polskie centrum bizarro

Dzień Kota

In Opowiadania on 17 lutego, 2020 at 6:00 am

KotopaskudJak onegdaj pisał mistrz Ludwik Jerzy Kern: „Gdzie dużo piwnic, strychów i płotów, tam się zaczyna Królestwo Kotów. Świat tam na cztery łapy spadł, zaczarowany koci świat…”. Na tym teoretycznie moglibyśmy poprzestać – nalać sierściuszkowi mleka do miseczki, dodać kapkę czegoś mocniejszego, no i święto. Ale nie. Niedobroliterkowa redakcja postanowiła (jednogłośnie, choć akurat Paskud przemawiał symultanicznie dwoma głosami), że uczcimy Dzień Kota stosowną aktualizacją tematyczną. Na część literacką składają się teksty Kazka Kyrcza Jra, Zeter Zelke, Darka Kuchniaka, Marcina Rojka, Kornela Mikołajczyka oraz debiutującej na portalu Oleny Khomeniuk – i to debiutującej w godnym pochwały stylu, bo podwójnie/dwujęzycznie! Oprawa graficzna sponsored by niezawodny Tomasz Woźniak. Na koniec – krótki apel.
A oto i rzeczona aktualizacja. ZMIAAAUczynamy!

 

 

 

„Użyteczne, użyteczny” by Kazimierz Kyrcz jr

Koty z pewnością bywają użyteczne. Mruczą, ocierają się, niekiedy łapią myszy… Dogmir jednak – być może przez wzgląd na swe imię – miał to głęboko w dupie. Nie, żeby nie lubił absolutnie żadnych czworonożnych. Psów, wiewiórek czy jeleni… Jednak wolał te rozjechane, pęczniejące na poboczach dróg bogactwem zapachów i kolorów, stanowiące pożywkę dla naprawdę dużo mniejszych braci mniejszych.

Dogmir nie pamiętał, kiedy to się zaczęło. Kiedy przyczepiła się do niego ta sympatia do robaków i czerwi, z czasem objawiająca się dojmującą potrzebą zapewniania im strawy.

Potrzeby bywają różne. Są takie, których zaspokojenie nie nastręcza trudności, jak i te – a do nich właśnie zaliczała się ta Dogmirowa – które nie są społecznie akceptowane. Ba, z niewiadomych względów ściga się i karze każdego, kto im hołduje.kot6

Wróćmy jednak do kotów, których Dogmir, łagodnie to ujmując, nie darzył atencją. Otóż one też go nie lubiły. Do tego stopnia, że którejś księżycowej nocy wybrały się do niego w odwiedziny. I gdy chrapał sobie smacznie, śniąc o ogromnej górze stworzonej z martwych zwierzaków, lśniącej od wijącego się w niej robactwa, wskoczyły na niego i drapiąc wściekle a zajadle, rozdrapały go na miękką breję.

Tak oto Dogmir zyskał niepowtarzalną, przynajmniej w jego przypadku, szansę, by stać się w pełni użytecznym. No i ekologicznym, ma się rozumieć.

 

„Nie dotykaj dziwnych rzeczy” by Zeter Zelke

„Wybacz mi, Tom.
Naprawdę nie było innego sposobu –
powiedział do stojącej przed nim szklanki z herbatą.”
J.A. Zajdel „Woda życia”

Ulubieniec Rosołków wylegiwał się w niewysokiej trawie pod otwartym, jasnym niebem. W innych warunkach nie pozwoliłby sobie na podobną beztroskę, lecz nie po to regularnie obsikiwał każdy kąt i ocierał się o każde drzewo w okolicy, aby wiecznie czuwać. Obrócił się na grzbiet, wyprężył jak struna i wystawił biało-rudy brzuszek na dotyk słońca. Rozkoszował się ciepłem przez całe piętnaście sekund, dopóki nie zawisł nad nim trzepoczący cień. Filips przeturlał się na łapki i zadarł głowę, mrużąc zielone ślepia.

– Poczta z niedaleka! – zagruchała Grusia, wachlując nad nim skrzydłami.

Twoje szczęście, że mam pełny brzuszek – pomyślał Filips, wbijając pazurki w grunt.

– No, co tam? – zawołał, nie dając po sobie poznać rozdrażnienia.

Nawet nieco się rozpogodził, widząc, że Grusia ociąga się z wylądowaniem. Czyżby pamiętała o tych piórkach, które za młodu wyrwał jej z kupra?

Wreszcie ptaszysko nabrało śmiałości i opadło niezgrabnie na ziemię. Sięgnęła dziobem do torby przewieszonej przez wypukłą pierś, wyciągnęła z niej coś, co wyglądało na wyrośniętego żołędzia i szybko odskoczyła na w miarę bezpieczną odległość. W miarę bezpieczną według jej ptasich standardów. Filips aż parsknął w duchu, obserwując ten gołębi taniec.

– To od jakiejś rudej kity – zagruchała. – Koleś nie jest stąd. Nigdy wcześniej go nie widziałam.

– Oho! – Filips przysunął różowy nosek do przesyłki. – Rozumiem. – Z westchnieniem wsadził tylną nogę do ucha i pogrzebał. – To od Pipiego. Nietutejszy. Dzięki.

Grusia pokiwała łebkiem spojrzała na kota pomarańczowym okiem i rozłożyła skrzydła. Zanim odleciała, Filips dodał obojętnie:

– Wyświadczysz mi przysługę? Rogalscy zza płota próbowali wczoraj wykopać moim Rosołkom tuję. Bądź koleżanką i zrzuć im specjalną przesyłkę na szaszłyki. – Pociągnął nosem. – Są jeszcze surowe.

Gołębica przewróciła oczami, ale posłusznie odleciała w kierunku domostwa Rogalskich.

Tymczasem Filips skoncentrował się na żołędziu. Tak, to Pipi. Tylko on kontaktował się z nim w taki sposób. Kłopot polegał na tym, że żołądź lubił się turlać, a to zawsze przykuwało kocią uwagę. Dlatego kolejnych pięć minut Filips spędził latając po trawniku i ganiając za owocem dębu, dopóki ten sam się nie otworzył. Z wydrążonego środka wypadła kartka.

Pipi pierwszy raz skontaktował się z Filipsem rok temu za pośrednictwem Kudłacza. Kudłacz, choć kundel i to dość niechlujny, był dobrym kumplem. Obieżyświat powsinoga, często robił za pośrednika między ich osiedlem a światem zewnętrznym. Tym sposobem Filips dowiedział się, że niejaki gryzoń, Pipi, potrzebuje odnaleźć pewien sklep. W zamian za współpracę wiewiór obiecywał cotygodniowe dostawy tuńczyka. I – cholernik – jak dotąd wywiązywał się z obietnicy!

Filips oczywiście zaoferował pomoc, albowiem zaznajomiwszy się ze szczegółowym opisem miejsca dobrze wiedział, gdzie owego szukać. On wiedział, ale Pipi nie wiedział, że kot wie, toteż Filips stwierdził, że nic się nie stanie, jeśli nie przyzna się do swojej wiedzy od razu. Skutkiem tego przez kolejne dwa miesiące dobrze się żyło jemu i jego brachom na rachunek tajemniczej wiewiórki.

No, ale nic, co dobre, nie może wiecznie trwać. Gdy dwa dni temu Kudłacz zaczepił go pod płotem, dopytując o efekty poszukiwań, Filips stwierdził, że nie wypada dłużej wodzić Pipiego za pędzle na uszach. Oznajmił, że jest gotów zaprowadzić zleceniodawcę do pożądanego miejsca. A dzisiaj z nieba zleciała Grusia z wezwaniem do akcji.

Złapał kartkę w pyszczek i potruchtał pod drzewo. Koty są dalekowzroczne, trudno im odczytać cokolwiek, nie wskoczywszy uprzednio na coś wysokiego. Filips hycnął na gałąź, zwiesił głowę i spojrzał na zmaltretowany papier leżący na trawie. Wiadomość nie była długa: „Dziś wieczór. Przed Krowim Plackiem”. Zgaduję, że nadszedł czas, by wywiązać się z mojej części umowy” – mruknął z zadowoleniem. Lubił poznawać nowe zwierzęta. No i trawiła go ciekawość: czego obca wiewiórka mogła szukać w opuszczonym sklepie z różnościami?


Krowim Plackiem nazywali charakterystyczny, płaski kamień, który od niepamiętnych czasów leżał przy dojeździe do głównej drogi. Pipi już tam na niego czekał.

– Kamień z serca! – zapiszczał rudy, przysuwając łapki do pyszczka, jakby zaraz miał się rozpłakać.

– Ciężko znaleźć tę ruderę – skłamał gładko Filips. – Omal nie straciłem jednego z żywotów. Ale się udało!

– No ja sądzę! – pisnął Pipi. – Nawet nie wiesz, ile mnie kosztowało ustalenie, że to jest gdzieś w okolicy! Szukałem tyle lat! – Gryzoniowi łzy stanęły w oczach.

– A po co ci to, tak właściwie? – chciał wiedzieć Filips. – Toż to zrujnowany, od dawna nieczynny sklep ze szpargałami.

– Nie o sklep mi chodzi, lecz o to, co w nim jest! Klejnot rodowy!

– Klejnot rodowy? – Kot przekrzywił ciekawie głowę.

– Moja rodzina pochodzi ze starej linii japońskich wiewiórek. Jak się dobrze przyjrzysz, zauważysz wyblakły pasek na moich plecach. Wieki temu, w wojnie wiewiórek z nietoperzami, zaginął nasz rodowy klejnot: orzech nad orzechy. Cały z brązu!

– Chyba zaczynam rozumieć – mruknął Filips.

– Szukaliśmy go wszędzie. Całe pokolenia szukały. Wreszcie ustaliliśmy, że trafił w ręce jakichś sklepikarzy. Gdzieś tutaj.

– To miałoby sens. Sklep, o którym mowa, prowadziła pewna zwariowana starowinka. Biznes nawet nieźle się kręcił, dopóki jakiś dzieciak nie dostał wysypki po połknięciu nabytej tam zabawki. Srał na zielono przez dwa tygodnie. Wtedy ludzie zaczęli unikać sklepu, aż ten podupadł. – Filips już się podnosił, by zaprowadzić Pipiego na miejsce, kiedy po chwili zastanowienia dodał: – Poszukamy tego twojego klejnotu, ale miej to na względzie: pełno tam dziwnych rzeczy. Lepiej ich nie dotykaj.

– Jak dostaniemy się do środka? – zapytał Pipi.

– Nie bój nic! Zadbałem o to. – Kolejne kłamstwo, lecz wiewiór nie musiał wiedzieć, że rudera stała szerokim otworem od lat.


„Sklep z różnościami babci Jadzi” był faktycznie zapomniany i zapuszczony. Pajęczyn nikt stąd nie zbierał od dawien dawna, kurz zalegał na podłodze, półkach i sprzętach grubymi warstwami. Poprzewracane, popękane, podniszczone, stały w bezładzie rozmaite rozmaitości, których nikt nie zdążył nabyć, bowiem sklep przedwcześnie zbankrutował. Filips i Pipi poruszali się ostrożnie między półkami, zadzierając noski.

– Ale dużo gratów! – pisnął wiewiór.

– Jak znajdziemy orzeszek pośród tylu klamotów? – strapił się Filips.

– Za pomocą tego! – Pipi zaprezentował kocurowi wahadełko na srebrnym łańcuszku.

Istotnie, od razu zaczęło się wahać, szczególnie chętnie w jednym kierunku. Po niespełna dziesięciu minutach odnaleźli zabrudzone pudełeczko, a w nim:

– Mój klejnot! – Pipi wyszczerzył w uśmiechu przednie zęby. Jego pucołowate policzki nabrzmiały radością, a puchata kita drżała ze wzruszenia.

– No to zabieraj go, mały, i wracajmy. Od tego suchego powietrza i kurzu zaschło mi w pyszczku.

– Ano, przydałoby się coś wlać do gardła – zgodził się Pipi i zawiesił oczko na torebce z czymś sypkim. – Hej, patrz! Oranżada!

Filips spojrzał niechętnie na przedmiot zainteresowania kolegi. Wyglądał jak plastikowa torebka z różowym proszkiem. Rozpuścić to w wodzie i pewnie mieliby coś do picia. Gdyby tylko nie pochodziło ze sklepiku z różnościami babci Jadzi.

– Chyba ci mówiłem, byś nie dotykał…

Ale Pipi już capnął torebkę w pyszczek i wybiegł na zewnątrz, potrząsając szeroką kitą. Filips podążył za nim sprężystym truchtem.

Wiewiórka znalazła sporą kałużę, rozerwała torebkę i wlała proszek do wody. Wtedy stało się coś, czego Filips się obawiał – coś dziwnego.

Woda zagotowała się, zabulgotała, proszek kipiał, pienił się, z koloru różowego przechodził w czerwony, a z sypkiej konsystencji w solidną, mięsistą. Oba zwierzątka z rosnącą trwogą patrzyły jak przed nimi wyrasta człowiek – wielki i postawny, nieco purpurowy na skórze.

– Ach! Czy już dotarliśmy do celu? – zapytał, kiedy się zmaterializował; nagi jak go Pan Bóg stworzył. Rozejrzał się ze zdziwieniem, gdy zaś nie spostrzegł przed sobą żadnego innego naczelnego, opuścił wzrok. – A wy coście za jedni?

– Spragniony wiewiór i jego towarzysz – przedstawił ich Filips. – Możemy w czymś pomóc?

– Tak właściwie, to nie wiem. – Purpurowy człowiek wydawał się zagubiony. – Leciałem na wakacje na jeden z księżyców Lolojololo. Standardowo na czas lotu nas sproszkowano. Ale to nie wygląda jak satelita Lolojololo. – Znowu rozejrzał się podejrzliwie.

– Jesteś na Ziemi – oznajmił Filips.

– Yyy… – Pipi się zająknął. – Jak to: sproszkowano?

– A co, wy nie wiecie? – zdziwił się purpurowy. – Jak wylatuje statek z milionem pasażerów, to by ich pomieścić, trzeba ich sproszkować. Proszek jest lekki, więc jego transport nie zużywa też dużo paliwa. Mądre, nie?

Filips był kotem o dobrym sercu i już robiło mu się żal tego biednego, zagubionego kosmity. Niemniej jednak nastroszył sierść, zmrużył powieki i pirzgnął łapą Pipiego po tych jego frędzlach na uszach.

– Durniu! – syknął. – Mówiłem ci: nie dotykaj dziwnych rzeczy? Teraz trzeba wykombinować, co zrobić z tym kosmicznym pechowcem!

Filips klapnął zadkiem na wilgotnej ziemi i spojrzał w dal. Zawsze wpadał w jakieś tarapaty. A jak akurat w nie nie wpadał, to one wpadały na niego.koty11

Tym gorzej dla tarapatów! – pomyślał, zwężając podstępnie zielone ślipka. W tej przebiegłej kociej głowie już lęgł się kolejny szachrajski plan. I tak przez wszystkie dziewięć żywotów.

– Słuchaj no, Purpurek – zwrócił się do kosmicznego podróżnika. – Nie owijając w bawełnę: wpadłeś w niezłe tarapaty. Kto wie, jak długo leżałeś sproszkowany.

Purpurowy golas zrobił żałosną minę. Filips podniósł uspokajająco łapę.

– Ale od czego są kumple – kontynuował. – Tam, za nami, jest nieużytek wypełniony po brzegi dziwnym towarem. Wystarczy, że trochę się ogarniesz, poznasz świat. Przypudrujesz gębę, by nie odstawać i otworzysz tę ruderę na nowo. Zapewni ci utrzymanie na całkiem niezłym poziomie. Z czasem zarobisz tyle, by wrócić do domu.

– Jestem tu sam, nikogo nie znam – rozważał kosmita. – To prawda, że powinienem najpierw zadbać o solidny grunt pod nogami.

– No właśnie! – podchwycił ochoczo Filips. – I ja ci w tym pomogę. Ale! – Wystawił pazurek. – Mam jeden warunek.

Purpurowy przeniósł na niego pytające spojrzenie.

– Jak już rozkręcisz biznes, zadbasz o to, by sprzedawać tuńczyka. Dla mnie i mych kumpli gratis.

– Hm… To chyba uczciwa propozycja – przyznał tamten.

Filips aż mruknął z zachwytu. Oto rodziła się nowa przyjaźń – jak najbardziej interesowna.

Zapyta ktoś, po co pupilowi Rosołków dodatkowe źródło przysmaków? Wszak opiekunowie niczego mu nie skąpili; nawet go rozpieszczali, odkąd ich niechciany pierworodny zmarł na wściekliznę.

Otóż panowało przekonanie, że koty są samolubnymi, egocentrycznymi draniami. No więc Filips zadawał temu przekonaniu kłam. Te tuńczyki, to przecież nie dla niego. To dla Bimbra, Świrki, Mruczuńcia, Bezogonki i innych swojaków, którzy żyli na dziko. Załatwił im szamano i to w jakim stylu!

Wyszło po kozacku i z klasą – pomyślał, myjąc się za uchem. Cały on.

 

„Sublokator” by Darek Kuchniak

Mój najlepszy przyjaciel zawsze był nieobliczalny. Nie zdziwiłem się więc, kiedy dowiedziałem się, że Pewien Apacz wszedł rano na komin miejscowej cegielni i zastygł w pozycji kwiatu lotosu. Ze względu na pogardę, jaką żywię do dużych wysokości, wysłałem do Indianina gołębia z pytaniem: „Co cię trapi, człowiecze?”

Po godzinie dostałem wyczerpującą odpowiedź: „Dopadło mnie rozwydrzenie egzystencjalne. Splin wędruje za mną z takim samym zaangażowaniem jak tropiciel nielegalnego oprogramowania. Krewni odwrócili się ode mnie – jestem samotny w całym tego słowa znaczeniu. W obecnej sytuacji muszę uznać za sukces, że w zeszłym tygodniu udało mi się zainteresować przedstawicielki miejscowego koła garncarskiego. Szkoda tylko, że po godzinie miłe panie znalazły okulary i wygnały mnie precz. Okazało się, że wzięły mnie za leśniczego i miały nadzieję, że będziemy swawolić na piecu garncarskim”.

Taka odpowiedź musiała satysfakcjonować. Przede wszystkim informacja o żywej relacji między wyposzczonymi kobietami, a ich okularami – pomyślałem i zacząłem szukać w okolicy własnego komina. Niestety, okazało się, że wszystkie są zajęte. Musiałem zmienić koncepcję i zwrócić się ku naturze. Rozejrzałem się w okolicy i zlokalizowałem dorodny dąb.

Ławo znaleźć drzewo. Tylko co dalej? Przytłaczało gabarytem i żywotnością zaklętą w zieleń. Nie dawało jednak poznać po sobie, iż permanentnie czuło i żyło na wysokim poziomie.
– Czy rozmiary rośliny potrafią cię przytłoczyć? – zapytałem Pewnego Apacza, usuwającego właśnie z butów skutki uboczne przemiany materii jakiegoś dachowca.

– Nie mam w tej kwestii nic do powiedzenia.

– Nie grymaś, to ekskrementy zwykłego kota. Przyfarciło ci się – hipopotam czy słoń mają w tym względzie o wiele więcej do powiedzenia.kot3

– Odejdziesz sam, czy mam cię zachęcić tomahawkiem?

– Właśnie sobie przypomniałem, że zostawiłem w domu żelazko. Podejrzewam, że nagrzało się do granic możliwości wyobraźni faceta, imaginującego sobie, iż ostrze toporka tkwi w jego płacie potylicznym.

– Bez wyobraźni nie byłoby postępu, a bez kodeksu karnego nie dostąpilibyśmy zaszczytu obcowania z paragrafami i ustępami. Ciekawe, dlaczego większość moich pobratymców ich nie zna? – wtrącił futrzak, wygrzewający się na moim balkonie.

– Wynocha stąd, mądralo! Nie płacisz za czynsz, nie masz wstępu! – wrzasnąłem.

– Wybacz, ale to pewnie magia tego miejsca. Już po kilku minutach pobytu straciłem ochotę na powrót do siebie. Co do czynszu, możemy się dogadać – odparł rzeczowo zwierzak.
Od tej pory Klemens mieszka ze mną. Jego gruntowna wiedza prawnicza niejednokrotnie wyratowała mnie z opałów. Poza tym mój współlokator dysponował sporą gotówką. Dzięki temu nie musiałem już grzęznąć w beznadziejnej pracy wyłącznie po to, by mieć na rachunki.

 

„Dobry kotek” by Marcin Rojek

Siedziałam w domu, głaszcząc kota. Towarzyszyła nam cisza i ciemność. Do tego to okropne kapanie. Co kilka sekund jedna kropla uderzała o podłogę. Tak bardzo starałam się nie krzyczeć.

Oddychałam powoli, szukając wyjścia z sytuacji. Nigdy nie myślałam, że na własne oczy zobaczę czyjąś śmierć, i to z tak bliska. Niby wiem, że dorosły człowiek ma w sobie mniej więcej pięć litrów krwi, tyle co duża butelka wody z marketu. Niby zdawałam sobie sprawę, że gdyby to wszystko wylać na raz, powstałaby całkiem spora kałuża. Rzeczywistość okazała się jednak o wiele gorsza. Krew lała się z ran bez ustanku, a mój Tomek umierał długo i w męczarniach. Otwarte żyły stopniowo wysączały z niego życie, które wraz z krwią do tej pory skapuje z jego dłoni. Każda spadająca kropla brzmi w tej martwej ciszy jak uderzenie gromu. Jeszcze do niedawna był pełen życia. Prawdę mówiąc, to nawet bardziej niż zwykle. Kłóciliśmy się, nawet już nie pamiętam o co. On krzyczał na mnie, ja na niego, normalka. Skończyłoby się na kilku łzach, przeprosinach i może małym co nieco, i po sprawie. Kochałam go nad życie. Nigdy nie przypuszczałam, że mnie uderzy. Coś musiało w niego wstąpić, nigdy wcześniej się tak nie zachowywał. Nie wierzyłam, kiedy padłam na kolana, czując na policzku palący ból. Oczy zaszły mi łzami, a umysł pustką. Nie rozumiałam, co się stało. On stał nade mną, z dłonią wciąż zaciśniętą w pięść. Patrzył na nią, jakby należała do kogoś innego. Powoli zaciskał i otwierał palce.

Leżący koło mnie kot poruszył się i przestał mruczeć. Serce stanęło mi na chwilę. Myślałam, że to mój koniec. Futrzak jednak ziewnął tylko przeciągle i znów brzmiał jak stojący na światłach silnik samochodu. Wibracje jego ciała wypełniały cały dom. Robiły się tak głośne, że przestałam słyszeć własne myśli.

Nie podejrzewałam, że jest zdolny do czegoś takiego.

Kiedy leżałam, wciąż trzymając się za twarz, kot zaatakował. Skoczył nie wiadomo skąd i rzucił się na Tomka. Wbił mu pazury w facjatę i zacząć drapać jak oszalały. Wydawał przy tym dziki pisk; pobrzmiewały w nim głosy przodków. Krew chlapała z każdej z nowych ran, a Tomek rzucał się po pokoju, próbując strącić napastnika. Miał poharatane gardło i nadgarstki, jak gdyby ten gruby angol dobrze wiedział, gdzie zaatakować. Patrzyłam, jak coraz więcej krwi leje się z żył Tomka. Kiedy kot skończył robotę, spokojnie zeskoczył na szafkę i zabrał się za zlizywanie juchy z łapek. Tomek padł na fotel, próbując krzyczeć i zakryć rozszarpane gardło. Podłogę i dywan pokryła czerwień, tak samo panele prowadzące do kuchni i łazienki. Okropne bulgotanie, towarzyszące każdemu rwanemu oddechowi, przyprawiało mnie o ciarki. kot5Śmierć przyszła powoli. Odniosłam wrażenie, że widzę, jak stoi nad dyszącym jeszcze chłopakiem i pokazuje coś do kota. Ostatni wdech okazał się najgorszy, jako że włożył w niego resztki swoich sił. Gwizd zepsutego czajnika, z którego wylewa się woda, a później – cisza. Lewa ręka zsunęła się z gardła i opadła na oparcie fotela. To z niej do tej pory kapią gęste krople.

Kot zeskoczył na podłogę i usiadł na wprost mnie. Jego czarne, puste oczy lśniły w mroku.

Nie wiem nawet, kiedy zgasło światło.

Wsunął się pod moją dłoń, domagając się głaskania, jak to robił setki raz, kiedy jeszcze nasze życie było normalne, a podłoga biała. Pamięć mięśniowa zadziałała i kot dostał to, czego chciał.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, co się stało, i że muszę coś zrobić. Podniosłam rękę, chciałam wstać. Szybki ruch łapki – i cztery pazury wbiły się w mój nadgarstek, piąty powoli wysuwał się, delikatnie naciskając na żyłę.

Robił to za każdym razem, kiedy próbowałam się podnieść.

Nie wiem, jak długo tu siedziałam, ale słońce wschodziło i zachodziło przynajmniej dwa razy. Albo sześć. Jestem głodna i chce mi się pić. Ciało pulsuje bólem. Na pośladkach na pewno wykwitły mi już odleżyny i nie czuję lewej nogi…

Straciłam sporo krwi. Każdy nieuważny ruch skutkuje kolejnym wbiciem pazurów w ciało.

Tak bardzo chce mi się spać.

Może jeśli przymknę oczy, choćby na chwilę, nic strasznego mi się nie stanie?

 

„Kilkenny Fight Club” by Kornel Mikołajczyk

UWAGA: Żaden kot nie został unicestwiony podczas tworzenia poniższego tekstu

Kiedy ostatnie dwa koty zaczynają drzeć koty na miniaturowym ringu w jego piwnicy, Leopold Kiszka wspomina ten odmieniający życie moment, w którym po raz pierwszy przeczytał o Efekcie Kilkenny.

Leopold, lat 11. Znudzony udawaniem, że odrabia lekcje, bez nowego komiksu o Batmanie i z kieszonkowym wydanym co do grosza na gumy Turbo, myszkuje po domu, szukając czegoś do czytania; czegoś innego, rzecz jasna, niż niezrozumiałe ciągi liczb. Na półce u rodziców natrafia na białą książeczkę wciśniętą tuż obok wazonu zasłaniającego (jak zdążył już wyniuchać) poradniki Lwa-Starowicza. To Zoologia fantastyczna Borgesa. Czyta z zapartym tchem o sześcionożnych antylopach i trzygłowych psach, aż w końcu na stronie osiemdziesiątej dziewiątej odkrywa następujące zdanie: „O kotach z Kilkenny mówi się, że tak się z sobą biły, że się nawzajem pożarły, pozostawiwszy po sobie tylko ogony”. Próbuje sobie wyobrazić tę scenę, lecz nie potrafi. Niemniej dobrze zapamiętuje owo zdanie – szczególnie, że jest to ostatnie zdanie książki, jakie udaje mu się przeczytać, nim do pokoju wpada ojciec z kablem od prodiża, by odpowiednio zmotywować syna do nauki. Cięgi na tyłku sprawiają, że ma wrażenie, jakby i on stracił ogon.

Leopold, lat 13. Mama płacze za Guliwerem, kiedy nikt nie patrzy. Nadal wystawia dla niego mleko. Niepotrzebnie – kocur nie wraca już drugi tydzień. Cóż poradzić, marzec… Ojciec mówi, że nie szkoda sierściucha, jednak Leopold wypatruje go w drodze do szkoły, ze szkoły, na boisko, z boiska. Wreszcie pewnego dnia, z alejki między kamienicami: Mhhhrrrrraaaaaaaauuu! Przeraźliwy kociokwik. Coś pomiędzy wrzaskiem człowieka zassanego przez tornado a wojennym okrzykiem berserka-wilkołaka. Biegnie za śmietniki i widzi, jak kochany, czarny Guliwer walczy zaciekle z pręgowanym dachowcem. Naraz koty stapiają się w futrzaną kulę, tarzają, podnosi się dym, zgiełk i – paf! Cisza. Na brudnej ziemi spoczywa pojedynczy ciemny ogon. Leopold podnosi go ostrożnie i wsuwa do kieszeni, niby w transie przypominając sobie wyczytane niegdyś słowa. „Kilkenny”. Dwa koty tak zrównane w sile i zajadłości, że mogły się nawzajem wyłącznie unicestwić. Niczym materia i antymateria. To nie żadna fantastyka, to działo się naprawdę. Ale… dlaczego?

Leopold, lat 17. Marysia non stop wydzwania z pytaniem, czy nie wybierze się z nią pod namioty. Leopold ją ignoruje. Natrafił właśnie na trop wiodący do rozwiązania tajemnicy, która spędzała mu sen z powiek od blisko czterech lat. Od czasu nagłego zniknięcia Guliwera ani razu nie natknął się na kocią bójkę, która wywołałaby Efekt Kilkenny, choć co weekend pomagał w schronisku i robił zakupy dla starowinki mieszkającej na końcu ulicy z chmarą czworonogich przybłędów. kot4Rodzice myślą, że syn został obdarzony złotym sercem i często z łezką w oku wspominają, jak dobrze go wychowali. Mylą się. Zależy mu wyłącznie na wiedzy, odpowiedziach. I wreszcie, w nieindeksowanych głębiach Internetu, znajduje to, czego szukał. Są na świecie inni, którzy słyszeli o Efekcie. Wkrótce poznaje sekret. Niezależnie od umaszczenia i rasy pojedynkujących się przedstawicieli Felis catus, Efekt skutkuje powstaniem jednego z dziewięciu chwostów. W szeptanych historiach każdy z nich ma swoją nazwę. Po Guliwerze został Węglik. Ale są jeszcze Tygrys, Cętka, Złocień, Puszek, Pędzelek, Zadzior, Szczota i Szczurek. Jeśli zbierze się komplet i odprawi rytuał, zyska się błogosławieństwo kocich bogów. A dokładniej: otrzyma dar dziewięciu żywotów. Żyć dziewięć razy… Leopold nie potrafi objąć tego rozumem. Można by się zapić za pierwszym razem, zadymić papierosami za drugim, zaćpać za trzecim, paść na chorobę weneryczną za czwartym – a to wciąż nie byłaby połowa limitu. Jedynym, co musiałby poświęcić, byłoby kilka marnych, nic nie znaczących kocich istnień! W przypływie ekscytacji wstaje od komputera i oddzwania do Marysi. Może kiedy złapie ją za tę blond kitę w parnej intymności namiotu, poczuje, że jest o krok bliżej do osiągnięcia swojego celu.

Leopold, lat 23. Aukcje internetowe. Szemrane sklepiki. Kradzieże. Infiltracje. Manipulacje. Dalekie wyprawy. Wszystko to i znacznie więcej, a przez sześć lat wchodzi w posiadanie zaledwie dwóch kolejnych ogonów. Ale teraz los musi się odmienić. Gdzieś na Półwyspie Indochińskim natyka się na wioskę, w której okoliczni zjeżdżają się do krytej suchą trawą chaty na walki kotów. Od czasu do czasu dochodzi tam do zjawiska nazywanego przez miejscowych đuôi bất ngờ. Jeśli ktoś okazuje się na tyle szalony, by postawić na remis, „chwost-niespodzianka” ląduje w jego kieszeni wraz z pokaźną sumką. Leopold, po paru nie do końca legalnych przerzutach antyków, dysponuje istną fortuną w dolarach. Obstawia tydzień w tydzień i w końcu zyskuje Cętkę. Zarobioną sumę inwestuje w lokalną rozrywkę, tak by walki odbywały się nie tylko w piątki, ale i w soboty. Trafia Pędzelek, lecz tego miał wcześniej, później długo nic, aż w końcu, po wyjątkowo zaciętej walce, Szczurka. Niestety, kilku lokalnym watażkom coraz mniej podoba się jego obecność – szczególnie, że zgarnia spore sumy i żyje jak król, czym zyskuje sobie przychylność niejednej wioskowej młódki. Leopold wyczuwa, co się kroi i wynajmuje własnych watażków, by poradzili sobie z „problemem”: ćwiartując wrogów i karmiąc nimi zwierzęta przeznaczone do walk. Kiedy wyjeżdża pół roku później, w chronionej trzema zamkami walizce skrywa siedem ogonów, plus trzy zdublowane. Wyjeżdża, bo w całej okolicy nie sposób już znaleźć ani jednego kota.

Leopold, lat 30. Osiemset dziewięćdziesiąt sześć. Tyloma ogonami dysponuje, gdy na liczniku pojawia mu się trójka. A wśród nich – żadnego Złocienia. Ostatni element potrzebny do rytuału przeradza się w obsesję. Dom na uboczu, ten sam, w którym niegdyś mieszkała kocia wariatka, to teraz jego hodowla, laboratorium i fight club. Krzyżuje ze sobą gatunki w eugenicznych eksperymentach, bada ich siłę i odporność, zestawia ze sobą tych przeciwników, których starcia mogą poskutkować Efektem Kilkenny. Osiąga dziesięcioprocentową skuteczność zestawień. Lecz rezultaty są zawsze takie same. Kolejny Szczurek, kolejny Puszek, kolejny Zadzior. Nie kryje się za tym żaden sens ani logika. Jednego dnia szylkretowa kicia walcząca z białym kocurem produkuje Szczotę, drugiego – Tygrysa. Złocień śni mu się po nocach: rudozłota kita, która zawsze umyka, gdy wyciąga ku niej rękę. Zupełnie jakby koci bogowie nie uznali go za godnego głaskania ich lśniących, niebiańskich futer.

Leopold, lat 46. Pije. Dużo. Za dużo. Nie powinien pić i krzyżować gatunków, ale Złocień tkwi w jego czaszce, łaskocze szare komórki. Przez dom przewijają się żbiki, rysie, manule, dwa karakale, jeden ocelot… Są dni, kiedy z trudem powstrzymuje się przed sprowadzaniem lwów czy tygrysów. Gdzieś musi tkwi odpowiedź. Ktoś widział ostatni z chwostów na własne oczy, opisał go. A jednak nigdzie na świecie nie sposób go zdobyć. To Święty Graal kocich ogonów, dostępny wyłącznie dla wybrańców. Więc Leopold pije i urządza walki na ringu w piwnicy: w ogrodzonym zagłębieniu o ścianach tak wysokich, że nie wyskoczy zeń żaden kocur. Dziesiąte pokolenia najdziwniejszych krzyżówek ścierają się w bataliach na kły i pazury: szkieletowate, długonogie rudzielce o niepokojąco ludzkich obliczach, puchate kule o nietoperzych uszach, łyse gobliny o rozdwojonych ogonach i jęzorach zdolnych zedrzeć skórę jednym mlaśnięciem. Ledwo pamięta, po co to robi; wie jednak, że musi. Aż w końcu przestaje powiększać swoją trzódkę, szukać nowych rozwiązań. Patrzy już tylko na śmiertelne pojedynki, zachlany i cuchnący, w domu pełnym klatek, z których coraz bardziej zieje pustką. Wyposażony w jedno, jedyne życie, doszczętnie zmarnowane na poszukiwanie dziewięciu.

Leopold, teraz. Ostatnie dwa koty to zwykłe dachowce. Szarobure, nijakie. Pokłosie grupy kontrolnej. Leopold ledwo widzi na oczy z przepicia, gdy padają sobie w ramiona w locie i zaczynają się drapać, szarpać i gryźć na ringu. W pewnym momencie zatacza się na podłogę i obija sobie łokieć. Może to i lepiej. Może umrze tu i teraz, w zaszczanych gaciach, zapomniany przez moce nieba i ziemi. Lecz wtem – przeraźliwy skrzek. Tak bardzo znajomy, bo przecież słyszany tysiące razy przedtem. Czołga się na skraj pola walki i dźwiga ze stęknięciem na ogrodzenie, by ujrzeć… Złoto. Skarb zaklęty w długi, elegancki, rudozłocisty chwost. Koci bogowie musieli go testować. I teraz, w chwili największego zwątpienia, na skraju bezdennej rozpaczy, wreszcie postanowili nagrodzić jego trud. „Dziękuję”, szepcze ze łzami w oczach. Godzinę później, umyty, ogolony i wciśnięty w garnitur, uroczystym krokiem wkracza na ring. Czarne świece palą się na obrzeżach kręgu. W dłoni Leopold ściska komplet ogonów. Recytując inkantację, którą zna na pamięć od trzydziestu lat, rozkłada swe cenne zdobycze w odpowiedni wzór. Węglik, Tygrys, Szczurek i Złocień w kole. Cętka, Puszek, Zadzior, Pędzelek i Szczota w środku, tworzące pentagram. Gdy tylko dopasowuje ostatni z nich, kształt rozjarza się niebiańskim światłem i powietrze wypełnia zew Kilkenny. Leopold śmieje się ze szlochem ulgi. Poprawia krawat, kiwa głową i śmiało wkracza w światłość przepełnioną kocią muzyką.

Leopold, poza czasem. Po drugiej stronie nie czeka na niego Bastet, nie czeka bóg-jaguar Majów, bakeneko ani nawet koty ciągnące rydwan Frei. Czeka Guliwer. Czarny kocurek wpatruje się w niego oczami niczym tlące się węgielki. Miauczy oskarżycielsko. „Dlaczego mi nie pomogłeś? Dlaczego nie ocaliłeś mnie od niebytu?” Skrzekliwy protest powtarza drugi głos tuż za nim, następnie trzeci, dziesiąty, setny… Wszystkie zwierzątka, jakie kiedykolwiek unicestwił Leopold Kiszka, w tym te śmiertelnie podrapane, zagryzione i zainfekowane, których ciała palił w starym piecu, wyłaniają się z mgły bezczasu. Otaczają go, skaczą całą chmarą, zmieniają się w ruchliwe, kłujące, raniące futro przyklejone do jego skóry. Głosy, których nie posiadały, gdy je krzywdził, dudnią mu w uszach, wrzeszcząc o bólu, o braku snu, o dzieciach odebranych matkom, o strachu przed kolejnym świtem. W swędzącej, krwawiącej agonii Leopold przestaje czuć swoje ciało. Krzyczy, lecz zamiast swego głosu słyszy: Mhhhrrrrraaaaaaaauuu! A potem nagle ląduje z powrotem w ringu. Ląduje – na czterech łapach. Zbierane dekadami ogony zniknęły, świece dawno się wypaliły. Jest sam w ciemnej, zimnej piwnicy swego domu tortur. Mały, czarny i pokryty sierścią, nie zdoła wspiąć się po gładkich ścianach i wydostać z podziemnego kręgu Kilkenny. Upewniał się co do tego wielokrotnie, tak by nie uciekła mu żadna ofiara. Ktoś tam na górze wypełnił jego życzenie. Otrzymał dziewięć żywotów; jak każdy kot. Ale wygląda na to, że spędzi je co do jednego, umierając powoli z głodu i wycieńczenia. Za krzywdy wyrządzone kociemu gatunkowi innej pokuty być nie może.

 

„KolejKot” by Olena Khomeniuk

Przerdzewiały pociąg ze Springfield do New Haven sunął z mozołem po torach, tak jakby czuł już nadchodzącą rychło emeryturę, ale większość pasażerów zdawała się nie doceniać poświęcenia tego kolejowego weterana. Ci spośród nich, którym nigdzie się nie spieszyło, z premedytacją ignorowali skład; woleli zaczekać na następny kurs w rozkładzie.

Opowieść ta, jednakże, nie tyczy się pociągu. Opowieść ta tyczy się niespodziewanego, długoterminowego pasażera na gapę. Był deszczowy, jesienny poranek, gdy nieznany człowiek w czarnym garniturze i kapeluszu – którego cień skrywał jego twarz – wsiadł do pociągu, natychmiast upuścił zawiniątko na najbliższe z siedzeń, po czym zniknął, rzucając swe ciało w tłum pełen spieszących gdzieś przechodniów. Pusty pociąg rozbudził zawiniątko, kołysząc nim z boku na bok. Zaczęło się poruszać gwałtownie, jak gdyby jego zawartość usiłowała znaleźć drogę do wyjścia.

Na początek pojawiła się łapka i tak oto zagadka została rozwiązana – w środku krył się kotek, zaspany, swojsko wyglądający maluch, kompletnie biały, jeśli nie liczyć pojedynczej czarnej plamki okalającej lewe oko. Miał krótkie futerko, duże uszy i ziewał w reakcji na szary, nudny dzień za oknem pociągu, który o tej porze kończył już niemal swój codzienny trud. Jak powszechnie wiadomo, pociągi w roku 2067 operowały zazwyczaj bez maszynistów, więc nikt nie mógł zauważyć kota śpiącego w tylnym wagonie, nieświadomego tego, co przyniesie kolejny dzień.

Gdy wreszcie nastał ranek, pociąg ruszył w swą zwyczajową trasę, zgarniając przypadkowych ludzi ze stacji i w pewnym momencie jeden z nich zauważył kocię. Młoda dziewczynka, która ledwo co rozpakowała swoje nowo zakupione buty, by zwolnić pudełko, obserwowała, jak kotek bawi się starą zasłonką powiewającą na wietrze. Gdy tylko skończyła rysować coś na pudełku, stanęła przed kotkiem, co sprawiło, że ten schował się wystraszony za zasłonką. Dziewczynka ostrożnie położyła pudełko przy kocie, a potem opuściła pociąg; jej babcia ciągnęła ją za rękaw do wyjścia.

– Blab la blab la bla blaaa – warknęła starowinka, nim drzwi zasunęły się z pogłosem. Ludzki język nie należał do łatwych do zrozumienia.

Kotek opuścił kryjówkę, gdy zyskał pewność, że jest bezpiecznie, po czym wskoczył do pudełka. Napis na boku kartonu głosił: „KolejKot”. Kotek otrzymał swoje pierwsze w życiu imię, a także pudełko – pierwszy w życiu dom.

Początek kolejnego dnia, zarówno dla pociągu, jak i dla kota, naznaczyło pojawienie się głośnej, kłótliwej pary, która rozsiadła się wygodnie tuż obok niewielkiego pudełka w rogu. O co się wykłócali? Brzmiało to jak: „Blaaa BLA BLA”. KolejKot nie potrafił określić dokładnego tematu, niemniej wyczuwał negatywny wydźwięk słów oraz fruwające w powietrzu emocje, szczególnie kiedy zaczęli się przepychać. Chciał zwrócić na siebie uwagę, więc wskoczył pomiędzy nich, wtrącając się całkiem dosłownie w rozmowę, przerwaną tak nieuprzejmie dokładnie w chwili, w której kobieta mówiła: „Blaaa”. Cała trójka zamarła na minutę, żadnych gwałtownych oddechów, żadnych „Bla”. Para spuściła wzrok, by sprawdzić, co im przerwało. Kiedy dostrzegli, że to tyci kotek, uśmiechnęli się łagodnie, a on zabrał się do lizania swoich łapek i mycia uszu. Ludzie, którzy jeszcze przed chwilą kłócili się tak zażarcie, teraz bali się nawet dotknąć małej istotki, w obawie, że mogliby ją skrzywdzić. Lecz w końcu dłonie mężczyzny i kobiety wysunęły się z przeciwnych stron i splotły pośrodku kociego grzbietu. Spojrzeli sobie w oczy i zaczęli rozmawiać, „Bla blab la”, ale teraz ich „Bla” słuchało się nawet przyjemnie. Odsunęli kotka na bok i przytulili się, nim wyszli z przedziału – zostawiając KolejKota samego.

Dni mijały jeden za drugim i niepuchata bestyjka stała się sławna wśród stałych pasażerów; klepali ją po łebku za każdym razem, gdy przechodzili obok. Kotek po cichu liczył, że znajdzie kogoś, z kim mógłby się pobawić, więc wpatrywał się w zabiegane ludzkie istoty, lecz żadna z nich nie zwracała na niego uwagi wystarczająco długo. Zdarzały się też gorączkowe pory dnia, kiedy to KolejKot musiał chować się pod siedzeniami i czekać, aż miną godziny szczytu. Tłumy były pełne różnego rodzaju „Bla”, nóg, toreb, a czasem nawet psów – te ostatnie sprawiały, że udawał niewidzialnego, zamykając oczy. W przedziwny sposób metoda ta się sprawdzała i psy zostawiały go w spokoju.

Pewnego razu, pod siedzeniem przyłapała go młoda panna szukająca zgubionego pierścionka. Płakała, ale fakt, że znalazła i swoją zgubę, i kota pocieszył ją na krótką chwilę. Dziewczę wyciągnęło kotka do światła i wyraziło swą aprobatę miękkim, słodkim „Bla”. Przez całą drogę na swoją stację łkała i narzekała, w związku z czym KolejKot czuł się tak, jakby został jej na świecie wyłącznie on, jakby stał się jej ostatnią deską ratunku. KolejKot usiadł jej na podołku i zaczął mruczeć tak głośno, jak tylko potrafił, co stanowiło najlepsze remedium na wszelkie schorzenia duszy. Zdawało się, że panna się z nim oswoiła i uśmiechała się, patrząc na swojego nowego… być może… przyjaciela. Po blisko godzinie dalszej podróży odebrała telefon. Ta jedna rozmowa sprawiła, że z nieznanego powodu ogromnie się ucieszyła. W ekscytacji jeszcze do niedawna płacząca panna zdecydowała się opuścić pociąg i tak też uczyniła… zapominając o kimś, kto się o nią troszczył. Kot wylądował na zimnej, brudnej podłodze pociągu zatrzymanego na żądanie i z początku nawet nie zauważył, że ktoś oddycha ciężko za jego plecami. Kiedy KolejKot zrozumiał, że dalsze siedzenie w bezruchu może się dla niego źle skończyć, obrócił się, spodziewając się ujrzeć twarz czegoś groźnego, z czym za nic nie chciałby walczyć, czegokolwiek, nie miał nawet czasu zastanowić się czego! Ujrzał psa, który uśmiechał się doń przyjaźnie z jęzorem wywieszonym tak nisko, że niemal dotykał posadzki. Kot zamknął ślipia, by stać się niewidzialnym, i tym samym niezwyciężonym, ale w końcu nie mógł już dłużej czekać i uchylił lewą powiekę, by zbadać sytuację. Pies leżał na grzbiecie i turlał się, jak gdyby zapraszał kota do zabawy. Wtedy to właśnie KolejKot odkrył, że zamykanie oczu nie sprawia, że staje się niewidzialny, sprawia za to, że psy stają się niegroźne. Poczuł dumę z tytułu owego odkrycia, a także ulgę, że nadal żyje. Dwaj zwierzęcy przyjaciele zaczęli skakać na siebie nawzajem, biegać slalomem między nogami zaskoczonych ludzi i tulić się w śmieciach wyrzuconych z kosza, który przypadkiem przewrócili. Niestety, okazało się, że pies posiadał właściciela, którego „Bla” brzmiały wyjątkowo gniewnie, gdy znalazł wreszcie swego pupilka, zgubiwszy go uprzednio w trakcie kupowania biletu. Obaj musieli odejść i pies skulił ponuro uszy, schował zabawny jęzor, pociągnął noskiem i rzucił KolejKotowi ostatnie przyjazne spojrzenie.

KolejKota przepełnił smutek, gdy odprowadzał swego nowego przyjaciela wzrokiem. Spośród tych wielu okazji, kiedy ktoś odkrył jego obecność, ta jedna wyjątkowo została mu w pamięci. Utrata kogoś, kto stał się bliski i ważny w jego życiu wydawała się tak bolesna, że chyba wolałby nigdy go nie spotkać, nie bawić się razem, nie uśmiechać, nie dzielić się z nim ani „Bla”, ani kawałkiem kiełbasy wygrzebanym ze śmieci. KolejKot siedział w swoim pudełku i wszystkie te myśli bombardowały jego biedną, samotną duszę.kot 2

Był chłodny, zimowy poranek, gdy – po raz pierwszy od dawna – nikt nie przekroczył progu, by zająć miejsce w starym, zardzewiałym pociągu. Nikt, z jednym wyjątkiem: nieznana osoba w czarnym garniturze i kapeluszu – którego cień skrywał jej twarz – wsiadła do pociągu, natychmiast upuściła zawiniątko na najbliższe z siedzeń, po czym zniknęła, rzucając swe ciało w tłum pełen spieszących gdzieś przechodniów. Pusty pociąg rozbudził zawiniątko, kołysząc nim z boku na bok. Zaczęło się poruszać gwałtownie, jak gdyby jego zawartość usiłowała znaleźć drogę do wyjścia. KolejKot, pełen typowo kociej ciekawości, nie potrafił się powstrzymać i podchodził coraz bliżej i bliżej, aż nagle tycia ludzka dłoń wyskoczyła z zawiniątka i chwyciła za ogon swego pierwszego w życiu, najlepszego przyjaciela.

 

“The RailCat” by Olena Khomeniuk

The rusty train from Springfield to New Haven was cruising with great effort, as though it felt the retirement was soon coming, but most of the travellers seemed not to appreciate the commitment of this railroad veteran. People who had time on their hands successfully ignored the train, preferring to wait for the next one on the schedule.

This story, however, is not about the train. This story is about its unexpected long-term passenger. It was a rainy autumn morning when an unknown person in a black suit and a hat—the shadow of which covered his face—got on the train, instantly dropped a bundle on the closest seat, then rapidly disappeared by throwing his body into the hurrying crowd. The empty train woke the bundle up by rocking it from side to side. The bundle started moving furiously, as though its contents were attempting to find a way out.

First, a paw showed up and the puzzle was solved—it was a kitten, a sleepy, cosy-looking, completely white cat with a single black spot around its left eye. It had short fur and big ears and it was yawning in reply to the grey boring day outside the train, which by that time was just about to finish its daily work. As it is widely known, the trains in the year 2067 were typically operating without a driver, so there was no one to notice a cat sleeping in the back, without a clue what the next day would bring.

When morning finally came, the train started its routine, picking up random people from the stations and at one point the kitten was spotted. A small girl, who had just unpacked her brand-new shoes in order to get an empty box, was looking at the small cat playing with the old curtain billowing in the wind. Once the girl finished drawing something on the box, she showed up in front of the kitten, which made it hide behind the curtain, scared. The girl gently put the box next to the cat before leaving the train; her grandmother was pulling her sleeve towards the exit. “Blab la blab la bla blaaa,” snapped the granny before the doors closed noisily. The human language was not easy to understand. The kitten left its hiding place as soon as it was sure it was safe and jumped straight into the box. There was an inscription on it that read: The RailCat. From that moment forth it became The RailCat. The kitten received his first ever name and the box—his first ever home.

The start of the next day was marked for both the train and the cat by the appearance of a noisy, arguing couple, who got themselves comfortable next to the small box in the corner. What were they arguing about? Something like: “Blaaa BLA BLA”. The RailCat could not define the exact topic, but he sensed some negative undertones and emotions flying in the air, especially when they started fighting. He wanted to get their attention, so he just jumped between them, literally meddling in the conversation which was interrupted impolitely at the very moment the woman was saying: “Blaaa”. The three of them were calm for a minute, no loud breathing, no “Blas”. The couple lowered their eyes to check what the distraction was. Once they discovered the tiny cat, they smiled with tenderness, as he started licking his paw and washing his ears. People who were arguing so strongly a few minutes ago were now reluctant to even touch the small creature for fear of hurting it. But after a while the hands of the man and the woman extended from opposite ends and met in the middle of the cat’s back. They looked at each other and started talking, “Bla blab la”, but it was kind of pleasant to hear their “Blas” now. They moved the cat aside and hugged before walking out the door—leaving the RailCat behind.

Days passed one after another and the unfluffy monster has become famous amongst the usual passengers; they patted his tiny head each time they were passing by. The kitten silently hoped to find someone to play with and so he looked at the hurrying human beings, but no one paid him attention for long enough to do so. There were also these hectic parts of the day when the RailCat had to hide himself under a seat and just wait for the rush hours to end. The crowds were full of different kinds of “Blas”, legs, bags and sometimes even dogs, the last of which caused him to pretend he was not there by closing his eyes. It mysteriously worked and the dogs left him alone.

One time, he was found under a seat by a young lady who had been searching for her ring. She was crying, but the fact she had found the ring and a cat cheered her up for a while. The girl pulled the cat into the light and expressed herself with a soft sweet “Bla”. All the way to her stop she was sobbing and complaining, and so the RailCat felt like he was the only one this poor girl had in the whole world, that only this tiny cat was able to help her. The RailCat sat on her lap and started purring as loudly as he could, which was the best way to cure all maladies of the soul. The lady seemed to grow accustomed to him and was smiling looking at her new… maybe even… friend. After about an hour of this she picked up her phone, as it started ringing. This one call made her extremely happy about something. The excitement forced the recently crying lady to get off the train and she did so… forgetting about someone who cared about her. The cat found himself sitting on the cold dirty floor of the train that has stopped on demand, and he did not feel at first that someone was breathing heavily behind his back. When the RailCat realized it could be deadly to continue sitting like that, he turned, expecting to see the face of something dangerous to fight with, of whatever, there was no time to think of what exactly! It was a dog who happened to be playfully smiling at the RailCat, with his long tongue out, nearly touching the floor. The cat closed his eyes to become invisible, which meant invincible, but eventually he just could not help waiting that long and opened his left eye to check. He saw the dog lying on his back, rolling as though he was inviting the cat to play. At that very moment the RailCat discovered that closing his eyes did not make him invisible, it just made dogs harmless. He was proud of himself for making that discovery and happy to be alive. The two animal friends started jumping around, running between the legs of confused people and cuddling in the trash from a basket they accidentally knocked over. Unfortunately, it turned out the dog had an owner whose “Blas” were extremely angry when he finally found his pet, whom he had previously lost while buying a ticket. They both had to leave, and the dog gloomily lowered his ears, hid his funny tongue, sniffed and gave the RailCat one last friendly look.

The RailCat felt abandoned, following his newfound friend with his eyes. Amongst the many occasions he was discovered by someone, this one distinctively stuck in his mind. Losing someone who had become close and important to you was so painful that it was better if you had never met them at all, never played together, smiled, shared a “Bla” and a piece of sausage from the trash. He was sitting in his box and all those thoughts were hitting his poor, lonely soul.

It was a cold winter morning, when—for the first time in a long while—no one has entered the door to take a seat in the old rusty train. With only one exception: an unknown person in a black suit and a hat—the shadow of which covered her face—got on the train, instantly dropped a bundle on the closest seat, then rapidly disappeared by throwing her body into the hurrying crowd. The empty train woke the bundle up by rocking it from side to side. The bundle started moving furiously, as though its contents were attempting to find a way out. The RailCat, with his feline curiosity, could not stay away and he was inching closer and closer, until a small human hand popped up from the bundle to catch the tail of its first best friend ever.

 

 

zwierz2Podobało się?

Jeśli tak, to zachęcamy, by w tym szczególnym dniu ukochać wszystkie koty tego świata, szczególnie te, które nie mają domu i/lub potrzebują Waszej pomocy.

Przypominamy, że parę lat temu nakładem wydawnictwa Gmork ukazała się antologia charytatywna „Zwierzozwierz”, w tworzeniu której wzięli również udział niedobroliterkowi autorzy. Antologia nadal jest do nabycia w wersji elektronicznej, a całość dochodów ze sprzedaży przekazywana jest na kocie fundacje, takie jak Fundacja Kocie Życie, Grupa Neko, czy Fundacja Hospicjum dla Kotów Bezdomnych. Czy to za pośrednictwem „Zwierzozwierza”, czy bezpośrednio, wesprzyjcie dziś naszych rozmruczanych braci mniejszych. Nie ma co odwracać kota ogonem, liczy się każdy grosz!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: