polskie centrum bizarro

„Wije” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Kwiecień 6, 2019 at 6:00 am

Maciej Żołnowski to częsty gość na łamach Niedobrych Literek i jak widzicie nadal nie ma zamiaru spocząć na laurach. Ewentualnie, to laury mogą spocząć na nim, a raczej na jego głowie. Ale to tak na marginesie.  A tymczasem  zapraszamy  do  zapoznania  się  z jego  najnowszym  tekstem,  opowiadającym  o górskich  podróżach  i tym,  co  z tych  podróży  może  wyniknąć. Ku przestrodze, ku nauce i w ogóle ku ku…

h

Wije

h

Działo się to dawno, dawno temu, kiedy był ja jeszcze młody. Wtenczas też, tak jak i tera, trwała zima. Śniegu napadało od chuja i ciut-ciut, a miało jeszcze sypać przez kolejnych kilka dni. Wymyślił se ja ambitnie, że ho, ho, że pójdę za te cztery szczyty, ło tam, do małej, maluteńkiej wioseczki, położonej po drugiej stronie granicy, zdjęcia porobić.

Ach! Cóż to było za miejsce – tera już takich ni ma – niezelektryfikowane, pozbawione dróg dojazdowych i przez to kompletnie, ale to kompletnie odizolowane, gdzie, jak to mówią, psy dupami szczekają. A chopy mi mówiły: „nie pchaj się, bratku, nie pchaj się, Gieniuś”, a ja, gupi, i tak polazł. Ach, Boże, gdybym wtenczas wiedział to, co wim tera… Oj, oj, oj!

Teren przygraniczy, dziki, zero wopistów, jakichś zimowych patroli. Trepy wolom se lepić bałwany i chlać ten swój samogon w bazie, ale, wisz… no nieważne zresztom.

A u nas je tak, że każda kolejna wiocha wyżej leży, znaczy, je wyżej położona od sąsiedniej. Kiedyś ja czytał trochu. No co się, co się, kurwa, śmiejesz?! Co rżysz?! Poważnie gadam!

Kiedyś ja czytał trochu o tych najwyższych osadach, miastach andyjskich i innych, co znajdują się na czterech i pięciu tysiącach metrów nad poziomem mórz i oceanów, ale… no tak, wim, już wracam do historyjki.

Oczywiście był ja przygotowany. Miał ja wszystkie potrzebne pierdółki: gorzałkę, rakiety, panie, narty, kurtki, czapki, kapce, kierpce, prowianty, namioty cygańskie – te sprawy. Szłem wtenczas z Czabanem, świeć nad jego duszą, moim wiernym, najdzielniejszym na tym ziemskim pizdole „rasowym” kundlem z rodowodem kundla… z dziada, pradziada kundla.

Długo się ja najprzód wspinał. Zero dróg asfaltowych, wytyczonych szlaków, tylko lichutka ścieżyna, mocno zarośnięta jakimś zielonym gównem, sosnami, świerkami, limbami, panie, i tera na dodatek jeszcze zaśnieżona. Na szczęście były tam całe niera odcinki, takie fajne, wydeptane przez zwirzątka, bo i zwirzątka, to wisz, potrafią niekiedy ułatwiać sobie życie w dość, powiedziałbym, mądry i zmyślny sposób. Chadzają po własnych śladach.

Wync ide i se myśla: „hmm, od razu znoć, że nikt tędy ostatnio nie łoził”. Dobrze, że choć trochu ja wiedział, co i jak, że znał ja ten dziki matecznik przyrody. Ale przez cały czas towarzyszyło mi dziwne wrażenie, że coś za mną lizie i mnie łobserwuje.

W pewnym momencie ścieżka zeszła ostro w dół do strumienia, biegła trochu krótkim przejściem, pierdolnikiem-tunelikiem pod skałkami, trochu korytem niezmrożonym, by po chwili móc się wzbić na swój normalny, wysoki pułap. Górska woda fajno tak chlupotała, jak to woda, ale dojrzał ja coś, co mi się za chuja nie spodobało. Czaban też coś poczuł i się zjeżył.

Ida wync i patrzę, a tu: jakieś dziury we śniegu porobione, jakby wydrunżone. Po co? Na co? Nie wiadomo. Po jednej stronie potoku stromizna, po drugiej, jeszcze lepiej, bo urwisko, a u góry, niby chujki, wapienne maczugi wyrastają strzeliście ku niebu, jakby se czekały na ogrów i harnasiów normalnie.

Ale nic! Przeszedł ja tunel i lizę dalej.

Słuchaj no, młody, tera będzie najlepsze!

Nagle jak nie zaszumi, jak nie zahuczy tak jakoś złowrogo. Zza drzewa wynurzyła się czarna maszkara, coś jakby glizda kształtem, ino większa, plugawsza, straszniejsza. Smród od niej buchał taki, że joj, jak od mojej byłej, krucafiks! No i spojrzała na mnie tymi skrzącymi się ślepiami.

A niech mnie piorun strzeli i zara na miejscu ukatrupi, jeśli kłamię, jeśli wszytko, co ja żem tu godoł je bujdą.

Osłupiał ja w pierwszej chwili, psiaka na siłę przy sobie przytrzymał, przetarł oczy i tupnął odruchowo kapcami, ażeby maszkarę odgonić i w pizdu posłać. A wielka była, no taka gdzieś, długaśna, dorodna, że hej, niczym człek dorosły na kozim mleku spasiony.

W drugiej chwili ja zrozumiał, że nie mógłbym boje o życie toczyć z tak wyrośniętym robalem, nie we śniegu, nie w tem jej naturalnym środowisku. Na szczęście, ani żem się nie obejrzał i ani sekunda wyncej nie minęła, jak już nie było zarazy, tfu!

Myślę se: „ma mnie, kurwa, dorwać? A taka mać”.

Poszedł ja wync dalej, bo coś mnie się zdawało, że, miast sterczeć jak kołek, lepiej by mi było iść prędziuchno: do przodka, albo w tył zwrot i do doma… gdziekolwiek, byleby jak najdalej stąd. Zresztą strach trochu odpuścił po drodze i ja se nawet myślał, tentego, żem się tą gorzałką struł, żem się, no wisz, letko był opił, i że mi coś się zwidziało.

Nieźle się zapowiada, co? No sam powiedz.

Na szczęście przeprawa przede mną tera miała być krótka: nie wyncej jak ze dwa, może trzy zakręty. I tak oto stanął ja wkrótce u wrót Wijowa, gdzie cichuteńko było i jakoś tak pustawo… Nikogusieńko ja nie widział, aż żem się zdziwił normalnie. Tylko wokół jednej chałupy – ruch, panie. Niewielki, bo niewielki, ale jednak. Starowina się krzątała, miotełką łobraca tam i z powrotem i nawet nie była zaskoczona moją wizytą. Zaprosiła do środeczka, gestem ręki mnie zawołała, bo zdaje się niemową od urodzenia była, bidula. W normalny sposób niczego ja się od niej dowiedzieć nie mógł.

Co mnie zdziwiło? Że we wsi pustki? Że nikt na mnie z fanfarami i łorkiestrami Golcami nie czeka? Otóż ni! Posłuchaj.

Były tam takie dziwne skóry, porozwieszane po ścianach niby myśliwskie trofea czy… ja wim co? Łod razu mi się w oczy rzuciły i dały mi do myślenia, bo, wisz, wyglądały jakby z anakondy zdjęte. Nie wim, co to mogły być za źwirzaki, co z nich te skóry pozłazili albo same, albo z pomocą człowieka, czort z tem. Ale wim jedno, bratku – u nas takich ni ma.

Tymczasem baba mnie chyciła za ramię i prowadzi do kuchni. „Ej, dziękuję, babciu, już żem konsumował”, mówię. Na to ona mi pokazała stojaki na takie długie, drewniane trumby, wisz… po naszemu trombity. Znał ja te instrumenta i inne takie duperele, co hałasy robią. Ino tera ja się zaczął zastanawiać, czemu to jedna trumba w chałupie u baby się ostała i gdzie ryszta tych góralskich cacek. I żem to jej powiedział na głos, na co ona palcem tylko wskazała na las, sterczący za oknem.

Zdjęć ja w siole nie robił póki co, ani nic, tobołki swe tylko pozostawił u gospodyni, Czabana chycił i ruszył w te pędy za myśliwymi ku kniei, bo czasu do wieczora było już maluśko. Oczywiście aparacik fotograficzny ze sobą ja wziął, tentego… aparacik, narty, karple, no i latarenkę.

Szłem po śladach wieśniaków jakieś dziesięć minut, a zanim ja ich ujrzał, wpierw żem zwrócił uwagę na donośny, a długi dźwięk, dobywający się z oddali. „Trombita”, pomyślał ja se. „Trombita tak piknie daje”.

Tera uważaj! Nadstawiaj ucha, bo bydzie najlepsze.

A jak żem ich ujrzał, okazało się nagle, że znalazł się ja w niefortunnej sytuacji: między polującymi a ofiarami, między nagonką a ganianymi tam, po tym lesie, znaczy. I tak oto, wisz, ja sam żem się stał wkrótce źwierzyną.

Ech, mój Boże! Wszystkie ludzie mnie tera ścigali – ludzie i nieludzie. Wyglądało to dziwnie: po jednej stronie znajdowali się wystraszeni uciekający, po drugiej zaś – te glizdy, co żem jedną z nich już we śniegu przy potoku widział, trzymane przez wieśniaków na smyczy niby pieski myśliwskie – gończe i płochacze… kokery, wyżeły, spaniele.

Kurwa! No co mam powiedzieć!? Nie zachwyciła mnie ta cała sytuacja wcale to a wcale.

I zaczął ja co tchu w stronę Wijowa spierdzielać, a te bestie – ludzkie i nieludzkie – dawaj za mną. Na szczęście miał ja takie krótkie narty turowe, zjazdowe czy chuj wie jakie (jak zwał, tak zwał).

Powiem ci, jak było dalej…

Ścigały mnie te spuszczone ze smyczy kurwiszony zaciekle i już nawet wyczuwał ja ich oddech smrodliwy siarkowy na plerach, a wibracje podłoża pod stopami swymi. Im więcej było śniegu, tym sprawniej się w nim uwijały. Takie były z nich skurwysyny.

Nagle, z prawej strony, rozległo się przeraźliwe takie cóś: „bach”! I spostrzegł ja, jak jednego takiego, co ze mną uciekał, a właściwie, to obok mnie, stwór dopadł i już wpierdziela, i już go rozrywa i na miazgę trawi – takiego chopa: dwa metry wzrostu, sześć na dziewięć w barach – i na miazgę! Rozumisz?

Jeszcze nawet sekunda nie minie, a tu – jak nie bachnie drugi raz z drugiej strony, tym razem.

Zaczynało się robić naprawdę gorąco. Ci tam, łoo, z końca knajpy, toby się chyba posrali w te swoje śmierdzące gacie. Ech…

Kolejne takie pierdyknięcie mogło oznaczać tylko jedno – mój własny kres. Tym razem jednak dało się słyszeć długie i przeciągłe: „beee”! Trombita? – myślisz. Otóż nie, sra, ta, ta, ta, nie tym razem. A co? A to, że jedna z tych glizd-pizd okazała się być wielce niewychowana, zdradzając wszem i wobec, iż nie wie, że przy jedzeniu się nie… beka.

Słuchajcie, Macieju! Żarty na bok!

Jedno mogłoby mnie tera uratować – zjazd na złamanie karku ze stromizny o kącie nachylenia minimum czterdziestu stopni aż do mojej wioski i wołanie tam o pomoc.

Ach, mój Boże, gdybym wtenczas wiedział to, co wim tera. A chopy mi mówiły: „nie pchaj się, bratku, nie pchaj się, Gieniuś”, a ja, gupi, i tak polazł. Oj, oj, oj!

Było tam coś takiego stromego, metalicznego, przysypanego letko śniegiem, coś akurat w sam raz, jakby na zawołanie. Wlizł ja se aż tam, het, a żwawo. Nie srajdolił ja się z tym. Potem Czabana żem przywołał: „Czabuś, Czabuś”. A łon nic. No to ja znowuż: „Czabek, Czabek”. I znowuż nic. Okazało się… co się łokazało, że te bydlaki psa mi zajebali… niekulturalnie tak, tentego. I już ja wiedział, że łoni nieludzie i nawet nie-źwierzęta, tylko jakieś takie burki z Wólki czy innej galaktycznej pipidówki klasy B, D. Ja żem po prostu widział, jak jeden z drugim se zabawy z futerka mojego kundelka urządzają: „dawaj łuszka”, mówi jeden, „dawaj łogona”, mówi drugi. I tak w koło Macieju: „dawaj łuszka”, „dawaj łogona”.

Ech! Szkoda gadać! W mordę trza lać! Na zdrowie!

Wisz, co to był za metal (ten przedmiot, co żem z niego na złamanie, i tak dalej, zjechał i do doma pizdnął)? To było nic innego, jak UFO normalnie. UFO, godam! Ono mnie uratowało, to znaczy… co to znaczy: żem se zjechał aż do samego Knurowa.

O! I benc! Koniec story.

Ale powiem ci, com się strachem objadł, to moje, kurwa, moje! No i psa żem stracił. Świeć Panie nad jego…

A tera słuchaj! Coś ci dokładnie wyjaśnię, żebyś wszystko dobrze zrozumiał, bo mi nie wyglądasz na zbytnio bystrego (wybacz, że to mówię).

Pod Wijowem, jakieś sto lat temu, rozbił się statek kosmiczny i w łokolicy zaroiło się od dziwnych robali! Z początku nieufni mieszkańcy, z czasem nauczyli się żyć z przybyszami z obcej planety, a co siedem lat nawet urządzali wspólnie z nimi polowanie.

Nadążasz, młody?

Nie było to jednak takie sobie zwyczajne myślistwo w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, lecz rytualna pogoń za trzema, hmm, jakby to powiedzieć, „ochotnikami”, których oddawano śnieżnym potworom niejako w ofierze. Ci – musieli się tylko odpowiednio z nimi rozprawić i… uwinąć. I wszystko!

Niedostępne miejsce, Wijów, stało się przez to jeszcze bardziej niedostępne, ale – powiedzmy sobie szczerze, he, he! – niektórzy uważali i uważają nadal, że to tylko legenda, bajeczka dla grzecznych dzieci.

I widzisz, i tak to, o! I żem ci wszyściuteńko jak na spowiedzi łopowiedział. No, ale twoje zdrowie, bracie! Twoje zdrowie!

***

 

Tu dziadek urwał nagle, zapadłszy w sen niczym niedźwiedź w gawrze podczas zimy, z tym, że miśki nie wypijają sześciu kufli piwa przed snem.

Ech! Jak wiele ich było. Już nawet nie pamiętam wszystkich tych niezliczonych opowieści o duchach, nawiedzonych miejscach, domach i dworach, tajemniczych zaginięciach ludzi, zapadniętych kościołach i przeklętych zamkach, o topielcach, wodnikach, południcach, czarownicach, wampirach, wilkołakach, strzygach, Babach Jagach oraz czarnych jak szwarc, przynoszących pecha, kotach. Na szczęście mam je tutaj na wyciągnięcie dłoni, noszę zawsze przy sobie; wszystko – skrzętnie spisane i udokumentowane, o ile w ogóle można mówić o jakimś zakotwiczeniu, oparciu na faktach tak zwanych legend i klechd ludowych. Poniekąd moja profesja, profil odbytych studiów, zmusza mnie do tego, aby, włócząc się po mniejszych i większych wsiach, zapadłych siołach, odpustowych jarmarkach i odświętnych straganach, wymarłych gościńcach, niepozornych kościółkach, na wpół opustoszałych sklepikach, bacówkach jakby nie z tej epoki i obskurnych, trzeciorzędnych barach, podobnych do tego, w którym właśnie wylądowałem – nadstawiać ucha i zapisywać, zapisywać, wszystko dokładnie notować, rozmawiać z tubylcami, przepytywać gruntownie: kelnerów, barmanów, szynkarzy, oberżystów, pijaczków, cwaniaczków, miejscowych głupków, włóczykijów, znachorów, różdżkarzy, chórzystów scholi parafialnej, członków strażackiej orkiestry dętej, sołtysa, organistę i samego księdza dobrodzieja. Prócz profesji, dochodzi też do głosu zwykła ludzka ciekawość oraz młodzieńcza żywiołowość poszukiwacza skarbów, złaknionego przygód, tyle, że skarby wcale nie muszą przyjmować postaci materialnej, namacalnej. Ot, i cała etnografia w wydaniu praktycznym bardziej, aniżeli teoretycznym, podszyta miłością i szacunkiem do dawnych wierzeń, praktyk, obyczajów i zaprawiona dodatkowo ingrediencjami kuflowo-półmiskowymi – chmielu, cebuli, czosnku, siemienia lnianego, kopru i maku o specyficznym, jedynym w swoim rodzaju, smaku oraz aromacie.

Nie chciałbym się zanadto chwalić, ale prawdą jest, iż byłem w owym czasie szczęśliwym posiadaczem historyjek z całego bez mała regionu, z każdego zakamarka tej górskiej krainy. Wszelako na mapce, którą kreśliłem, wędrując to tu, to tam, pozostawało wciąż jedno puste pole, do którego nigdy jeszcze nie udało mi się dotrzeć. I ta właśnie biała plama świadczyła dobitnie o braku jakichkolwiek danych, w postaci ludowych podań czy choćby zwykłych anegdot, o miejscu, w którym się obecnie znajdowałem. Lecz to miało się wkrótce zmienić.

Na zewnątrz panował mróz siarczysty z zawiejami i zamieciami śnieżnymi. Co pewien czas, biały puch sypał się zjawiskowo z przydrożnych świerków, powodując niewielki hałas (albo: wiele hałasu o nic), a wiatr świstał jak potłuczony (albo raczej: potępieńczo). Zima stulecia zbliżała się wielkimi krokami. Ja tymczasem szwendałem się sam jak palec po obcej i nieprzyjaznej okolicy, a na usta cisnęło mi się jedno zasadnicze pytanie: po co i za jakie grzechy przyszło mi studiować antropologię kulturową i etnografię w miejscu, w którym jest właściwie wszystko, oprócz wspomnianej kultury?

W pewnym momencie skręciłem do gospody. Usiadłem przy barze i zamówiłem grzane piwo. Aromat goździków lekko podrażnił moje nozdrza i zaczął przyjemnie szczypać w oczy. Rozejrzałem się po prawie pustej sali. Wkoło panował senny półmrok, a z grającej szafy wylewała się nastrojowa muzyczka – jakieś szlagiery z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych plus parę góralskich kawałków. Nic specjalnego. Ludzie o ogorzałych i zmęczonych twarzach z początku przyglądali mi się nieufnie, potem zajęli się tym, co zwykle, czyli grą w karty, dojeniem piwska i palinki oraz rozmową o dupie Maryni. Już miałem zamknąć oczy i wstąpić w przestwór wirtualnej mapy, którą, po pokonaniu tylu kilometrów, zwyczajnie ma się w głowie, kiedy nagle usłyszałem potężny, choć swojsko brzmiący głos faceta, który najwidoczniej postanowił się przysiąść i oświecić mnie paroma złotymi myślami.

– Cześć młody!

– Cześć… To znaczy… dzień dobry! – odpowiedziałem lekko zaniepokojony.

– Widzę, żeś nietutejszy. Hm, no nie patrz tak na mnie. Nic od ciebie nie chcę, młodziku. Pozwól, że coś ci opowiem. Gucio, jak na ciebie wołają, he? Maćko? Aha! Dobra, może być Maćko. Ech, bracie, oto, co mam ci do przekazania. No, zbliż no się. Przyjezdni uwielbiają takie straszne historyje, wync ta na pewno i ciebie zainteresuje.

Nie byłem turystą, a w każdym razie – nie takim zwyczajnym, ale to się nie liczyło, bo gaduła dosłownie spadł mi z nieba. Zresztą nie miałem nic lepszego do roboty. „Może dowiem się czegoś interesującego i zdołam w końcu zapełnić białą plamę na mapie” – pomyślałem i zamieniłem się w słuch.

– Kiedyś – rozpoczął stary – jak był ja w twoim wieku, pasterstwem żem się zajmował, ale też sporo ja fotografował różne tam duperele… starocie, skanseny i gołe babki, he, he, i grał ja trochu na guslach, huslach… wisz, na takich mazankach. Ach, powiem ci coś, młody: ta cała widza i nauka jest gówno warta. Ale, kurwa, gdzież moje maniery! – I tu facet poderwał się, jakby przypomniał sobie nagle o czymś równie ważnym, co niedzielne wyjście do kościoła z całą rodzinką. – No pozwól, że się przedstawię. Gienek jestem! – i to powiedziawszy, chwycił mnie za rękę i mocno ją ścisnął.

Wzięliśmy jeszcze po kufelku, a wtedy stary skupił się – widziałem to skupienie wypisane na jego napiętych żyłach – wczuł się w nastrój i rozpoczął:

– Pffe, szczyny! O czym to ja? Ach tak… Działo się to dawno, dawno temu, kiedy był ja jeszcze młody…

W Knurowie, w którym spędziłem noc, niczego więcej się nie dowiedziałem. A na drugi dzień udałem się do Wijowa. Dla faceta, który lubił tarzać się w białym puchu, to nie była trudna ani jakoś szczególnie wymagająca trasa. Ot, wystarczyło tylko wytrwale iść naprzód i nie bać się głuszy ani przejmującego zimna.

Po kolei powtarzałem te same etapy wędrówki pana Gienia – mojego gadatliwego informatora z baru. Ale o tym już nie napiszę. Nie napiszę o tym, że: najpierw, po dwóch godzinach wycieczki, „zaliczyłem” strome zejście do potoku, następnie wspiąłem się i minąłem parę jeszcze zakrętów, przeszedłem przez rogatki-opłotki Wijowa i w końcu wylądowałem przed najbardziej okazałą chatką. Nie napiszę o tym, że w siole nie było nikogo, oprócz starowinki, o której wspominał gawędziarz. Nie napiszę, że dowiedziałem się, iż polowanie już się rozpoczęło, i że uczestniczy w nim większość miejscowych; że babulka wskazała mi na odchodne kierunek, w którym należało się udać, a ja pięknie podziękowałem i wszedłem w głęboki las. Nie napiszę nawet tego, iż wieśniacy z Fantazjowa płodzą „kilogramy historyjek” za pieniądze i sprzedają je domorosłym etnologom, takim, jak ja (okej, to był żarcik). O wybuchającym UFO i rozbryzgującej się we wszystkie strony, zielonej krwi także nic a nic nie powiem, już nie (zresztą… nie jest to amerykański film akcji). Nie napiszę wreszcie, że nigdy nie powróciłem z wyprawy, i że, jeśli czytasz tę opowiastkę, oznacza to, ni mniej, ni więcej, iż spotkało mnie coś bardzo, bardzo złego.

Mnie nie ma, a legenda pozostaje – legenda i mapa. Niech ci służy, pozbawiona białych plam. Korzystaj z niej roztropnie! Ostrzegam cię jednak, czytelniku, abyś nigdy, przenigdy nie zapragnął wybrać się do Wijowa, a zwłaszcza zimą. Bu, ha, ha!

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: