polskie centrum bizarro

„Jazda po piorunochronie. Drugi rozdział” by Darek Kuchniak

In Opowiadania, Patronat on 23 Maj, 2020 at 6:00 am

Tak to w życiu bywa, że jak coś się zaczyna, musi zostać kontynuowane. Są oczywiście ludzie, którzy posiadają tak zwany „słomiany zapał”. Rozgrzebują coś, a potem porzucają w nieładzie. Startują, ale nie dobiegają do mety. Na szczęście nie należy do nich nasz kolega po piórze Darek Kuchniak. Niedawno na Niedobrych Literkach mieliśmy bizarryczną przyjemność zaprezentować pierwszy rozdział jego powieści. A zasady są jasne i klarowne. Jeśli powiedziało się „A”, trzeba powiedzieć i „B”. Inaczej może się to skończyć tragicznie. Zapraszamy zatem do lektury.

 

Rozdział I: https://niedobreliterki.wordpress.com/2018/08/14/jazda-po-piorunochronie-pierwszy-rozdzial-by-darek-kuchniak-i-nasi-na-sabacie/

h

Rozdział II

h

W jednym z nielicznych polskich miast, które oparły się niszczycielskiej sile ostatniej wojny, mieszkała wdowa Regina. Kobieta była bardzo sympatyczna, a przy tym niezwykle pracowita. Odziedziczyła po rodzicach zakład krawiecki i doprowadziła do jego rozkwitu. Najbliższa okolica ubierała się wyłącznie u niej i nikt nie uskarżał się na jakość usług.

Nasza bohaterka miała syna Briana – poczciwego, ale niezbyt przystojnego chłopaka. Jego ojciec, wywodzący się z plemienia Apaczów, zmarł na tajemniczą chorobę tuż po narodzinach potomka.

Wieczorami Regina wraz ze swoim synem zasiadała przy kominku, oboje patrzyli na polana zajęte ogniem i opowiadali, co ciekawego zdarzyło się w ciągu dnia. Następnie jedli kolację i kładli się spać w staromodnych łóżkach zasłanych jedwabną pościelą.

W harmonii i szczęściu mijały tygodnie i miesiące. Byłoby tak zapewne jeszcze przez wiele lat, gdyby coś nie podkusiło wdowy, by po raz drugi wyjść za mąż. Wiele wskazywało na to, że namówiły ją  „życzliwe” sąsiadki, choć nie ma na to bezspornych dowodów.

Wybrankiem samotnej matki okazał się miejscowy rzeźnik Sebastian, który oprócz sklepu w samym centrum i statusu wdowca, posiadał również dwie niebrzydkie córki. Zaraz po weselu okazało się, że dziewczyny nie mają pojęcia o obowiązkach domowych. Wolały czytać grube książki o dawno zmarłych mędrcach z Grecji i Rzymu, a następnie dyskutować o percepcji rzeczywistości. Biegały ciągle do biblioteki lub oglądały ambitne, skandynawskie filmy. Pranie, sprzątanie i gotowanie spadło wyłącznie na metysa. Brianowi brakowało czasu na życie towarzyskie, przez co stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie i samotny. Z tego wszystkiego zaniedbał higienę osobistą i przylgnęło do niego przezwisko: Kopciuch.

Pewnego dnia w mieście gruchnęła wieść, iż w miejscowej uczelni gościć będzie delegacja z Uniwersytetu w Cambridge. Uczeni Anglicy ogłosili na konferencji prasowej konkurs na najciekawszy esej na temat Platona. Nagrodzonym obiecano stypendia naukowe oraz rozgłos na międzynarodową skalę.

Przyrodnie siostry pół Indianina dostały amoku. To była dla nich ogromna szansa. Zaopatrzyły się w stosowną literaturę i zabrały się za pisanie pracy. Sam zapał to jednak za mało. Młode kobiety nie potrafiły przelać swojej ogromnej wiedzy na papier. Ku ich wielkiemu rozczarowaniu tekst przypominał pseudonaukowy bełkot. Niestrawny i nieczytelny. Ale od czego wolny rynek? Wnet znalazły zdolnego, ale sponiewieranego materialnie adiunkta. Ów w błyskawicznym tempie wywiązał się z zadania.

Kopciuch nie czuł się gorszy od swych krewnych i pomyślał na głos:

– Nie jestem idiotą. Potencjał mojego umysłu przerasta wielokrotnie niewydarzone filozofki. W kilka dni napiszę pracę, która wprawi mózgi wielbicieli herbatki w niepomierne zdumienie. Wkrótce potem przeprowadzę się na stałe do Albionu i odmienię nareszcie beznadziejne życie.

– Co tak dumasz, sprzątaczu? – zapytała jedna z kujonek. – Wróć lepiej do odkurzania, nie zapuszczaj się w nieznane.

– Myślenie nie jest mi obce. Jak będziesz grzeczna, pokażę ci jak ten proces przebiega! – warknął Brian i – nie kryjąc satysfakcji – pokazał jej wyprostowany palec.

– Łamiesz mi serce.

– Skruszyć tak twardą skałę, to nie lada wyczyn.

– Kochasiu, słodko gaworzysz, ale czas na nas – wtrąciła druga.

Mężczyzna poczerwieniał z gniewu i już chciał odeprzeć słowny atak, jednak w tej właśnie chwili wrócili z teatru matka z ojczymem. Przy rodzicach nie miał zamiaru kontynuować przykrej konwersacji. Pozostało mu wrócić do pracy.

Tego samego wieczoru udał się do swego ojca chrzestnego, by prosić o pomoc. Kłótnia z przybranym rodzeństwem sprawiła, że jeszcze bardziej zapragnął zdobyć stypendium. Ów tajemniczy mężczyzna mieszkał na przedmieściach w pięknej willi, otoczonej imponującym parkiem. Nie udzielał się towarzysko i niezwykle rzadko opuszczał dom.

Wojownik bez problemów wszedł na teren posesji i kroczył właśnie środkiem szerokiej alei, kiedy na jego drodze pojawił się gospodarz. Zamiast zwyczajowego powitania wygłosił następującą tyradę:
– Gdyby rozporki umiały mówić, to pewnie zgrzytałyby jak suwaki, albo szeptały niczym guziki, opuszczające stosowne otworki. Życie z tej perspektywy musi mieć kompletnie inny wymiar. Na przykład zamek błyskawiczny – rzecz poruszająca się żwawo w górę i w dół, ma dzięki temu duże pole do popisu. Mógł zajrzeć w głąb zagadnienia, jak i na zewnątrz rzucić okiem. Czy stał się przez to bardziej uduchowiony? Niestety, brak jakichkolwiek danych na ten temat. Świat nauki dał dupy na całej linii. Wstyd i hańba.
– A co z guzikiem? – spytał gość, udając zaciekawienie.
– On również zawiódł pokładane w nim nadzieje. Związał się z wszetecznicą pętelką, a ta wzorem Tatarzyna za łeb go trzyma.

Mieszaniec zacisnął wargi. Jego twarz zaczęła się zmieniać. Podobnie rzecz się miała z sylwetką i ubraniem.

– Dosyć tych pseudofilozoficznych wynurzeń, Darku. Porozmawiajmy poważnie! – warknął  Pewien Apacz.

– Po co te nerwy? Przekonałeś się na własnej skórze, co czuje osoba wyrwana ze swego środowiska i rzucona w wir wydarzeń, na które nie ma żadnego wpływu.

– Uczyniłeś najdzielniejszego wojownika w historii plemienia kuchtą domową. Okryłeś mnie hańbą na wiele pokoleń.

– Dorośnij, dzieciaku – mamy dwudziesty pierwszy wiek. Mężczyźni pomagają w pracach domowych.

– Kiedy wrócę do dawnego życia?

– Kiedy minie „wielki wkurw”, jaki mi się przytrafił, gdy grzebaliście w moim umyśle… Dosyć pogaduszek w przeciągu. Wejdźmy do środka – zaproponowałem. Miałem ochotę rozwalić się w fotelu i napić dobrej kawy. Wszak szczęśliwe życie składa się z małych przyjemności.

– Goście przodem – zakomenderowałem i wskazałem na drzwi wejściowe, wykonane w stylu Ludwika XV.

Weszliśmy do obszernego salonu. Zadbałem, by meble pochodziły także z czasów prawnuka Króla – Słońce. Tymczasem czerwonoskóry nie wnikał w historyczne konotacje sprzętów i bezceremonialnie rozwalił się w jednym z foteli. Ziewnął i bezwiednie spojrzał w wielkie kryształowe lustro. Nie umknęło mojej uwadze, iż wyraźnie się ożywił.

– Wygląda na to, że zakochałeś się w tym, co dostrzegłeś – zauważyłem złośliwie. –  „Nie mogę się mylić. Jestem najprzystojniejszy na świecie” – pomyślałeś, rozochocony ową wizją. I nagle stałeś się najnieszczęśliwszym z ludzi. Smutna refleksja niczym radziecki lodołamacz przedarła się przez twoje zwichrowane zwoje mózgowe. Uświadomiłeś sobie nagle, że intymny związek z samym sobą nie ma przyszłości, ponieważ bigamia została zakazana przez prawo.

– Nie zamierzam złożyć broni – podjął grę Indianin. – Wystarczy kieliszek dobrego trunku i wnet znajdę sposób, by rozwieść się z żoną bez orzekania winy.

Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu.

– Nie brakuje ci pokręconego poczucia humoru – zauważyłem. – W innych okolicznościach zostałbyś moim kumplem.

– Obawiam się, że to niemożliwe. Niezwykle staranie dobieram sobie znajomych – odparł zimno Apacz.

– Dzięki za szczerość – mruknąłem urażony. – Porozmawiajmy o przyszłości.

– Nareszcie.

– Nie wiem, co się stało w trakcie pamiętnego rekonesansu na ponurej planecie, ale zyskałem nagle ogromne możliwości.

– Przekonałem się o tym na własnej skórze – Indianin skrzywił się na wspomnienie ostatnich wydarzeń.

– Od wielu lat wykorzystywałem nadprzyrodzone zdolności, lecz w niewielkim zakresie. Zabrakło paliwa do kosiarki czy mąki tortowej – wystarczyła chwila koncentracji. Udało mi w ten sposób zaoszczędzić na studia i kawalerkę w centrum stolicy.

– Pochwaliłeś się komuś? – zapytał czerwonoskóry.

– Jasne – prychnąłem ironicznie. – Zawsze marzyłem, by rządowe łapiduchy pocięli mnie na plasterki.

– I tak cię dopadną. To tylko kwestia czasu.

– Proroctwa na bok, przejdźmy do konkretów – zarządziłem. – Co cię do mnie sprowadza?

– Uważam, że dostatecznie się na mnie zemściłeś. Domagam się złagodzenia wyroku.

– Co proponujesz w zamian?

– Opowiastkę z morałem.

– Zamieniam się w słuch.

Postanowiłem zażyć przejażdżki pociągiem. Zająłem stosowne miejsce w przedziale, w którym nie było innych pasażerów i przez okno wagonu podziwiałem eklektyczną architekturę dworca. Pojazd ruszył zgodnie z rozkładem jazdy, czym wprawił w zdziwienie nawet najstarszych pasażerów. Kilka minut później drzwi się rozsunęły i do środka wszedł człowiek o wyglądzie laotańskiego naukowca.
– Dzień dobry.  Czy to miejsce jest wolne? – zapytał uprzejmie.
– Dzień dobry. Tak, oczywiście. Proszę siadać – odparłem równie uprzejmie.
– Dokąd droga prowadzi, jeśli można wiedzieć?
– Do Yumy. Chcę zostać rewolwerowcem.
– Nie przepadam za westernami, wolę dramaty psychologiczne rodem ze Skandynawii. Ja jadę do Warszawy na casting.
– Czyżby nowe reality show?
– Producenci programu postanowili dotrzeć do konkretnej, a przy tym licznej grupy odbiorców.
– To znaczy?
– Do ludzi nauki, ich rodzin i tych wszystkich, którzy mieli kontakt z przedstawicielami mojej profesji. Od grudnia w pewnej komercyjnej stacji rusza show „Jak oni ściągają”? Najlepsi w tym fachu w Polsce będą pilnować studentów na egzaminach pisemnych. W różnych warunkach pogodowych i miejscach: pod wodą, na lodzie, na orbicie geostacjonarnej.
– W kosmosie jest cholernie zimno. Ma pan ciepłe gacie?
– O cholera, zapomniałem!
W sekundę później pociągnął za hamulec bezpieczeństwa i pognał w kierunku najbliższego sklepu z męską bielizną. Wysiadłem na następnej stacji. Doszedłem bowiem do wniosku, że Yuma jest przynajmniej o jedno stulecie za daleka.

Indianin zamilkł, a ja sięgnąłem po kubek z herbatą. Zaschło mi w gardle.

– Ciekawa historyjka. Teraz kolej na mnie – oświadczyłem, odkaszlnąłem kilka razy i jąłem snuć opowieść.

Historia mieliła żarnami czasu coraz śmielej. Wszystko wskazywało na to, że jodły na gór szczycie wyszumiały się w całej rozciągłości, a i ogary poszły w las na tyle skutecznie, że wszelki ślad po nich zaginął. Tymczasem czułem, że mój czas jeszcze nie nadszedł. Kupiłem sobie nawet na tę okazję specjalny zegarek z podświetlanym cyferblatem. Obecność chronometru nie zmieniła jednak niczego w moim postrzeganiu świata. Rozczarowany i przygnębiony zarazem zacząłem tracić cierpliwość. Braki tej ostatniej rekompensowałem sobie zwykle, demolując własny salon.
– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? – zapytał łagodnie tajemniczy jegomość, do złudzenia  przypominający Charlesa Bukowskiego. – Co cię dzisiaj trapi, chłopcze?
– Jako poeta i do tego nieboszczyk powinieneś wiedzieć najlepiej, ale mogę jeszcze raz zadać to pytanie: „Dlaczego mój czas jeszcze nie nadszedł?” – odparłem gniewnie.
– Chodzą słuchy, że pojechał do Niemiec.
– Co ty bredzisz?
– Powaga. Oświadczył mi, że zamierza okiełznać, za twardą, europejską walutę, kilkadziesiąt plantacji borówki kanadyjskiej i szparagów. Czeka go świetlana przyszłość w roli dostawcy przodującej sieci handlowej.
Przybysz skorzystał z tego, że otworzyłem szeroko ze zdziwienia otwór gębowy i zaaplikował mi środek nasenny za pomocą estetycznie wykonanej strzykawki.

Obudziłem się w namiocie znachorki z plemienia Irokezów, która doskonale wiedziała jak zmniejszyć rozbuchane ego.

Minął tydzień. Rozkoszowałem się właśnie piosenką Leonarda Cohena w interpretacji amerykańskiej pieśniarki Jennifer Warnes, kiedy Charles wtargnął do mojej sypialni i zdarł mi z uszu słuchawki. Następnie oświadczył uroczyście, że wyrusza na wycieczkę.
– A gdzie, jeśli można wiedzieć? – zapytałem, choć kompletnie mnie to nie obchodziło.
– To niespodzianka – odparł i w radosnych podskokach udał się w kierunku drzwi wyjściowych.
– Wiem, gdzie jedziesz! – oświadczyłem tryumfalnie.
Mężczyzna przekroczył już próg, odwrócił się jednak i spojrzał na mnie zdziwiony oraz zaniepokojony jednocześnie. Po krótkim namyśle rzucił hardo:
– Blefujesz. Na szczęście zawsze byłeś kiepskim pokerzystą.
Sięgnąłem pod poduszkę i wyjąłem kartkę papieru, na której ktoś koślawymi literami napisał: „Tatusiu, przywieź mi: jakieś cuś z tych Karlowych Warów, bo jestem bardzo grzeczny.” Bezlitośnie podałem ją gościowi. Spojrzeliśmy na siebie i męskie łzy niczym grochy jęły kapać z naszych modrych oczu. Dobrą chwilę trwało, zanim się uspokoiliśmy i wtedy rzekłem:
– Sprytny wybieg. Tylko dlaczego na drugiej stronie narysowałeś mapkę Czeskich Budziejowic?

Skończyłem i uśmiechnąłem się zadowolony z efektu.
Ku memu zdziwieniu Pewien Apacz przeżył wstrząs. Aż mu barwy wojenne wypłowiały z wrażenia, a oczy wyszły z orbit. Obawiałem się nawet, że straci przytomność. Nic takiego się jednak nie stało. Indianin siedział sztywno i gapił się w podłogę.
Postanowiłem wykorzystać niespodziewaną przerwę w konserwacji i spożyć ciepły posiłek. Pierwsza porcja ciepłych knedli z truskawkami przeniknęła do żołądka. Kwasy trawienne zaczęły swój obłędny taniec, by jak najszybciej dostarczyć niezbędne składniki pokarmowe do poszczególnych komórek organizmu.
– Czy ty naprawdę uważasz, że jak posłucham głupawych przypowiastek, to stracę ochotę na powrót do dawnego życia?
– Bynajmniej – odparłem zdecydowanie. – Nie mam co do tego złudzeń, ale wciąż jest za wcześnie. Za dużo w tobie arogancji. Czeka cię jeszcze kilka lekcji pokory.
–  W takim razie licz się z konsekwencjami! – warknął Indianin i rzucił mi gniewne spojrzenie. – Moja zemsta będzie adekwatna.

– Przypominam, że jesteś na mojej łasce i twoje groźby mogą powędrować tylko w jedno miejsce:  w nieodgadnioną i niezmierzoną głębie mojej dupy.
– To się okaże…
– Nie mam co tego wątpliwości.
W jednym musiałem się z czerwonoskórym zgodzić. Wojownik jego pokroju nie może tkwić bez końca w drobnomieszczańskim sosie. Postanowiłem przenieść go w bardziej stosowne środowisko. Uwinąłem się w trymiga i odkryłem z przykrością, że bez interlokutora rozmowa nie klei się najlepiej. Powodowany nudą wróciłem do lektury pamiętnika. A jeden z wpisów postanowiłem upublicznić.

Są rzeczy na półkach w sklepie, których nawet filozofowie nie chcą nabyć. Wynika to pewnie z tego, że nie mają żony ani dzieci. Zaraz po ślubie zmienia się każda filozofia, zwłaszcza życiowa.

Nie należałem nigdy do ich kręgu i dlatego systematycznie traciłem czas na zakupy we wszelkiego rodzaju przybytkach, gdzie królowały na przemian – przemoc i promocja.

Nastał jednak dzień, kiedy refleksja przebiła się przez moją grubą czaszkę i wniknęła do jestestwa.  Dokąd zmierzasz, świecie?, pomyślałem i od razu przestraszyłem się swej odwagi. Dotychczas dumałem głównie o tym: „Dlaczego ptaki tak celnie srają” i nie byłem mentalnie przygotowany na tego rodzaju konstatacje.
Coraz częściej nawiedzały mnie koszmary. Widziałem wykrzywioną w szyderczym śmiechu twarz. Początkowo myślałem, że to dziadek ze świętokrzyskiego, którego bałem się jak diabeł chrzczonego wina. Kiedy jednak zdobyłem się na odwagę i założyłem okulary teściowej, okazało się, że to fizys wuja Stefana – sympatycznego i kompletnie nieszkodliwego krewnego. Złe sny odeszły od razu w niepamięć. A we mnie zakiełkowała myśl, by iść wreszcie do okulisty po receptę na okulary.

h
h

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: