polskie centrum bizarro

M.O.A.: „Paszcza dziury” by Katarzyna Ophelia Koćma

In Akcje Literackie, Opowiadania on 23 stycznia, 2022 at 12:01 pm

ALICE_Paskud

Mówi się, że liczy się nie to, jak upadamy, a to, jak się podnosimy. Generalnie, zgadzamy się z owym stwierdzeniem, ale prawdą również jest to, że ze wszystkiego da się zrobić sztukę. Także ze spadania. A także ze składania egzoplanet w origami papug kakadu, jak dowodzi nasz Paskud, ale to już zupełnie inna para kartoszy.

Dziś opowieść o tym, że czasem, kiedy wpadnie się w dziurę, można spadać i spadać, i spadać, i spadać, i nigdy nie sięgnąć dna. Zobaczcie, jak do tematu podeszła Katarzyna Koćma zwana również Ophelią.


„Paszcza dziury” by Katarzyna Ophelia Koćma


And still I am there falling down in this evil pit

But until I hit the bottom, I won’t believe it’s bottomless.

The Handsome Family, The Bottomless Hole

Spadam, spadamy, spadliśmy, będą spadać. Raz w górę, raz w dół, raz na boki. Otchłaniowe istoty przeznaczono spadaniu. Zaistnieją po to, by spadać.

Imienia nie pamiętam, lecz pochodzę z Ohio. Paszcza dziury wessie mnie ze stodoły. Wyjdę jedną czarną dziurą, wpadnę w drugą. Dom. Stodoła. Życie. A między nimi bezdenna przestrzeń.

Żona zobaczy, jak całuję dzieciaki na do widzenia. Tatuś ma ważne sprawy. Tatuś zbada otchłań. A może to otchłań zbada tatusia. Tatuś wróci albo nie wróci. Ale zawsze wraca: tatuś albo jakieś coś.

Dziesięć.

Ziemia od wewnątrz jest szkarłatna. Będziemy mijać białego królika z zegarkiem. W paszczy dziury nakręcają czas. Kto wie, czy tym razem się nie uda i nie rozleje się, zamiast biec do pewnego od.

Dziewięć.

Wypił marmoladę, zjadł szkło. Nie musiał wrzucać śmieci. Czarne dziury to nie kloaki, którymi da się przelecieć Ziemię na wylot. Taka dziura obrazi się na was i tyle. Chyba że wpadnie tam krowa. Bądź traktor. Wtedy poprosilibyśmy, żeby przejechała Ziemię. Byłoby trochę bliżej, do jakiegoś przodu. Albo tyłu.

Osiem.

Coś od wewnątrz płacze, widać jak z dołu rozkapują łzy. Pewnie królik zgubił kamizelkę i właśnie samotnie zbliżyli się do dna. Rydwan uwity z lin, które ukradłem żonie, nie potrafi tak pędzić. Co chwilę obijaliśmy się o pustkę. Trzeba było tam zostać, w Ohio, przy stodole, przy otchłani. Zdawało mu się, że drugi raz nie pozwoliłby paszczy dziury nakarmić się sobą samym. Teraz nie pora myśleć. Pora omijać napierającą od spodu kałużę, która połyka świat.

Siedem.

Orzeł, gołąb i papuga tańczą nad naszymi głowami. Cytrynowe skrzydła rozwietrzyły pustkę. Dlaczego ta dziura zakręca? Czy nie cechują jej ciągoty do nicości? Gołąb pikuje pod stopami, papuga trzyma się bliżej góry, bliżej światła. Czyżby bała się utraty barw? A cóż to tam obok trzepocze szkłem? Czy to nie orzeł wpadł w słoik po marmoladzie?

Sześć.

Stukamy w przestrzeń, wyobrażając sobie drzwi. Ryby płyną do góry, między nimi żaba. Jej ubranie nie pasuje do okazji. Czy wy wdziejecie strój lokaja na spotkanie z dziurą? Jama bez dna faluje, przemieszcza się ku górze. Chciałem się z niej wydostać, a ona z nas. Nie polubimy się, nie pasujemy do siebie. Paszcza dziury pluje nami do zatracenia.

Pięć.

Zawisł mu uśmiech bez ciała. Zajrzyjmy do paszczy i policzymy zęby. Prawdopodobnie któryś z nich prowadzi wprost w ogon. Miau szybuje w otchłań niczym grom z ciemnego piekła. Kot zjada myszy, kot zjada żaby. Więc dziura zjadła kota. W ich domu, w Ohio, również trzymamy koty. Koty szare, smutne i bez uśmiechu. Koty, których nie wsysa wir.

Cztery.

Może jeszcze herbaty, może zrobimy podwieczorek? Kropla cieczy rozwarstwi się, wypełnia wszystkie filiżanki, które leciały ze mną. Wreszcie istota ludzka, wreszcie jakiś człowiek. Niechby i szalony, grunt, że pędzi, że dryfuje przez otchłań, za nic mając lęk o kapelusz. Gdyby wpadł wcześniej, zagralibyśmy w karty. Teraz też nam się uda. W golfa. Jego głową. Ale dziura go nie kocha, więc wypada gdzieś po drodze. Dziura kocha tylko mnie.

Trzy.

Przyspieszył, bo liny się skończyły. Musimy znaleźć inny środek lokomocji. Nibyżółwiu, użycz nam swej skorupy. I nie rozpryskuj dłużej kropelek zielonej zupy. I tak w niej nie utoniemy, zmierzamy przecież do dna. Kiedyś myślałem, że w Ohio rośnie wyłącznie kukurydza. Kto by przypuszczał, że wyhodowaliśmy dziurę?

Dwa.

Smok nie jest zielony, a ognista paszcza gdzieś się kończy. Nudno spadać, nawet jeśli widział nad sobą niebo. Gadzie skrzydła produkują wiatr, wicher, tornado. To przez nie powstała jama. Jama-wir, jama-kloaka, jama-coś, co odwodzi od ziemi. Ogień smoka spali w końcu dziurę. Paszcza pełna kłów pochłonie paszczę pełną nicości. Ale zanim to nastąpi, po nad nie ostanie się ślad. Rozpadamy się, zatracamy, nicujemy.

Jeden.

Już prawie dno. Prawda? Prawda? Dopóki nie dotknę gruntu, nie uwierzę, że bez dna. Dziewczyna w niebieskiej sukience. Moja żona, któraś z córek? Mówi, że Alicja. Czyli nie ona. Nie one. Nienawidziliśmy dziury. Odbierze żonę, dzieci, samochód, Ohio. Nawet kukurydzę pochłonie i przetrawi. Dlatego za wszelką cenę nie można cofać się w górę. Trzeba do dna, do samego dna.

Dziesięć.

Spadam, spadamy, spadliśmy, będą spadać. Raz w górę, raz w dół, raz na boki. Otchłaniowe istoty przeznaczono spadaniu. Zaistnieją po to, by spadać.

Imienia nie pamiętamy, lecz pochodzę z Ohio. Paszcza dziury wessie nas ze stodoły. Wychodzimy z jednej czarnej dziury, wpadną w drugą. Dom. Stodoła. Życie. A między nimi bezdenna przestrzeń.

Żona patrzy, jak całuję dzieciaki na do niewidzenia. Tatuś ma ważne sprawy. Tatuś bada otchłań. A może to otchłań badała tatusia. Tatuś wróci albo nie wróci. Ale zawsze wraca: tatuś albo jakieś coś.

I tak już będzie zawsze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: