polskie centrum bizarro

„Na początku było Piwo” by Maciej Żołnowski

In Różne, różniste on Marzec 4, 2019 at 6:00 am

Drodzy moi, drodzy mili! Jak licznie żeście przybyli! Jeśli chcecie wiedzieć czemu, zaufajcie Paskudnemu: uciekajcie do kazamat, na Literkach mamy dramat. Ekhem… Maciej Żołnowski ma wiele oblicz (o jego kolorach i ich odcieniach nic nie wiemy, zatykamy uszy i lalalujemy!). Wiemy, że Maciej ma coś wspólnego z robotą na packingu, magicznymi elementami odzieży oraz na pieńku z odkurzaczami, ale nikt nie podejrzewał, że wyjdzie z niego dramaturg. Przyznajcie, pewnie dawno zapomnieliście, co to didaskalia, akty, sceny i inne Antygony. Czy ktoś jeszcze docenia, jak zacny to gatunek? Czy ktoś?! Tutaj zaś nie dość, że dramat, to jeszcze apoteoza. I to nie byle jaka i nie byle czego. Radujcie się, wielbiciele trunku o kolorze bursztynu! Czas waszej chwały nastąpił w antycznym stylu!

 

Na początku było, a później już nie dramat w jednym akcie

Motto:

To, co widziałem przez sekundę lub dwie, wystarczy mi do końca życia. To we mnie zostało. Potworna, olbrzymia fala szarej galarety, galarety, która formowała się w kształt człowieka i zostawiała za sobą pasmo śluzu” (Stephen King „Szara materia”).

Osoby:

GŁOS GAJOSA, narrator celebryta.

ZENEK, znany również jako „Mózgu”, ćwierćbóg pośród stałych bywalców pubu „U Mariana”.

KUMPLE ZENKA, młodzież gimnazjalna do lat osiemnastu.

KNIEJA, przedstawicielka flory, bezimienne drzewostany.

MAŁA ŻABKA SABKA, przedstawicielka świata fauny.

BOCIEK, po prostu wiejski maciek.

DNO, po prostu dno (tylko dla wtajemniczonych, bo reszta i tak nie zrozumie).

PAN LESZEK CIPKA, postać fikcyjna, niestrudzony cenzor, wybitny znawca literatury. starożytnych (kosmitów) oraz poezji Gumisiów (w wersji dla słyszących inaczej).

Akt I

Scena I

Kurtyna idzie w górę.

GŁOS GAJOSA

Na początku było piwo. Wszystko przez nie się stało, a bez niego nic się nie stało, co się stało. To było piwo jasne (jasne, że zimne). W nim było życie. Każdy moczymorda o tym wie. Dlatego od rana aż do wieczora moczy usta swe. Ale jeden wie lepiej, czuje i pragnie mocniej i bardziej. I to on właśnie wlewa w siebie te tak zwane piwne hektolitry, i to tak wielkie, że pewnego razu sam się nimi staje, niczym słowo, co się zmaterializowało i zamieszkało między nami. Oto wielka tajemnica Zenka: istota, istnienie i przeistoczenie. Od tej chwili wypełnia go napój alkoholowo-chmielowy od stóp aż po otwory nosowe i uszy, którymi się ów trunek wylewa, przelewa. Zenek śmierdzi piwskiem i piwskiem jest cały od dolnych swych partii aż po same – można by powiedzieć – pieniste brzegi. Można by, gdyby też ciało Zenkowe miało brzegi, a on sam – jakieś limity. Ów człek nie ma w sobie krwi (osocza, krwinek) ani żadnych narządów wewnętrznych. Jak w takim razie żyje? Jak funkcjonuje? Nie wiadomo. Mówimy tutaj o fenomenie, w którym wszystko zostało zastąpione przez ciecz kuflowo-barową w kolorze moczu oraz piwnych oczu.

Podobno parę tygodni temu Zenka zaatakowali kosmici, ale: ci, ci, ci! Ło, ło! To by wiele wyjaśniało. Ten, którego imienia nie będę w tej chwili wypowiadał nadaremno (dla uniknięcia zbędnych powtórzeń, tak przez purystów językowych nielubianych), mógł sam stać się kosmitą w ludzkiej skórze. Nie łżę, prawdę mówię! A następnie przybrać postać chodzącego browca dla – jak to mówią – fachowca. Innego wyjaśnienia tego cudownego przeistoczenia nie ma! Nie wyobrażam sobie natomiast, ażeby człek (choćby i tym człekiem był nasz Zenek), stał się nagle mobilnym kuflem z pieniącą się radośnie zawartością. Oj, nie, nie, nie! Oj, nie, nie nie! Powiedzmy sobie szczerze, że bez kosmicznej, higienicznej obcych interwencji ani, ani! Ani rusz!

Scena II

GŁOS GAJOSA

Pewnej niedzieli homo browarnikus umawia się z kumplami na piweczko. Słoneczko świeci, deszcz nie pada, a dzień zapowiada się radosny. Będzie z nimi hasał po lasach, przednio się przy tym bawiąc. Będą tańce i swawole i muzyka w kole (a przynajmniej tak długo, jak długo będzie alkohol).

Lecz oto, w pewnym momencie, zrywa się srogi wicher, co zwiastuje nieszczęść moc. I grom z jasnego nieba gwałci dziewiczą ciszę, a knieja rzecze: „nie ma”.

ZENEK

Jak to nie ma?

KUMPLE ZENKA

A tak to. Skończyło się. Wszystko wypite.

KNIEJA (chóralnie)

W tobie, Zenku, jedyna nadzieja, bo „Żabki” w pobliżu, oświetlonego blaskiem słonecznym, ruczaju nie ma.

MAŁA ŻABKA SABKA

Kum, kum, kum! Chlap, chlap, chlap! Kum, kum, kum! Chlip, chlip, chlip!

Bociek, maciek nadlatuje.

Kle, kle, kle! O kurwa! 

GAJOS-GŁOS

Chwyta się Zenek za swój łebek, wykręca go i odrywa, tak jak odrywa się zawleczkę w puszeczce. Teraz z gwinta się wypija piweczko z trzewi Zeneczka za zdrowie tych, co przeżyli i nadal pląsają niczym kica zając, żywot bohatera tego szorciaka za nic mając.

Bo na początku było piwo, a na końcu jest zawsze dno oraz ów brzydki rym do gówno.

DNO (chóralnie z KNIEJĄ albo solo – w zależności od budżetu spektaklu)

Być albo nie być dnem? Oto jest pytanie.

PAN LESZEK CIPKA

Nie, nie, nie, panie. Ta niesmaczna sztuka psuje mi moje śniadanie oraz piórem nadobne z rana ruchanie. Patrzajcie mi prosto w oczy, za miliony katusze cierpiąc, a jak nie, to Arcywysoki Cenzor, z arcywysokości swej immanentnej, okrakiem i z wycelowaną celnie dupą na was jak grom z jasnego nieba wyskoczy. Bu, ha, ha, ha!

Kurtyna opada. Reżyser i aktorzy czekają na owacje na stojąco oraz kwiaty (mogą być nawet sztuczne goździki). 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: