polskie centrum bizarro

„Wielkie żarcie. Safo – historia prawdziwa” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 5 kwietnia, 2020 at 6:00 am

Głód to ostatnimi czasy coraz powszechniejszy problem na świecie. Obok ludzi żyjących w dostatku znajdziemy i takich, którzy za kromkę suchego chleba oddali by życie. Dla nich nawet spleśniała konserwa to prawdziwa uczta.
Jak to mawiają, każdy kij ma dwa końce. Po drugiej stronie mamy jawnogrzeszników, którzy napychają swoje opasłe cielska kolejnymi porcjami żarcia. Istotne teraz staje się, co łączy te dwie rzeczy. Jak mówi stare powiedzenie, z głodu się nikt jeszcze nie zesrał. Za to z głodu umarł. A czy z nadmiaru pożywienia można wykitować. Dokładnie o tych zagadnieniach przeczytacie w najnowszym tekście znanego już czytelnikom Niedobrych Literek Macieja Żołnowskiego. Zapraszamy. Będzie grubo, smrodliwie i sennie.

h

Wielkie żarcie. Safo – historia prawdziwa

h

Podobno każde zło lęgnie się ze słabości – może tak, a może nie. Ja w to w każdym razie nie wierzę. Dla mnie największą siłą, a zarazem słabością człowieka jest hedonizm. Zazdroszczę hedonistkom nie tego, że garściami łowią esencję dnia, który dziś jest, a jutro w niebyt się obraca, ale tego, że na każdym kroku wykazują się niezwykłą siłą odrzucania sfery tabu: od sacrum poczynając aż na próbie wyzwolenia się z ograniczeń przestrzennych i czasowych kończąc. A zatem są wolne te hedonistki zniewolone mocą zwierzęcych żądz, okratowane słowem płynącym spod mego pióra, wtłoczone na siłę w ramy formatu A4 i tamże zamknięte na amen. Są wolne i tryskają mocą niczym nocą razu pewnego pałał sen, który zamierzam tu opowiedzieć.

Rzecz działa się nocą i miała swój początek w jednej z przystani macdonaldyzacji, co zwie się pospolicie hipermarketem, gdzie wszędy dokoła, niby w bezkresnej katedrze podczas nabożeństwa, kłębiły się klientów wierne zastępy, tłumy nieprzebrane, a pośród tej czeredy, umęczony, tułałem się ja, żebrak, pijak, obdartus i bezdomny. W pewnej chwili zaplątany pomiędzy regały a pulchne ciałka Zachodu dzieci i ich dzieci, chwyciłem za rogal i przełknąłem ślinę oraz myśl, że oto właśnie stałem się rogalikowym złodziejaszkiem. A gdy tak przełykałem, rozległa się wnet wszechpotężna eksklamacja (czy jak to nazwać) Wielkiego Brata, cerbera, strażnika, któremu obce było pojęcie braterstwa oraz głodu. I napiętnowany audytywnie, a więc wszechstronnie, ruszyłem wnet w objęcia strachu i na zewnątrz supersamu z rogalikiem w gębie, torując drogę ucieczki przed strażnikiem i modląc się w myślach do Tryzymacha, by wyzwolił mnie spod panowania konwencjonalnych norm, które pod płaszczykiem budowania sprawiedliwości społecznej zezwalają na pospolitą eksploatację słabszych. Źle podówczas myśla-a-a-łem, kiedy tak sobie pośpiesznie rozmyśla-a-a-łem o plutokracji proceduralnej, gdyż widzia-a-a-a-a-łem w niej tylko procedurę i dużo-o-o, dużo-o-o biurokracji, a wolności mało. Ale rogalik był smaczny, o taaak. I teraz już biegiem! Wnet sapałem piersią pełną i przelatywałem niczym wiatr przez opustoszały, stojący nieopodal sklepu dom stary, z czarnymi kolumnami, frontonem strojnym w nadłupane gzymsy, które mu nadawały stylowy wygląd zatopionej katedry, dom stary z niezliczoną ilością pokoi wyrastających wciąż na nowo na wzór nieskończenie długaśnej struktury drzewiastej. I po chwili na widok nieruchomo stojących starawych sprzętów doświadczyłem jakby traumatycznego uczucia, że czas się cofną lub umarł może. I pozwoliłem sobie poblednąć. A dom był upiornym labiryntem pełnym krętych schodów i wąskich korytarzy, ukrytych przejść, roiło się w nim od pomieszczeń piwnicznych i rozdętych stryszków, a dokoła wszechobecny panował mrok, taki, że aż ciarki chodziły po plecach. Ów mrok przechodził w nieco jaśniejsze smużki w pobliżu okiennic, spoza których biały bił blask supersamu, oświetlonego i oddalonego. Na jednej z szyb, pod sufitem, znajdował się witraż i taki oto opis:

***

Poznałem przepiękną rówieśniczkę. Ania ma trzynaście lat i przyjechała do Złotopolski na tydzień. Po naszej pierwszej wspólnej obfitej kolacji, zaprosiła mnie do pokoju na partyjkę szachów. Rozpoczęła się gra. W pewnym momencie dziewczynka zawołała: „zaczekaj na mnie”. Przerwała pojedynek i wybiegła z pokoju. Nie usłuchałem. Zerknąłem na korytarz, a to, co ujrzałem na zawsze odmieniło mój słabej płci ogląd. W końcu korytarza wielka czeluść. Wuce niedomknięte drzwi z wolna rozwierają się na oścież, ukazując Anię w pozycji siedzącej. A ta – cała czerwona ze wstydu usiłuje się do mnie uśmiechać. Niestety nie może wstać i zamknąć drzwi, jako że już nazbyt szeroko na tronie się rozparła ze swym pulchnym i różowym sezamem w celu przeprowadzenia „półpłynnej bombowej masówki”. Ja tymczasem potęgą odgłosów okolicznych oszołomiony, ich mocą i długością, wycofuję się na „pozycje pokojowe”. Ania ma słodkie usta i miły dotyk. Kocham ją, choć wiem, że już jej nigdy nie spotkam.

***

I dalej jeszcze widniał taki oto dopisek:

„Jakie odgłosy toaletowe lubisz najbardziej”, zapytała Ania. No cóż… w pierwszej kolejności dźwięki nagłe, które ujawniają się jak gdyby symfoniczna „Niespodzianka” Józefa Haydna. Na początek trzęsienie ziemi i obryzgane ściany, zatkany tron, a potem może być już tylko głośniej. Wpada panienka do kibelka i dosłownie eksploduje. Dźwięk jest mokry i głośny, to istny wulkan Etna, to fenomen natury, w którym gromadzi się wciąż więcej i więcej półpłynnej lawy, będącej wskaźnikiem na konsumpcyjną przeszłość. Ta siła audytywna jest karą za wchłonięcie tak znacznych pokładów energii, tego całego żarła, jest karą, która nie pozwala zapomnieć o niemożebnie ostrym bólu, wiercącym, świdrującym do granic możliwości, głębokim bólu brzucha, jednocześnie akustyczna ta moc jest demonstracją olimpijskiej siły, zwłaszcza, jeśli towarzyszy jej odpowiednio długi pogłos, taki, jak w antycznym amfiteatrze, gdzie od wieków rozgrywa się dramat boga i człowieka. Miłym dla ucha jest dźwięk, którego odwiecznym atrybutem była, jest i będzie długość. Im dłuższy, tym lepszy. Daje większą możliwość wsłuchania się, wczucia w wibrującą czeluść rozkraczonej przed Einsteinem czasoprzestrzeni. Choć uwikłany w funkcję czasu, to o czasie właśnie pozwala zapomnieć, by cieszyć się chwilą obecną. Tu hedonistka, której motto dobrze znane jest czytelnikowi, wspaniałomyślnie dzieli się ze zwykłym zjadaczem chleba wielkim skarbem-dewizą: „chwytaj dzień”. Chropowatość, gładkość i ciepło, połączone z miękkością, nadają dźwiękowi posmaku bądź to dramatycznego, zrodzonego w mękach palących, bądź też niebiańskiego, waniliowego, przywodzącego na myśl łagodne chóry z fanfarowym anielskim zaśpiewem. Osobiście preferuję oprócz tego wszystkiego podakustyczny basowy burdon, którego wibracja dochodzi do odbiorcy lotem błyskawicy, bowiem wibrujące podłoże przewodzi umiłowany mój sygnał szybciej od powietrza (słoń tę akustyczną właściwość w toku ewolucji postanowił wykorzystać dla celów komunikacyjnych, integrujących stado). Absolutnym ornamentem barokowym, choć niezwykle przeze mnie pożądanym, jest figura retoryczna suspiratio, oznaczająca po naszemu westchnienie, oraz grupa gorączkowych, używanych w momentach szczególnego napięcia bombus, przyozdobiona pośpiesznym, zduszonym sapaniem (o tak, właśnie, oddech jest niesłychanie ważny, pozwala rozładować ból).

***

Tu kończył się komiks i zaczynała ponura rzeczywistość, albowiem na plecach nieprzerwanie wisiał mi strażnik z piekła rodem, którego oddech wylewał siarkowe smrodliwości. I dopiero pod koniec snu, u kresu sił będąc, pojąłem sens drogi z treścią utrwaloną na witrażu sprzężony. A mianowicie taki, że słabość do hedonizmu jest mocą na każdym etapie emanacji w obrębie architektury drzewiastej. Ta rajska struktura przypomina Wiszące ogrody Semiramidy i horrorowaty dom stary, z frontonem strojnym w nadłupane gzymsy, i tak dalej, i tak dalej. W tych zieleńcach wiszących, na wonnych poduszkach z płatków tysiąca róż spoczywa Safony ciało świeże i ciepłe, i żywe, choć żwawe niezbyt, bowiem rozleniwiły je: żarliwość słońca i słodycz żarła i wińska. A ciałko to uosabia pełnię kobiecych wdzięków oraz pełnię w ogóle. Szerokie biodra, krągłe i jędrne pośladki, piersi-baloniki, cellulitki, uda udanie utkane z mięsiwa mas – oto dziwa jak ta lala, dziwa pełną gębą z gębą pełną wciąż. Taką mocną i silną mi się zdaje Safo, co materią jest z krwi, kości i sadła kłębów pierzastych; co materią jest i na świat się wylewa w akcie ucieczki przed mitologizacją słabej płci – tych wyróżników, ozdobników, atrybucików tej laseczki, babeczki, tego pulpecika-rogalika. A owo rozdymanie karmi się fenomenem łakomstwa obecnym w ogrodzie Safo już od świtu dnia każdego. Wszelako karmi się i nocami, i to tak, że aż częstokroć do omdlenia Safo doprowadza. Pojawiają się wtenczas ostry ból brzucha i zaparcia, ale tylko przez chwilę, uparcie ograniczające nadludzkie moce krzepkiej dominanty, ekspansywnej hedonistki, wielkiej konkwistadorki, czasoprzestrzennej osobliwości, wielkiej czarnej dziury. Ale pomimo przykrych dolegliwości cielesnych, do jej wnętrza ładują się nieprzerwanie artykuły spożywcze. I to całymi tonami! Są to przeważnie: pączuszki maślane, racuszki serowe oraz placuszki z kotewki (orzech wodny). Są też desery przesłodkie i popity wysoce procentowe. I tak na sposób attaca przemienia się nieprzerwanie jeden w drugi etap wyżerki, zgrany z transcendentnym przerywnikiem: basowym wyziewem o mocy słonia strutego zupką chińską, którego pozycja jest inna niż pozycja siedzącego na pustyni ascety z wyłupiastymi ślepiami. Ów przerywnik (długi, głośny i mokry) to nic innego, jak: potęga, siła i upór, ekspansywnie zalewające odmęty, jakby dla oznakowania i zawłaszczenia terytorium. Jest ten przerywnik oddechem przyrody podobnym do śpiewu słowika-giganta, tym pełniejszym, że go i widać, i czuć, i to w dwóch stanach skupienia jednocześnie, niczym wilgotny kloc prażonej cegły na budowie.

I oto z zieleńców wiszących, z wonnych poduszek obsypanych tysiącem róż, ku górze się gramoli świeże i ciepłe ciało, żywe ciało, choć żwawe niezbyt, albowiem rozleniwiły je: żarliwość słońca i słodycz żarła i wińska. Gramoli się. I na próżno, jako że ciężar ku ziemi pikuje. Toteż lądują masy bebecha babsztyla z powrotem na legowisku, krótkotrwałe trzęsienie wyspy inicjując i wyzwalając nowe bólu pokłady (na brzuchu leżeć niepodobna, gdy ten robi za balonik przez dziewięć miesięcy nadymany). I nie może Safo nie być gruba, choć niegdyś anorektyczką się zwała, gdyż to w niej właśnie magia zmian ujście odnalazła (czyli jak to się mówi od chuderlaka do spaślaka).

Mój sen rozpoczął się od rogalika a skończył płomienistym wyziewem, stanowiącym ostatni dech konającej z przeżarcia. Słabostki hedonistek, jak przeto uczy powyższa historia, nawet w Edenie łączyć należy z mocami autodestrukcyjnymi. Ale i tak śmierć z przejedzenia wydaje się być marzeniem każdego złodziejaszka delikatesowych rogalików, zwłaszcza, jeśli ów złodziejaszek skazany jest na życie na skraju ogrodu, z dala od Centrum Zasiewów i Zbiorów wszystkich owoców zakazanych.

h
h

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: