polskie centrum bizarro

„Czarne Skarpetki” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Luty 4, 2019 at 6:00 am

Dzisiaj będzie o wielu rzeczach. O chodzieniu. O myśleniu magicznym. O silnych przekonaniach i co z tego wynika. O tym, czy jogging faktycznie jest zdrowy. O sąsiadach. O pierwszych objawach paranoi. A może po prostu o skarpetkach, które można potraktować jako kwantyfikator ogólny dla garderoby o specjalnych właściwościach. Maciej Żołnowski po raz kolejny udzieli nam w języku kwiecistym symbolicznej opowieści tylko z pozoru dziwnej treści. Jak wiele lotnej myśli może zawierać opowiadanie tak niedługie, przekonacie się poniżej. Nic nie jest pewne, oprócz tego: skarpetki już nigdy więcej nie będą takie same!

Czarne skarpetki

Mam pecha albo i nie – w zależności od tego, jakiego koloru są moje skarpetki. Wytłumaczę to dokładniej. Czarne oznaczają brak szczęścia, różnobarwne – większy lub mniejszy uśmiech losu. Dziś lekkomyślnie założyłem te pechowe, te cholerne. Przez cały dzień nic złego się nie działo, ale – do czasu!

Podczas wieczornego truchtu po zaułkach Czarnego Lasu, w możliwie najbardziej oddalonym od cywilizacji zakątku mojego miasta, zorientowałem się nagle, że ktoś lub coś za mną gna. Dotarła do mych uszu odrażająca fala sapania, pochrapywania, pomlaskiwania, a nawet coś w rodzaju parskania czerkieskiego rumaka w pełnym galopie. Bojąc się to sprawdzić, w myśl zasady „nie oglądaj się, bracie, za siebie, jeśli nie musisz”, zdołałem jedynie przyśpieszyć. Uff! Przez jakiś czas zachowywałem bezpieczny dystans, ale kiedy minąłem jedyną, a na dodatek niepewnie pełgającą latarenkę – wszystko się zmieniło na moją niekorzyść. Lampa zaczęła rzucać cień, czarny i wredny, który zdawał się rosnąć z każdą chwilą w miarę oddalania się od źródła światła, a obraz intruza nabierał coraz bardziej realnych i demonicznych kształtów – i to nie tylko w mej wyobraźni. Pędziłem ile wlezie i prawie już wypluwałem płuca, gdy nagle kroki za moimi plecami zupełnie ucichły. Przystanąłem, odczekałem chwilkę, zebrałem się w sobie i w końcu obejrzałem za siebie. A tam nie było już nikogo ani niczego prócz wieczornych mgieł. Kontynuowałem następnie trening w bardziej bezpiecznej – jak mi się wtedy zdawało – części lasu.

Wtem na horyzoncie ujrzałem niewyraźną poświatę. Był to odwrócony sierp księżyca. Na jego tle zamigotała znajoma sylwetka młodego mężczyzny z pochyloną głową, około dwudziestki, trzydziestki (czterdziestki?), maszerującego naprzód i poruszającego rękoma (trzymanymi razem i blisko tułowia), raz na lewo, a raz na prawo, raz na lewo, a raz na prawo.

Jezus Maria! Zombie! – pisnąłem przez zaciśnięte zęby.

Zzzzzzz – odpowiedział mi puchacz tak efektownie, że aż mnie normalnie zmroziło.

Zzześć! – odezwała się zzznienacka tajemnicza postać. – Nie poznajesz zzząsiada zzzpod zzzwójki? To ja, Marian Zzząbek.

Zzzzzzz – odpowiedział puchacz Marianowi i zrobił to powtórnie efektownie i zjawiskowo. W ten sposób zmroziło mnie po raz drugi i jakby mocniej, można powiedzieć dotkliwiej albo chłodniej.

Zzzajętyś jest? A ja se ćwiczę zzzwyczajnie chód-marszobieg. 

Ćwiczył se zwyczajnie chód-marszobieg, rozumiecie? Czub zwyczajny postępujący i cymbał złośliwy kroczący-majaczący! Ludzie tak teraz ćwiczą, trzymając łapki złączone, główki zaś pochylone. No co, nie wiedzieliście? Do parków i Czarnych Lasów nie chodzicie? I wyglądają przy tym jak emerytowani kosmici – eks-admirałowie obcych flotylli.

Ugryzłem się w język. Widocznie jego nazwisko tak na mnie podziałało, poraziło mnie i wściekle pogryzło (niektóre nazwiska powinny nosić kaganiec). Marian zauważył moje zmieszanie i chciał coś jeszcze powiedzieć, zzzagadać znaczy się, ale nie zdążył. Było mi tak straszliwie głupio, że zabrałem się z powrotem do domu, po prostu i bez słowa.

Wcześniej zdążyłem obiecać sobie w duchu, że już nigdy, przenigdy nie założę tych plugawych, nadszarpniętych zzzębem czasu i na dodatek jeszcze dziurawych skarpetek koloru smoliście czarnego z czarnymi plamkami – pozostałością po soku z czarnej porzeczki ze spiżarni cioteńki Gertrudy Zmory ze wsi Zaraza, zzzzzz… Nawiasem mówiąc: zdaje się, że to gdzieś na Podkarpaciu, no nie? Ale głowy nie daję; oj, głowy nie daję.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: