polskie centrum bizarro

„Piekielny Galimatias” by Karolina Orłowska

In Opowiadania on 2 marca, 2020 at 6:00 am

Dzisiaj gratka dla fanów „Pogromców duchów”, opowieści biblijnych oraz toposu odwiecznych zmagań dobra ze złem. Jak to wszystko się ze sobą wiąże? Takie pytanie nie powinno padać na Dworze Jednookiego, więc po prostu przejdźmy od razu do rzeczy. Paskud przyjął dar wotywny naszej nowej Autorki, Karoliny Orłowskiej; dar pod postacią – bo jakżeby inaczej – niniejszego, smakowitego opowiadania. Toteż wczytujcie się w te akapity i miejcie na uwadze pewne powiedzenie Anglosasów: No good deed goes unpunished, w wolnym tłumaczeniu: każdy dobry uczynek zostanie ukarany. Oj, jakże to prawdziwe. Quod erat demonstrandum poniżej.

Piekielny Galimatias

Hrabia Rzewski zadzwonił o świcie.

Nie jestem pewna, czy bardziej zdziwił mnie fakt, że ludzie wstają o siódmej, by załatwiać sprawy, czy to, że w dzisiejszych czasach jeszcze można być hrabią.

Do zamku dotarłam wieczorem. Teren piękny, z długą drogą dojazdową, fontanną na podjeździe, szerokie schody, okute drzwi i kołatka obok dzwonka. Zastukałam, bo to pasowało do atmosfery miejsca. Drzwi otworzyły się, skrzypiąc. Nie słyszeli tu raczej o WD-40. Wsadziłam głowę do środka, zanim ktokolwiek wychynął.

Halo, hrabio? – powiedziałam. – Mariola Sołtyk. Jestem jak obiecałam.

Z czeluści korytarza wysunął się mężczyzna. Chudy jak bałwan w czasie roztopów. Okulary w cienkich oprawkach dodawały mu dystynkcji. Prezentował się nienagannie, w odprasowanej marynarce, gładkiej jak lustro. Spojrzał na mnie takim wzrokiem, że zmalałam. Hrabia jak nic, pomyślałam.

Dzień dobry, pani Sołtyk – wycedził, ale patrzył gdzieś w dal. Ponad mną. Sprawdziłam, zeza nie miał. – Zapraszam do salonu. Hrabia Rzewski za chwilę panią przyjmie.

Dziękuję – odpowiedziałam dostojnie, pomimo służbowego stroju: znoszonych bojówek moro i podkoszulka. – Panie… – Spojrzałam pytająco.

Franciszku. – Skinął głową. – Jestem lokajem.

Gwizdnęłam i wreszcie jego wzrok trafił na mnie – wyrażał zdumienie. Lokaj wskazał pomieszczenie na wprost. Obejrzałam salon wielkości mojego mieszkania i stanęłam pod oknem.

Wyobraziłam to sobie jak scenę w filmie.

Okno, ona zapatrzona, on wchodzi, ona się odwraca….

Nie zdążyłam, bo zaatakowała mnie osa. Wykonywałam akurat wyrzuty rąk nad głowę, a potem wykop, kiedy zleciała niżej.

Nie wiem.

Nie mam pojęcia, skąd mi przyszło do głowy kopać owada.

I wtedy przybył gospodarz.

Pani Sołtyk. – Mężczyzna w średnim wieku, w pulowerze i wełnianych kapciach podbiegł i pomógł odganiać osę-natręta. – Franciszek, chodź tu i zabij – wrzasnął, ale skrzydlaty napastnik zdążył się gdzieś skryć, zanim usłyszał wyrok.

Lokaj pojawił się w drzwiach. Spojrzał na nas i zbladł.

Hrabio, z całym szacunkiem. – Przełknął głośno ślinę. – Wolałbym nie.

Rzewski zerknął na lokaja, potem za jego wzrokiem na mnie i wybuchnął śmiechem tak zaraźliwym, że nie dałam rady stać spokojnie. Służący poczerwieniał.

Uspokoiłam się pierwsza, hrabia starł łzy, osy już więcej nie widziano.

Dziękuję, że odpowiedziała pani na moją prośbę. – Mężczyzna wyciągnął dłoń. Złapałam ją i potrząsnęłam, zastanawiając się w duchu, czy wypada całować. W końcu to magnat czy inna cholera. – Mamy poważny problem.

Proszę opowiedzieć. – Uniosłam dumnie głowę i zrobiłam dzióbek, żeby wyglądać profesjonalnie. – Wszystkiemu zaradzimy.

Kupiłem dworek pięć lat temu – zaczął i wskazał fotel. – Praktycznie od pierwszej nocy dały się słyszeć dziwne dźwięki.

Dźwięki. – Pokiwałam głową, mrużąc oczy. W końcu znawca ze mnie, w każdej podpowiedzi umiem znaleźć klucz do rozwiązania. Tak przynajmniej twierdzi moja strona internetowa. – Jakiego rodzaju? Charczenie? Rzężenie? Jęki? A może krzyk? Proszę mówić prawdę, bo i tak się dowiem, ale zaznaczam, że za ten ostatni doliczam nieco do rachunku. Wrzaski mnie przerażają – wyjaśniłam i spojrzałam na paznokcie. Szarpnęłam zębami zadartą skórkę.

Nie, nic z tych rzeczy. – Hrabia usiadł naprzeciw. Wełniane kapcie ewidentnie przedstawiały małpie łby. – To poważny dom, nikt tu nie krzyczy. Staramy się rozmawiać spokojnie i taki też jest głos, który mnie nawiedza.

Głos, mówi pan – zastanowiłam się. – Z głosami to do psychiatry…

Jest i cała postać, choć niewyraźna.

Dobrze. – Łypnęłam okiem. – Co takiego prawi?

Ja gorę.

Słucham?

Ja gorę.

Ale o co chodzi? – zapytałam, zbita z tropu.

Nie jestem pewien, może mu gorąco, czy coś.

Próbował pan rozmawiać? Dopytać?

Hrabia zmierzył mnie wzrokiem, drgnęła mu noga, aż małpi łeb podskoczył.

Tak. – Nachylił się i szepnął. – Tylko proszę nie zdradzić Franciszkowi, bo się zeźli. On uważa, że ducha należy ignorować, aż się wkurzy i pójdzie goreć gdzie indziej.

Odpowiedział? – Obejrzałam się, czy lokaj nie stoi gdzieś w pobliżu.

Nie, zdaje się wstydliwy. Choć zasad nie ma i dlatego panią zaprosiłem. – Zaczerwienił się.

Chce pan hrabia powiedzieć, że nago lata?

Nie, a skąd. – Machnął ręką.

Uff… – Wciągnęłam głęboko powietrze. – To dobrze, bo nie wiem, jak z duchami postępować, a z gołymi to już całkiem.

Jak to, pani nie wie? – Hrabia tak się zdziwił, że zapomniał o etykiecie. – Taka znana łapaczka duchów?

To nie tak – powiedziałam. Kurde, tak mnie ta rozmowa wciągnęła, że prawie wygadałam, że to lipa. – Częściej przeganiam złe moce bez twarzy.

Hrabia zmrużył oczy i zmarszczył nos, zamilkł. Wykorzystałam okazję, by przyjrzeć mu się dokładniej. Średnia postura, szpakowate włosy, kwadratowa twarz i brud za paznokciem palca wskazującego przy prawej ręce. Z nich dwóch to Franciszek wyglądał po magnacku.

Gadał, od kiedy tu mieszkam – zaczął opowiadać. – Jakieś tam gorę, gorę, wiadomo. Uznałem, że zagraniczny i po naszemu nie umie, więc ignorowałem. Brzydki, ale nie taki straszny. I tak to trwało latami. – Hrabia pomachał małpą i zrobił minę człowieka obytego z duchami. – Aż tydzień temu zapytałem, co ma na myśli.

I? – dopytałam zaintrygowana.

Odpowiedział: tyle lat to powtarzam, a ty nadal nie pojmujesz? – zacytował hrabia. – Przestraszyłem się, bo skoro mówi, to i resztę rozmów rozumie. A co jak kogoś obgadam, a on poleci i powie? Przecie to duch! Pewnie latać może. – Zastanowił się. – Ale najgorsze, że po tym pytaniu nie pokazywał się kilka dni, chyba zwątpił, a dziś rano…

Słucham, proszę się nie krępować – zachęciłam, bo hrabia wyraźnie się zmieszał.

Siedziałem w toalecie, a on zajrzał i znów o goreniu zaczął – wycedził i odniosłem wrażenie, że się rozzłościł. – Jakim trzeba być… duchem… niewychowanym, żeby do łazienki komuś zaglądać?

Nie odpowiedziałam, bo niewiele wiem o etyce duchów.

Dlatego zadzwoniłem.

Zadanie nie było łatwe, ale nadal żywiłam nadzieję, że sytuacja jest wytworem wyobraźni zleceniodawcy. Dla własnego spokoju postanowiłam oprzeć się na tej teorii, a dalej postępować jak zwykle. Ważne, żeby uwierzyli w poskromienie nadprzyrodzonej siły i zapłacili. Im mocniej wierzą, tym lepiej płacą, dlatego przez lata wykombinowałam strategię.

Z reguły wybieram największe pomieszczenie w budynku, bo lubię przestrzeń, a i akustyka jest lepsza. Pewnego razu klient uparł się, że mu jęczy w schowku. Myślałam, że zwariuję, kiedy mnie tam zamknął. Od tamtej pory odrzucam takie zlecenia. Twierdzę, że jestem zbyt poważna i doświadczona, aby łapać duchy w kanciapkach.

U hrabiego najokazalsza była biblioteka. Przywlekłam walizki z samochodu, potem skrzynię na wózku z kółkami. Hrabia i Franciszek patrzyli zaciekawieni. A że ten drugi bystry, to wyjaśniłam, że pragnę sama się przygotować. Wyszli, lecz trzymałam się nadziei, że słuchają pod drzwiami.

Jedna z walizek mieściła głośniki, które rozstawiłam niedaleko wejścia i połączyłam z telefonem. Ścieżka dźwiękowa zawsze przekonywała niedowiarków. Skrzynia jak zwykle na środek pokoju, długa rura od odkurzacza wystarczyła, bym łapała skubańca po pomieszczeniu. Ze dwa razy się udało. Wciągnęłam obłok do pułapki, a potem wypuściłam w kościele. Bo gdzie takiego typa puszczać? W innych przypadkach używałam ścieżki dźwiękowej i lampek na skrzyni. Pułapka na duchy powinna świecić, gdy jakiś jest w środku. W drugiej walizce przywiozłam przyciągacz. Wytwarza pole, które interesuje umarlaków. Pędzą jak mój kot do łiskasa. Jeśli są, bo przy większości zleceń nie było żadnego. Dlatego musiałam sobie radzić.

Włączyłam przyciągacz, zasyczało, zapiszczało i wystrzeliło wiązkę światła. Rozejrzałam się i podeszłam do pułapki. Schyliłam się po rurę, ale zanim zdążyłam dotknąć włącznika, za plecami rozległ się głos.

Proszę sobie darować te wygłupy. Ja gorę.

Wrzasnęłam tak, że podsłuchujący pod drzwiami uderzyli w nie, wydając tępy odgłos. Któryś przeklął.

Spojrzałam na zjawę. Zdecydowanie mężczyzna. Nie taki znów brzydki. Ciemne włosy do ramion założył za uszy. Na szczupłej twarzy błąkał się uśmiech, a szeroko rozstawione oczy wpatrywały się w moją skromną osobę znad spiczastego, wystającego nosa.

Zszokowana, pokazałam rurę od pułapki.

Włazić mi natychmiast do pudełka! – powiedziałam i uniosłam wyżej podbródek, by poznał, jak pewną siebie kobietą jestem. – Bo się zdenerwuję!

Duch uniósł dłonie w obronnym geście.

Proszę nie krzyczeć – odpowiedział. – Lubię spokój. Porozmawiamy?

Nie za bardzo. – Postanowiłam na szczerość. – Mam cię unicestwić, bo ludziom do kibla zaglądasz. Nigdy bym nie pomyślała, że duch mógłby być zbokiem. – Próbowałam go wyśmiać, bo dziwnie na mnie działał, onieśmielał i uspokajał.

Głupotą byłoby mordowanie. Poratuj mnie.

Ehe… – zaczęłam z zamiarem oznajmienia, że nic z tego.

Chcę wrócić do domu – przerwał. – Do wychodka zajrzałem, bo gadam do hrabiego od lat, a on nic, ani słówka. Raz tylko przemówił, ale tak, jakby mnie nie widział.

Było gadać do kogo innego – wrzasnęłam, żeby się otrząsnąć i zamknąć mu gębę. – Właź do pudełka!

Nie wlezę! Pomóż mi iść do nieba.

Do nieba chcą wszyscy. – Zamrugałam, bo był przezroczysty i trochę znikał. – Ale na to sobie trzeba zasłużyć, he?

Utknąłem w tym zamku wieki temu – zaczął. – Siedziałem w depresji, potem uczyłem się, jak rozmawiać, aż trafiłem na hrabiego. Sam nie mogę wyjść, bo zniknę. Tak działa klątwa.

Co oznacza: ja gorę?

Ja w górę – wyjaśnił. – Mówiłem, że ja w górę, do nieba.

Kim jesteś? – zapytałam i pomachałam końcówką odkurzacza.

Bogiem.

Zapadła cisza. Mierzyliśmy się wzrokiem. Zastanowiłam się, czy to możliwe, żeby duch cierpiał na chorobę psychiczną. Zdarza się, jak widać. Zrobił się jaśniejszy, ale wyraz twarzy nadal miał spokojny. Nawet się nie poruszył. Stał tylko i czekał na reakcję.

Gościu! – powiedziałam i pokiwałam głową z niedowierzaniem. – Ale cię poniosło!

Mówię serio – stwierdził i tak też wyglądał. – Wieczność temu stoczyłem walkę. Przegrałem, akurat miałem gorszy dzień, ale konsekwencje poniosła ludzkość. Ktoś musi odmienić los tych biednych istot.

Ta? – Prychnęłam, bo zaczynał mnie przekonywać i irytować tym samym. – A z kim walczyłeś?

Zawołaj resztę – powiedział i jakby oparł się plecami o biurko. – Nie ma sensu powtarzać, bo nie dosłyszeli przez drzwi. I tak potrzebuję całej trójki.

Przyjrzałam mu się dokładnie. Ot, normalny facet. Z lekka dziwny, bo ubrany w parciane portki i koszulę. Bezguście. Uniósł brwi, więc spojrzałam w stronę drzwi i zastanowiłam się, czy dostanę wypłatę, jeśli wkręcę pracodawcę w tę dziwną sytuację.

Już moja w tym głowa, żeby ci zapłacił – przemówił i zrozumiałam, że cholernik czyta w myślach. Wścibski typ.

Ruszyłam do drzwi, otworzyłam je powoli i wyjrzałam na zewnątrz. Hrabia i lokaj zdążyli się odsunąć.

Powinniście wejść i pomóc – zaszeptałam, a potem zdałam sobie sprawę, że on i tak słyszy, więc dodałam pewniejszym głosem: – Dałabym radę solo, ale się uparł.

Wolałam podkreślić, żeby nie wzięli mnie za niedojdę.

Franciszek się cofnął, patrząc na hrabiego, ale ten wypiął dumnie pierś i skinięciem głowy przyjął propozycję. Lokaj skapitulował. Weszli trochę chwiejnie i stanęli pod ścianą, jak najdalej od ducha. Hrabiemu jedna małpa nieco się przykurzyła. Pomyślałam, że należy przerwać krępującą ciszę.

To jest Bogu – powiedziałam. Franciszek się przeraził. – Nie żywi się lokajami tylko potrzebuje pomocy.

Sam opowiem – przerwał mi duch. Prześwitywał i widać było dokładnie blat na wysokości jego pośladków.

Zaczął mówić, a ja notowałam w pamięci, bo tak wygadany okaz może się więcej nie trafić. Planowałam spisanie wspomnień na emeryturze.

Bogu twierdził, że na miejscu zamku stała kiedyś kaplica. Niezbyt wielka, bo budownictwo było wtedy marne, ale traf chciał, że akurat tutaj starły się siły dobra i zła. Zło walczyło o przejęcie kontroli nad Ziemią, dlatego on, Bogu, wystawił wojska, aby zgładzić Szatana.

Aha – przerwał mu Rzewski. – Czyli zaglądanie komuś do łazienki będziemy teraz tłumaczyć niebiańskością, tak? Jak ktoś Bóg, to mu wszystko wolno?

Hrabia nie mógł zapomnieć kiblowej zniewagi, czekał tylko na moment, by wybuchnąć. Nikt się nie odezwał. Omiótł zebranych wzrokiem i zawstydzony swoim zachowaniem bardziej niż incydentem w wychodku, opuścił spojrzenie i skupił się na rombach zdobiących jego sweter. Poprawił stopę w wełnianym kapciu, małpi łeb zadrgał, ale duch mówił dalej, więc hrabia zdecydował się przerwać dąsy.

Nikt już nie pamięta, ile ponieśliśmy ofiar, by chronić ludzi. – Bogu był rozżalony. – Piekielni rzucali zaklęciami zagłady, zaś niebiańscy otoczyli się kopułą obronną, nacierając ostro kropidłami z dozownikiem wody święconej. Piekielni przegrywali, aż jeden z bliskich współpracowników Boga, niejaki Tadeusz, który sprzedał się siłom zła, przerwał kopułę od wewnątrz.

Bogu zgrzytnął zębami.

Piekielni zaatakowali z mocą – mówił dalej. – Zginęło wielu żołnierzy.

Czemu o tym nie wiemy? – zapytałam, dumna ze swojej spostrzegawczości.

Bo historię piszą zwycięzcy – odpowiedział. – Dostali się do nieba, zaczęli rządzić, może na początku ktoś pytał, ale sprzedali ludziom bajkę o wolnej woli i tamci uwierzyli, że wszelakie zło na świecie to sprawka samego człowieka.

Nadal tam są? – Wskazałam palcem sufit.

A jak myślisz? – zapytał wkurzony. – Czy prawdziwy Bóg pozwoliłby na postrzelenie papieża, rozpad One Direction i wojnę w Afryce?

Jak możemy pomóc? – odezwał się Franciszek, choć widziałam dokładnie, że trzęsie się jak galaretka.

Musicie mnie odesłać z powrotem. Dalej sobie poradzę.

Posłuchaliśmy wytycznych, które zaprowadziły nas do lasu. Szukaliśmy nie pni, nie desek, nie krzaków tylko delikatnych gałązek, które będą dymić. Szkoda, że wymiarów nie dał… co za różnica?! Sam tego nie robił, bo twierdził, że klątwa go zabije, jeśli opuści teren dawnej kaplicy.

Poszedł do altany ustawionej za wejściem do zamkowej kuchni.

Kto dowodzi w piekle? – zapytałam, kiedy gałązki leżały ułożone w stos. – Skoro diabeł jest w niebie…

Raz mnie tam wrzucili. – Sądząc po jego minie było to traumatyczne przeżycie. – Wydostałem się szybko, wystarczyło odnaleźć przejście. Oni takie mają, bo często wychodzą na Ziemię kusić. Wróciłem do miejsca bitwy, dalej nie da rady.

To już wiemy. – Franciszek bał się coraz mniej, choć wrodzona sztywność nie pozwała mu się rozluźnić. – Kto jest w piekle?

Pomioty diabelskie, rzecz jasna. – Bogu spojrzał na nas, jakbyśmy byli niespełna rozumu. – Zło nie potrzebuje dowódcy, tylko podjudzaczy.

Ustawił mnie i Rzewskiego naprzeciw siebie, sam odsunął się tak, żeby móc swobodnie przejść obok ogniska i dotrzeć do przerwy między nami.

Franciszek miał podpalić i dąć. Tak też zrobił. Chuchał i dmuchał, a kiedy płomień robił się zbyt duży, przyduszał go warzechą. Przesuwał podpałkę dalej, pod kolejne gałązki i dął ponownie. Nie wiem, czy z braku tchu, ciepła, czy z faktu, że wyglądał dosyć głupio, robił się coraz bardziej czerwony.

Kiedy dymu zrobiło się tyle, że zaczęłam kaszleć, Bogu pokazał mi i hrabiemu, żebyśmy dłońmi naganiali opary, by utworzyć z nich okrąg. Sam spojrzał w niebo, potem na posadzkę, zmrużył powieki i szeptał pod nosem. Nie wiem co, bo zamiast podsłuchać, zawzięcie machałam ramionami.

Skąd wiesz, że jesteśmy w odpowiednim miejscu? – zagadałam, bo zaczynało mi się nudzić. – Przysięgam, że za chwilę się uduszę.

Dym gryzł w oczy i czułam na policzkach ściekający tusz.

Spędziłem tu dużo czasu, wymierzyłem dokładnie, gdzie otworzyć portal wprost do komnaty tego szubrawca – odpowiedział.

Spojrzałam na okrąg, który wymachiwaliśmy w dymie i zauważyłam, że coś dziwnego się tam dzieje. Nie prześwitywała już barierka altany, a za nią zamkowa ściana i brudne okno, jakby dym miał wnętrze. Hrabia też się gapił, pot spływał mu po skroni.

Bogu przykucnął, ustawił jedną nogę jak do biegu, spojrzał na nas po kolei.

Dziękuję – powiedział wzruszony. Przestraszyłam się, że za chwilę przyjdzie mi pocieszać płaczącego Boga, tak żałosną minę zrobił. – Czas wracać do domu. Ludzkość wam tego nie zapomni, ja też zawsze będę pamiętał.

O, losie! Hrabia też się rozczulał. Pokiwałam głową zniesmaczona. Cóż za wrażliwe towarzystwo.

Bogu przykucnął niżej, odbił się, zrobił kilka kroków, tyle na ile pozwalała altana, i z rozbiegu wskoczył w okrąg. Przysięgam, że nie wypadł z drugiej strony dymu tylko zniknął we wnętrzu.

Przestaliśmy machać łapami.

Portal, jak go nazwał, sam się utrzymywał. Nagle ze środka dobiegły dziwne odgłosy. Skrzypienie, jęk, szamotanina i razy wymierzane jeden po drugim.

Dawaj, Bogu! – wrzasnęłam w stronę dymu, wysuwając głowę jak najdalej. – Franciszek, do dzieła! – Pogoniłam sztywniaka, bo chyba zapomniał o drugiej części zadania, zbyt zajęty przypatrywaniem się z otwartą gębą.

Spojrzał, zrozumiał i rzucił się w stronę płomieni. Wyciągnął osmalony patyk i narysował na deskach okrąg. Ten otworzył się, przybierając wygląd mniejszego portalu.

Odgłosy szamotaniny stały się głośniejsze. Założyłabym się, że usłyszałam przekleństwo. W otworze ukazały się stopy w dziwacznych, czerwonych kapciach na dwa palce. Zamachały spazmatycznie i postać zaczęła się wysuwać. Najwidoczniej nie dość szybko, bo mocny kopniak z góry ją ponaglił. Nogi od razu wpadły w kółko narysowane przez Franciszka. Kiedy dziwak zanurzył się do kolan, ukazała się reszta sylwetki. Długie ręce, czarne owłosienie wystające spod granatowych rękawów piżamy, szyja przyozdobiona grubym łańcuchem i wreszcie głowa z długimi, czarnymi włosami zaczesanymi gładko do tyłu. Fryz nieco się potargał przy walce i byłam pewna, że nad uszami zauważyłam małe, kostne wyrostki.

Zanim zginął nam z oczu, pochłonięty przez lokajowe kółko, zdążył odwrócić głowę i przyjrzeć się nam, a my jemu. Twarz miał spuchniętą z lewej strony, oko nabierało ciemnoczerwonego koloru, a rozcięta warga zapewne piekielnie szczypała.

Zniknął, nie wypowiadając słowa, z wyrazem zaskoczenia i złości na kanciastej twarzy. Sekundę później zamknęły się portale i nastała cisza.

Chybaśmy sobie wroga zrobili. Z diabła – powiedziałam, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: