polskie centrum bizarro

Niedobre na kwarantannie

In Opowiadania, Różne, różniste on 1 Maj, 2020 at 12:13 am

Jeśli przestraszyliście się, że Literki zaniemogły, to odetchnijcie głęboko i odkichnijcie w rękaw, bowiem nic bardziej mylnego! Po prostu zastanowiło nas, jak żyć w dobie pandemii. A Wy? Jak sobie radzicie? Wykasłujecie covida na podobizny Waszych wrogów? Przebijacie głową dziurę w ścianie do sąsiada? Nauczyliście się języka domowych roślin? Wygłaskaliście całą sierść czteronożnych pupilków? Zastanawiacie się, co robią Niedobre? My też się zastanawiamy. Odpowiedzi postarali się udzielić: Marcin Rojek, Kazek Kyrcz Jr, Darek Kuchniak, Zeter Zelke, Kornel Mikołajczyk. Zapraszamy do lektury. No i nie dajcie się zarazie!

 

„Prawdziwy ja” część I, by Marcin Rojek

Dzień pierwszy

Siedziałem przed telewizorem w szoku, prawie jak wtedy, gdy z tego samego ekranu dowiedziałem się, że umarł papież. Łzy po policzkach płynęły mi zupełnie inne. Przecież kilka lat już minęło. Kto wie, może policzki też już nie te same? Śmierć komórkowa, te sprawy. Pobiegłem po szkło powiększające i zacząłem oglądać ręce i nogi. Skoro i tak trzeba siedzieć w domu, to przynajmniej będę miał co robić.

Dzień drugi

Ubrany we wszystkie futra po babci, poszedłem do sklepu. Po panice i bójkach o papier toaletowy, dziś było nawet spokojnie. Kto wie, czy zakupy pierwszego dnia kwarantanny nie przyniosły więcej ofiar niż cały ten wirus. Wróciłem do domu z zapasami na przynajmniej miesiąc; więcej nie dałem rady unieść. Zawsze lubiłem produkty marki biedronka, toteż nie martwiło mnie, że większość rzeczy z wyższej półki cenowej pozostało tylko smutnym wspomnieniem.

Lodówka pękała w szwach, tak samo szafki. Byłem spokojny. Z głodu nie padnę. Z pragnienia też nie. No chyba, że wodę zakręcą. Na wszelki wypadek nalałem wannę zimnej po same brzegi i dwa zlewy ciepłej. Na trochę wystarczy. Pora na poważne sprawy. Lupa poszła w ruch. Musiałem wspomóc się lustrem, żeby zobaczyć plecy.

Dzień trzeci

Znałem na pamięć swoje ciało. Wszystko wydawało się być w porządku. Ręce i nogi na swoim miejscu, kolor oczu, odcień włosów. To oznaczało tylko jedno. Zmieniał się mój mózg. Nowe komórki tworzyły się ze wspomnieniami innego ciała. Miało to sens. Gdyby było inaczej, każdy po jakimś czasie zorientowałby się, że coś jest z nim nie tak. Jak mogliśmy być tak głupi jako gatunek? Eksplorujemy głębiny mórz i bezmiar kosmosu, a o własnej dupie wiemy tyle, co nic! Co z tym zrobić? Do kogo dzwonić, żeby zostać wysłuchanym? Nadmiar emocji sprawił, że nie potrafiłem zasnąć. Dwie butelki wódki utuliły mnie do snu.

Dzień czwarty

Musiałem wypić prawie cały zlew wody, żeby wytrzeźwieć. Ktoś zresztą podmienił ciepłą na zimną, na co w tej sytuacji nie będę się denerwował, ale zapamiętam sobie na przyszłość. Postanowiłem posłużyć się literaturą naukową, może w mądrych książkach znajdę coś na ten temat; niemożliwe, żeby nikt wcześniej na to nie wpadł. Zapasy wody w wannie na szczęście nie uległy zmianie, a do mycia się w starej misce przyzwyczaiłem się nadzwyczaj szybko.

Dzień piąty

Policja jeździ po ulicach, krzycząc na ludzi, żeby siedzieli w domach. Dobrze, nikt nie przeszkadza mi w badaniach. Odkryłem nawet, że jestem idiotą, a komórki w mózgu działają inaczej niż w reszcie ciała. Zamiast dzielić się i odnawiać, zwyczajnie umierają. Trochę mi ulżyło, bo oznaczało to, że nikt nie może manipulować moimi wspomnieniami. Potem zrobiło mi się smutno. W każdej chwili jedna z malutkich części mojego mózgu mogła umrzeć, a ja nic na to nie poradzę.

Dzień szósty

Przeglądałem stare zdjęcia. Długo obracałem je w dłoniach, starając się znaleźć jak najwięcej szczegółów. Każdy pieprzyk, bliznę, krostkę, narośl czy przebarwienie. Nauczyłem się ich na pamięć. Nawet tych, o których istnieniu dowiedziałem się dopiero dziś.

Na podłodze w salonie rozłożyłem rolkę szarego papieru i zacząłem rysować.

Dzień dziesiąty

Moje dzieło skończone. Przede mną idealne odwzorowanie mojego ciała. Przód i tył, rozłożone szeroko cztery ręce, DaVinci byłby ze mnie dumny. Potrzebowałem jednak opinii kogoś ważniejszego, wybacz Leoś. Zadzwoniłem do mamy.

Dzień dwudziesty

Woda w wannie się skończyła, udało mi się jednak znowu ją napełnić. Chyba nie było jeszcze tak źle. Unikałem oglądania wiadomości, setki zmieniały się w tysiące, a smutek w sercach ludzi zamieszkał już na stałe. Popatrzyłem na swe dzieło wiszące na ścianie. Wciąż pozostało dużo pracy. Pora połączyć biologię z matematyką.

cdn.

„Kwarantanna, dzień siódmy” by Kazimierz Kyrcz jr

Trochę zaczyna mi się nudzić. Pomyślałem więc, że warto zająć się czymś, czego nigdy wcześniej nie robiłem… Wspinaczka wysokogórska? Super! Co prawda w domowych warunkach może to być nieco skomplikowane, ale przecież wiadomo, że dla chcącego nic trudnego.

Poszedłem do salonu, który z racji metrażu – całe dwanaście metrów kwadratowych! – wydał mi się najodpowiedniejszym miejscem dla poświęcenia się nowej pasji.

Najpierw spróbowałem z rozpędu. Niestety, zarówno za pierwszym, jak i kilkoma następnymi razami odpadałem od ściany. Ześlizgiwałem się i tyle.

Usiadłem na fotelu i oddałem zadumie. No tak, przecież alpiniści przed wyruszeniem w ekspedycję zabezpieczają sobie sprzęt i wysokoenergetyczny prowiant!

Z szafki w kuchni wyciągnąłem ostatnią, zachomikowaną na czarną godzinę, tabliczkę czekolady, włożyłem ją do woreczka foliowego i schowałem do kieszeni. Cóż, jeśli się roztopi, to przynajmniej nie zapaskudzi mi spodni. Następnie otworzyłem szufladę z przyborami kuchennymi. Hm, czekana to ja tu raczej nie znajdę… Zdecydowałem się na tłuczek do mięsa i wróciłem do salonu. Trochę to trwało, bo wybijanie dziur w ścianie nie jest aż tak łatwym zajęciem, jak mogłoby się wydawać, ale po godzinie byłem już na szczycie.

Widok zapierał dech w piersi.

„Prawdziwy ja” część II, by Marcin Rojek

Dzień dwudziesty piąty

Powoli kończyły mi się zapasy. Ryzykować wyjście do sklepu? Zmniejszyć ilość pochłanianego jedzenia? Czekolady już brakowało; to bolało chyba najbardziej.

Potem się nad tym zastanowię. Usiadłem do badań. Wszystko wskazywało na to, że miałem rację. Ciało, w którym teraz zamieszkuję, jest młodsze ode mnie. Nie do końca. Takie na przykład oczy były ze mną od dzieciństwa, podobnie serce. No i mózg, nie zapominajmy o mózgu.

Dzień trzydziesty

Kim jestem? Kosmicznym podróżnikiem zamkniętym w statku z mięsa i kości. Cudem techniki, zdolnym do naprawiania uszkodzeń, do tego stopnia, że po kilku latach jest to zupełnie inny pojazd. Popatrzyłem na wiszące na ścianie malunki. Zacząłem kreślić. Czułem się jak pierwszy jaskiniowiec, który umoczywszy palec w gównie, chciał go wytrzeć o ścianę i odkrył, że potrafi tworzyć. Stworzyłem wykres; Pani od matematyki byłaby ze mnie dumna. Ciekawe, czy jeszcze żyje? Po kolei. Oczy, serce i mózg. To jestem ja. Istota mnie. Trójca święta niezmienna. Cała reszta, heh. Dzieciaki. Proszę bardzo. Krew? Czerwone krwinki powstają, zużywają się i umierają tak szybko, że nie da się tego przeliczyć. Skóra? Miesiąc maksymalnie. Warstwa głęboka może nieco dłużej. Jelita? Pięć dni. Jak dobrze pójdzie i kebab nie był jedzony. Język? Dziesięć dni. To by tłumaczyło zmiany w upodobaniach smakowych. Kości dziesięć lat, mięśnie podobnie, międzyżebrowe najwięcej, bo piętnaście.

Usiadłem na podłodze. Tak samo jak pierwszego dnia kwarantanny dokładnie oglądałem swoje ciało. Teraz już zyskałem pewność. Byłem inny niż kiedyś, nawet inny niż trzydzieści dni temu. Mózg, oczy, serce tyle pozostało prawdziwego mnie. Reszta, to części wymienne, najwyżej kilkuletnie. Jak kasjerki w sklepie mogły mi sprzedawać alkohol? Hmm… dobry pomysł! Nie wiem, który już raz tego miesiąca upiłem się do snu.

Dzień trzydziesty pierwszy

Nie mam w domu nic do jedzenia. Siedziałem na kanapie, czując ssanie w pięciodniowym żołądku. Co ja teraz pocznę? Jeśli dobrze pójdzie, kwarantanna skończy się za kilka dni, jeśli źle, nie skończy się nigdy i wszyscy umrzemy. Patrzyłem w lustro. Oczy były ze mną od samego początku. Serce i mózg tak samo. Trójca święta niezmienna. Plan pojawił się szybko. Wiedziałem, co zrobić.

Dzień czterdziesty

Wciąż pogrążony w lekturze, szukam pomocy. Uczę się przeprowadzać operację na złapanych zwierzętach.

Dzień sześćdziesiąty czwarty

Już dokładnie wiem, co i jak. Czekałem jeszcze na kilka potrzebnych mi rzeczy; dobrze, że kurierzy i poczta wciąż działają. W mieszkaniu śmierdziało starą krwią, a truchła i flaki walały się pod nogami.

Dzień osiemdziesiąty drugi

Pora zaczynać. Moje nowe ciało było gotowe. Czyste, lśniące i metaliczne. Żadnych odnawiających się komórek, którym nie można ufać. Zabieram ze sobą tylko najstarszych przyjaciół. Łykam znieczulenie. Obracam w palcach skalpel. Muszę dobrze podpiąć wszystkie przewody do żył i zakończeń nerwowych. Zaraz zamknę oczy. Komputer dokończy resztę. Kiedy je otworzę, będę idealny. Tylko ja, ten prawdziwy, niezmienny: oczy, serce i mózg. Na zawsze taki sam.

„Kwarantanna” by Dariusz Kuchniak

Co zwykle skłania mężczyzn do przemyśleń? Powodów może być kilka. Na przykład pierwszy tysiąc siwych włosów na łepetynie czy kolejne dziesięć kilo nadwagi. Kwarantanna sprawiła wszakże, że zaszły nieodwracalne zmiany w moim organizmie. Od pewnego czasu mam krytyczny stosunek do myślenia. Uważam mianowicie, że nie warto tracić czasu na korzystanie z umysłu, który zużywa kwadryliony dżuli energii. Lepiej zawiesić jego działalność i rzucić wszystkie siły do walki z wirusem albo opowiedzieć historyjkę o profesorze Sorbony, który na widok niedźwiedzia grizli opętańczo wył ze strachu. Mimo tego, że wiedział doskonale jako zoolog, iż takie zachowanie tylko pogarsza sprawę. Na szczęście miał towarzystwo. Nie posiadałem pod ręką poradnika pt.: „Co robić, gdy odbija naukowcom?”. W związku z tym zdałem się na intuicję i zdzieliłem naukowca pięścią prosto w czerep. Jak powszechnie wiadomo, nieprzytomny facet nie wydaje z siebie dźwięków z tą samą intensywnością, co zwykle. I zapewne dlatego niedźwiedź natychmiast się uspokoił, poszedł na partię black jacka do miejscowego kasyna i przegrał krocie. Co wpłynęło korzystnie na budżet gminy i szczęście jej mieszkańców.

Rozżalony misiek odwiedził mnie dzień później i poprosił o pożyczkę. Uświadomiłem mu natychmiast, jakie ryzyko wiąże się z uprawianiem hazardu. Wizja wyrzuconych z gawry na zbity łeb niedźwiedziątek podziałała na tyle mocno, że mój gość porzucił zgubny nałóg.

Łatwo pokusić się o pytanie: „Co ma dupa do wiatraka?”. Wspomniałem o tym nie bez przyczyny. Wielki, drapieżny ssak odwiedził mnie już kilka razy w ciągu ostatniego miesiąca. Zaliczyliśmy spacer po osiedlu w samo południe. W jego towarzystwie czułem się szczególnie bezpiecznie. Żadnego nosiciela wirusa w promieniu kilometra.

„Z pamiętnika eko-terrorystki” – by Zeter Zelke

Kwarantanny dzień 11sty

Powiadają, że potrzeba jest matką wynalazków. Ale czy mieli na myśli TĘ potrzebę?

Zielony Kaban, Jolka-Fasolka i Dróżdż zwykli naigrawać się z destylarki mojego pradziadka. Fakt – to misterne urządzenie. Wygląda jak skomplikowana, surrealistyczna rzeźba ze szkła: pełno słoiczków i pojemniczków o różnych kształtach i rozmiarach; wszystko połączone rurkami, to prostymi, to pogiętymi, to znów zawiniętymi w spiralkę jak porozciągane sprężynki. Mój pradziadek twierdził, że im cięższą destylat przebędzie drogę, tym lepszy wyjdzie. Tak samo z ludźmi: im mają trudniej w życiu, tym lepszymi egzemplarzami się stają. Stąd plaga naszych czasów: gdziekolwiek nie splunąć, tam wypieszczone, nieznające trudów egzystencji, egocentryczne indywidua, gotowe złamać się pod byle pierdnięciem.

A, właśnie! Nasz „destylat” ma się całkiem dobrze. Zamknięta z Kabanem, Fasolką i Dróżdżem w czterech ścianach, pewnie bym uwiędła, gdyby nie mój zielony pomysł! Czasami oglądanie dobrych filmów akcji się opłaca. Jak ten z Gibsonem, gdzie pozyskiwano energię z metanu od świnek. No więc czemu nie skorzystać? Zdecydowaliśmy gremialnie, że podczas kwarantanny naprodukujemy tyle zielonej energii, by móc ją odsprzedawać z zyskiem.

Już od tygodnia obżeramy się grochem i siedzimy na słoikach. Tak – te słoiki są podłączone do destylarki pradziadka. Zwieńczeniem tego szklanego dzieła jest olbrzymi słój, w którym teoretycznie powinien gromadzić się gotowy do konsumpcji destylat. No, ale czasy są inne i ustrojstwo obecnie przewodzi swoimi licznymi, szklanymi żyłami gaz. Nasz gaz! W pełni naturalny, zielony, znaczy się: ekologiczny. Jak srutnie elektrownia, my będziemy mieli czym zasilać gazowe lampki. Choć, prawdę mówiąc, wolałabym naszą ciężką pracę zmilitaryzować. Marzy mi się super broń przeciw wszelkim wrażym siłom.

Kiedy skończy się kwarantanna, nasza czwórka pewnie zarzyga grochem najbliższą okolicę, a okrągłych sińców po otworach słoików nie pozbędziemy się z tyłków do końca życia. Ale ten gaz! Sam miód! Patrzę, jak go przybywa i rozpiera mnie duma. Duma z tego, że nie marnujemy tych dni. Duma z tego, że produkujemy (własnym sumptem i własnymi siłami), źródło energii, które kiedyś może ocalić wielu.

Muszę tylko się upewnić, że Fasolka i Dróżdż trzymają Kabana na oku. Kaban ma słabą kiszkę i już raz zdołał zafajdaczyć swój słoik. No cholera! O mały włos, a zanieczyściłby nasz produkt.

Jutro Fasolka zrobi ciasto grochowe. Zapowiada się wzmożenie produkcji!

 

„Przetrwamy spowici w płomienie” by Kornel Mikołajczyk

Askander mówi, że powinienem się podpalić, jeśli chcę przetrwać tę inwazję. Jego królicze wąsy podrygują z taką nerwowością, że zamieram z kostką wzniesioną nad planszą do chińczyka.

– Poważnie? – parskam, rozglądając się bezradnie po jego ciemnoszarym salonie-norze. – Naprawdę uważasz, że powinienem stać się jednym z nich? Chodzącym barbecue?

Przyjaciel wzdycha z głębi piersi. Wraz z nim wzdychają puchate uszy, opadając na wysokie, niemal ludzkie czoło.

– A jakie masz inne wyjście? Liczba zgonów rośnie z każdym dniem. Coraz mniej zarodków spala się w atmosferze. Wkrótce ten tani skafander przestanie ci wystarczać.

– Jakoś nie widzę, żebyś sam wskakiwał w brykiet i krzyczał „Ognia!”.

– Ja nie muszę. Przecież wiesz.

Odwracam wzrok.

Wiem.

Askander to jeden z Arkowców. Aby nie dopuścić do wymarcia żadnego z ziemskich gatunków, wziął udział w programie kompatybilności „Gołębica Noego” i otrzymał w nim pozytywny wynik. Naukowcy przerobili go w związku z tym na repozytorium króliczego DNA. Przestał być człowiekiem i nie może się rozmnażać, ale za to nie starzeje się i – co ważniejsze – nie imają się go czynniki zakaźne Homo sapiens. Łącznie z tymi przeklętymi zarodkami Krone-Higgsa.

Ja w programie kompatybilności otrzymałem negatywny wynik nawet dla morskich gąbek i rozwielitek.

Gdybym wtedy wiedział, że czeka nas ta inwazja – myślę, przygryzając wargę – wmaszerowałbym do laboratorium z gnatem w dłoni i kazał sobie wszczepić kod genetyczny jakiegoś okapi czy innego cholerstwa. Bolesna mutacja i zezwierzęcenie byłyby lepsze niż… to.

Odkładam kostkę nierzuconą i sięgam po kieliszek. Alkohol pali w przełyk, ale nie przepijam; chcę, żeby grzał mnie całego, podtrzymywał płomień życia od środka. Odkąd dla własnego dobra powiedziałem Jej tamtego dnia, że nie powinniśmy się więcej spotykać, to jedyny sposób, w jaki jestem zdolny poczuć ciepło…

Wstaję, choć nie dokończyliśmy partii. Askander zeskakuje z kanapy i kica za mną.

– Przepraszam, nie chciałem cię zdenerwować – mówi, gdy ruszam do przedpokoju i zaczynam pakować się w skafander. – Po prostu… martwię się o ciebie. Gdybyś zażył Incendium, zabezpieczyłbyś się raz na zawsze. Wiem, że to egoizm, no bo czuję się winny. To w końcu moja wina, że w ogóle wychodzisz na dwór, ale…

Posyłam krzepiący uśmiech temu biednemu, strachliwemu królikowi, nim naciągam kaptur i maskę.

– Zastanowię się, stary – kłamię przez filtr. – Słowo. Wpadnę znowu za tydzień z żarciem. Przeżyjesz do tego czasu?

Kiwa głową. Po tupiącej w kafelki nóżce poznaję, że chce się przytulić, ale nienawidzi przyciskać sierści do tej plastikowej zbroi, więc tylko klepie mnie po ramieniu.

Salutuję z udawaną nonszalancją i opuszczam jego norę.

Ulice na zewnątrz płoną. Nie od pożarów, a od Zapaleńców zdążających w obie strony, by bez strachu załatwić swoje sprawy. Kłębią się całymi zarzewiami na chodnikach albo pędzą gdzieś w swoich wyłożonych azbestem autach, oślepiając bezkarnie przechodniów. Tacy jak ja – Skafandryci – oraz tacy jak Askander – Arkowcy – muszą uskakiwać im z drogi, jeśli nie chcą zostać spopieleni.

Chowam się w bramie wraz z kobietą o żubrzym DNA, czekając, aż przerzedzi się tłum. Przyciska do włochatej piersi reklamówkę z zakupami, które udało jej się zrobić wśród płonącej klienteli. Czarne ślepia skanują z przestrachem firmament, mimo że z tamtej strony nic jej nie zagraża.

Podążam za wzrokiem żubrzycy. Zarodki Krone-Higgsa wyglądają jak świetliste kuleczki łopianu na tle czystego, błękitnego sklepienia. Stężenie jest dziś na tyle wysokie, że cząstki układają się w ciemne fale i skręcają w wirujące, oniryczne spirale. Kryje się w tym osobliwe piękno. Każde dziecko wie jednak, że wystarczy jedno dotknięcie tych maciupkich kolców na nagiej skórze, by człowiek z miejsca padł trupem.

Inwazja rozpoczęła się kilka miesięcy temu. Z początku nikt nie potrafił określić, dlaczego na ulicach ścielą się ciała, skąd biją te gromy z jasnego nieba i dlaczego władze każą nam chować się w domach i zamykać okna. Potem dwójka naukowców z Belgii odkryła źródło tragedii. Jakiś kosmiczny efemerofit, gatunek przywiany galaktycznym wichrem, okrył całą planetę gęstą chmurą. Opadając ku ziemi, ciężkie okrywy nasienne spalały się w atmosferze, zostawiając nagie zarodki. Te, które uchowały się od zabójczych temperatur, dryfowały na wietrze w poszukiwaniu przyjaznej gleby. Ale ziemski klimat nie sprzyjał wzrostowi obcej roślinności, podobnie jak obca roślinność nie sprzyjała odporności Ziemian. Umierał każdy, na kim osiadł zarodek, zdjęty gwałtowną reakcją alergiczną.

Każdy – jak się wkrótce okazało – za wyjątkiem tych spowitych w płomienie.

Spoglądam na grupkę Zapaleńców po drugiej stronie ulicy: plotkujących gospodyń domowych. Trudno uwierzyć, że do niedawna stanowili kolejną młodzieżową subkulturę; że zażywając Incendium i przykładając ogień do własnego, chemicznie łatwopalnego potu, protestowali przeciwko globalnemu ociepleniu. Teraz płonie niemal każdy. Kobiety i mężczyźni, roczne dzieci i niedołężni starcy, bezdomni w rowach i bogacze na szczytach szklanych wieżowców. Ludzkość nauczyła się żyć w płomieniach, by uniknąć śmiercionośnych zarodków. Tym, którzy nie potrafili się dostosować, którzy bali się, że całkiem się zwęglą, pozostały skafandry.

Dostrzegam lukę w tłumie i ruszam, puszczając przodem wystraszoną Arkowiczkę. Na rogu przyżega sobie futro o nieuważnego przechodnia, ale obojgu nam udaje się opuścić ulicę bez poważniejszych obrażeń.

Tuż przed moją kamienicą następuję na obluzowaną płytę chodnikową. Przypominam sobie ten ostatni spacer bez skafandra, gdy wracałem z dworca po wizycie u Niej. Powietrze pachniało kredą. Wysoko na niebie tańczyły złociste światełka. Nikt wtedy nie przewidywał w nich zabójczej inwazji z kosmosu, ale mną już targały złe przeczucia. Miałem wrażenie, że ulica zapada się pod moimi krokami. Bruk uginał się, chrzęścił, groził zawaleniem. W głowie huczały mi Jej ostatnie słowa, jak echo w ciemnej jaskini:

– Jeszcze po mnie zapłaczesz. Zapłaczesz tak, jak jeszcze nigdy w życiu.

Klątwa przypieczętowana trzaśnięciem drzwi.

Trzaskam własnymi, zamykając je za sobą. Skafander posiada atest, więc nie obawiam się, że jakiś zarodek przyczepił się do jego powierzchni. Wyswobadzam się z plastiku i ruszam prosto do lodówki. Schłodzona wódka sama wlewa się do gardła. Kiedyś nie piłem wcale. Teraz gdzie się nie obrócę, ściskam jakąś chłodną szklaną szyjkę, jakbym usiłował wydusić z niej sekret wiecznego życia. Świat stanął na głowie i kręci się dalej do góry nogami. Pieprzony akrobata…

A jeśli wówczas faktycznie zapadła się pode mną ziemia? A jeśli wpadłem w głąb króliczej nory i tam spotkałem biednego Askandera? A jeśli to wszystko mi się śni?

Odrywam się od butelki i przechodzę na próg salonu. Pośrodku pustego poza tym stolika kawowego czeka pomarańczowa fiolka. Siadam na kanapie, nie odrywając od niej wzroku. Stylizowane na wypalone, litery układają się w napis INCENDIUM.

Ot, kolejna część mojej Alicji w Krainie Czarów. Buteleczka krzycząca „Wypij mnie”.

Wzdycham, zrywam nakrętkę, przełykam gorzki płyn. Nieprzyjemna, rozżarzona klucha spływa mi do żołądka. Przechylam się przez oparcie i odczekuję kwadrans, jak radzi przewertowana po stokroć ulotka. Następnie odpalam wyciągniętą z kieszeni zapałkę i przykładam ją do skóry na ramieniu.

Fałdy rozwierają się, jak gdyby ktoś przejechał po nich nożem. Mściwe, czerwone oko łypie na mnie spomiędzy nich. Bez uprzedzenia zaczyna ronić łzy, zagaszając płomień. Próbuję z kolejną zapałką, tym razem na kolanie, ale i tam obnaża się paskudna, rozpłakana gała, tak samo jak za każdym razem, gdy próbowałem podpalić się w przeszłości.

Powiedziała: „Zapłaczesz tak, jak jeszcze nigdy w życiu”. I nie myliła się. Nie wiedziałem jedynie, że wydała wtedy na mnie wyrok…

Rzucam fiolkę po Incendium w róg pokoju, gdzie leży cała ich sterta, po czym sięgam z powrotem po wódkę. Tylko to mi teraz zostało. Żal, alkohol i łzy.

Nie chciałem martwić Askandera, widzieć zawodu w tych jego potulnych, ciemnych ślipkach. Niemniej dla tego Skafandryty nie ma już ratunku. Może ludzkość przetrwa spowita w płomienie. Może świat ułoży się od nowa w dymie i azbestowym pyle, kpiąc sobie z zarodków Krone-Higgsa i wszelkich przyszłych kosmicznych tragedii. Ale moje ciało, skażone płaczem po Niej, na zawsze pozostanie już niepalne.

  1. A Wy macie jakieś pomysły na przetrwanie kwarantanny? Podzielcie się z nami – śmiało 🙂

  2. A wszystko, co powiecie zostanie wykorzystane przeciwko Wam? 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: