polskie centrum bizarro

„Trusia” by Zbigniew Bierzyński

In Opowiadania on Kwiecień 19, 2019 at 6:00 am

 

Dziś na Niedobrych Literkach trochę poważniej i ponuro. Jeśli przeżywacie cięższe chwile, doradzamy powrót do opowiadania, gdy humory się poprawią. Zbigniew Bierzyński oto przedstawia nam depresyjny obraz pewnego małżeństwa. Dlaczego depresyjny? Ano dlatego, że nie możemy rzec, iż koncept jest absurdalnie oderwany od rzeczywistości, a przecież na dworze Jednookiego głównie groteską i absurdem się zajmujemy. No, ale nie samymi podśmiechujkami człowiek żyje! Spośród czwórki bohaterów tylko jednemu, tytułowemu, bez zastrzeżeń podałoby się rękę (albo łapę). Poza tym pełno tu śmierci, hipokryzji, cholerycznej złości, pedantycznej nerwicy, beznadziei i w ogóle – rozpaczy, które znajdują w końcu ujście w…

Miłej lektury! To znaczy… tak miłej na ile to możliwe!

 

Trusia

Odór starczego kału i moczu unosił się w zatęchłym powietrzu niewielkiego pokoiku. Na łóżku, które stało równolegle do ściany, leżało ciało – bezpłciowe, bezkształtne, bezwładnie rozlane. Nie był to jednak trup. W sinym, pozbawionym sprężystości, powyginanym artretyzmem organizmie nadal tliło się życie – lecz bez świadomości i zdolnego do funkcjonowania umysłu.

Pokoik pozostawał czysty, wysprzątany. Bibeloty i dewocjonalia, które zdobiły parapet i regał, były wolne od najmniejszej drobiny kurzu. Amarantowe ściany, parkiet i ramy nieco wyblakłego obrazu przedstawiającego nauczającego Jezusa – wszystko lśniło wypucowane, a przez okno wpadał ciepły, złoty blask słońca i wesoły śpiew ptaków. Staromodne meble pochodziły z różnych kompletów, mimo to całość sprawiała wrażenie dobrze urządzonej i wykorzystanej przestrzeni… Gdyby tylko nie ten wielki, tłusty i cuchnący zewłok.

Dwie sprawne, silne dłonie kobiety w średnim wieku szybko przebiegały po wysuszonej skórze umierającej. Bezceremonialne zdarły z niej kołdrę. Fala smrodu intensywniej uderzyła w jej nozdrza. Zdjęła pieluchę, która przylegała do wystających bioder. Na papierowe prześcieradło rozlał się czarny, wodnisty stolec, który wypływał z odbytu leżącej przy każdym gwałtowniejszym poruszeniu. Dłonie usunęły zapaskudzoną szmatę i podmyły staruszkę, która od czasu do czasu wydawała z siebie słabe jęki wywołane bólem naruszonych odleżyn. Z wprawą, którą nabyć można wyłącznie po wielokrotnym, mechanicznym wykonywaniu tej samej czynności, podniosła nogi teściowej, podłożyła pod jej miednicę świeży, papierowy ręcznik i szybko założyła czystą pieluchę, by tylko nie oglądać jej zwiotczałych organów, z których wydobywała się niezatrzymana przez słabnące zwieracze ciecz.

„Kiedy ta suka zdechnie?!” – pomyślała w gniewie. Czasami miała wrażenie, że teściowa kurczowo trzyma się życia, by robić jej na złość. Wsłuchała się w jej chrapliwy oddech i przyjrzała zapadłej twarzy. „Już dawno powinna odejść” – dodała w myślach.

Nienawiść do kobiety, która przez całe życie nią gardziła, wzmagała się z każdą chwilą. No trudno, trzeba czekać.

Okrywając ją kołdrą, zauważyła, że w powietrzu unoszą się czarne, psie włosy. Miała już tego serdecznie dość.

***

Dom, w którym zajmowała się teściową, był również miejscem pracy jej męża. Składał się z parteru, gdzie mieścił się warsztat i piętra, gdzie znajdowała się mieszkalna część. Niegdyś w budynku żyło pięć osób. Dziś dwoje dzieci studiowało w dużych miastach, a staruszka – na co wszystko wskazywało – niedługo miała przenieść się do piekła.

Parter i piętro łączyły wąskie schody, na których każdego wieczoru i każdego ranka równo o godzinie dziewiątej (naturalnie oprócz niedziel i świąt), dawało się usłyszeć sapanie i ciężkie człapanie. Tak było też dzisiaj. On wracał! Gwałtownie otworzył drzwi i wkroczył do jej czystego, poukładanego królestwa.

Brudny, umorusany smarami i olejami, w starych roboczych ubraniach, cuchnący spalinami, niski i gruby, z lewą krótszą nogą i o ogólnie nieforemnej figurze, wyglądał jak okulawiony przez gromowładnego rodzica Wulkan. Z czarnej twarzy wyglądały jedynie białka zmęczonych oczu. Gdy jego buciory dotykały wykafelkowanej, umytej podłogi głównego korytarza, pozostawiały po sobie wyraźne ślady. Za nim do domu wbiegła, merdając przy tym wesoło ogonem, suka berneńczyka i zarazem jego najwierniejsza towarzyszka i przyjaciółka, z którą spędzał całe dnie, dłubiąc we wnętrznościach samochodów.

– Nie chcę tutaj tego psa! – przywitał go jej skrzekliwy, gniewny głos. – W domu jest pełno kłaków. Niech śpi w warsztacie. Ma pilnować, a nie siedzieć z nami!

– Nie gubi już sierści – starał się usprawiedliwić swoją ulubienicę, głaszcząc ją pieszczotliwie po głowie. – Trusia musi być z nami – powiedział do czworonoga w taki sposób, jakby zwracał się do małego dziecka. – To członek rodziny.

– Nie chcę jej tutaj!

– Ale ja chcę. Ma tutaj spać! – podniósł nieznacznie głos.

Na tym kłótnia się skończyła. Trusia została w domu. Zajęła swoje tradycyjne miejsce w fotelu przy wejściu do kuchni. Jak zawsze pies stał się dla niej nieusuwalną plamą na obrazie głównego korytarza.

– Mam dość sprzątania po niej i po twojej matce! – zagrzmiał jej głos, jakby ostatnie wyładowanie odchodzącej burzy.

– A myślisz, że mi się chce schodzić na dół? – zapytał. – Ja muszę pracować, a ty musisz sprzątać i gotować.

Jak zawsze użył tego samego argumentu, przed którym skryła się w kuchni, by przygotować mężowi kolację i wypełnić swój obowiązek wobec niego.

On zaczął niezdarnie ściągać z siebie ubrania. W każdym jego ruchu można było zaobserwować zmęczenie i ból zużytych stawów. Podtrzymując się jedną ręką o ścianę, drugą szarpał nogawkę spodni, mówiąc przy tym pieszczotliwie do psa. Trusia wpatrywała się w niego oczami, z których wyczytywał zrozumienie i współczucie. W końcu po wielu trudach pozbył się spodni. Na ścianie pozostał czarny ślad palców. Gdy tylko ona to zauważyła, podeszła do plamy z wilgotną szmatką. Bardzo ostrożnie, by nie zdrapać farby, zaczęła szorować.

– Czemu nie umyjesz rąk na dole? – zapytała. – Tyle razy cię już o to prosiłam. Myj ręce na dole!

Zamiast odpowiedzi machnął dłonią, a ona zauważyła plamy smarów po jego butach na kafelkach. Ponownie podniosła głos.

– Mógłbyś też zdejmować buciory w warsztacie! Myślisz, że lubię ciągle po tobie sprzątać?!

Wzruszył ramionami, poczłapał nierównym krokiem do łazienki i zamknął się w niej. Trusia kilkakrotnie zaszczekała na słowa pani domu, jakby wyręczając swojego zmęczonego przyjaciela.

***

Po wizycie w łazience powlókł się do salonu. Ona już tam siedziała. Na tradycyjnym miejscu stał talerz parującej zupy warzywnej, do którego zasiadł bez żadnego słowa wyrażającego wdzięczność za przygotowany posiłek.

Stół i dwa główne fotele, przeznaczone dla pana i pani domu stały naprzeciwko wielkiego telewizora, na który sobie pozwolili, by umilał im czas wieczorami. Nowoczesny sprzęt wywoływał dodatkowo zachwyt nieczęstych gości i był jej prawdziwą dumą – symbolem statusu i rodzinnym godłem. Ustawienie stołu i foteli względem telewizora było idealne, bo pozwalało jednocześnie wygodnie siedzieć, jeść i cieszyć się amerykańską komedią.

– Jutro niedziela – powiedziała. – Kujawińscy jak zawsze pójdą całą rodziną do kościoła, tylko my żyjemy jak bezbożnicy… On weźmie ją pod rękę, razem z dziećmi usiądą w ławce przed ołtarzem – rozmarzyła się. – Poszedłbyś raz ze mną! – podnosiła nagle głos.

– Boga nosi się w sercu – odpowiedział znad talerza. – Jest napisane: nie każdy, kto mi mówi „Panie! Panie!” wejdzie do królestwa niebieskiego – dodał z miną starotestamentowego patriarchy, która miała jej udowodnić, że to on jest prawdziwie pobożny i zna się na boskich tajemnicach Biblii. – Chodzisz do kościoła tylko po to, żeby pokazać się innym – zarzucił jej.

– Chodzę do kościoła, bo tego potrzebuję… pomodlić się.

– Możesz się modlić w domu.

– Spierdalaj! Żyjesz jak zambruder! – krzyknęła. – Jutro przez cały dzień będziesz leżał w wyrze i gnił! Mógłbyś raz pójść ze mną do kościoła!

– Niedziela jest od tego, żeby odpocząć po tygodniu pracy – odparował.

– Ale ludzie myślą, że już nie mam męża!

On machnął tylko ręką. Widząc, że ta rozmowa donikąd nie prowadzi, wstała od stołu i poszła do łazienki, mamrocząc coś pod nosem.

Obraz nieładu, kropel brudnej wody na umywalce i kafelkach wprawił ją w złość. Zaczęła pomstować na męża i zarzucać mu, że nie szanuje jej pracy. W obronie swojego pana stanęła tylko Trusia, która, jakby chcąc zagłuszyć jej słowa, głośno szczekała.

***

Po kolacji siedzieli tradycyjnie w salonie przed wielkim ekranem telewizora. Na dywanie u jego stóp leżała berneńska suka. W pewnej chwili wstała i otrzepała się gwałtownie.

– Znowu kurzy! – krzyknęła. – Mówiłam ci tyle razy, że ma spać w warsztacie! Mam dość sprzątania po niej! – powtórzyła swoją mantrę.

Psie włosy – długie i czarne – wirowały w powietrzu, przylepiając się do dywanu, osiadając na meblach i białych firankach.

– To pościel mi na dole, będą spał z nią – odpowiedział, głaszcząc czule łeb Trusi, która bezczelnie wywiesiła język i dyszała.

Suka zdawała się doskonale wiedzieć, że przy nim nic jej nie grozi ze strony kobiety.

– Wolisz bardziej tego psa niż mnie! Zobaczysz, jutro ci tam pościelę! Ale jak pójdziesz na dół, nie będziesz już miał po co wracać na górę! Niech Trusia ci gotuje i pierze! – wykrzyczała.

– W takim razie ty nie bierz ode mnie pieniędzy na ciuchy i jedzenie – odparował, a ona zamilkła.

Zarówno on jak i ona wiedzieli, że nie dojdzie do spełnienia obustronnych gróźb. Wielokrotnie już wyrażał życzenie spania w warsztacie, na starym, pogryzionym przez myszy łóżku razem z Trusią. Ona wielokrotnie mu komunikowała, że w końcu mu je pościeli, skazując go na banicję w dzikim królestwie smarów i śrub, jednak ugruntowany zwyczaj i obowiązek przyciągały go każdego wieczoru na górę i każdego ranka na dół, a jej nakazywały tolerować sukę i zbierać po niej zgubione kłaki. Tak było każdego dnia.

– Ten pies śmierdzi – odezwała się w końcu. – Wypaprze się w smarach, potem chodzi po całym domu, a ja muszę po niej sprzątać. – Zapanowała krótka chwila ciszy. – Mógłbyś ze mną porozmawiać! Cały dzień siedzę sama!

On jednak uporczywie milczał, jakby chciał ją ukarać za słowny atak na jego ulubienicę.

– Tak… Wolisz tego psa, bo ci nie zrzędzi do ucha.

***

Nadal siedzieli przed telewizorem, sztuczne światło odbijało się w ich pustych oczach. Bez przekonania oglądali jakiś film, mieli jeszcze godzinę, nim pójdą spać.

– Co z nią? – zapytał.

Dobrze wiedziała, o kogo pyta.

– Jest już słaba, ledwo oddycha, umrze niedługo – odpowiedziała beznamiętnie.

Ta informacja nie wywarła na nim żadnego wrażenia.

– Śmierdzi tylko po niej – zauważył, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Ano śmierdzi, dziś pięć razy zmieniałam jej pieluchę. I jeszcze te paskudne odleżyny… Rozkłada się od środka, stare próchno. To jej grzechy ją psują… Zobacz, jaka z niej podła kurwa. Gdy była jeszcze przytomna, nie chciała się z tobą pogodzić. Chciała, żebyś ty przyszedł do niej pierwszy!

Teściowa stanowiła jej ulubiony temat, jego zresztą też. Była to jedna z niewielu rzeczy, która ich jeszcze łączyła.

– Całe życie przeżyła niezadowolona, kłóciła się z nami, przeklinała nas, a na starość daliśmy jej pokój, codziennie jej gotowałam i nawet nie podziękowała za to – mówiła z coraz większym ożywieniem, a on monotonnie kiwał głową.

– Trzeba było ją oddać do domu starców lub hospicjum – powiedział.

– Dom starców lub hospicjum? Żeby za to płacić? No i co ludzie by powiedzieli?! – oburzyła się. – Musieliśmy dać jej jakiś kąt! W końcu to twoja matka i moja teściowa, mimo wszystko mieliśmy wobec niej cholerny obowiązek.

– Mieliśmy, nie mieliśmy… Była chujową matką. Zawsze bardziej kochała Krzysia… Ja byłem dla niej nikim… Powiedziała mi kiedyś, że ma tylko jednego syna i żałuje, że mnie urodziła, ale to właśnie ja dałem jej dach nad głową na starość, nie Krzyś. Wypełniłem synowski obowiązek. Teraz powinna zdechnąć i dać nam już spokój.

– Już niedługo umrze. Wyprawi się pogrzeb… – nie skończyła.

– Pogrzeb? Dla niej trzeba wykopać dół za domem!

– Co ty mówisz?! – podniosła głos. – Nie pleć takich głupot! Nie ochrzczono cię w dzieciństwie? Wychowywano cię w lesie, czy co? Pogrzeb musi się odbyć… i konsolacja – dodała.

– Ludzie… – skomentował cicho.

***

Następnego dnia powietrze drżało od dźwięku bijących dzwonów. Ich muzyka wdzierała się przemocą w mury domu. Była niedziela. Stała nad umierającą. To był ten moment! Życie gasło w jej piersiach. Chrapliwy oddech, który nie pozwalał zasnąć jej przez całą noc, stawał się coraz płytszy i krótszy.

A jednak śmierć teściowej nie wywołała w niej wyczekiwanej radości. W pierwszej chwili poczuła złość, gniew, ból i zmęczenie. Smród jej odchodów, moczu, oddechu, gnijących odleżyn i starczego ciała wypełniał cały dom – jej piękne królestwo, którym tak lubiła się chwalić. Jej brud wżarł się w ściany, meble, firanki i okna. Nie będzie można tego sczyścić! Jej obmierzły duch zamieszkał w każdym elemencie przestrzeni! Nigdy nie będzie wolna! Poczuła lęk.

Nagle usłyszała skrzypienie fotela, na którym spała pupilka jej męża. Trusia wstała i otrzepała się. Psie wyziewy, naskórek i sierść wymieszały się z odorem teściowej. Nie mogła już tego znieść!

Poszła do kuchni i wzięła największy nóż, który w niej znalazła. Zbliżyła się do psa i wbiła ostrze w kark. Coś chrupnęło, stal prześlizgnęła się po kręgosłupie, w górę wystrzeliła fontanna krwi. Trusia przeraźliwie zaskomlała.

On, gdy tylko usłyszał harmider, zerwał się z łóżka i wybiegł na główny korytarz. Zobaczył leżącego w kałuży krwi i wijącego się w bólu psa oraz żonę, która dźgała pierś Trusi.

– Co ty robisz?! – krzyknął i podbiegł do niej na nierównych i opuchniętych nogach.

– Sprzątam – odpowiedziała cicho.

Mocnym kopniakiem przewrócił ją na podłogę. Jej głowa głucho uderzyła o kafelki, nóż wypadł z dłoni. Nie poruszyła się.

On padł na kolana przed psem i wziął go delikatnie na ręce. Jego oczy zaszkliły się od łez. W tym samym momencie ostatni dech wyszedł z piersi jego matki, żony i co najgorsze – Trusi.

***

Gdy ludzie w małym miasteczku, w którym znajdował się warsztat pewnego mechanika, dowiedzieli się o okolicznościach śmierci jego żony, nie mogli uwierzyć. Jak to możliwe, by ten dojrzały mężczyzna i dobry fachowiec dopuścił się tak podłego czynu, jakim jest morderstwo, w obronie zwyczajnego psa?!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: