polskie centrum bizarro

„Piękny dzień” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Maj 2, 2019 at 6:00 am

Człowiek, to brzmi dumnie… Chociaż nie w najnowszym opowiadaniu Macieja Żołnowskiego. Przypominamy o nieustannym oddziaływaniu entropii; niektóre przykre tego skutki opisane są poniżej dość szczegółowo. Postrzeganie łazienki lub dywanu, czy domu w ogóle, może się po tejże lekturze radykalnie odmienić.

Pewne jest natomiast to, że Adaś Miauczyński byłby dumny, oj byłby…

 

Piękny dzień.

Szczere wyznania stukniętego pedanta z Kędzierzyna-Koźla

7.20

Oglądam „Saunę”, 2008. Dobry film, który zawiera (traktat filozoficzny – to może za dużo powiedziane)… który zawiera rozważania na temat brudu, syfu, ekskrementów, kurzu, pyłu, szlamu oraz błocka.

Szlachetny homo sapiens jest właśnie takim brudem, prochem sypiącym się, kępką włosków porozrzucanych po całej podłodze, kupką łuszczącego się naskórka, gromadzącego się na dywanie, który należy zamieść i wyrzucić do śmieci, a nie jest to wcale takie łatwe z rana i z wieczora, bo czasu mało i trzeba się zawsze gdzieś spieszyć, a człowiek i tak już na dzień dobry jest spóźniony: wszędzie! Trzeba spieszyć się do roboty, do budy, na wesele, na imprezkę, do kościoła… i sam nie wiem, gdzie jeszcze. Tu włosek, tam włosek.

8.00

O godzinie ósmej rano chodzę na kolanach i zbieram wszystko z podłogi, każdy okruszek, wykonując znany dobrze gest pedanta. Na około jest tyle kurzu, błota i syfu innego rodzaju, a tu na dokładkę, no masz ci los, jeszcze ten człowiek ze swoim własnym brudem oraz potem dochodzi, który to człowiek sam też jest sypiącym się z wolna odpadem, rozkładem, próchnieniem, śmierdzeniem, ropieniem, syfieniem, starzeniem, smarkaniem się wszędzie ze wszystkim, a przede wszystkim – chrzanieniem się z samym sobą.

Być brudem albo też żyć w brudzie – och, to jeszcze pół biedy. Gorzej, jeśli jest się przy tym pedantem, a przecież jakoś wytrwać pośród braci śmiertelników trzeba, zanim się pójdzie – powiedzmy – do nieba (mam nadzieję, że elektroluks tam mają). Ale jak tu wytrwać? Jak?! – się pytam. 

8.02

Podnoszę dwa długie włosy z podłogi, bo jestem świrem!

8.06

Znalazłem jeszcze jeden włosek na dywanie i teraz widzę, że muszę szybko odkurzyć pokój, a najlepiej cały dom, przyciąć trawnik w ogródku i wynieść śmieci na zewnątrz. Muszę, bo jestem szajbusem!

A las? Ciii! Teraz będzie o lesie, o borze, mój ty Boże, w którym wypoczywam. To mój ulubiony, wylizany językiem ustęp, czyli akapit. He, teraz będzie najlepsze! No więc tak… Mój las jest czysty, samoregulujący się, samosprzątający, samoporządkujący się. Nie potrzeba mu odkurzacza. Jest świątynią nieskazitelności, moim azylem, ideałem pozbawionym całego tego brudu: włosów gromadzących się w wannie, kawałeczków naskórka i poucinanych paznokci, przybrudzonej resztkami owłosienia pianki do golenia, zaraz po goleniu, i tłustych plam na lustrze w salonie… i plam w ogóle, w kuchni, korytarzyku, na ścianie, dywanie, bo tutaj, w lesie, zwyczajnie nie ma miejsca dla syfu, ekskrementów, kurzu, pyłu, szlamu i błota, zwanego zdrobniale, nie wiadomo dlaczego, błotkiem.

Ech! Szkoda gadać! Lepiej brać się do roboty i wyczyścić powyższy tekst z baboli oraz wadliwych, niechlujnych, niezdarnych sformułowań, takich, że: uuu, fuj!

Piękny dzień. Łoś martwy na szlaku

8.55

W „Delikatesach Centrum” wita mnie znajoma ekspedientka, co uśmiech z rana ma jak śmietana, która notabene jest w promocji w zestawie razem z mlekiem w proszku. Grzeczność ulizanego pedanta nakazuje zagadać do kobieciny, no więc lecę z kulturalnym koksem:

A widzi pani? Tamten grzyb, siniak, jednak mnie nie zabił. Trochę tylko posiniałem.

Posiniał pan?

Nie, nie; wcale. Tak tylko żartowałem, bo chciałem z panią miło pogawędzić.

A co? Wybiera się pan gdzieś?

Tak. Na Orłową.

9.00

Słowo się rzekło. Wędruję więc szlakiem w kierunku Orłowej. Jest dobrze, bardzo dobrze, bardzo, bardzo dobrze. Jest tak (a nie inaczej) zapewne dlatego, że jestem socjopatą, outsiderem, pedantem, maniakiem może nawet. Zimowa aura mi sprzyja, no więc idę, a co mi tam. Śnieg, zalegający w zaspach i poza udeptaną ścieżką, mógłby spokojnie przykryć dorosłego grubą pierzyną. Jednym słowem: nic, tylko piekielna lodowa głębia, złakniona turystów, naiwnych ofiar, agresywnych intruzów, jak u Lovecrafta w „Górach Szaleństwa”.

A po drodze – moc atrakcji. Mój, pogrążony w artystyczno-estetycznym transie, umysł nie nadąża z ich chłonięciem i trawieniem. Już ma wzdęcia i intelektualną czkawkę. Na cholerne zimno też nie ma co narzekać. Zresztą od czego ajerkoniaczek za pazuchą ciepłej, zimowej kurtki w kolorze nieba. Kolorek niczego sobie! Na wypadek lawiny czy nawet lawinki, musi być jaskrawy i rzucać się w oczy.

Tutaj gdzieś po drodze już taki jeden poległ turysta: zamarzł albo co. Kot, Ryś, Żbik czy jakoś tak? Nie wiem. Nie pamiętam. Tabliczkę mu postawili pamiątkową oraz krzyżyk przybili, co wzięte razem wyglądają jak nagrobek dziecka, zombiaka albo wilkołaka – żeby było do rymu i do taktu. Upiorny widok, zwłaszcza, jak nieprzygotowany człek po raz pierwszy na pana Rysia czy też Kota się nadziewa, do tego najlepiej nocą, tak znienacka niczym wampir na pal palownika.

I jeszcze ten warkocz włosów na dokładkę, wyglądem przypominający krwawy skalp bladej twarzy, gdzieś na pobliskiej jodle zawieszony. Powiesić się można od nadmiaru wrażeń. Ludzie pozbywają się różnych rzeczy w górach: włosów, butów, szalików, ręczników, puszek po piwie i oliwie. Wolność, panie, i swoboda!

10.40

Tymczasem sto metrów przede mną coś biegnie dużego, tęgiego, goni szlakiem, pędzi na złamanie karku. Słyszę szelest, widzę cienie, czuję siarkę. Niedobrze! Oj, bardzo źle! I nagle to coś zastyga, nieruchomieje, staje się martwą naturą, jakimś zeschłym krzakiem, jakąś śmierdzącą strasznie sprawą. Mówię do siebie: „w mordę jeża, będzie git chyba”. I pomyśleć, że marzą mi się takie góry, w których tli się życie… i które być może kiedyś znów powstaną z martwych i pójdą sobie het, het, jako ożywione, a ongiś skamieniałe olbrzymy i trolle.

Podobno w tych lasach działy się i nadal dzieją dziwne rzeczy. Słyszało się to i owo, na przykład legendy o grzybiarzożernych kozaczkach, polujących zaciekle na swe ofiary (czemu się nawet i specjalnie nie dziwię, gdyż znam uniwersalną zasadę, która brzmi: „oko za oko, ząb za ząb, pieczareczka za pieczareczkę”).

13.30

Tymczasem przechodzę obok mistera Łosia czy jak mu tam było. Wolałbym już chyba mijać tę starą ambonę w Górkach, w której onanizował się ostatnio myśliwy, i którego niechcący nakryłem, a wcale nie chciałem (i on się wstydu najadł przez to nakrycie siebie, i ja). I myślę sobie: „o, Kot zaraz będzie, Kot”. I odczytuję napis z tego niby-nagrobka, nie-nagrobka: „Łoś, Alojzy Hipolit Łoś: 1955 – 2000”. No pięknie! Tego się nie spodziewałem. A czego? He, wiadomo. Wybucham więc spazmatycznym, gromkim, a nawet głupawym śmiechem, śmiechem szaleńca-psychopaty. Pustą butelczyną po likierze jajecznym cisnę w arktyczną dal, w efektowną śnieżną czapę, w której wszystko ginie jak na zawołanie. Obym tylko i ja nie zaginął!

15.00

Ten radosny dzień dobiega powoli końca (a co sobie będzie robił overtimy, jak nie musi). Pora więc do domu na dobranockę dla dorosłych wracać, ciemne piwko-paliwko schłodzone sobie otworzyć, kogoś dźgnąć nożem w myślach podczas seansu kryminału!

I tak oto wygląda to moje górskie wędrowanie szlakiem tylko dla orłów, a w każdym razie – w stronę Orłowej, w stronę Świniorki, w kierunku Baraniej, w kierunku Pysznej (i tak dalej, i tak dalej, i tak dużo, dużo dalej).

To był zaiste piękny dzień, a ja jestem anormalny, nienormalny, jestem szajbnięty, ale za to szczery.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: