polskie centrum bizarro

Dzień Kolejarza – wersja bizarryczna

In Opowiadania on 25 listopada, 2019 at 12:10 am

Stała się rzecz niesłychana. Otóż dzięki dziwnym zainteresowaniom naszego redakcyjnego kolegi, wpadł nam w łapki kalendarz świąt nietypowych. Chociaż poniższa aktualizacja jest poniekąd prequelem tego, co się szykuje, oj szykuje się!, jest to dobra okazja, by zapowiedzieć przyszłe cuda wianki.

A dziś? Dziś obchodzimy Dzień Kolejarza. Przyznacie, że pociągi i różne inne blaszane węże, posuwające się po torach, tudzież szynach, bywają klimatyczne. A skoro jest klimat, to jest i muza (w sensie: natchnienie, chociaż nastrojowe dźwięki zapewne też co poniektórych naszych Jagomościów wspierały w akcie twórczym). Poniżej pomagać Wam w świętowaniu Dnia Kolejarza będą: Kornel Mikołajczyk, Kazimierz Kyrcz jr, Darek Kuchniak oraz Zeter Zelke, zaś te prozatorskie trudy uświetnił swą grafiką Tomasz Woźniak.

 

„Roz_łącznik” by Kornel Mikołajczyk

Łącznik

Wsiadacie jako dwoje nieznajomych, z szansami na zapoznanie mniejszymi niż szansa na to, że z nieba zacznie padać krwawa flegma – taka jak ta, którą odkasływał w chusteczkę nasz pierwszy konduktor, plamiąc czerwienią wyhaftowane przez żonę inicjały; żonę poznaną dzięki mnie w tym samym miejscu, gdzie teraz wpatrujecie się w siebie nieśmiało – macie po dziewiętnaście, dwadzieścia lat, ale żadne z was nie odważyłoby się zrobić kroku, ona ma pod czaszką gramofon z kazaniami matki o czystej miłości Jezusa i brudnej miłości innych mężczyzn, diamentową igłę wbitą w krążek namiętności, on krzyczy nocami w poduszkę, żeby nie słyszeć, jak ojciec tłucze butelki i wyzywa macochę od kurew na kaczych łapach, mimo że zmarło się chłopu pięć lat temu, w innym mieście; ona nadal obwinia się za ten pierwszy i jedyny raz z kolegą, muzykiem ze scholi, który dwa miesiące później, nie wiedzieć czemu, powiesił się na kablu od gitary, on tęskni do byłej, wmawiając sobie, że wcale nie traktowała go jak zabawkę, zapychacza dziur, że jest jeszcze szansa; nie wiecie tego o sobie, ale ja to wiem, dlatego blokuję przycisk otwierania, byś nie przeciskał się dalej, byś wzruszył ramionami i stanął w odpowiednim miejscu, naprzeciwko niej, tak, ustawiam go naprzeciwko ciebie, moja droga, w ciasnej śluzie, w łączniku między zatłoczonymi, bydlęcymi wagonami, gdzie wieje świeże powietrze, błogosławieństwo w ten upalny, kleisty dzień i – jak przystało na dobrych ludzi – dzielicie się tą łaską z innymi, zbitymi w masę w przejściu, przytrzymując stopami automatyczne drzwi, by nie odcinały dopływu tlenu i tyle wystarczy: zaczynacie rozmowę, stajecie się nie dwójką obcych, a współpasażerami, potem – po wymianie uprzejmości – znajomymi, on mówi ci o pierwszej pracy w przetwórni ślimaków i zapachu, którego nigdy nie zapomni, ona opowiada ci fabułę książki, którą zaczęła pisać na wykładach, powieści o ludziach kopiących szyby w głowie zmarłego Boga i wydobywających Słowa w poszukiwaniu Tego, Które Było Na Początku, i mimo że nie brakuje wam tematów, czujecie to oboje, ta podróż skończy się na kolejnej stacji i rozejdziecie się: każde w swoją stronę, a ja wzdycham za was z głębi gumowych fałd łączących wagony, bo przecież podobnie myślał tamten konduktor, gdy przyłapał tu tę piękną pasażerkę bez biletu i nie wiedział, czy powinien ją ukarać, czy nie, więc robię to, co robię najlepiej, wystarczy drobna zmiana balastu, szarpnięcie na zakręcie i oto wasze stopy w jednej chwili tracą punkt oparcia, drzwi mkną ku sobie, a wy wraz z nimi, popchnięci ich impetem, jego dłoń wślizguje się niezdarnie w twoje włosy, jej dłoń zapiera się o twoją pierś i wasze wargi spotykają się w pół drogi, zakleszczone na krótką chwilę w słodkiej bliskości, nim odsuniecie się od siebie, czerwoni na twarzach jak czerwona była rana na czole konduktora, wywołana moim wstrząsem, jak czerwona była chusteczka jego przyszłej żony czule przyciśnięta do rozcięcia i wiem już, że będziecie się przepraszać w nieskończoność za ten incydent, z pozoru zawstydzeni, a tak naprawdę podekscytowani, wymieniający coraz to śmielsze spojrzenia i kiedy wybrzmi pisk hamulców zwiastujący rozstanie, on zaproponuje, że odprowadzi cię do domu, bo przecież masz taki ciężki bagaż, a ona się zgodzi, chociaż wie, że to nie twoja stacja – i kiedy on poda ci dłoń, by pomóc wysiąść, ty już jej nie puścisz.

Jam jest tym miejscem, które łączy.

Rozłącznik

Wsiadacie jako jedna rodzina. Wiele lat później. Wiele przeglądów. Ale pamiętam was. Nie sposób zapomnieć niektórych pasażerów. Tych, którzy są winni dług – w szczególności. Nie macie pojęcia, że to ten sam pociąg. Stary konduktor też tego nie wiedział. Po prostu rzucił się pod pierwszy, jaki przejeżdżał. Gruźlica to straszna choroba. Zatrute serce straszliwsza. Ale z tego jeszcze nie zdajecie sobie sprawy. Wtaczacie się z bagażami. Pomagacie córeczce. Każde chwyta za rączkę. Wciąga ją – hopla! – na pierwszy stopień. Mała się śmieje. Echo w niemal pustym wagonie przemienia jej głos w podekscytowany chór. Uciszam innych. Jeszcze nie. Spokojnie. On ma na nosie drogie okulary z dyrektorskiej pensji. Najnowszy model telefonu w kieszeni. Ona zakłada kosmyk włosów za ucho. Rozgląda się badawczo. Czytelnicy rozpoznają ją coraz częściej. Skład rusza. Kierujecie się wolno do pierwszej klasy. Automatyczne drzwi rozsuwają się z niecierpliwym sykiem. Ta sama śluza, co przed laty. Łącznik. Ja. Wystarczy drobne szarpnięcie i szatynka w średnim wieku unosi wzrok. Akurat by zobaczyć ulubioną autorkę. Wystarczy drobne szarpnięcie i telefon zdaje się wibrować w kieszeni. Trzeba sprawdzić, może to z pracy. On jest w następnym wagonie, z bagażami. Ona w poprzednim, pochylona nad autografem. Córeczka pośrodku. Tam, gdzie być powinna. W limbo, którym jestem. Drzwi zatrzaskują się jak wtedy, gdy się poznaliście. Blokują jak wtedy, gdy ugrzązł w nich konduktor i pojechał o stację dalej. Żonę odwiedzał wtedy daleki kuzyn. Kiedyś bawili się razem w niewinne całuski. Wypiła za dużo wina, czekając na powrót męża. Tym razem nie było niewinnie. Nie skończyło się na całuskach. Tego dnia konduktor miał jej wyznać, że umiera. Kiedy zobaczył ich przez okno, nie kłopotał się. Zawrócił na tory. Odłączył swój wagon od pociągu życia. Dołączył do naszego. Jak spawacz w faktorii przed nim. Jak wielu innych po nim. Jak wasza córeczka teraz. To moja danina. Za lata szczęścia, których nie mielibyście, gdyby nie ja. Więc nie walcie, proszę, w szyby z obu stron. To nie zatrzyma dziesiątek popielatych ramion wysuwających się spomiędzy czarnych, gumowych fałd. Nie krzyczcie z rozpaczy. Powietrze i tak rozkaszle się agonią, zasnuje krwawymi kropelkami. Nie wołajcie o pomoc do innych pasażerów. Oni nie zobaczą żelaznych szponów zaciskających się na różowiutkiej skórze. Cap za kostkę. Cap za drugą. Cap za nadgarstki. Za główkę. Każdy łapie, co tylko może. Ciągnie chciwie ku sobie. Mocniej. Więcej dymiących rąk. Okrwawionych. Bezkrwistych. Mocniej, mówię. Aż młode, zrodzone w bólach cesarki ciałko podda się naporowi. Aż samotny ochłap torsu klapnie o żeliwną podłogę. Aż dwie najniżej wysunięte, głodne łapy chwycą zań z obu stron. Podzielą się łupem. Zabawią w przeciąganie liny jelitami. Wiem, że w upustach oczu zabraknie wam łez. Że głosy obumrą w gardłach jak ranne zwierzątka. Że po tym, jak zobaczycie siebie przez obryzgane krwią córki okna łącznika, już nigdy nie spojrzycie sobie w oczy. Będziecie słuchać o tym, jaki to był nieszczęśliwy wypadek. O tym, jak mała musiała wślizgnąć się między zachodzące na siebie fałdy. Zsunąć w dół, do sprzęgu. Prosto pod koła. O tym, jak dzieci trzeba stale pilnować. I pewnego dnia w to uwierzycie. Uwierzycie, że to wszystko jego wina. Jej wina. Twoja. Wasza. I tylko czasem śnić będziecie, już osobno, o drobnych rączkach czyhających w łączniku między wagonami. By pchnąć ku sobie kolejne osoby. By rozedrzeć je na strzępy.

Jam jest tym miejscem. Które dzieli.

 

„Wyjątek” by Darek Kuchniak

Nigdy nie dbałem o porządek w swoim domu. Wystarczyło przekroczyć jego próg, by ujrzeć stosy złudnych nadziei, niewykorzystane pozycje seksualne, czy zużyte prostytutki z poprzedniego tygodnia. Sam też nie byłem lepszy. Zwykłem zostawiać za sobą smród na tyle intensywny, że wabiłem padlinożerne zwierzęta w promieniu stu kilometrów. Nie chcę się chwalić, ale jak szedłem głównym bulwarem, to latarnie uliczne dostawały czkawki. Moja mama bardzo to przeżywała. W konsekwencji jej jadłospis składał się głównie ze środków uspokajających. Koncerny farmaceutyczne nie ustawały w podziękowaniach. W nagrodę zaliczyłem wszystkie egzotyczne wyspy i to w sezonie. Nie musiałem czekać na popłuczyny po turystach.

Istniało wszakże miejsce, gdzie porządek i czystość królowały niepodzielnie od lat. Wyjątek ów dotyczył pokoju, gdzie gromadziłem parowozy. Fakt, hobby może i niecodzienne, ale jakże wdzięczne. Lokomotywy od zawsze przytłaczały mnie swoimi gabarytami i żywotnością zaklętą w metalu. Od kiedy jednak miałem kilka z nich na wyciągnięcie ręki, próbowałem je oswoić różnymi sposobami. Trwało to wiele lat, ale w końcu odniosło skutek.

Czy rozmiary Ty37 napawały cię podziwem, zwłaszcza kiedy wdzięcznie poruszały się po torach, nie bacząc na rzeźbę terenu i zrujnowane wiadukty – zapytałem przyjaciela, usuwającego właśnie z butów skutki uboczne przemiany materii bezdomnego kundla.

Mało, że wlazłem w gówno, to jeszcze muszę cię słuchać!

Nie grymaś, mogłem zapytać, co twoja żona widzi w naszym nowym listonoszu?


Odszedł bez słowa, choć jego twarz zmieniła kolor na intensywnie blady.

Poczułem się spełniony. Dotarło do mnie, że stałem się silny i wyrosłem ponad rówieśniczą brać. Zostawiłem gdzieś czas przeszły. Wypadało tylko pójść do domowego sanktuarium i pokłonić się po raz kolejny stalowym bożkom.

 

 

„Twarde negocjacje” by Zeter Zelke

Żeby robić biznes, trzeba mieć nerwy ze stali i gacie z gumy” – tak brzmiało jedno z dziwaczniejszych powiedzonek jego ojca. Stary pierdziel dochrapał się pierwszego miliona na handlu bursztynowymi ozdobami i uwierzył, że pozjadał wszystkie rozumy. Progenitura kogoś takiego jest skazana na ciężki start w życie. Marek Ryczoł był jedynym synem milionera; milionera, któremu słoma nigdy nie przestała wyłazić z butów. Syn mógłby zarobić dodatkowy milion na książce, gdyby zechciał w niej opisać przebyte załamania nerwowe. Lecz nawet zepsuty zegar nie myli się dwa razy na dobę, toteż pokornemu potomkowi przyszło wkrótce doświadczyć ukrytej prawdy zawartej w ojcowym porzekadle.

Jako dyrektor awangardowego muzeum sztuki nowoczesnej w Łodzi, Marek posiadał liczne kontakty, które pozwoliły mu na pomnożenie rodzinnego majątku. Rzesza artystów zgłaszała się do niego sama. Produkowali głównie modernistyczną tandetę, jakiej nikt by nie pomylił ze sztuką, o ile by mu tego wcześniej nie perswadowano. Najważniejsza była druga strona transakcji: obrzydliwie bogaci panowie i panie, którym spowszedniał prawdziwy talent, gotowi płacić bajońskie sumy za dwie czerwone kreski na białym płótnie. Marek nie wnikał w przyczyny – dla niego liczyła się wysokość marży, którą zgarniał jako pośrednik między sprzedającym a kupującym. Dla lukratywnych ofert potrafił wycierpieć wiele. Na przykład przełykać kęsy czegoś, co wyglądało jak smarki zaserwowane z pietruszką i pomidorem na talerzu w kształcie muszli w wykwintnej restauracji z owocami morza. Rozmowy biznesowe ze snobami tego świata rządziły się swoimi prawami. Marek chciał ubić targu, toteż łykał obłe coś jak pelikan, krzywił się jakby kazano mu gryźć cytrynę. Cała ta męczarnia w imię nadziei, że potencjalny nabywca „Figi z Makiem” odczyta te grymasy jako wyraz satysfakcji z gumowego smaku i śliskiej faktury głównego dania.

Ukontentowany koneser sztuki nowoczesnej zgodził się wybulić pół bańki za płótno. Obraz przypominał bardziej obrzygany przez menela obrus. „Kawa z mlekiem w tle, frywolne brązy fig, nakrapiane czarnymi ciapkami maku z białymi akcentami” – zachwalał Marek Ryczoł, aż zachwalił. Panowie podali sobie ręce nad stołem, pożegnali się i odeszli – każdy w swoją stronę.

Marek zdążył przekroczyć próg „Możnych owoców”, gdy po raz pierwszy zabulgotało mu w brzuchu. Stłumił beknięcie, przeklinając morską zelówkę. Łudził się, że zanim dotrze do dworca, rewolucje gastryczne przejdą. Nie przeszły. Towarzyszyły mu do kasy biletowej, w drodze na peron, podczas oczekiwania na opóźniony o ponad dwadzieścia minut pociąg z Poznania do Łodzi. Nie przeszły, gdy przeciskał się do wagonu w pierwszej klasie, ani gdy szukał swojego miejsca. Jedyna pociecha w tym, że siedzenie obok było puste, a te po drugiej stronie przejścia zajęte przez parę zmęczonych turystów. Skład jeszcze nie zdążył wyruszyć, gdy ci już spali jak susły, ucinając komara tak głośno, że wprawiali szkło okienne w drżenie. Dźwięki dobywające się z ich gardeł przynajmniej zagłuszały burczenie w brzuchu Marka. Mężczyzna wciąż czuł, jak coś mu się tam kotłuje, bulgoce, jakby fermentowało. „Oby nie skończyło się na grubszym” – pomyślał, lecz wnet się rozluźnił. Podróż nie powinna zająć dłużej niż półtorej godziny. Wytrzyma. W razie najgorszego skorzysta z toalety w pociągu. Nie znosił tych klaustrofobicznych kabinek. Zawsze się bał, że woda nie popłynie, gdy ją spuści albo – nie daj Boże – wybije!

Rozsiadł się na fotelu i przykleił bokiem do okna. Pociąg wreszcie ruszył. Marek próbował przedrzemać część drogi, lecz chrapiący duet skutecznie to uniemożliwiał. Po półgodzinie nieustannego przewalania się kwasów żołądkowych, Marek poczuł, że coś zaczyna mu się rozpychać w jelicie. Spiął się, wyprostował i zamarł, kalkulując czy to już czas udać się do kabinki. Wtedy coś poraziło jego nerwy. Jakaś widmowa dłoń rozgrzebywała sploty neuronów. Oko przeszył mu tik, kącik ust podskoczył do góry, palce u rąk zadrgały w reakcji na intruzję. Obły kształt w jelicie przesunął się jeszcze niżej.

„Muszę do kibla!” – pomyślał Marek panicznie, ale nie potrafił się ruszyć. Gdy tylko w jego głowie narodziła się ta myśl, widmowa ręka zaczęła gmerać mu w synapsach jeszcze intensywniej. Drżał na całym ciele niczym paralityk. Tymczasem przypierało go coraz bardziej. W akcie desperacji spiął poślady i zacisnął zęby.

– Chłopie, co ty wyprawiasz?! – usłyszał oburzony głos. – Wypuść mnie!

Nie… teraz… – pomyślał Marek, a po sekundzie uzmysłowił sobie, że gada sam ze sobą. Na chwilę rozluźnił mięśnie, lecz kiedy znowu poczuł parcie, spiął się ponownie, wbijając paznokcie w oparcie fotela.

– Człowieku, przecież nie będę wiecznie tutaj siedział! – zawołał ten sam pretensjonalny ktoś. – Jest tu ciemno, ciasno i śmierdzi.

– Kto… mówi?

– Jak to, kto? Gówniak jestem.

W głowie Marka rozjarzyło się mrowie zielonych znaków zapytania i jeden czerwony wykrzyknik.

– Stary – podjął głos nieco spokojniej – nie wiem, o co ci chodzi, ale i dla mnie, i dla ciebie będzie lepiej, jak przestaniesz mnie więzić w tym przewodzie.

– Nie przy ludziach – stęknął Marek.

– Ooo… – mruknął głos domyślnie. – Nie chcesz się zesrać publicznie. – Lekkie miźnięcie po zakończeniach nerwów. – Rozumiem.

– Niedaleko jest kabina. Tam cię wydalę. Tylko przestań mną tak telepać, czymkolwiek jesteś!

Drgawki przeszły, a parcie w tyle nieco zelżało, niemniej wciąż dawało znać, że jest i w każdym momencie może przybrać na intensywności. Marek nie wiedział, co do diabła się dzieje, a w szczególności, co do diabła zalęgło mu się w trzewiach, ale podświadomie przeczuwał, że to coś stało się wredniejsze.

– Mnie? – zapytało z urazą, w której wytrenowane ucho pośrednika handlowego wyłowiłoby pewną dozę jadowitości. – Wysrać? Ot, tak? – Drgawka, tik, skurcz w nodze, bulgotanie w brzuchu. – Nie pozwalam!

– Czego więc chcesz?! – spanikował Marek, przeczuwając że ma do czynienia z osobowością anty-socjalną w najgorszym przypadku, w najlepszym: nieżyczliwą dla samej płynącej z tego uciechy.

– Ubić interes. To albo…

Żołądek Marka zaburczał, po czym Gówniak zamanifestował swoją moc. Chociaż mężczyzna spinał się jak umiał, gazu nie powstrzymał. Na szczęście poszedł tak zwany cichacz, na dodatek niezjadliwy.

– Potrafię głośniej – zagroził Gówniak. – I smrodliwiej. W ostateczności namaluję ci na gaciach torfowisko po burzy, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

– To szantaż! – jęknął Marek.

– E, tam! To negocjacje. Wiem już o tobie wszystko, wiem jakie masz kompetencje i jakie oferujesz możliwości. Grzech nie wykorzystać okazji.

– Gadaj!

– Zrób mnie swoim wspólnikiem. Podział zysków pół na pół. Wtedy wyjdę grzecznie i gładko, w ustronnym miejscu, z daleka od ciekawskich oczu i nieprzygotowanych nosów.

– Chyba żartujesz? – Nawet w swoim obecnym, trudnym położeniu, na poły sparaliżowany Marek nie potrafił uwierzyć w tak gigantyczną impertynencję. – Chcesz połowę przychodów z interesu, który rozkręcałem przez całe życie? Co ty takiego wniosłeś do tego biznesu, by żądać aż tyle?

– Nie zafajdam ci portek na oczach przypadkowych ludzi i zaoszczędzę wstydu.

– A fajdaj se! – wkurzył się Marek; szybka kalkulacja wskazywała na to, że incydent, choć bolesny dla ego, będzie kosztował mniej niż oddawanie połowy życiowego dochodu jakiemuś przybłędzie.

Gówniak najwyraźniej zorientował się, że przegiął, gdyż zamilkł i chwilowo zaprzestał naciskania na kiszkę.

– No dobra, może przesadziłem – przyznał. – Ale nie myśl sobie! Wciąż jesteś po uszy w gównie. Nie odpuszczę, dopóki nie wygram czegoś na twym położeniu. Hm… – zadumał się, dumał długo.

Marek też w międzyczasie zastanawiał się, co zaoferować temu skaraniu boskiemu. Aż wymyślił:

– Mam propozycję.

– Wal.

– Jesteś nowy. Nie znasz jeszcze świata.

– Czytam bezpośrednio z twego mózgu, koleś. Więcej szacunku!

– Dobra, to pewnie wiesz, że ludzie najbardziej pragną sławy. – Moment ciszy. Skoro Gówniak nie zdecydował się wtrącić, Marek ciągnął dalej: – Jestem dyrektorem muzeum sztuki nowoczesnej. Mogę sprawić, że staniesz się sławny.

– O?

– To będzie wymagało od ciebie trochę elastyczności, ale nic nie przychodzi darmo, co najwyżej płaci za to ktoś inny.

– Mów dalej.

– Jesteś… nietypowy. Powiedz, czy można ciebie… uformować? Twoją postać, znaczy się.

– A jak ci się wydaje. Gówniak jestem! Elastyczny i plastyczny.

– Ordynarna ohyda robi furorę. Obrazy malowane menstruacyjną krwią, posążki zamrożone w moczu, obrusy haftowane wymiocinami, kolaże z zaschniętych smarków, kwiaty w sedesie…

– Czekaj, czyś ty mnie nie nazwał ordynarną ohydą?! – najeżył się Gówniak, podnosząc Markowi ciśnienie.

Ten cały Gówniak tak niewiele wyczytał z jego rozumu o robieniu interesów!

– Nie pojmujesz! Nie chodzi o to, jak cię nazywają ani nawet o to, jak cię widzą, ale o to, czy cię kupują. Ludzie uwielbiają kicz, obrazę i obrzydlistwa. Nauczymy cię kilku tanecznych ruchów, kilku prostych piosenek. Postawimy cię na podium. W świetle jupiterów. Zorganizuję dla ciebie specjalną wystawę. Zyskasz poklask. Będziesz sławny. – Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej Marek przekonywał samego siebie co do potencjału drzemiącego w tym projekcie. – Utalentowany ekskrement… Zgarniemy całkiem słuszną kasę. – Pokiwał głową z uznaniem dla bezgranicznych pokładów własnego geniuszu.

– Biorę siedemdziesiąt procent! – zażądał Gówniak. – Jako główna gwiazda.

– Zgoda. Będzie trzeba omówić detale, wystrój i zaproponować wypełnienie tematyczne. Na pewno znajdą się jacyś artyści gotowi zgłębić siłę przekazu konstypacji lub biegunki. Dogadamy szczegóły na miejscu, gdy przekonamy się, jakie gówno można z ciebie ulepić.

– Niezrównane, partnerze! Na miarę potrzeb współczesnego świata. – Gówniak zabulgotał, ale inaczej, spokojniej, weselej; jakby ktoś odkorkował szampana w Markowym wnętrzu. Bąbelki radośnie obijały się o ścianki jelita.

– W rzeczy samej. – Marek poklepał swój brzuch delikatnie, z nowo odkrytym szacunkiem wynikającym z nadziei na pomnożenie środków na koncie.

Myliłby się jednak ten, kto uważałby go wyłącznie za materialistę łasego na kasę. Dyrektor muzeum sztuki nowoczesnej był bowiem człowiekiem wrażliwym na geniusz. Tylko nie ten nowoczesny. Doceniał klasykę. Wiedział, że wybitne dzieła rodziły się długo, a najlepsze z nich wyrastały na kompoście cierpienia. Współczesność kompletnie tego nie pojmowała. Nie chodziło wszak o to, by podcinać sobie żyły i wykrwawiać się na płótno lub zaciskając zęby, wyciskać do słoika czerwony stolec podczas zatwardzenia, lecz o to, by latami doganiać nieuchwytny ideał i nigdy nie być zadowolonym z efektu swej pracy.

I cóż z tego, że Marek zarabiał na tandecie? Kosił szmal na tym, co akurat się sprzedawało. Znał jednak swoje ograniczenia i wyśmiałby każdego, kto by mu powiedział, że pewnego dnia sam stanie się twórczy. Jakiś głupek kiedyś rzekł, że na swój sposób wszyscy jesteśmy artystami. Mężczyzna spojrzał na świat szybko umykający za oknem. On – artystą? Człowiek, który nie potrafił równo narysować nawet jednej kreski? Owszem, postawi Gówniaka na podeście i sprzeda za bajońską sumę, ale nie miał złudzeń co do istoty rzeczy: gówno pozostanie gównem.

 

 

„Traumwajarz” by Kazimierz Kyrcz jr

Ariel, bo o nim opowiada ta krótka historia, nie był kolejarzem. To znaczy był – z naciskiem właśnie na „był”. Jego zawodowa kariera wiodła różnymi torami. Najpierw skorzystał z łapanki, urządzonej przez miejskie przedsiębiorstwo komunikacyjne, które zafundowało Arielowi i jemu podobnym naiwniakom kurs na kierowcę autobusów. Jako kierowca nie zasłużył sobie na miano pracownika miesiąca – zdarzało mu się wypraszać pasażerów, zjeżdżać z trasy i wozić piasek na budowę kumpla. Albo żwir. Albo beton w workach.

Tak czy inaczej, kierownictwo firmy nie wykazało zrozumienia dla przedsiębiorczości Ariela i wywaliło go na zbity pysk.

Wobec powyższego przyjął się na maszynistę. Tu już zabawił nieco dłużej. Równo o dwa dni i dwanaście godzin dłużej. Skończyło się na rąbance. „Masakra na dziale mięsnym” – jak by powiedzieli w jednym z seriali. Niewielka różnica polegała tylko na umiejscowieniu wydarzenia. Otóż masakra z jego udziałem odbyła się na przejeździe kolejowym. Ktoś coś konkretnie spieprzył. Czy to dróżnik, czy kierowca busa, czy może serwisant niedbale sprawdzający elektronikę odpowiedzialną za opuszczanie i podnoszenie szlabanu. Efekt był krwawy, no i mocno bulwersujący media.

Aż do następnego kataklizmu z udziałem marszałka sejmu i jego mocno niepełnoletniej kochanicy.

Skoncentrujmy się jednak z powrotem na Arielu.

Po tym jak odpuścił sobie dalsze kierowanie dużymi tonażami, poniekąd słusznie uznając, że średnio mu ono wychodzi, powrócił do MPK. Nowa dyrekcja miała nóż na gardle (oczywiście w przenośni – żeby było jasne), tak więc przyjmowali każdego.

W ten właśnie sposób Ariel został tramwajarzem.

Tym razem pracował naprawdę krótko. Jego duszę naukowca – przyznajmy, że nieco skrzywioną przeżytymi traumami – dręczyło pytanie: Czy da się wjechać na przystanek?

Dało się.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: