polskie centrum bizarro

„Pijak i ja: odyseja” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Czerwiec 1, 2019 at 6:00 am

Maciej Żołnowski to postać nie raz już goszcząca na Niedobrych Literkach i każdy, kto zagląda tu choćby od czasu do czasu, powinien twórczość ów dżentelmena znać. A jak ktoś nie zna, to czeka go solidny wpiernicz od niedobroliterkowego Paskuda. A ten, jak wiadomo wszem i wobec, potrafi być niezwykle wręcz paskudny.

Ale dość tych gróźb i ostrzeżeń. Zapraszamy do zapoznania się z najnowszym tekstem Maćka, w którym autor przestrzega nas przed zbyt, że tak się wyrażę, dosadnym wyśmiewaniem się z lokalnej społeczności meneli. Pozory mogą mylić i nawet zarośnięty, cuchnący emeryt o witalności konającego żółwia może pogonić nam kota. O czym zresztą za moment przeczytacie. Se la wi, czy jak mu tam było…

h

Pijak i ja: Odyseja

h

Co zrobić, gdy się ma do dyspozycji cały wolny dzień, a najlepiej tydzień, letni i upalny? Jak przyjemnie się ten czas planuje, dzieli się go na kawałeczki, dysponuje się nim lekko i niezobowiązująco, medytuje się nad nim w lesie, ogrodzie, słońcu, cieniu, rano, po południu i o zachodzie, aż w końcu zapomina się o nim, że jest, istnieje i że właśnie ucieka. Dzieci to nie dotyczy: nie istnieje dla nich problem braku czasu, a wręcz przeciwnie, i to jest bez porównania. Wiem, jak bardzo minuta albo godzina może się dziecku dłużyć. Tego dnia również czas się dłużył, ale na szczęście – nie tylko mnie. Opowiem dziś, jak razu pewnego uciekałem przed racławickim pijakiem, on zaś nie chciał darować mi tego, że go obraziłem. A było to tak…

Żar z nieba lał się lipcowy, dzień zapowiadał się przepiękny. Dzieciaki z wioski, polne Jaśki i wiejskie Małgośki nudziły się okrutnie, gdyż niczego do roboty znaleźć sobie nie potrafiły ani miejsca zagrzać nigdzie na stałe nie umiały. Pilnie poszukiwało się więc wrażeń, rozmaitych impulsów do zabaw i najgłupszych nawet uciech, w rodzaju konkursu plucia w dal czy wyścigu ślimaków winniczków. To nieróbstwo trwałoby zapewne jeszcze długo, gdyby nie tajemnicza postać siedząca na ławce w pobliżu ulicy Ogrodowej. Postać wydzielała woń alkoholową, spotęgowaną przez upał. Wkrótce cała hałastra postanowiła sprawą bliżej się zainteresować. A ta śmierdziała i miała na imię Witek.

Był to miejscowy Janko-muzykant, talent do dmuchania i dojenia równo. Doił mianowicie piwsko, wódkę i ogólnie wszystko, co się doić dało, a dmuchał w ustnik albo też stroik, kiedy grał na którymś z instrumentów dętych ustnikowych albo stroikowych. Boże, jak on grał! Obsługiwał wszystkie wesela i pogrzeby (niektórzy umierali specjalnie po to, ażeby już jako duchy posłuchać sobie Witkowej interpretacji „Ave Maria”). Pojawiał się na imprezach szkolnych, kościelnych i gminnych. Zaliczał roztańczone dancingi, one zaliczały jego, bo był przystojny i tani. Czasem bawił ludzi grą, niekiedy sam się bawił, bo przecież lubił rozrywkę, a nie tylko muzykę i grę.

I właśnie wracał z kolejnej takiej „umpa, umpa”. Najpewniej nie mógł, może zaś i nie chciał trafić do siebie. Siedział więc na tej obskurnej ławce, z głową pochyloną w dół, z tępym spojrzeniem zamroczonego lwa spelunowego, i napawał się własnymi perfumami oraz woniami letnimi. Postanowiłem go zaczepić, udając odważniaka:

– Cześć Witek!

– No cześć!

– A co tak siedzisz?

– A co?

– Zaśpiewasz z nami?

– Zaśpiewam.

No i zaśpiewał: pierwszą zwrotkę sam, drugą ze mną, trzecią z całą ferajną. Wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy poprzestali na jednej pioseneczce i przyjemnej, i miłej dla ucha. Ale widocznie nie dość mi było wrażeń na jeden dzień, bo tak z głupia frant zadałem mu kolejne „mądralińskie” pytanie:

– Chcesz, Wituś, cukierka?

– Chcę.

– Na pewno?

– No pewno!

– No to idź do Gierka. Gierek ma, to ci da. Kopa w dupę. I pa, pa!

– Cooooo?

– Jajco, Wituś, jajco!

Oj, niepotrzebne to było zagranie, niepotrzebne takie jakby zagajenie, a potem jeszcze rozwinięcie tematu tego chcenia, chciejstwa, chuci tej związanej ze słodyczami czy jak to nazwać. No i jeszcze ten ciąg siupnięć niestosownych z Gierkiem na czele i dupą kopaną na wielki finał.

Dzieciarnia zamarła, ptaki przestały śpiewać, ale latać jeszcze nie przestały, bo nie widziałem, ażeby któreś spadło z niebios, choć podobno parę tygodni temu coś złego wydarzyło się w Czarnobylu, ale co ja tam wiem, sześciolatek. I nawet one zamarły, przestały kwilić i ćwierkać, te skrzydlate kruki i gawrony (nie znam się na ptakach, ale wiem, że niektóre kwilą i pięknie śpiewają). No a krowy? Co z nimi? Krowy na moment dawać mleka zaprzestały, w każdym razie tak mi się wtedy wydawało, bo przecież nie sprawdzałem, co robią krowy i czy dają, czy też nie. Miałem ważniejsze sprawy na głowie plus pijaka.

No więc zapanowała tak zwana absolutna cisza. I Adam, który chodzi do starszaków, mógł wreszcie usłyszeć burczenie w brzuchu, co mu pomogło zdać sobie sprawę z uczucia głodu. Dopóki jednak kolor skóry muzykalnego pijaka racławickiego był zielony, wszystko było okej (zieleń kojarzyła się szkolnej hałastrze z lekcją biologii i równie mało ją obchodziła), jednak kiedy naprzód szyja, a następnie już cała twarz Witka zrobiła się czerwona niczym piec rozgrzanej lokomotywy albo ciuchci, powoli stawało się jasne, że kto ma nogi, musi wiać, i to szybko musi!

Tak więc ruszyliśmy my, dzieci-śmieci, my bum-cyki, my, rozbójniki. Po chwili jednak okazało się, że „wszyscy jak jeden mąż” nie oznacza wcale „tak samo i równo”, bo oto znajdowali się między nami sprinterzy, ale były wśród nas też i pospolite cieniasy, z wuefu słabowite.

Jako pierwszy stanął Adam, bo go wnet kolka złapała. Dla niego było już po zawodach. A ludzie w całej wsi gadali przez kolejne trzy dni (to jest do czasu, gdy co innego łby im zajęło) o cudownym ocaleniu koleżki starszaka, co to mu Pan Bóg podał pomocną dłoń opatrznościową. Chyba była to czapka niewidka, bo Witek go nie zauważył i pobiegł dalej przed siebie.

Jako kolejny odpadł gruby Wrona. Sam z siebie stanął znienacka pod wielkim prasłowiańskim dębem: przodem do pijaka, tyłkiem do drzewa. Och, cóż za autonomia w podejmowaniu odważnych decyzji! Znać wybitnie indywidualny charakter tego „zawodnika”, fajnego, grubego i pociesznego. I jak stanął, tak stał. Jak gdyby chciał wszystkim zakomunikować: „Wrona żyją stadnie, orzeł – sam”. I tylko lejąca się po koronie drzewa półpłynna ciecz stanowiła skazę na wizerunku tego „odważnego inaczej”.

Jako następny zatrzymał się Boguś, koleżka trochę przyjezdny, trochę miejscowy (na miejscu miał babcię, starowinkę, astmatyczkę, która mieszkała w starym, poniemieckim domu). Nic o nim więcej nie powiem, oprócz tego, że zasłynął w okolicy spektakularnym wypraniem komeżki mszalnej w rowie w gnojówce z przydomowej obory pochodzącej. Co za bezmyślność! Ale też i – co za regaty na falach gnojowicy, ładne strasznie! Szkoda, że tego nie widziałem i że mi tylko o tym opowiadano.

I tak odpadali kolejni „biegacze”. Nie wiem dokładnie, ilu ich było, bowiem przyszłość zwiększyła tę magiczną liczbę tak, iż z owych pięciu zrobiło się ich raptem dziesięciu, z tych dziesięciu jeszcze piętnastu – i tak do końca wakacji nie było we wsi dziecka, coby przed Witkiem nie uciekało. Ach, ta potęga legendy!

Witek tymczasem ścigał mnie aż do domu, w którym mieszkałem. Najpierw gonił mnie przez wioskę, później przez pola, kiedy wioska się skończyła. No a jeszcze poźniej to już nie wiem, czy gnałem sam czy też z (a raczej przed) Witkiem, gdyż wolałem się nie oglądać i tego nie sprawdzać. Zatoczyłem w efekcie wielkie koło i powróciłem wałem nadrzecznym oraz ogrodami do siebie. I tam spostrzegłem, jak mój dziadek, który jest w połowie człowiekiem, w połowie zaś obcym, dokonuje wyrafinowanej teleportacji żula w siną dal kosmiczną, liczoną w latach świetlnych.

Ale nie to jest najważniejsze, bo u nas we wsi jest bardzo wielu takich obcych, którzy pozostali jeszcze po wojnie. Autochtoni, androidoni czy jakoś tak (nie wiem, jak zapisuje się ten trudny wyraz). To zdaje się pozostałość po Trzeciej Rzeszy i w ogóle tajne sprawy i eksperymenty Hitlera. Zastanawiam się tylko, dlaczego ci obcy nie mają dużych, czarnych oczu i skóry w kolorze zielonym, takiej z łuskami, jak pokazywali w „Star Treku”. Będę musiał o to kiedyś spytać dziadka (on wie tak dużo i też kocha kapitana Kirka i Spocka). Ale – jak się rzekło – nie to jest najważniejsze. A co jest? Hmm.

Tego dnia coś się we mnie zmieniło: przeistoczyłem się nagle w sportowca, prawdziwego sprintera, runnera, stałem się mężczyzną, drugim Forrestem Gumpem i jednym z tych wiecznie zrzędzących dorosłych, co to z niczym się nie wyrabiają, bo czas płynie dla nich o wiele za szybko. Pamiętam też, że leciałem jak na komendę z filmu, który dopiero powstanie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym: „run, Forrest, run, run”, że gnałem jak oszalały aż do wspomnianego gniazda rodzinnego, gdzie wkrótce padły słowa, którymi mój dziadek osobiście rozbroił pijaczka z tej jego piany i zacietrzewienia, przy czym zrobił to na tyle skutecznie, że potem nigdy więcej mi Witek nie zagrażał.

Cóż, moczymordę obrazić niepodobna, gdyż jest to, proszę państwa, niemożliwe. A więc żegnam! Do zobaczenia w innym układzie. Planetarnym!

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: