polskie centrum bizarro

„Przemoczony, stary karton po elektrycznym czajniku marki Macintosh” by Marcin Bartosz Łukasiewicz

In Opowiadania on 4 sierpnia, 2021 at 6:00 am

niedobreliterkitxt

 

Na Paskudnym Dworze, wbrew wyświechtanym schematom, kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to właśnie o to chodzi. Bizarro ma bowiem to do się, że im więcej jest dziwności w dziwności, tym wyobraźnia lepiej pracuje. Niniejszym zapraszamy do unurzania się w przedziwnym świecie Marcina Bartosza Łukasiewicza, pełnym walut, zapomóg, niezwykłych rodziców i – o zgrozo! – chętnych dziwek.

Dla tych z Was, którzy wolą podczas zapoznawania się ze światem przedstawionym strzelać w Call of Duty czy ubijać smoki najnowszym mieczem, dającym 5% szansy na paraliż mięśni mimicznych, zapodajemy link, pozwalający na wysłuchanie niniejszego opowiadania czytany głosem iście zacnym : https://www.youtube.com/watch?v=zINQPedHdk8 .

Przemoczony, stary karton po elektrycznym czajniku marki Macintosh

by

Marcin Bartosz Łukasiewicz

Przez całe życie robiłem wszystko, co mogłem, żeby nie odnieść sukcesu. Każdego dnia marzyłem tylko o jednym: żeby spokojnie wrócić do przemoczonego, starego kartonu po elektrycznym czajniku marki Macintosh, umiejscowionego pod najmniejszym wiaduktem świata w typowym powiatowym mieście zasiedlonym przez gobliny, kurwy i polskich urzędników. Chciałem spokojnie rozsiąść się na centymetrowej szerokości pasku folii, który chronił mnie przed dotkliwym, czterdziestoośmiostopniowym chłodem nagrzanego betonu; wyciągnąć trochę żwiru, który zbierało osiem poprzednich pokoleń mojej rodziny, żebym miał jakiś majątek, po czym chrupać go z przyjemnym chrzęstem moją bezzębną szczęką.

Niestety. Mój spokój był regularnie zakłócany przez tych zasranych, polskich urzędników, którzy z typową dla siebie solidnością przychodzili do mnie co cztery setne sekundy z zasiłkiem w wysokości czterech tryliardów franków szwajcarskich i nawet nie wymagali pokwitowania. Ponieważ nie mogłem spokojnie siedzieć w kartonie z gotówką tego typu, musiałem ciągle wydawać. W tym mieście nikt nie przyjmuje franków szwajcarskich; wszyscy chcą tylko niepewnych walut, takich jak dolar Zimbabwe, dinary jugosłowiańskie czy polskie przedwojenne marki. Największą popularnością cieszą się unikalne i kompletnie bezużyteczne marki Republiki Weimarskiej. Trzeba je trzymać w bankach, otoczonych strażnikami i poddanych ścisłej ochronie. Pamiętam też zamieszanie, jakie zapanowało, kiedy jakiś elf zbłądził do miasta z banknotem o nominale sto trylionów pengő. Zamieszki trwały mniej więcej trzysta tysięcy lat, chociaż zrobiliśmy chwilę przerwy na globalne ocieplenie.

O czym to ja… a tak. Te pierdolone franki szwajcarskie, których nikt nie chce. Muszę dymać po mieście i szukać kantoru, który zgodzi się je przyjąć. W kantorach pracują tylko gobliny, co jest kolejną wielką tragedią. Każdy z nich próbuje mnie oszukać, dokonując wymiany po korzystnym, uczciwym kursie, przez co mam jeszcze więcej pieniędzy i więcej czasu spędzam na wydawaniu. Niestety, w mieście nie ma żadnych sklepów. Są tylko kantory z goblinami, polskie urzędy z polskimi urzędnikami, strzeżony przez strażników bank z markami Republiki Weimarskiej i dziwki. Jedyna opcja, żeby coś wydać, to iść na kurwy. Co gorsza, są to kurwy najgorszego sortu: czyste, zdrowe i miłe. Poza tym nie chcą przyjmować napiwków i lubią obsługiwać klientów. Zgadzają się na wszystko, tylko nie na napiwki. Pamiętam, jak kiedyś wsadziłem jednej cztery kantory w pizdę, a ona tylko stała i się uśmiechała, pytając, czy jeszcze coś może zrobić. Krzyki goblinów powodowały ból mojej głowy, toteż poprosiłem, żeby ścisnęła je trochę mięśniami Kegla. Po chwili skończyło im się powietrze, podusiły się i przestały drzeć. Przednia zabawa.

Dni mijają mi na ucieczkach przed polskimi urzędnikami z zasiłkiem we frankach szwajcarskich, wymianie franków szwajcarskich na dolary Zimbabwe (lub, jeśli mi się poszczęści, jugosłowiańskie dinary) i na wydawaniu dolarów Zimbabwe (lub, jeśli mi się poszczęściło, jugosłowiańskich dinarów) na kurwy. To tak męczące, że kiedy w końcu mogę usiąść na moim mokrym kartonie i zjeść trochę żwiru, to jestem wykończony. Tak bardzo, że nie starcza nawet siły myśleć o tym, jaka to udręka.

Dzisiaj było o wiele gorzej, niż zwykle. Z samego rana dopadło mnie kilkunastu urzędników, więc zasiłek zajmował powierzchnię mostu nad Sundem, czy też – nazwijmy rzecz po imieniu – wantowego mostu drogowo-kolejowego o długości siedmiu tysięcy ośmiuset czterdziestu pięciu metrów, przebiegającego nad cieśniną Sund, łączącego duńską Kopenhagę ze szwedzkim Malmö. Oczywiście mogło być gorzej. Gdyby ktoś mnie przydybał z tym zasiłkiem, na pewno zostałbym nowym właścicielem wspomnianego mostu. Na to nie mogłem sobie pozwolić.

Rajd po kantorach zajął mi dłużej niż zwykle. Nikt nie chciał moich drogocennych pieniędzy, a kiedy już wykłóciłem się z goblinami, że muszą mi wymienić te jebane franki, to złośliwie nie naliczyły sobie prowizji. Kiedy już wykończony tymi wojażami szedłem na kurwy, to te powiedziały, że obowiązuje promocja. Ze złości kazałem jednej zjeść całą moją kasę, ale niestety po czterech kilogramach dolarów umarła, więc to nie rozwiązało problemu. Było nie było, należało zakasać rękawy, wyciągnąć penisa i zwalić na nią obficie, żeby policja nie posądziła mnie o to, że umarła przez przypadek. Mógłbym za to zyskać kolejny zasiłek, a tego bym nie chciał. Dlatego na wszelki wypadek wyrwałem martwej kurwie dwa zęby, uciąłem mały palec u lewej stopy i zrobiłem makijaż za pomocą jej krwi miesięcznej.

Miałem dość. Wściekła masturbacja nadwyrężyła moje siły, a radosna profanacja zwłok zmęczyła psychicznie. Byłem wrakiem człowieka. To musiało się skończyć.

Następnego dnia wstałem skoro świt. Zerwałem się do spokojnego spaceru, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Na wszelki wypadek trzymałem się za nos i tłukłem kijem o każdy napotkany budynek. To powodowało, że na zupełnie pustej, wyludnionej ulicy wszyscy trzymali się z dala.

W końcu trafiłem na miejsce. To tu. Fabryka ram okiennych. Moje dziedzictwo. Mój ojciec. Nie wspominałem wcześniej, ale mój ojciec był kobietą, a do tego fabryką ram okiennych. W wyjątkowo bezbolesnej, krwawej i ociekającej PCV oraz gumą akcji porodowej przyszedłem tu na świat. Serdecznie i dozgonnie się z ojcem nienawidziliśmy od tego czasu. Myślę, że zawiniła komunikacja. Potrafiłem do niego mówić całymi dniami, ale on tylko produkował nowe ramy, wciąż i wciąż. Może nie powinien go za to winić. W końcu był fabryką.

Po drodze zaszedłem po moją matkę. Ona z kolei była królem opon. Jak mówi stare przysłowie, u hydraulika w domu czapka gore, bo nigdy nie zapomina zamknąć własnych drzwi. Z powodu tej życiowej mądrości matka, król opon, nigdy sama nie używała gumek podczas nieprzypadkowego seksu. Czym w ogóle jest przypadkowy seks? Idziesz sobie ulicą, chcesz się wyszczać, więc wyciągasz penisa, a tu nagle nabija się na niego jakaś kobieta, dziecko albo zwierzę? I co wtedy, przepraszasz, czy kończysz sprawę, skoro już zacząłeś? Wariactwo.

W każdym razie matka szła tuż za mną. Wyglądała jak typowy król opon. Na głowie kaszkiet, na twarzy trzydniowy zarost, a w ustach paskudna pojara. Paliła jednego peta od mezozoiku i czterech minut dwudziestu ośmiu sekund. Ćmił się niemiłosiernie białym dymem, ogłaszając wybór nowego papieża. Roztaczał też wokół siebie paskudną, ostrą woń kwiatów, miodu i soli do kąpieli ze standardowego dyskontu spożywczego o zapachu mięty pieprzowej, którą po koreańsku opisuje się jako 페퍼민트. Miętę, nie sól.

– Zawsze byłeś cnotką, fabryko – mówi moja matka, król opon, do fabryki ram okiennych.

Odpowiada jej cisza.

– Pa to, synek. Ruchasz się z taką raz, macie razem dziecko, a ona nawet nie odpowiada na zaczepki. To jest właśnie miłość. Rozumiesz? Nie wstawianie razem szkła w miękką gumę, niewzbudzanie rozruchów społecznych, żeby wzrosło zapotrzebowanie na opony do spalenia. Tylko to. Właśnie to. Niemiła, zobowiązująca rozmowa, podczas której jedna ze stron milczy.

Król opon wzdycha.

– Gdybyś tylko sam trafił tak dobrze jak ja… a nie, tylko zasiłek, kantory i kurwy.

– Mamo, weź się!

– I co ty z tego masz? Co? Nawet nie możesz porządnie namoczyć tego swojego kartonu! A tak! Widziałam go ostatnio, kiedy gdzieś balowałeś. Nadal stoi, tylko trochę przemoknięty i wygnieciony. Zero odpowiedzialności! Kiedyś mieliśmy ideały…

– Mamo – przerywam jej – chodź, zagramy w klasy.

Wyciągam książkę Cortazara, ale moja mama nie rozumie konceptu powieści eksperymentalnych. Poza tym nie umie czytać. Poddaję się i zaczynamy zabawę.

Z braku kredy używamy ram okiennych jako klas. Idzie nam całkiem nieźle, przynajmniej dopóki mój ojciec nie włącza się do zabawy i nie zawala się z hukiem, zabijając nas na miejscu. Śmiejemy się wszyscy serdecznie, ciesząc się z tego rodzinnego czasu. Mój trud skończony – jako trup nie będę dostawać zasiłku. Przez głowę przechodzi mi myśl, że mogłem też zostać upośledzonym dzieckiem bez mózgu, którego matkę ktoś zmusza do porodu, bo każde życie jest cenne. Wtedy to urzędnicy uciekaliby przede mną, a nie ja przed urzędnikami. Ale już za późno. Znalazłem inne rozwiązanie. Razem szukamy w gruzach kaszkietu mojej mamy, króla opon, a także moich jelit i prawej dłoni. Znajdują się w końcu, sczepione razem. Ponieważ to już prawie koniec historii, a nie udało się jeszcze nigdzie wcisnąć fekaliów, to obowiązkowo są umazane gównem. W końcu to jelita więc jest to nie tylko słuszne, ale też usprawiedliwione. Radośnie się żegnamy, a ja wracam pod wiadukt.

Do żwiru. Do mojego kartonu.

  1. […] W hołdzie „Przemoczonemu, staremu kartonowi po elektrycznym czajniku marki Macintosh”. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: