłem, uderzony w głowę konserwą. I nagle wszystko zamarło. Czas jakby stanął w miejscu. Atakujący nas mieszkańcy stanęli jak wryci i rozdziawiwszy usta, spojrzeli w górę. I ja uczyniłem to samo.

Oczy prawie wyskoczyły mi z orbit. Tuz nad naszymi głowami lewitował Egon Scheisswurst. Z nogami skrzyżowanymi w pozycji kwiatu lotosu, ściskając w dłoni swoje amulety, zaczął śpiewać. Jego głos rozdarł ciszę niczym brzytwa mordercy gardło ofiary.

– A a a eee! A a a eee! Aaeeeaeee! Aaeeeaeee!

I wtedy rozpętało się piekło. W przeciągu sekundy wszyscy atakujący nas mieszkańcy Krabowa stanęli w płomieniach. Zmienili się w żywe pochodnie. Jeszcze przez moment trwali w miejscu, nieświadomi, co właściwie się z nimi dzieje. Gdy ból ich otrzeźwił, wybuchła panika. Biegali w kółko wymachując rękoma, tarzali się po ziemi, bezskutecznie próbując umknąć pożodze. Zderzali się ze sobą i upadali, a ich wrzaski wraz z cuchnącym dymem wznosiły się ku niebu. Byli tacy, co wskakiwali do fontanny, jednak nawet pomimo faktu, iż cali zanurzyli się w wodzie, ogień i tak trawił ich ciała do gołych kości. Co ciekawe, ja nie doznałem najmniejszego nawet poparzenia, choć wielu z palących się wpadało na mnie, zaś jeden z nich w ostatnim desperackim akcie zemsty uwięził mnie w niedźwiedzim uścisku.

W końcu na rynku Krabowa zaległa setka zwęglonych trucheł. Fetor był nie do wytrzymania. Egon, jak gdyby nigdy nic, spłynął na dół, stanął obok mnie i rozejrzał się.

– Co się w ogóle stało, Egonie? – spytałem. – Już prawie żegnałem się z życiem, a ty wtedy…

– Dajmy już temu spokój, przyjacielu – odparł detektyw. – Pewne rzeczy, których sny filozofów nie byłyby w stanie ogarnąć, i w twym umyśle nie znalazłyby zrozumienia. Wiedz jedynie, że tak jak dzieci posłuszne są swej matce, tak żywioły wszelkie słuchają się indiańskich szamanów. A teraz wracajmy, jestem zmęczony. Zdzisław z pewnością oczekuje na wieści.

– Tak, z pewnością – odparłem. – Jednak jedno bez dyskusji musisz mi zdradzić. Jak odkryłeś, że akurat ten chłopak jest odpowiedzialny za porwania?

Detektyw roześmiał się.

– Widziałeś te damskie buty, którymi handlował?

– Widziałem.

– Przyjrzałeś się im?

Pokręciłem przecząco głową.

– A trzeba było. Jedne nosił ktoś z płaskostopiem. Drugie należały do osoby cierpiącej na haluksy.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: