polskie centrum bizarro

Dzień Puzzli!

In Opowiadania on 29 stycznia, 2020 at 12:30 am

Oto jeden z najwspanialszych dni w roku! Jest on dla uniżonych sług Paskuda o tyle ciekawy, iż okazało się, że cała redakcja puzzle lubi i sobie układa, gdy nikt nie patrzy. Okazało się – jak zwykle – zupełnym przypadkiem! Nieoficjalne źródła donoszą, że sam Jednooki ostatnio ułożył „Dwa kotki pod bzem” z czterech tysięcy kawałków. Co prawda ciągle jeszcze nie skończył składać bułki z bułki tartej, ale wszak czas jeszcze się nie skończył! A skoro już układamy puzzle i je świętujemy, to musimy pozwolić i Niedobrym Literkom na wyszalenie się w tym temacie. Zapraszamy do czytania i rozkminiania wsadu literackiego, który zaoferowali (w kolejności chronologicznej): Kazimierz Kyrcz, Zeter Zelke, Kornel Mikołajczyk, Darek Barczewski oraz Darek Kuchniak. Tekstów mamy, jak widać na poniższym wykazie, przebogatą rozmaitość, co tylko dowodzi, że TEN  dzień i TA tematyka jest bliska naszym paskudnym sercom. Miłej lektury i jeszcze milszego łamigłówkowania!

„Emerytura pana Układanki” by Kazimierz Kyrcz jr

Pan Układanka znał się na swojej pracy. Niezależnie od tego, na ile kawałków nie rozczłonkowałby swych ofiar, zawsze później, przy pochówku, umiał je poskładać.

Wszystko, co dobre, kiedyś się jednak kończy.

Pewnej nocy, gdy – pochylony nad dziurą wykopaną w żyznej glebie swego rancza – starał się dopasować do siebie elementy mięsnych puzzli, okazało się, że ma za dużo środkowych palców. Powinny być dwa, natomiast były trzy.

Zmrużył oczy, pewien, że to tylko gra wyobraźni. Owszem zdarzało się, że myliły mu się palce serdeczne ze środkowymi, niemniej wiadomo przecież, że palców na ogół jest dziesięć. Był pewny, że jego ostatni klient tyle posiadał. I wcześniejszy, i jeszcze wcześniejszy… Skąd więc, do cholery, ten naddatek?!

Im bardziej skupiał się na odnalezieniu satysfakcjonującej odpowiedzi, tym bardziej nasilał się ból głowy.

Chyba robię się za stary na tę robotę, pomyślał. Może…

Pora na emeryturę – odpowiedział zachrypnięty głos zza jego pleców i nagle Pan Układanka poczuł liźniecie stali przecinającej mu tętnicę udową.

„Brakujący element” by Zeter Zelke

Posłuchajcie i nie mówcie, że was nie ostrzegałam. Gdzieś tam jest Kasia. Kasia ma nierówno pod sufitem. Teoretycznie nic groźnego, po prostu chodząca nerwica natręctw w połączeniu z perfekcjonizmem. Teoretycznie…

Już w wieku siedmiu lat poprosiła brata o stłuczenie porcelanowego dzbanka. Brat uczynił zadość jej woli. Kasia pozbierała skorupy i przez dwa tygodnie składała zniszczone naczynie. Po pierwszym sukcesie w ruch poszło parę talerzy oraz ulubiony kubek taty. Wtedy rodzice zorientowali się, że ich pociecha jest wyjątkowa. Skoro tak uwielbiała składać porozrzucane, pomyśleli, że sprezentują córce puzzle. Na początek pejzaż z tysiąca elementów. Dziewczyna wciągnęła go nosem. No więc dwa tysiące, potem cztery, a następnie – na specjalne zamówienie – obrazek pokrojony na dziesięć tysięcy kawałeczków. Ten układała w garażu, bo w salonie brakowało miejsca, by pomieścić kota z Cheshire, siłującego się na ręce z Szalonym Kapelusznikiem.

Puzzle na jakiś czas rozwiązały problem. Rodzice rośli w dumę, przyglądając się swemu dzieciątku z powodzeniem łamiącemu sobie główkę nad coraz to bardziej skomplikowanymi obrazkami. Niekiedy zdarzało się, że element zaginął, co nie stanowiło kłopotu dla młodej perfekcjonistki – stwarzała wtedy replikę najlepiej jak umiała, a więc niemal idealną.

Każde uzależnienie jednakże charakteryzuje się tym, że w miarę przyjmowania specyfiku organizm domaga się coraz większej dawki. Nastał zatem moment, kiedy puzzle przestały wystarczać. Gdy Katarzyna złożyła u drwala zamówienie na porąbanie wybranej sosny w kosteczkę, rodzice poważnie się zaniepokoili. Psycholog, do którego zwrócili się o pomoc, stwierdził, że to sprawa dla psychiatry. Psychiatra poddał Kasię obserwacji, która wykazała, że pozbawiona dostępu do układanek, dziewczyna łamie ołówki, krzesła, rozdziera firanki na cienkie paski, a później – w pomieszczeniu bez klamek – własne ubranie, tylko w tym celu, by złożyć je na nowo. Lekarz stwierdził osobowość obsesyjno-kompulsywną, zapisał leki, przemówił do rozsądku i zmotywował do stawienia czoła impulsom. A następnie wypuścił maniaczkę do domu.

Katarzyna walczyła z natręctwem tak, jak na perfekcjonistkę przystało: wzorowo. Przyjmowała leki regularnie i powolutku odstawiała łamigłówki, by móc wieść normalne życie. I przez dwadzieścia lat udawało jej się to całkiem nieźle. Aż pewnego dnia los zagrał Kasi na nosie.

Szła sobie brzegiem morza krótko przed świtaniem, kiedy zauważyła czarny, prostokątny kształt, wyrzucony na plażę. Skrzynia była spora, owinięta wodorostami, ale nie wyglądała na starą – wręcz przeciwnie, sprawia wrażenie całkiem nowej. Ciekawość to jedna z cech, która wywyższyła rodzaj ludzki nad inne, toteż Katarzyna odemknęła wieko i zajrzała do środka. A tam: kawałeczki. Elementy. Części. Uwalane skrzepłą krwią fragmenty ciała, porąbane siekierą czy innym ostrym narzędziem, złożone w tej trumnie, puszczone pocztą morską, dryfowały Bóg wie jak długo, by trafić akurat do niej. Przypadek? Nie sądziła.

Rozejrzała się, upewniła, że nikt nie kręci się w pobliżu i z zapałem usychającego z pragnienia narkomana, jęła taszczyć skrzynię do samochodu. Tytanicznym wysiłkiem, na jaki potrafią się zdobyć tylko indywidua z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym w fazie manii, wrzuciła trupa do bagażnika i z piskiem opon wypruła do swojego domku letniskowego, gdzie żadna niepowołana persona nie powinna jej przeszkadzać w oddawaniu się pasji.

Jaki z tego morał, zapytacie? Żaden. Pozostaje nam nadzieja. Nadzieja, że w skrzyni nie brakuje żadnego elementu.

„Układywanka” by Kornel Mikołajczyk

Marletta to największa punkówa na świecie. Tak o sobie mówi za każdym razem, gdy kończy usztywniać lakierem podwójny czub przed porozbijanym lustrem. Potem wyciąga zapalniczkę i strzela ze spreju płomiennym rzygiem, osmalając już i tak brudne kafelki w naszej łazience. Gdyby faktycznie przyznawano nagrodę Miss Universe w kategorii Punk Girl, podpaliłaby pewnie wręczone jej kwiaty, złamała koronę na kolanie i roztrąciła jury w dzikim pogo z okrzykiem „Anarchia!” na ustach. Marletta jest tak punkowa, że nawet włosy łonowe wygoliła sobie w irokeza i postawiła na żel. Na co dzień chodzi z rozpiętym rozporkiem, zawijając poły spodni do środka, tak żeby cały świat mógł zobaczyć, jaka jest zbuntowana i alternatywna.

Marletta to również, w dobrej i złej doli, moja żona.

 

Kiedy miałem osiemnaście lat, wdałem się w bójkę z ekipą Marletty. Poszło o szafę grającą w barze. Ja chciałem puścić Motörhead, oni upierali się przy Ramones. Właściciel rozbroił nas z tulipanków i noży sprężynowych, po czym kazał załatwić sprawę bez rozlewu krwi. Stanęło na wyścigu do starej żwirowni. Kumpel Marletty, Skobel, postawił warunek: „Przegrasz, a twoja noga nigdy więcej nie postanie w Truck ‘N Roll”. Rozogniony wypitą wcześniej whisky, skontrowałem: „A jak wygram, frajerze, to ta mała ze szczotą na sakwie zostanie moją żoną!”. Marletta na zgodę pstryknęła we mnie niedopałkiem i pokazała mi figę.

Dosiedliśmy zaparkowanych przed barem elektrowilków – czworo punków kontra ja. Papierosy poleciały na pobocza jak komety, ktoś rozbił małpkę o asfalt. Docisnąłem gaz. Mój thunderfang C500 zawył do księżyca i nim się obejrzałem, bez żadnych sygnałów czy pistoletów startera, mknęliśmy na złamanie karku, zdzierając gumowe poduszki łap.

Za nic w świecie bym nie wygrał z tą watahą narwańców próbujących zepchnąć mnie z jezdni, gdyby nie samotne przejażdżki/ucieczki z domu. W trakcie jednej z nich odkryłem leśną ścieżkę zawijającą obok przetwórni mięsa. W odpowiednim momencie udałem, że tracę kontrolę nad maszyną, po czym skręciłem gwałtownie w puszczę. Gdy tylko woń kiełbas i mielonki dostała się do czujników, elektrowilk wydarł do przodu na piątym biegu, głodny znajdującego się w pobliżu paliwa. Tym oto sposobem dotarłem do żwirowni na kilka minut przed Skoblem i resztą, czym zyskałem sobie ich szacunek. Noc spędziliśmy w przyjaznej atmosferze, pijąc, paląc i opowiadając historie przy ognisku.

Tydzień później, gdy praktycznie zapomniałem o zakładzie, ktoś zapukał do moich drzwi. Na progu stała Marletta. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby panna młoda nałożyła welon bezpośrednio na irokeza i na dokładkę paliła za koronką papierosa. Zaskoczyła mnie do tego stopnia, że odzyskałem mowę dopiero przed ołtarzem – w samą porę, by wyrecytować odpowiednią formułkę i powiedzieć sakramentalne: „Tak”.

 

Minęło pięć lat od tamtego dnia, a ja wciąż się zastanawiam, jaki diabeł podkusił mnie, bym wtedy postawił punkom taki warunek. Czy aż tak paliło mi się do małżeństwa? Bo co, bo moim rodzicom wyszło to niby na dobre? Nie chcę popełniać tych samych błędów. Nie chcę rozwodzić się z Marlettą. Pokochałem ją. Potrafi być urocza, ciepła, lojalna do bólu. Mam też wrażenie, że nie została ze mną wyłącznie przez głupi zakład i jej uczucia do mnie są szczere.

Ale coraz częściej zaczynam myśleć o powiększeniu rodziny. O dziecku. I nie mogę dłużej akceptować życia w melinie, w której upłynęło nam pięć lat od rzutu bukietem owiniętym drutem kolczastym i wesela-popijawy w Truck ‘N Roll.

Problem w tym, że renowacje – czyli odnawianie, wprowadzanie porządku – są bardzo odległe od natury „największej punkówy na świecie”. Podejrzewam, że podobnie może być też z koncepcją rodzicielstwa…

Weźmy chociażby tę cholerną podłogę. Na drugi dzień po tym, jak położyłem nowe panele, Marletta wyryła w nich hasła w rodzaju „PUNKZ NOT DEAD”, „ŚMIERĆ POZEROM” i „BIKINI KILL NA PAPIEŻA”. Muszę więc kupić coś, żeby je zakryć: wykładzinę, dywan, chodnik. Boję się jednak, co zastanę, gdy znów zostawię żonę samą w domu. Kiedy odmalowałem ściany na biało, Marletta pochlapała je wszystkimi kolorami tęczy, plując farbą z ust i bryzgając umaczanymi w niej włosami. Kiedy kupiłem nowe zasłony, pocięła je na strzępy. Obie te rzeczy nie wyglądają źle – zdradzają nawet pewien artystyczny urok. Ale czy warto się starać, skoro ona i tak urządzi dom po swojemu: chaotycznie i niebezpiecznie?

Dlatego przed wyjściem do pracy ryzykuję i składam tę decyzję na jej ręce. Uśmiecha się krzywo i sprzedaje mi czółko.

– A po kiego wała wydawać forsę, gadzinko ty moja? To nie tak się robi. Uno: idziesz na żebry po salonach i zbierasz katalogi z próbkami. Dos: patchwork. Tres: abra jego kadabra, dywan gotowy. Oryginalny i to za darmoszkę, bo walić kapitalizm! Poproszę Cykadę, żeby nam ładnie kolorki ułożyła. Będzie ultramagicznie, zobaczysz!

Nie jestem przekonany, czy jej kumpela-artystka z dziurą w głowie to odpowiednia osoba na stanowisko home designerki, ale nie protestuję. Marletta przygryza mi ucho na pożegnanie i wygania do roboty, obiecując, że zajmie się wszystkim.

Kiedy wracam wieczorem, nie mogę uwierzyć własnym oczom. Dywan wygląda bajecznie. Rozglądam się w poszukiwaniu żony, by ją pochwalić i zauważam karteczkę przybitą do drzwi nożem kuchennym. Typowe pismo jak kura pazurem – coś o tym, że musiała odwieźć Cykadę, bo ta wpadła w trans, gdy składała te nasze podłogowe puzzle. Widocznie znów szukała inspiracji w działce nigredo. W łazience widać nawet zacieki po nie do końca startych, smolistych mózgowymiocinach.

Po raz kolejny próbuję sobie wyobrazić Marlettę jako matkę. Ściana śmierci na koncercie i dziecko w nosidełku. Obłożone kolcami koleżanki biorące bobasa na ręce. Maluch zostawiony w garażu sam na sam z niezatankowanym elektrowilkiem. Dostaję dreszczy na samą myśl o tym, że w jej brzuchu może wkrótce pojawić się nowe życie.

A jednak, jeśli ten dywan jest miarą jej odpowiedzialności, nie mam chyba powodów do zmartwień.

Wracam do salonu i przystaję na skraju. Próbki zostały połączone zszywaczem tapicerskim, tak że – po punkowemu – widać metal na łączeniach, niczym szwy jakiejś żyjącej frankentkaniny. Kolory to przenikają się i łączą, to znowu odcinają się od siebie gwałtownym kontrastem w wielkim labiryncie współzależności. Jestem naprawdę pod wrażeniem. To nie tyle pokrycie podłogowe, co dzieło sztuki.

Przeglądam od niechcenia katalog, identyfikując wybrane style i czekając na Marlettę. Po półgodzinie czuję, że zrobiło się duszno, więc ruszam, by otworzyć okno.

Następuję lewą nogą na Aqua Blue. Prawą na Spiralino #5.

W mojej głowie otwiera się lej. Jestem suchym liściem wirującym wokół oka maelstromu, mikroarką Noego porwaną gniewem Boga…

Cofam się na klepkę, dysząc ciężko. Wrażenie zaciera się jak sen, gdy schodzę z dywanu. Jedynie walące w piersi serce świadczy, że właśnie wydarzyło się coś niecodziennego.

Następuję ostrożnie na Aqua Blue, jedną stopą. Nic. Obiema – również nic.

Biorę duży krok, na wszelki wypadek omijając Spiralino #5, i dużym palcem dotykam Bladego Dżinsu.

Ktoś uszył moje spodnie ze skóry oceanu. Zamiast się marszczyć, przelewają się i falują; odsłaniają wyspy Robinsonów w miejscu przetarć na kolanach, gdzie…

Tracę równowagę i zapieram się dłonią o Królewski Mosiądz. Następną godzinę spędzam w świecie, w którym jestem wodzem ludożerców i próbuję się uporać z plagą rozbitków wyrastających jak grzyby na plaży. W końcu decyduję, że uszyję z ich skór parę spodni dla gwiazdy amerykańskiego death metalu.

Kiedy Marletta tradycyjnie wywala drzwi z kopa, drżącymi dłońmi nalewam sobie właśnie drugi kieliszek wódki. Patrzę jej prosto w oczy znad krawędzi szkła i mówię:

– Coś jest nie tak z tym twoim dywanem.

Poprawia nerwowo swój łonowy irokez, a potem kiwa głową.

– Wiem – odpowiada. – Coś jest nie tak z Cykadą.

 

Nazajutrz. Sobota. Testujemy magiczne puzzle na naszej podłodze.

Okazuje się, że jedynym sposobem, by nie zwariować w drodze na drugi koniec pokoju jest przeskakiwanie z kwadracika na kwadracik jak podczas gry w klasy. Dopóki obie stopy dotykają jednej próbki, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Wystarczy jednak, że dowolna część ciała zetknie się z innym polem wielobarwnej szachownicy, a impresje wchodzą w rezonans. Dwa elementy karmią umysł melanżem odczuć. Trzy wysyłają czaszkę w dół króliczej nory. Marletta próbuje rozciągnąć się na cztery jak podczas wyjątkowo chorej gry w Twistera, ale dopada ją od tego migrena. Kiedy pada plackiem na co najmniej osiem pól, traci przytomność i muszę ją ściągnąć za kostki na gołą klepkę korytarza. Budzi się niemal natychmiast, ale jeszcze przez dobry kwadrans nie może poruszyć żadną częścią ciała poniżej szyi.

– Cykada przeszła samą siebie – pieje z zachwytu. – Czy ty rozumiesz, co my tu mamy? Wolność, chaos, rozkosz. I to wszystko w zaciszu domu!

Potem przekonuje mnie, żebym się z nią kochał, póki nie ma czucia w członkach, lecz nie jestem w nastroju na podobne eksperymenty. Zdarzyło się bowiem to, co zawsze. Usiłowałem narzucić żonie schemat działania. A ona złamała ramy na kolanie i zrobiła z nich rozpałkę pod ognie Anarchii.

Cykada nie bez powodu obnosi się z dziurą w głowie. Tylko w ten sposób da się zażywać nigredo – trepanacja czaszki, lejek, działka do mózgu. Artyści uwielbiają ten narkotyk, gdyż przyrządza się go z popiołów po spalonych dziełach sztuki. Niektórzy żyją w korku bez końca: wystawiają eksponat, zbierają laury, po czym niezwłocznie przetwarzają go na paliwo do kolejnych eksploracji, powtarzając frazesy o tym, że „prawdziwa sztuka nie powinna być trwała”. Ale najlepszy towar destyluje się z uznanych na świecie majstersztyków.

Marletta twierdzi, że kumpela skołowała kilka kropel substancji powstałej po niesławnym spaleniu muzeum w Madrycie i to właśnie wlała sobie w zawór, gdy zabrała się do komponowania naszego patchworku. Trudno mi w to wierzyć. Dilerzy wcisną ci wszystko, bylebyś kupił ich chłam. Mimo to nie mogę zaprzeczyć, że w naszej podłogowej Układywance (jak zaczęliśmy ją nazywać) kryje się coś nienaturalnego.

Trzeba to czym prędzej zdemontować. Tak mówię Marletcie. Jeśli zaczniemy się bawić czymś, czego nie rozumiemy, skończy się to źle. Ale ona znów jest na nogach i ciągnie mnie na skraj Układywanki. Dyryguje: lewa gira na Beż Heaven, prawa na Magnum Granit. Odpływam w nieświat górskich łańcuchów otulonych pierzynką chmur. Żona klęka przede mną, rozpina mi spodnie i bierze do ust moją męskość, tak że staję się twardy i potężny jak Everest, a przy tym tonę, tonę w nienazwanych miękkościach obłoków, w beztlenowych dreszczach wyżyn nad dachami świata. Mijają eony zaklęte w minuty – wstydliwie krótkie – nim ze szczytu z rykiem dziejowej ulgi schodzi lawina.

Marletta ściska mnie za nasadę prącia, dłonią najeżoną pierścionkami, aż piszczę i spoglądam w dół. Na jej zroszonej śniegiem twarzyczce buńczucznie unosi się zakolczykowana brew.

„Teraz łapiesz, gadzinko?”

Tyle wystarczy, by moje kontrargumenty stopniały do gołej ziemi.

 

Niedzielę, Dzień Pański, spędzamy na wielbieniu naszego bóstwa.

Układywanka ma trzynaście kwadracików na dłuższym boku i osiem na krótszym, co daje w sumie sto cztery próbki. Każdą można potencjalnie połączyć z każdą, ale prędko odkrywamy, że im dalej od siebie leżą, tym efekt jest słabszy; czasem nawet – katastrofalny. Marletta próbuje zrobić mostek od Fantazji Xanadu do odległego Asyria Gold i o mały włos nie przemalowuje połowy dywanu na nowy odcień: Wymiociny po Jajecznicy. Jakikolwiek mazut po Dalim czy innym Picassie wlała sobie w czerep Cykada, wiedziała dokładnie, co robi. Zupełnie jak w prawdziwych puzzlach, każdy kawałek posiada swoje określone miejsce i przekładanie go gdzie indziej tylko zepsułoby końcowy efekt.

Nie zmienia to jednak faktu, że możemy eksperymentować, rozstawiać szerzej nogi, sięgać dalej ramieniem. Katalogujemy w głowie doświadczenia, dobre i złe, wymarzone kombinacje oraz takie, od których należy się trzymać z daleka. Heksagon Tęcza i Modern #14 łączą się z Nexus Platyna we wspaniały, futurystyczny świat zamieszkany przez inteligentne robo-wieżowce, ale wystarczy dotknąć zamiast tego Futbol Murawy, by wylądować w środku morderczego meczu przyszłości, sportu z najeżoną kolcami piłką, laserami i cyborgicznymi przeciwnikami. Siódme nieba, dziewiąte piekła, czyśćce wszelkiej maści – zwiedzamy je wszystkie. Czuję, jak komórki mojego mózgu rozsypują się raz po raz i czekają, aż nowe bodźce ułożą je od zera w kolejny obrazek.

Wieczorem kochamy się w psychodelicznej wersji kamasutry, co rusz zmieniając pozycje i tym samym – światy wokół nas. W jednej chwili jesteśmy dwiema brylantowymi wyspami ścierającymi się w ruchu kontynentalnych płyt, doprowadzonymi do wulkanicznych erupcji brokatowego pyłu, w następnej splatamy się jak pulsujące neonem rośliny, spijając nawzajem swe słodkie, świetliste nektary. Czasem rzeczywistość w mojej głowie jest brutalna i biorę Marlettę jak zwierzę, wdzierając się błyskawicami w jej idylliczne, różowe niebiosa, to znowu sam próbuję odpocząć wśród raf koralowych, a ona napiera na nie wrzącymi prądami, wstrząsa mną, petryfikuje, podległa żywiołom własnych omamów. Upajamy się sobą tak mocno, że zapominamy o śnie i jedzeniu. Nie liczy się nic poza mną, Marlettą i wspaniałą Układywanką, nasyconą naszymi żywotnymi sokami.

 

To, co zaczęło się jak miesiąc miodowy, prędko zmienia się w separację.

Mija tydzień, potem drugi. Biorę kolejne zwolnienie z pracy. Lekarzowi wystarczy spojrzeć w moje przekrwione oczy, sprawdzić malaryczne stany gorączkowe, by wiedzieć, że coś ze mną nie tak. Ledwo potrafię zmusić się, by wyjść z domu i zajść do gabinetu po karteczkę.

Z Marlettą jest coraz gorzej.

Zaczęła zamykać się w swoim wymarzonym świecie trzeciego dnia. Siada w rogu patchworku, tyłkiem na Karmazynowym Baronie, z lewą nogą na Royal Popiel, prawą wyciągniętą ku Premium Inferno, i znika w sobie. Zanurkowałem kiedyś za nią i niemal natychmiast uciekłem z krzykiem. W magicznych splotach dywanu kryła się otchłań anarchii, w której ona była niepodzielną panią i władczynią, niszczycielką najeżoną zatrutymi szpikulcami, z kolczastymi grzebieniami na głowie i piłą tarczową w miejscu łonowego irokeza. Przedzierała się przez miasto jak jednoosobowy oddział szturmowy, zanosząc się śmiechem. Rozbijała witryny sklepów i czaszki przechodniów. Kradła samochody i kosiła hydranty, łącznie z przywiązanymi do nich psami. Rozwałka bez sensu i końca.

Z początku wcale mi to nie przeszkadzało. Znalazłem swój własny azyl w objęciach śliskich, małżowych anielic z Beż Heaven, Perłowej Rafii i Bladego Dżinsu. Ich kojący, syreni śpiew pozwalał mi zapomnieć. Zamykałem się z nimi w wyszywanych teksasem muszlach i nie myślałem o Marletcie doczepiającej motor do dziecięcego wózka, by ścigać się z innymi punk-mamami. O grzechotkach wypełnionych żyletkami i kaszce warzonej na krwi i łzach frajerów. Ale świadomość, że ucieczka nie ma sensu, powracała, gdy tylko odczepiałem się od frędzli dywanu i spoglądałem na rozwaloną w rogu żonę, wyszczerzoną w grymasie szaleństwa. Idącą jak czołg przez kolejną mentalną metropolię.

Próbuję ją przekonać, by odcięła się od Układywanki. Wyszła ze mną na spacer – choćby i na jakiś protest, walkę z policją. Zjadła wspólną kolację. Poeksperymentowała, jak wcześniej, w parnej nagości dwóch ciał. Nic z tego. Karmazynowo-popielne inferno woła do niej tak głośno, jakby słyszała jego zew od zawsze i dopiero teraz odkryła do niego drogę. Ma tam wszystko, czego jej potrzeba. I w tym wszystkim nie ma mnie.

Może tak naprawdę nigdy do siebie nie pasowaliśmy.

Bądź co bądź, czy da się budować przyszłość z kimś, kto głośno woła „No Future”?

Muszę to zakończyć, w ten czy inny sposób. Wiem, że jeśli zniszczę tę szachownicę próbek, Marletta nigdy mi nie wybaczy. Zdesperowany, nurzam się w nowych kombinacjach, szukając lekarstwa na jej obsesję. Czy gdzieś między Magicznym Wrzosem a Fairy Szmaragdem kryje się odwyk, terapia, sanatorium rusałek? Czy Melanż Twist i Indygo Vegas zahipnotyzowałyby ją na tyle długo, bym mógł przemówić jej do rozsądku? Ostatecznie nie robię jednak nic. Poczucie rezygnacji, rosnące z każdym dniem, jest po prostu zbyt silne. Chcę ocalić żonę, ale jednocześnie dociera do mnie, że „żona” – ta moja wymarzona: pani domu i troskliwa matka – to z całą pewnością nie największa punkówa na świecie.

 

Cykada puka do drzwi, akurat gdy zaczynam rozważać powrót do pracy. Dziura w jej bladym czole zdaje się zasysać światło, ale sama artystka, wyjątkowo, jest trzeźwa. Wkracza do środka bez pytania i przez chwilę obserwuje Marlettę: jej zaniedbane, oklapnięte czuby i odrastający meszek na skroniach, przepocone ciuchy, resztki mleka na brodzie po tym, jak rano nakarmiłem ją jak dziecko płatkami kukurydzianymi.

– Chcesz odejść – oznajmia, nie patrząc w moim kierunku.

Spoglądam na kartkę, którą wyrwałem ze starego brulionu, leżącą na kuchennym stole. Choć nie napisałem jeszcze ani słowa, oboje znamy treść tego listu.

– Ona odeszła pierwsza – mówię na swoją obronę.

Cykada potrząsa głową, jakbym nie rozumiał podstawowych praw kosmosu, upierał się, że słońce wstaje na zachodzie, a jaskółki nie teleportują się na zimę na cieplejsze planety.

– Pomóż mi z nią – odpowiada.

Wspólnymi siłami odklejamy Marlettę od jej ukochanej konfiguracji. Szarpie się i mamrocze, ale jej mięśnie są zastałe, ciało wygłodzone. Cykada ustawia ją w nowym miejscu: lewa noga na Leśny Frędzel, prawa na Metal Kilim, dłonie wsparte o Drewniany Feniks. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek nurkował w tym świecie. Potem prorokini Układywanki zanurza dwa palce w swej dziurze i naznacza czarną mazią czoło mojej żony.

– Idź za nią. – Kiwa do mnie głową.

Przełykam ślinę.

– Co tam zobaczę?

– To, co musisz zobaczyć. Nie mniej, nie więcej.

Staję więc na tych samych kwadracikach co Marletta, rzucam czaszkę w dół tej samej studni. Bierzmo przetworzonego nigredo namaszcza mi skórę i znikam w plątaninie włókien.

 

Znów mam osiemnaście lat. Elektrowilk warczy między moimi nogami, mieląc kurczęce skóry i chrząstki, którymi zatankowałem go rano. Szkło po setce wódki trzaska o chodnik. Jak na umówiony znak, ruszamy z piskiem palonych łap.

Cuchnące mięsem machiny biorą mnie w kleszcze. Skobel z lewej, w kamizelce splecionej z łańcuchów i kłódką-kolczykiem na wardze, Sid z prawej, włochata kula wilkołaczego cielska spleciona ze swoim lunar ripperem XS na jakimś mentalnym, braterskim poziomie. Z przodu Cykada, jeszcze nie zadziurkowana, nie pozwala mi przyspieszyć. Mogę tylko zwolnić i liczyć, że pilnująca tyłów Marletta nie zepchnie mnie na pobocze.

Wtem tuż przed nami – zjazd do lasu. Skrót-zbawienie. Tyle że teraz, w halucynacji Układywanki, wiem, co się wydarzy, jeśli pojadę koło przetwórni. Szybki ślub, pięć lat w rozpadającym się mieszkaniu, zero perspektyw. Czy nadal tego chcę? Czy kiedykolwiek mogę być szczęśliwy z punkówą z irokezem na łonie?

Z ciężkim sercem zamykam oczy. Kiedy znów je otwieram, leśna ścieżka jest już daleko za nami.

Podążam za ekipą Skobla, zepchnięty na ostatnią pozycję. Przekonani, że już wygrali, punki wznoszą ku niebu skowyt w unisonie z gardzielami wydechów. Wszyscy poza Marlettą. Ona jedna trzyma się z tyłu, grzebiąc w kontrolkach maszyny. Naraz ogon jej elektrowilczycy staje dęba, przednie łapy obniżają podwozie. Chmura nanoferomonów sprawia, że bestie Skobla i Sida zwalniają, by zrównać się z nią tempem, a mój thunderfang C500 gwałtownie przyspiesza.

Ruja. Marletta rozregulowała płyny i wywołała sztuczną ruję.

Zaskoczony, niemal tracę kontrolę nad elektrowilkiem. Nie rozumiem, czemu miałaby przeszkadzać znajomym w wygranej, sabotować nasz zakład.

A potem przypominam sobie jej spojrzenie, gdy zerwała na ślubie welon, „bo jej się znudził” – trwające zaledwie sekundę, ale tak pełne uczucia, że momentalnie zmiękło mi serce. Przypominam sobie spalone kotlety pewnego czwartkowego popołudnia; upierała się, że to specjalnie, ale ja znałem prawdę, chciała mi coś ugotować, jak dobra żona. Przypominam sobie kanapki pakowane w gazety: niby suche, przesolone, z byle jak ukrojonych pajd, ale zawsze, zawsze na miejscu, kiedy wychodziłem do pracy.

Przypominam sobie wreszcie, że tamtego dnia w Truck ‘N Roll chciałem puścić na szafie grającej „Love Me Like a Reptile” Motörhead. A ona nazywała mnie czule „gadzinką”.

Nie wygrałem wyścigu przez jakiś głupi skrót. Wygrałem, bo Marletta chciała, bym wygrał – i został jej mężem.

Nagle zapominam, że rajd odbywa się w mojej głowie. Muszę dotrzeć do żwirowni jako pierwszy, muszę! Samce punków zbliżają się do Marletty, zwalniają, ale ta sama sztuczka nie działa na samicę Cykady. Przyszła artystka wyrywa do przodu, a ja nie mam jak wyminąć peletonu, by ją dorwać. Mój elektrowilk potrzebuje skoku energii, jak przy jeździe obok przetwórni mięsa, potrzebuje zachęty, świeżego kąska, potrzebuje…

Zaciskam szczęki z determinacją. Zostało jedno wyjście.

Wychylam się nad łbem i wyciągam rękę. Szczęki paliwowe zaciskają się na moim przedramieniu aż do łokcia. Krzyczę. Na jezdni pojawia się nowa, czerwona linia ciągła. Modlę się w myślach do Tyra, jedynego boga, który może zrozumieć mój ból. Szarpię ku sobie, zrywając ostatnie ścięgna i kopię w bok, by wrzucić wyższy bieg. Nasycony, thunderfang ignoruje instynkty rozrodcze i wydziera do przodu. Gdzieś w połowie skoku nad watahą punków tracę przytomność.

 

Rzeczywistość. Chyba. Dwie pary rąk ściągają mnie z Układywanki. Nexus Platyna, Drewniany Feniks i Beż Heaven rozwiewają się jak mgła. Czemu ktoś ustawił mnie właśnie na tych polach? Przecież nurkowałem w innej konfiguracji, ścigałem się i…

Unoszę lewe ramię. Po pobycie w leczniczej fantasmagorii zdążyło odrosnąć w kolczastą, metalowo-gadzią replikę. Bardzo punkową.

Coś łaskocze mnie w brodę. To oklapnięte czuby na głowie Marletty. Żona szlocha mi w pierś i unosi zapłakaną twarz. Mówi o tym, że kocha mnie nad życie i nigdy nie potrafiła tego wyrazić, przesłonięta hardą fasadą. Że nurkowała raz po raz w głąb magicznego dywanu, by pozbyć się swych anarchistycznych impulsów. Stać się lepszą żoną dla mnie. Taką, jakiej pragnąłem całe życie: normalną. Gdzieś w połowie płaczu i zapewnień o miłości trzaskają drzwi za Cykadą; jej praca skończona.

Dociera do mnie, że kocham Marlettę taką, jaka jest. Każdą jej ostrą krawędź, szpikulec i tatuaż. Niech to, nawet ten nieszczęsny łonowy irokez. Nie chcę, żeby się zmieniała, za nic w świecie. Bądź co bądź, oddałem rękę za to, by nadal z nią być.

A to oznacza, że istnieje tylko jeden sposób, byśmy wreszcie zaczęli do siebie pasować.

 

Ramona rodzi się w styczniu. Dopiero kilka lat później dowiaduję się, że urodziny córeczki wypadają w Dzień Puzzli. Ironiczne, zważywszy że została poczęta na wielkiej dywanowej układance. A może to znak od losu? Ostatecznie, ja również właśnie tam narodziłem się na nowo.

Układywanka zniknęła. Rozebraliśmy ją zaraz na drugi dzień po tamtym niby-wyścigu. Zostały po niej dwie pamiątki: patchworkowe przebarwienia na skórze Ramony, od czasu do czasu, gdy się ją przytula, wysyłające umysł na sekundowy trip do krainy czarów, oraz para próbek przerobionych na wkładki do butów. Karmazynowy Baron i Premium Inferno.

Każdego dnia wstaję rano i zanurzam stopy w ich czerwieniach. Zmartwienia znikają, miłość do Anarchii rośnie. Nie przeszkadza mi nawet moje chromowane, pazurzaste ramię. Idę do wiecznie niewykończonej kuchni i całuję na dzień dobry Marlettę, całuję Ramonę wymalowującą na stole dzieła kaszką z sokiem malinowym. Żona odpala trzeszczące radio i razem niemodlimy się: God save the Queen. W łazience staję przed resztkami lustra, po czym, fałszując wniebogłosy, usztywniam lakierem irokeza na głowie. Wyszczerzam zęby do odbicia, pijany błogim spełnieniem.

O tak.

Jestem największym punkiem na świecie.

„Osiem Puzzli” by Darek Barczewski

Gdzieś, kiedyś, nie wiadomo gdzie

Wszędzie, aż po nieistniejący horyzont, rozciągała się utkana z najczarniejszego kwantowego mroku jasność. Jasność tak porażająca, że natychmiast wypaliłaby oczy każdemu przypadkowemu widzowi, których jednakowoż być tutaj nie mogło.

Gdziekolwiek owo “tutaj” się znajdowało.

Jasność była wszechobecna i wszechprzytłaczająca – oczywiście przy założeniu, że miałaby co lub kogo przytłoczyć. A nie miała.

A może jednak?

Ktoś bowiem się tutaj znajdował. Gdziekolwiek owo tutaj by… tak, wiemy, wiemy, nie powtarzajmy się.

Ten ktoś był kimś więcej niż po prostu ktosiem, jednak z powodzeniem przypominał kogoś. Posiadał bowiem wielką brodę – wielką i jasną niczym mgławica. Broda spływała szeroką kaskadą z jego twarzy i kończyła się pośród wzburzonych fal siwizny daleko niżej, zapewne tam gdzie u owego kogoś – gdyby był po prostu kimś, a nie kimś więcej niż po prostu ktoś – znajdowałyby się rejony prywatne. Których jednakowoż nie miał. Sami domyślcie się czemu.

Ów ktoś miał ręce – dwie dłonie wyłaniały się ze lśniących anielskim błękitem rękawów, które oczywiście nie stanowiły po prostu rękawów, ale bardziej Rękawy – w każdym razie owe dłonie wykonywały bardzo charakterystyczne ruchy. Na poły bowiem ugniatały, na poły zaś masowały Czoło owego kogoś (które… wiadomo).

Ów ktoś wydawał się skonsternowany, aczkolwiek daleko bardziej konsternujący był fakt, że pojęcie konsternacji mogło jeszcze nie istnieć. Lub zostało już dawno zapomniane. Trudno to orzec w miejscu, będącym zarówno tezą, jak i antytezą czasu, ale także tezą i antytezą miejsca.

No dobra, nie owijajmy w Bawełnę (która oczywiście nie była…). Ów ktoś to sam Panbó. Taki pisany z wielkiej litery, aczkolwiek wszystkie kolejne były małe. W praktyce to bez znaczenia, ale uściślijmy fakty z uwagi na szacunek dla najmniej ważnego ze światów, w którym im co ma mniejsze znaczenie tym ma większe.

Panbó był skonsternowany.

Załamywał swoje boskie dłonie – o ile akurat nie rozmasowywał nimi zmarszczonego Czoła – gdyż natknął się na swego rodzaju problem. Bogowie nie mają problemów, rzecz to wiadoma. Problemy z boskością wymyślili ludzie, czy jak tam się oni zwą, co pozwalało im w pokrętny sposób uzasadnić istnienie zwolnień podatkowych i celibatu. Panbó, gdyby o tym wiedział, byłby jeszcze bardziej skonsternowany. Zapewne nie do końca zrozumiałby znaczenie słowa celibat, skoro już o tym mowa, ale nie o tym mowa, więc pomińmy to milczeniem. A skoro już coś napomknęliśmy, to uznajmy, że tak naprawdę nic nie było napomknięte.

Powtórzmy. Raz. Jeszcze. Nic. Nie. Zostało. Napomknięte.

Kropka.

Wróćmy do meritum.

Przedmiot konsternacji Panabo stanowiły elementy, nad którymi się pochylał, a pochylał się bardzo fizycznie, czyli nie w przenośni. Pochylał się nad sugestią stołu – tak naprawdę to tylko zagranie semantyczne, bowiem w boskim świecie there is no stół, jednak umysły istot niższych – nie obrażamy tutaj karaluchów, chodzi o ludzi – potrzebują się chwytać takich konstruktów, by zrozumieć rozmaite konstrukcje. No dobrze, znowu odpłynęliśmy. Do rzeczy.

Panbó pochylał się nad ekwiwalentem stołu, na którym leżały… puzzle. A właściwie Puzzle.

Zanim coś powiecie: Panbó doskonale wiedział, co to są Puzzle. Może nie kumał celibatu i ordynacji wyborczej w Polsce (jako i samej Polski), ale ideę Puzzli czaił absolutnie.

Puzzli było osiem sztuk.

Na nieistniejącym stole nie leżało nic więcej, ergo osiem Puzzli stanowiło całość jakiejś Całości.

Osiem Puzzli nie przedstawiałoby wyzwania nawet dla ludzi. Co najwyżej dla karaluchów, ale tylko dlatego, że w przeciwieństwie do ludzi, karaluchy zawsze spodziewały się, że prawdziwa rzeczywistość jest kilka poziomów niżej i wyżej tego, o czym im donosiły ich omatidia, a trudno ułożyć najzwyklejsze nawet puzzle, jeśli układa się je nie według kształtów i rysunków, ale niedopowiedzeń, metakontekstów i z uwzględnieniem tunelowania kwantowego. Nie wspominając o fraktalach, które poniekąd komplikowały proste sprawy, a przynajmniej proste krawędzie.

Osiem Puzzli było powodem boskiej konsternacji wyłącznie z jednego powodu: każdy Puzzel totalnie i niebotycznie różnił się od siebie; niczym materia i antymateria, prawda i polityka, penis i ucho, show i biznes, kobieta i empatia. Mówiąc krótko: te Puzzle za cholerę do siebie nie przystawały, jakby wzięto je z różnych zestawów. Pardon: Zestawów.

A jednak, Panbó miał przemożne uczucie, że coś należało z nimi zrobić.

Tylko co?

Wrzucić do czarnej dziury? Tylko czy czarne dziury zostały już stworzone? A jeśli tak, to gdzie? Ech, szukanie galaktycznego kosza na śmieci poza miejscem i czasem stanowiło wyzwanie samo w sobie, poza tym gdzieś tam na granicy horyzontu myślowego Panabo kołatała się wiedza o tym, że czarne dziury dokądś prowadzą i jakby już przypomniał sobie gdzie, to chyba by mu się to nie spodobało. Bo do jednej bodaj coś kiedyś wrzucił. To był całkiem niezły prank i będzie ostra polewka, jak karaluchy kiedyś to odkryją, ale tymczasem Panbó miał kłopot ze skupieniem i sam nie pamiętał, o co chodziło. Trochę jak Sherlock Holmes, traktował swoją pamięć bardzo poważnie i nie zaśmiecał jej czymś, co nie wydawało mu się akurat potrzebne.

No dobra.

Pozostawała nadal Sprawa Ośmiu Puzzli. Wielkie Litery sugerowały, że ukryły się tam Konteksty, a tym samym w przyszłości lub przeszłości mogła się na tej bazie wytworzyć jakaś religia. Swoją drogą, pomyślał Panbó, jakby tak zasugerować to karaluchom? Oczami wyobraźni widział Panbó miriady karaluchów oddające cześć i chałwę uświęconym relikwiom, toczące o nie uzasadnione moralnie wojny i poświęcające swoje cenne życia na ołtarzu puzzlowej wiary. Hmm… tak, to koncept wart zrealizowania. W przyszłości. Lub przeszłości.

Na razie jednak wróćmy do Puzzli.

To poważny problem. Panbó był sam, cokolwiek to znaczyło, ale przecież nie mógł wykluczyć, że pojawią się inni. Cokolwiek to znaczyło. I wtedy nakryliby go na wpatrywaniu się w Osiem Puzzli. I uznaliby to za objaw jego słabości, niedostatecznej boskości i doskonałości. Objaw chaosu. Oj nie, nie wypadało do tego dopuścić.

Rozwiązanie! Rozwiązanie! Myśl, myśl brodziasty przystojniaku, coś w końcu wymyślisz!

A gdyby tak…? Panbó rozejrzał się, trochę jak Jasiek z drugiej ce przymierzający się do kradzieży pączków, ale poza mroczną wszechświatłością nie dostrzegł niczego ani nikogo. Zero świadków.

No dobra.

Zróbmy to zatem w ten sposób, szepnął do siebie Panbó, sięgając po dwa losowo wybrane Puzzle i przystępując do Dzieła.

Tutaj, teraz, gdziebądź

Brajan był już prawie u celu.

Po trzech miesiącach epickiej walki z przeciwnościami losu i lasu, w postaci milionów lian, dzikich węży, głodnych piranii i innych takich, znajdował się niemalże tam, dokąd zdążał.

Ostatnia biała plama na mapie świata, przylepiona od tak dawna do zielonego przestworu dżungli amazońskiej. Ostatnia ostoja tajemnicy, Święty Graal odkrywców i podróżników, mityczne eldorado wszystkich tych, którzy z niewiadomych względów interesują się czymś innym niż programem telewizyjnym i newsletterem ukochanej partii politycznej.

Brajan raz jeszcze sprawdził GPSa. Od starannie wybranego celu dzieliło go zaledwie dwadzieścia metrów. Ze dwie kurtyny z lian, trzy na wpół spróchniałe drzewa leżące w poprzek nieistniejącej ścieżki, osiemnaście węży i – mimo braku zbiorników wodnych – jakaś starannie zaczajona pirania. Lub dwie. Tak, zdecydowanie to piranie stanowiły największe utrapienie, odkąd się wycwaniły i w ramach samodoskonalenia wyzwoliły z typowo rybich ograniczeń.

Z drugiej strony, od paru dni to właśnie liany, węże i piranie były jego jedynymi towarzyszami. Uświadomił sobie, że od pewnego czasu nie uświadczył ani jednego karalucha, co w sumie nie powinno go dziwić. Przy tylu piraniach? Co ciekawe, kilka karaluchów uciekło wcześniej z jego plecaka. Tak jakby w którymś momencie przekroczył granicę, której przekroczenie nie było dozwolone karaluchom.

Dziwne?

Jeśli ktoś kusi się na półroczną wyprawę w miejsce, gdzie w obfitości występują tylko liany, węże i piranie, to należy założyć, że ma dyskretnie przesunięty punkt odniesienia w kwestiach normalności.

Brajan otarł pot z czoła i ze wzmożoną energią wziął się do pracy.

Stępiałą maczetą targał liany, częściej je urywając niż tnąc, cały czas przy tym przytupując, by straszyć węże. Na piranie metody nie znał, więc ze spokojem buddyjskiego mnicha przyjął, kiedy jedna z nich spadła z gałęzi, odbiła się od jego głowy i zginęła w gęstej trawie, gdzie przeszła na dietę bezmięsną.

Jeszcze godzina. Jeszcze pół godziny. Jeszcze kwadrans. Jeszcze pięć minut. Jeszcze minuta.

Już!

Ostatnia liana opadła na ziemię z cichym jękiem, ciągnąc za sobą nieco zdziwionego węża oraz uczepioną jego ogona piranię. Brajan przeskoczył trójcę swoich arcywrogów i stanął na miejscu.

Równina Białej Plamy – tak nazwał tę lokalizację roboczo. Później poświęci chwilę, by usprawnić kwestie semantyczne, marketing to ważna rzecz… Równina była dość rozległa, miała z dziesięć kilometrów średnicy, w całości otoczona gęstą ścianą lasu, lian, węży i piranii. Wszędzie tutaj rosła trawa, na której pasły się…

Hmm…

Spróbujmy jeszcze raz.

Na trawie pasły się…

Gulp!

Do trzech razy sztuka?

Na trawie pasły się…

Brajan pokiwał głową.

Westchnął. Podniósł maczetę, zarzucił plecak na ramię, wykonał w tył zwrot i wrócił do mroku leśnego poszycia. Drogę mniej więcej znał, więc z łatwością uniknął ataku podskakującej w trawie piranii. Tak, to powinno być dość proste. Kilka miesięcy uczciwej pracy maczetą, unikania węży, piranii i powinien wrócić do cywilizacji. Znajdzie sobie swoją własną Dżesikę czy inną Adelajdę, będzie patrzył, jak jego luba nabiera solarkowego brązu i nigdy, przenigdy, nie podejmie więcej prób zamalowywania białych plam na jakichkolwiek mapach. Gdyż Brajan postanowił niniejszym, że odkrywanie nieodkrytego pozostawi innym. Na przykład karaluchom, o ile te kiedyś zgłupieją na tyle, by się pchać tam, gdzie się póki co nie pchały.

I tak właśnie Brajan odszedł ku zachodzącemu słońcu… lub wschodzącemu. Kto by tam wiedział. Przez te cholerne liany i inne takie słońce było i tak niewidoczne.

Epilog

Za plecami Brajana została ostatnia biała plama tego świata. Plama wypełniona trawą, po której maszerowały, skakały i pływały mniej-więcej-zwierzęta, przy których słowo hybryda byłoby mocnym niedopowiedzeniem. Zanim się poddał, Brajan dostrzegł, że każde zwierzę – właściwie to “zwierzę” – posiadało ogon wieloryba, szczypce kraba, nogi żyrafy i parę innych podzespołów, których nie zdążył zidentyfikować.

Gdyby się przyjrzał bliżej, zanotowałby jeszcze dwie rzeczy: zwierzęta składały się z ośmiu wyraźnie odmiennych części, a miejsca styku pomiędzy ich składowymi przypominały łączenia puzzli, które ktoś dopasował kreatywnie za pomocą młotka, nie bacząc na oryginalne wypustki i wcięcia, o samym rysunku na awersie nie wspominając.

Darujmy jednak Brajanowi ten brak nieuwagi. To co mimo wszystko zdążył zauważyć i tak go skrzywiło na resztę życia.

Posłowie

A karaluchy?

Czas ich wielkości miał dopiero nadejść. Wszak Panbó się nie myli. Prawda?

„X” by Darek Kuchniak

Wolno zwlokłem się z łóżka. W sypialni jak zwykle rządził chaos. Posprzątam jutro, pomyślałem. Spojrzałem w lustro umieszczone w drzwiach szafy. Widok nie zachwycił, ale nie miałem powodów do kompleksów. Na kogo by dzisiaj ponarzekać? Bez tego ani rusz. Muszę codziennie wynajdywać preteksty, by spełnić swój obywatelski obowiązek, by poczuć się prawdziwym Polakiem. Powody do narzekania nie zawsze miały odzwierciedlenia w rzeczywistości, ale czy to ważne?

Z rozmyślań wyrwało mnie charakterystyczne chrząknięcie. Sąsiad z naprzeciwka znowu zaszczycił mnie wizytą. Wiedziałem, że za chwilę padnie durne pytanie. Nie pomyliłem się.

– Kto stoi za tym, że Polska nie posiada bogatych złóż srebra i złota ? – usłyszałem charakterystyczny, niski głos.

– Prosta sprawa, Zdzichu. To wina Ruskich. Wmówili Matce Ziemi, że nie zasługujemy na cenne metale. Na uroczystej kolacji uraczyli samogonem i było po sprawie. Ich knowania naraziły nas na ogromne straty. Rozgrzewajmy silniki czołgów i do ataku! – odparłem z kamienną twarzą.

– Sam to wymyśliłeś, czy pomogło mocne uderzenie w czerep?

– W niektórych kwestiach jestem samowystarczalny. Obyło się bez stymulacji z zewnątrz – oświadczyłem, siląc się na patetyczny ton.

– Uspokoiłeś mnie.

– Siadaj, zaparzę ci kawy.

Gość kiwnął głową na znak zgody. Najpewniej od samego początku liczył na poczęstunek.

Po trzech kwadransach przemieszczałem się za pośrednictwem komunikacji miejskiej z punktu A do punktu C, lekceważąc totalnie punkt B i pozostałe. Naprzeciwko mnie usiadł chłopak. Po chwili wyciągnął z plecaka tekturowe pudełko i zaczął układać puzzle.

– Gdzie masz smartfona? – spytałem.

Nastolatek zaszczycił mnie nader krótkim spojrzeniem, wydął wargi i mruknął:

– Elektroniczne gadżety to wiocha.

– Możesz jaśniej?

– Jaśniej się nie da – zawyrokował i wrócił do przerwanej czynności.

Przybyłeś z przeszłości i nie wiesz jak wrócić do lat dziewięćdziesiątych? – odparłem i zadowolony z żartu, zacząłem się głośno śmiać.

Wkrótce sam się przekonasz – oświadczył młodzieniec i w oka mgnieniu rozpłynął się w powietrzu niczym nadzieja alkoholika na przeszczep wątroby.

Nagle poczułem, że dzieje się coś dziwnego i niepokojącego zarazem. Autobus i współpasażerowie zniknęli, a ja tkwiłem we własnym łóżku.

Co słychać, staruszku? – zapytał chłopak z wyrazem tryumfu na twarzy.

Stara bieda – odrzekłem niepewnie.

Nieproszony gość popatrzył na mnie z politowaniem i prychnął pogardliwie.

Jak widzisz, radzę sobie nieźle bez telefonu. A jak się wkrótce przekonasz, zwykła układanka może przynieść wiele satysfakcji. Wystarczy, że zajrzysz do sąsiada.

Co ty bredzisz? – wykrzyknąłem zdumiony i wściekły zarazem, albowiem wypadki z ostatniej godziny kompletnie wyprowadziły mnie z równowagi.

Czeka cię wiele niespodzianek.

To były ostatnie słowa dziwnego dzieciaka. Nigdy go już nie zobaczyłem.

Chcąc nie chcąc zajrzałem do Zdzisława. Kiedy wszedłem do jego salonu, zauważyłem miliony małych elementów porozrzucanych po dywanie.

  1. Dzisiaj? Dziecko bez telefonu? Nieeeeemożliwe…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: