polskie centrum bizarro

M.O.A.: „Walizkowa Alice, niesamowity amator Mario i tajemnica Wielkiego Dzbana” by Dawid Dyrcz

In Akcje Literackie, Opowiadania on 25 stycznia, 2022 at 12:01 pm

ALICE_Paskud

Takie nam czasy nastały, że człowiek chce czasem fuknąć: „Amatorszczyzna!„. Szczególnie kiedy spogląda na nieŁADne, nieskŁADne poczynania święto**bliwie nam panującego nie-rządu. Czasem jednak zdarza się tak, że bycie amatorem w najprzeróżniejszych dziedzinach to przydatna i pożądana umiejętność.

Dziś zatem w rolach głównych wystąpią niesamowity amator Mario oraz, jakżeby inaczej, Alice. Alice wyciągnięta z waliz. Odkryjcie tajemnicę Wielkiego Dzbana wraz z bohaterami tej zacnej bizarrodysei Dawida Dyrcza. Hej!


„Walizkowa Alice, niesamowity amator Mario i tajemnica Wielkiego Dzbana” by Dawid Dyrcz


– 1 –

Alice leżała na łóżku, wyrzucając z siebie morze łez i zalewając tym samym mieszkającego nad nią sąsiada. Ostatnio często płakała, zbyt często, dosyć często, ale często. Łezka za łezką unosiła się w górę, osiadając na alabastrowym suficie. Kreowały oblicza odległych miejsc, znanych z wieczornych opowieści na dobranoc mamusi i tatusia. Twarzowe wymiary, które teraz uśmiechały się i wabiły urokiem, przemawiały do niej drzewnymi słojami, morskimi głębinami, górskimi dolinami. W końcu zlały się ze sobą, tworząc olbrzymi wir wodny, który wchłonął część sufitu. Przez tę łzawą topiel wpadł do niej siedzący na krześle, trzymający filiżankę z gorącą herbatą, sąsiad Paweł. Dobrze go znała z widzenia. Miał duże, oklapnięte uszy i skakał obunóż po kilka schodów na raz, przez co ten i ów brał go czasami za królika. Ostatecznie sprawę wyjaśnili dzielnicowy z weterynarzem, którzy po wylegitymowaniu, rewizji osobistej, a także wykonaniu testu na marchewkę jednogłośnie potwierdzili, że Paweł w sześćdziesięciu dziewięciu procentach jest człowiekiem.

– O, cześć, sąsiadko! Ach, więc leżysz sobie i zalewasz smutek łzami. Co powiesz na herbatkę na pocieszenie? – zapytał niespodziewany gość, wysuwając do niej rękę z nadgryzioną króliczymi zębami filiżanką.

– Nie, dziękuję. Dopiero druga w nocy, nie podpijam – odpowiedziała piskliwym głosem dobitnie świadczącym o jej dziewictwie. – Jestem na diecie.

– Bez obaw, no weź. Odchudzająca; cukier już wcześniej wyjadłem, od razu po zaparzeniu – kusił, sunąc językiem po krawędziach.

– Nawet nie wyobrażasz sobie, jak się cieszę z twojej wpadki. Potrzebuję odgórnej porady. – Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.

– W sumie to sama mnie ściągnęłaś. – Zmarszczył po króliczemu nos. – Powiedz zatem, o co chodzi?

– Zakochałam się. Myślałam, że z wzajemnością, ale… – otarła kolejne łezki, które tym razem zgarnęła do buzi i szybko połknęła, aby się nie odwodnić – chyba dał mi kosza.

– A to łajdak. Wręczył ci go osobiście, czy anonimowo zostawił pod drzwiami z życzliwym donosem na samego siebie? Pytam, bo jestem zatwardziałym, niezdecydowanym, kawalerem-prawiczkiem z ciągotkami biseksualnymi i nieszczególnie znam się na tych sprawach. Niemniej chętnie posłucham o twoim pierwszym razie, jeśli w ogóle go przeżyłaś, a jak nie, to pewnie któraś z koleżanek zwierzyła ci się kiedyś w sekretnym sekrecie, co? No powiedz, jak to się odbyło? Tylko ze szczegółami, abym zobrazował to sobie, gdy będę już leżał pod kołderką, z rękoma schowanymi w majtkach.

– Nic nie rozumiesz. Jako dziewica nie koleguję się z rozwiązłymi dziewkami. Zawstydzasz mnie. – Okręciła czarny loczek wokół palca. – Więc od początku. Usiądź wygodnie na spadniętym krześle, to będzie długa historia. Nie dalej jak parę dni temu, jak zwykle wieczorem, wyłączyłam w pokoju światło. I wyobraź sobie, że w domu naprzeciwko, ktoś wyłączył lampy równocześnie ze mną. Bardzo się zaciekawiłam, zaintrygowałam niesamowicie. Widzisz, bo ja często dzwonię do wróżek, czytam horoskopy, posiadam karty tarota i wierzę w przeznaczenie. Szybko pstryknęłam światło – on uczynił to samo. I tak kilkadziesiąt razy. Zestrajał się ze mną. Zaczęliśmy migać do siebie alfabetem Morse’a. Najpierw same sylaby. Jakaż frajda! Aż poczułam motyle w brzuchu. Nie pomyśl sobie, że jestem łatwą dziewczyną, ale dosyć prędko przeszliśmy do czytania poważniejszych książek. Ten słodziak znał nawet „Anię z Zielonego Wzgórza” i bajkę o śwince Pooyan.

– Dobrze, ale skąd założenie, że mówimy o mężczyźnie i że dał ci kosza? Miał motyw? – zainteresował się Paweł, który od czasu marchewkowego testu z podnieceniem zaczytywał się w kryminałach o twardych gliniarzach i detektywach-weterynarzach, a do tego marynarzach.

– Po cieniu; od razu mi się spodobał. Piękny, czarujący, falujący na ścianie, taki rozumiesz… szalenie męski i uroczy. Zakochałam się w nim od pierwszego spojrzenia. Poznałabym go wszędzie. Niestety, gdy zebrałam w sobie odwagę, aby zaproponować randkę, w jego mieszkaniu zgasły światła i do dzisiaj nic się nie zmieniło. Na bank zniechęciłam go eko-ledowymi żarówkami o ultrachłodnej barwie! On mnie już nie kocha… – Kolejne łezki skonsumowała równie skwapliwie jak poprzednie.

– Pojmuję, do czego zmierzasz, ja was dobrze znam. Wszystkie myślicie o jednym – trajkotał, pryskając wokół śliną. Starał się przy tym dojrzeć jak najwięcej przez prześwitującą białą koszulę, pod którą Alice nie nosiła biustonosza. Dwie rodzynkowe szpice wyraźnie zaznaczały szczyty. – Niestety, nie pomogę, jestem zbyt nieśmiały w tych sprawach. Może sąsiad z dołu nie śpi. Poproś go o rozdziewiczenie, dla mnie to za dużo. Spadam.

Pożegnał się, grzecznie zabierając ze sobą filiżankę oraz krzesło i wyszedł przez okno, spadając w górę wprost do swojego mieszkania. Po chwili Alice zauważyła, że zatkał ręcznikiem dziurę, a także usłyszała szuranie przesuwanego materaca. Nie umknął jej uwadze również mały otworek z widocznym różowo-czerwonym okiem i przez parę sekund (nie więcej niż dziewięć), odgłos jakby klaskania zakończony westchnieniem. Najwyraźniej sąsiad ostro jej kibicował.

Położyła się na brzuchu, nakierowując strumień płaczu na podłogę i wypinając w górę jędrne pośladki. Kształtne, sprężyste, kuszące… Ponownie usłyszała klaskanie z góry; Paweł głośno wyrażał aprobatę. Dobry znajomy.

Łezki leciały ciurkiem, wkrótce tworząc kwadrat ze strzałką w dół. Tak w razie czego, żeby nie zabłądziła. Alice odbiła się od łóżka. Wykonała podwójne salto w tył, śrubę, w kulminacyjnym momencie podciągnęła kolana do klatki piersiowej i zanurkowała na bombę we łzawym kąpielisku. Chyba przedobrzyła z tą akrobatyką, bo nawet nie zauważyła, gdy minęła mieszkanie sąsiada, Gawła. Znano go w mieście jako pierwszą minetę, ruchalca i babiarza niesamowitego, do tego romantyka wielkiego, czytającego potajemnie na kibelku wszelaką prasę kobiecą. Cóż, jej strata.

Opadając, przyglądała się wąskim, niewidzialnym ściankom. Jak ciasno, dziewiczo… ledwo poruszała barkami. Szkoda, że nie napłakała więcej, uzyskałaby lepszy poślizg. Przestraszyła się, iż utknie i umrze z głodu. Wyprostowała ręce, nogi, głowę, włosy. Wyglądała jak spławik, który ma branie i ciągnie w dół. Tak opadała i opadała, gdy wokół pojawiły się szuflady. Różnych rozmiarów: duże, małe i takie tyci, tyci malusieńkie. Przeźroczyste, ze świecącymi neonowo konturami. Wysuwały się z niewidzialnych ścian, ukazując długie, jaszczurcze jęzory.

– Pomożemy ci, lubimy smutne dziewice – usłyszała ciepły, łagodny głos.

Coś mokrego liznęło ją po stopach. Szorstkie, wilgotne, przyjemne. Oplotło stopy, odrywając je od reszty ciała. Nie poleciała przy tym ani kropelka krwi. Najdłuższy język wrzucił obie do zielonej walizeczki, która wypadła z innej szuflady, sprawnie zawiązując dużą, ozdobną kokardę.

Jaki gibki, wygimnastykowany język – pomyślała. – Dobrze, że mam takie małe stopy i zmieściły się w tej ślicznej walizeczce.

Ozór tymczasem przesunął się po gładkiej łydce, ogolonej nad ranem jednorazową maszynką, oddzielając ją tuż pod kolanem i umieszczając w innej, równie zielonej walizce. To samo spotkało drugą łydkę i kolejne części ciała łącznie z narządami. Gdy lizał łechtaczkę, wystraszyła się, że straci dziewictwo, lecz ta po chwili leżała ośliniona w oddzielnej kryjówce. Dokonał tego tak perfekcyjnie, że nie naruszył długo skrywanego przed napalonymi mężczyznami skarbu. Na ostatni ogień poszła głowa, którą zajęło się kilka języków. Starannie, osobno zapakowały oczy, mózg, szczękę, uszy i resztę. Nawet złoty ząb z wygrawerowaną koniczynką, który kiedyś wstawiła na szczęście, dokładnie oddzielono od innych. Ciemność spowiła Alice, która poczuła, jak walizki opadły na coś, co posuwało się ruchem prostoliniowym poziomym. Gdyby zachowała głowę w całości, przez tę nagłą zmianę mogłoby się jej w niej zakręcić. Chciała zapłakać, jednak nie dość, że oczy znajdowały się osobno, to na dodatek nie posiadała już łez – wszystkie przecież wylała na podłogę. Zdezorientowana i oszołomiona, pozwoliła się porwać w bok.

– 2 –

Mario, DJ-amator, już od wczesnych lat przejawiał zamiłowanie do kolorofonów i lampek choinkowych. Gdy pewnego wieczoru (jak zwykle zresztą), bawił się, włączając i wyłączając światło w swoim M1, spostrzegł, że w domu naprzeciwko również mieszka jakiś DJ. Papugował go, dokładnie w tym samym momencie. Jako że Mario był amatorem z wieloletnim doświadczeniem, zaczął miksować włącznikiem znane mu utwory. Głównie thrash metal, który uwielbiał za dobitne, życiowe teksty, ukryte transcendentalne przesłania oraz nutę, przy której nie rosły rośliny. Fajnie mu się zgrywało z tym nieznajomym, gdy niespodziewanie mieszkanie spowiła ciemność.

– Cholera – powiedział do siebie. – Znowu nie zapłaciłem rachunku za prąd. Co gorsza, wypłata dopiero za tydzień.

Rozłożył bezradnie ręce i oparł się o parapet, dotykając twarzą brudnej szyby. Wydął wargi w mokre, słitaśne dziubaski, pozostawiając śliną obleśne ślady. Rysował językiem kręgi, cmokał, całował. Rano strzeli kolekcjonerską serię fotek z zamiarem sprzedania ich jako amatorskie dzieła sztuki współczesnej. Ludzie kupią teraz byle szajs w charakterze dobrej inwestycji; jak nie bitcoiny, to malowanki z niebieskimi prostokątami, a ci biedniejsi nawet zdrapki. Może i jemu uda się trochę zarobić.

Nieznajomy próbował miksować solo, lecz po paru dniach odpuścił, co bardzo zafrasowało Mario.

Ogarnął go jeszcze większy niepokój, gdyż mimo iż minęła druga w nocy, w mieszkaniu naprzeciwko ciągle nie gasło światło. Jego chłodna, mocno ekologiczna barwa nie wróżyła nic dobrego.

Chyba stało się coś złego – pomyślał, gdy zimny dreszcz przeszył jego ciało, podsuwając umysłowi najgorsze obrazy. Odezwał się w nim ratownik-amator, którym został w zeszłym roku, zaliczając testy na przyjaznej stronie internetowej. – Muszę mu pomóc, bądź co bądź jesteśmy świetlistymi znajomymi.

Księżyc rozjaśniał noc, gdy Mario z nałożoną latarką czołową i zwojem liny zakończonej hakiem stanął przed ostatnim po lewej domem naprzeciwko. Widział docelowe okno na trzecim piętrze, otwarte na oścież, zapraszające komary i inne robactwo. Jako amator wspinaczki wysokogórskiej, który niejedną ścianę przećwiczył w myślach bez zabezpieczenia, bezproblemowo wspiął się po wystających cegłach, porzucając linę pod oknem. Ufał, że nikt jej nie ukradnie i że zabierze ją w drodze powrotnej.

– Jak to dobrze, że nadal budują ceglane domy – wysyczał, wpadając spocony przez parapet i omal nie lądując we łzawym kąpielisku. W ostatniej chwili złapał za sznur przybywającej z odsieczą lampki, ratując się przed niespodziewanym zmoczeniem.

Wstał i ustawił przedmiot z powrotem na swoim miejscu, tuż obok zdjęcia brunetki o śniadej cerze, wydatnych piersiach i zielonych oczach. Ładna, pomimo smutnej twarzy megapociągająca, seksi-bomba. Miała w sobie to coś, co z marszu zwaliło go z nóg. Ten błysk w oczach, obok którego nikt nie przejdzie obojętnie.

Z ogromnym zainteresowaniem rozejrzał się po pokoju. Ład i porządek. Przesunął palcami po szafie i krawędziach figurek – żadnego kurzu. Otworzył szafki wypełnione kobiecymi, wyprasowanymi, starannie ułożonymi ubraniami. Poszedł do kuchni, gdzie także nie znalazł śladów chaosu. Podniósł szklankę i pod światło upewnił się, iż zmyto z niej zacieki. Tak, zdecydowanie mieszkała tu kobieta. A jednak coś mu nie pasowało. Wrócił do pokoju i spojrzał na sufit, na którym wydawało mu się, że zauważył niepasujący element. Jego wzrok szybko spoczął na czymś zupełnie innym. T-stringi, wymiętolone, używane i ciśnięte niedbale obok łóżka.

Wprawnym ruchem zgniótł je w dłoni, podsuwając pod nos. Przymknął oczy i mocno się zaciągnął. Dziewica – znał tę woń z dzieciństwa. Znowu znalazł się na zielonej polanie, skąpany wakacyjnymi promieniami słońca i zapachem leśnych kwiatów. Słyszał bzyczenie owadów i świergot ptaków, wtulał się przy tym w skradzione majtki sąsiadki. Marta, o kilkanaście lat starsza od niego, wkrótce planowała wyjść za mąż. Piękna blondynka o długich, szczupłych nogach, wielkich stopach i małych piersiach. Podkochiwał się w niej, potajemnie obserwując przy każdej okazji. Bywało, że za nią chodził i podglądał przez lornetkę, którą naprędce robił, łącząc palce i przykładając je do oczu. Soczewek nie potrzebował, nosił w tamtym okresie okulary. Stringi zgarnął na pamiątkę, gdy poprosiła o pomoc przy dekorowaniu domu. Przechowywał je zresztą do dziś, skrzętnie ukryte w pufie, chociaż zapach dziewictwa dawno się ulotnił. Miłe wspomnienia. Tym bardziej musiał poznać właścicielkę mieszkania.

Strzałka i rozbryzgana woda wskazywały drogę. Kucnął, zanurzył palec w cieczy i posmakował – słona. Dziwne, przecież syreny nie istnieją.

– Zastanawiające. Skąd słona woda na środku pokoju? Może chciała nawdychać się jodu przed snem? – powiedział głośno, drapiąc się przy tym po głowie i naprężając bicepsa.

Usłyszał szybkie klaskanie, jakby ktoś ucieszył się na jego widok. Podniósł głowę i zobaczył przyglądające się przez dziurkę w ręczniku królicze oko. Tak się wystraszył, że stracił równowagę i wpadł prosto w łzawe kąpielisko. Próbował wynurzyć głowę, aby zaczerpnąć powietrza, lecz coś ciągnęło go w dół, oddalając od tafli podłogi. Co ciekawe, oddychał bez problemu.

– 3 –

– Jaki smakowity kąsek – usłyszał łagodny głos, gdy ze ściany wysunęła się szuflada z długim jęzorem. Ponieważ amatorsko zajmował się akrobatyką, zwinnie podciągnął stopy, akurat gdy jęzor próbował chlasnąć je tuż przy kostkach. Napastnik trafił w pustkę, natomiast Mario wykonał półobrót i chwycił go zębami, przegryzając na pół; szufladę zaś rąbnął z łebka, a ona HUK! schowała się w niewidzialnej ścianie. Wysunęło się więcej szuflad i całe mnóstwo języków, które potraktował podobnie. Dobrze, że ukończył – z wyróżnieniem – amatorski kurs walenia z bani, zorganizowany przez bogatych biznesmenów dla kibiców miejscowego klubu piłkarskiego.

Tak podekscytował się walką, że nawet nie spostrzegł, gdy wylądował suchymi butami na kamienistym podłożu. Szuflady i języki zniknęły równie nagle, jak się pojawiły. Było niesamowicie ciemno, tak mroczno, że nie dostrzegał czubka własnego nosa. Kucnął, strwożony, wyczuwając rękoma jakieś szyny. Przypomniał sobie o latarce czołowej. Włączył ją i potwierdził, że znalazł się na torach. Dzięki tej odrobinie światła zrobiło się mu trochę raźniej, a na pewno jaśniej. W którą stronę iść? A może poczekać, aż nadjedzie pociąg? Schylił się i przyłożył ucho do chłodnego metalu, lecz nic nie usłyszał. Wstał i mocno niuchnął. W powietrzu unosiła się zagęszczona smuga dziewiczego zapachu. Teraz to na pewno się nie zgubi. Ruszył rześkim krokiem przed siebie, gdyż jako chodziarz-amator często odbywał nocne maratony.

Szedł już parę godzin, gdy podchwycił odgłos pojazdu sunącego powoli po torach. Odwrócił się i wytężył wzrok, zauważając jasny punkcik, jednak dopiero gdy ten zbliżył się na kilkanaście metrów, spostrzegł coś, co spotyka się jedynie w starych westernach. Zardzewiałą, skrzypiącą drezynę oświetloną chińskim lampionem roztaczającym wokół czerwono-żółte światło. Pojazd przystanął. Na nim, na różowej sofie, spoczywała olbrzymia ropucha, pociągająca w najlepsze z bonga o formie ludzkiego płodu.

– Sztachniesz się? – zapytała, mrugając okiem.

– To płód? – odparł Mario pytaniem.

– No tak, niechciany, a co myślałeś? Ludzie często nam je podrzucają. Mamy po nich niewinne odloty. Więc jak?

– Nie, dzięki, nie jestem amatorem używek.

– Mój zysk, twoja strata. – Zaciągnęła się, wypuszczając chmurę w kolorze płodu. – Zapewne przybyłeś na iluminację do Wielkiego Dzbana i zbłądziłeś, ludzka istoto.

– I tak, i nie – odpowiedział enigmatycznie na pytanie, które było stwierdzeniem. – Jak daleko do Wielkiego Dzbana?

– Któż zna odpowiedź? Wielki Dzban ciągle się przemieszcza, dla jednych jest blisko, dla innych daleko. Przyniosłeś zaproszenie?

– Zgubiłem w tych ciemnościach – skłamał.

– Ja też często coś gubię, a może coś gubi mnie? Sama już nie wiem, bo wiedzieć nie warto, czy jestem, czy nie jestem. Nie szukaj zaproszenia, samo cię znajdzie w najmniej spodziewanym momencie. Zapraszać, znaczy pragnąć odnaleźć wewnętrzne ja, nawet wtedy, gdy się myśli, że się go nie szuka. Wsiadaj, proszę, podrzucę cię. Tylko po drodze zatrzymamy się przy nowych walizkach. Muszę zabrać ich garść, aby dokarmić larwy myślaków.

Usiadł obok i ruszyli. Ręczna drezyna okazała się w pełni zautomatyzowana.

– Jak to działa? Na prąd? – zapytał.

– Prąd? Na co komu prąd? Rozejrzyj się i powiedz: co widzisz?

– Ciemność widzę.

– No właśnie, ten pojazd napędza ciemna materia. Pełno tu tego, nic ino brać wedle uznania.

Nie pytał o nic więcej, wsłuchując się w skrzypienie drezyny, delikatnie tupiąc lewym butem do rytmu. Ropucha pociągała płód z bonga, nie odzywając się ani słowem, a on wdychał dziewiczy aromat brunetki, który nasilał się z każdym przejechanym metrem. Przeżywali zapachy na swój sposób.

Drezyna wkrótce skręciła na boczny tor i stanęła.

– To już, to tu, tak, to ten czas. – Naćpana ropucha sięgnęła za plecy i podpaliła pół tuzina chińskich lampionów, które uniosły się, rozświetlając okolicę. Na odkrytych wagonach leżały walizki o różnych wielkościach i w najrozmaitszych kolorach, pięknie zapakowane, z równie ślicznymi, dużymi kokardami.

Ropucha potrząsnęła kilkoma, wrzucając je na tył drezyny. Gdy podniosła zieloną walizkę o dziewiczym zapachu, Mario doskoczył do zwierza, brutalnie go odepchnął i wyrwał zdobycz.

– Ta jest moja, nie ruszaj, bo spiorę po gębie! – Pogroził pięścią.

– Dobra, dobra, po co ta agresja? Jak twoje, to nic mi do tego, wystarczy powiedzieć, kolego. W słowach tkwi potężna moc. Ale skąd pewność, że zielona walizka jest tą twoją, czy może czymś innym?

– Znikąd – odpowiedział niepewnie. – Dowiem się, gdy otworzę.

– Od razu idzie poznać, żeś niemiejscowy. To nie takie łatwe, o nie, nie, nie – szepnęła, głośno przełykając ślinę. – Bardzo, bardzo niebezpieczne. Jeśli pomylisz się i wybierzesz nieodpowiednią lub otworzysz za szybko, podczas rozpakowywania rozpierdoli ci ręce, głowę, a nawet uszy, a w promieniu kilometra wszystko się rozpieprzy. Nie będzie ani ciebie, ani walizek, ani tych wagonów. Rozumiesz? Kaboom Kazoo! Jebuu!

– Co byś zrobiła na moim miejscu, mądra ropuszko? – zapytał uprzejmie, zdając sobie sprawę ze swojej niewiedzy.

– Ależ to proste, przecież czynię tak wyjątkowo często. Nie siedzę w studni, ograniczona przez moje ja, tylko leżę na łączce, obserwując przestwór nieba, a rozwiązania jak chmury pojawiają się znikąd. Wystarczy ułożyć je kolorami, a o tu, tuż na krawędziach, masz pasujące do siebie wypustki. Zobacz, jak ładnie wchodzą.

Przyłożyła dwie czerwone walizki, które zatrzasnęły się magnetycznie, gdy znalazły się w odpowiednim położeniu.

– Aaa, jak puzzle – ucieszył się Mario, gdyż był amatorem wszelakich układanek.

– O tak, teraz poprawnie myślisz, chociaż tak naprawdę niemyślenie stanowi klucz uwalniający absolut, a zamykający ego. Tak, to cenny dar, zapamiętaj, nieznajomku, i nie spierdol tego!

Podczas gdy ropucha ładowała drezynę, Mario układał zielone walizeczki, starannie dopasowując je do siebie.

– Cóż, pora się rozstać. Nie jestem niczego pewna, a zwłaszcza ciebie, taki z ciebie dziwak. Baw się dobrze, amatorze zielonych, dziewiczych cipek, znaczy się walizek.

– A jak znajdę Wielkiego Dzbana?

– Poczuj moc wewnętrznie, w moczu i innych płynach, a odnajdziesz każdą drogę. – Przyssała się ponownie do bonga i odjechała.

– 4 –

Minęły kolejne minuty, zanim ułożył walizki w odpowiedniej kombinacji. Gdy szarpnął za losową kokardkę, nastąpiła reakcja łańcuchowa. Walizki wystrzeliły w górę, rozrzucając w powietrzu części ciała nieznajomej. Wydawało mu się, że przez mgnienie dostrzegł nawet błysk złota. Fragmenty leciały w zwolnionym tempie, a z jego gardła równie wolno wyrwało się: – Ooooo nieeeeeeeeeeeee!!!

Zamknął oczy, wyczekując najgorszego.

Zamiast gorącego wybuchu spotkał go ciepły dotyk. Otworzył oczy. Przed nim stała nieznajoma ze zdjęcia. Jeszcze piękniejsza niż to sobie wyobrażał. Uśmiechnął się do niej.

– Rozpoznaję cię po cieniu. – Odwzajemniła banana, gładząc go delikatnie po dłoni. – Na imię mi Alice.

– Mario – odparł drżącym głosem.

– Wiedziałam, że mnie uratujesz. Jesteś moim przeznaczeniem. Muszę ci wyznać, że kocham twój cień i sposób, w jaki bawisz się światłem – wyszeptała, przytulając się do mocno zbudowanej klatki piersiowej, którą Mario wyćwiczył na siłowni jako kulturysta-amator.

– Yhm. – Przełknął głośno ślinę i spojrzał głęboko w oczy, ginąc w ich buszu. Zielonopiękne jak wiosenna trawa, która dopiero co wykiełkowała po mroźnej zimie… Zapragnął przepaść w nich na wieczność, przemierzać bez końca, odnajdując drogę wyłącznie po to, aby ponownie się zagubić.

– Po czym poznałeś, że schowano mnie akurat w tych walizkach? – zapytała Alice, nie odrywając od niego wzroku.

– Gdy wszedłem do twojego mieszkania, pod łóżkiem leżały T-stringi, które wydzielały niesamowicie przyjemny zapach – odpowiedział szczerze, pomijając fakt zanurzenia w nich nosa.

– Myślałam, że po kolorze oczu. – Zamrugała zalotnie.

– No, to też – skłamał jak amator i w związku z tym zaraz się zaczerwienił.

– Na pewno wąchałeś. – Uśmiechnęła się. – Urocze. Gdy się stąd wydostaniemy, będziesz mógł wąchać, ile dusza zapragnie. Będę cała twoja.

– Masz rację, czas się stąd wynosić, lampiony już gasną. Szkoda, że ropucha odjechała.

– Kto? – zapytała, gdyż walizki z uszami leżały przykryte innymi, przez co nie słyszała rozmowy między Mario a ropuchą.

– Później ci opowiem. Popatrz, tam leżą jakieś duże piłki.

Podeszli do kilkunastu piłek rehabilitacyjnych, na dodatek mocno sflaczałych. Na słupie obok przybito instrukcję: DMUCHNIJ MNIE! oraz sceny z Kamasutry.

Alice klęknęła, usiłując nadmuchać jedną z nich, lecz powietrze uleciało bokiem.

– Nie tak, trzeba się do tego zabrać zgodnie z instrukcją. Daj, ja spróbuję, tylko czy odwrócisz się na momencik? – poprosił. – Jestem trochę nieśmiały, poza tym nie chcę, abyś stała się zazdrosna.

Grzecznie wykonała prośbę, zerkając ukradkiem, zaś Mario, myśląc o tym, co będzie robił z Alice, gdy już się wydostaną, rozpiął rozporek i szybko dmuchnął dwie piłki, napełniając je nasieniem. Niełatwe zadanie, gdyż dziurki były ciasne, a jego przyrodzenie duże. Po amatorsku, ale sobie poradził.

Gdy skończył, złapali się czule za ręce i odbijając się od skalistego podłoża, skierowali w stronę majaczącego w oddali, małego, świetlistego punktu. Lampiony zgasły, a ciemność ponownie ogarnęła okolicę.

– 5 –

Zbliżali się do małego światełka, które wciąż się od nich oddalało i zmieniało położenie. W takich ciemnościach dokładna ocena odległości nastręczała trudności. Na dodatek w piłkach zaczęło się redukować nasienie. Mario co rusz drapał się po jajkach, wyczuwając w moczu dziwne napięcie.

– Odpocznijmy chwilkę, jestem bardzo głodna i ledwo zipię – powiedziała dziewczyna.

– Dobrze, ale nie dłużej. Kto wie, co czai się w tym mroku.

Przystanęli, nie schodząc z piłek, gotowi odskoczyć w razie niebezpieczeństwa. Mario włączył latarkę czołową, oświetlając twarz ukochanej. Piękna, zmęczona, spocona i pachnąca dziewictwem. Z dolnej kieszeni spodni wyciągnął: misiowe żelki, wafelki, czekoladę nadziewaną truskawkami, dwa kawałki sernika na zimno, makowca, trochę waty cukrowej i wisienkę z tortu, gdyż, jako amator słodkości, zawsze nosił przy sobie coś na ząb. Alice aż pisnęła na widok łakoci; zdobyła ukochanego i nie musiała dłużej dbać o linię.

– Jaki jesteś zorganizowany, prawdziwy macho man.

– E tam, zwyczajny ze mnie amator – odpowiedział skromnie.

Położył misiowego żelka na swoim języku i wsunął głęboko w jej usta. Gdy próbowała odebrać mu go języczkiem, szybko się wycofał i tak parę razy, aż w końcu pozwolił, aby go połknęła. Resztę żelków poupychał palcami w wolne przestrzenie podczas niekończącego się, długiego, namiętnego pocałunku. Wafelka włożył całego, a gdy go chrupnęła, omal nie dostał wytrysku. Podniecony, owinął watą cukrową środkowy palec, wsuwając go głęboko w gardło Alice. Dla zwiększenia erotycznego wypoczynku non stop mrugał latarką muzykę relaksacyjną z Tybetańskiej Księgi Śmierci.

– Przepraszam, czy dostaniemy kawałek makowca? – usłyszeli chropawy, metaliczny głos przerywający miłosną konsumpcję.

Alice o mały włos nie udławiła się watą cukrową, a wystraszony Mario poświecił czołem na prawo i lewo, szybko oceniając sytuację. Było źle, a nawet tragicznie. Zostali okrążeni. Odskok w bok mijałby się z celem. Wokół czołgały się szare istoty o smukłych, długich rękach oraz nogach, a także dużych głowach i błyszczących, czarnych oczach rozjaśniających smugami okolicę, gdy tylko ściągnęły przeciwsłoneczne okulary, którymi do tej pory się kamuflowały. Klatki piersiowe miały wątłe, co trochę podbudowało Mario, dumnie prężącego się i napinającego mięśnie tak, aby każdy mógł zobaczyć jego rzeźbę. Amator, bo amator, ale nie byle jaki.

– Zostańcie tam, gdzie jesteście – powiedział stanowczo, chowając resztę słodyczy do kieszeni. – Nie szukamy problemów, odejdźcie.

– Proszę, dajcie nam kawałek makowca… – Istoty patrzyły błagalnie, wyciągając ręce do spodni.

– Na co wam makowiec?

– Wyssiemy z niego ekstrakt maku, zaintubujemy w żyłę naszego spodka i odlecimy.

– Dać im? – zapytał Alice.

– A weźmiecie nas ze sobą? – Dziewczyna zwęszyła szansę na wydostanie ich z tej mrocznej krainy.

Wśród szarych istot nastąpiło poruszenie, ich oczy i twarze pomarszczyły się złowrogo. Szemrały między sobą. Ten, który stał najbliżej, podniósł się i wskazał smukłym palcem oraz snopem światła z oczu w kierunku dziewczyny.

– Złodzieje! Złodzieje wolnych miejsc! Zabić, zabić ich i zabrać makowca!

Powstały, wyciągając długie ręce, szurając niemrawo po nierównych kamieniach. Nieubłaganie zbliżały się do Alice.

– Maaaaak! Maaaaak! – krzyczały metalicznie ze wszystkich stron.

W Mario wzburzyła się krew. Jak ten wysoki chudzielec śmiał grozić jego ukochanej i jeszcze naubliżać od złodziei? Odbił się od sflaczałej piłki, w wyskoku wykonał parę szybkich kopnięć, niszcząc wątłą klatę napastnika, która zapadła się do środka. Wylądował, wbijając go w kamieniste podłoże. Podniósł prawą stopę nad głowę i opuścił na szyję szarej istoty, oddzielając czerep od reszty tułowia. Pozostali napastnicy momentalnie się zatrzymali.

– Łuuuuuada! – Skrzywił usta w grymasie śmiertelnej, samochodowej techniki, rozjeżdżając wroga na śmierć.

Szaraki w popłochu rzuciły się do ucieczki, zakładając z powrotem okulary i znikając nagle w ciemnościach, a Mario dostał od Alice z liścia.

– Za co? Za co?

– Co to za ładna Ada? Ja ci dam Adę! Następnym razem krzyknij Łuuuuualice!

– Przepraszam, kochanie, to już się więcej nie powtórzy – przyrzekł, po czym, aby załagodzić sytuację, z termicznej kieszeni bocznej spodni wyciągnął popularny lód o smaku gumy balonowej, okraszony strzelającą posypką.

Dziewczyna włożyła go całego do buzi, mrugając seksownie, gdy posypka zaczęła strzelać, a Mario mocno się rozmarzył, co potwierdzała rosnąca w spodniach wypukłość.

– Dalej musimy iść pieszo.

Zostawili niezdatne piłki i ponownie obrali drogę na małą, jasną plamkę.

– 6 –

Świetlisty punkt zbliżał się coraz bardziej, nawet gdy pozostawał nieruchomy. Mario czuł go wewnętrznie w moczu oraz w saszetce z płynem do mycia naczyń, którą zawsze miał przy sobie jako amator czystych szklanek i talerzy, a która to jęła głośno bulgotać.

– Wielki Dzban to nie miejsce, a człowiek. Nadchodzi – powiedział.

– Boję się. – Alice ścisnęła jego rękę, wbijając głęboko paznokcie. – A jeśli to nie człowiek, a potwór?

– Albo demon pożerający dziewice… – Podkręcił napięcie, gdyż ta odrobina bólu sprawiła mu niesamowitą przyjemność. Ponownie doświadczał wzwodu. Cudowna dziewczyna.

– Schowajmy się – zaproponowała drżącym głosem.

– Niby gdzie? Nawet nie zdążymy się okopać albo zbudować prowizorycznego, amatorskiego murku obronnego.

Stali więc, oczekując najgorszego, a tymczasem punkt powiększał się, nieubłaganie skracając dzielącą ich odległość. Przystawał, by po chwili przyspieszyć. Trwało to minutę, a może nawet pół, gdy usłyszeli nasilające się łiłiłiłiłiłiłiłi, które świdrowało w uszach i wprowadzało ciała w drgania o kosmicznej długości fali. Niewiarygodnie jaskrawy blask spowił wszystko aurą godną objawienia.

Przed nimi wylądował Wielki Dzban pokryty hieroglifami i znakami nieznanymi ani Alice, ani Mario. Czy to człowiek? Czy to miejsce? Nie, to olbrzymi statek kosmiczny w kolorze błyszczącej gliny! U szczytu pojazdu w szarym obłoku uniosło się szmaragdowe wieko, z którego na dwóch sznurach zwisała srebrna huśtawka, a na niej siedziała beztrosko bujająca się, otoczona aureolą postać. Nakrywka przesunęła się poziomo w ich kierunku, a gdy znalazła się tuż nad nimi, liny wydłużyły się, opuszczając siedzisko przed ich oblicza.

– Cześć, sąsiadko – Alice usłyszała znajomy głos.

– Paweł? – Z niedowierzaniem przyglądała się nieznajomemu znajomemu.

– Hell-Oj przyjaciele! – Uprzejmie zmarszczył się po króliczemu. – Obserwuję was od dłuższego czasu i jestem pełen podziwu, zwłaszcza za załatwienie szaraków. To moi odwieczni wrogowie. Bez przywódcy wyłapię je po kolei i przerobię na szare mydło.

– Próbowały wydrzeć nam makowca, chociaż zamierzały stąd tylko odlecieć. Niepotrzebnie obraziły Alice, nie dało rady inaczej – powiedział Mario, aby choć trochę wytłumaczyć się z przemocy wobec obcych.

– Odlecieć? Z Ziemi? Nie żartuj! – Zaśmiał się, podskakując obunóż w miejscu. – Wasza-niewasza planeta to miejsce kultowe i powszechnie znane z kosmicznych przewodników. Istoty z całego Uniwersum walą tu stadnie na wypoczynek, zameldunek, a najchętniej na podglądunek. Te duże, puste głowy potrzebowały maku do strzelania między zębami. Mam w sobie w trzydziestu jeden procentach delikatne, królicze mięsko, więc usiłowały mnie w ten sposób zamaczyć aż po czubki uszu. Zapragnęły mnie perfidnie okropkować, abym ze wstydu zaszył się w króliczej norze i uwięziony bał pokazać się ludziom. Wredna, złośliwa rasa.

– No dobrze, ale skąd ty tutaj? Że co? Że jak? – Słowa nie były w stanie wyrazić tego, co myślała, a tym bardziej: co chciała powiedzieć.

– Mój ojciec, podczas szkolnej wycieczki na Ziemię, zabrał na pamiątkę znaną kobietę: Millennę Waleń-Siadalską, półkrwi Eskimoskę. Tak mu się spodobała, że oni… rozumiecie, no… bara-bara-barbara i po trzydziestu pięciu dniach przyszedłem na świat. Ponieważ naszą planetę pokrywały królicze podkopy i zaczęła ulegać rozpadowi, rodzice zapakowali mnie w pieluchy do Wielkiego Dzbana, wysyłając podczas najlepszej koniunktury gwiazd wprost na Ziemię, gdzie sobie pomieszkuję, ciesząc się z podglądactwa.

– To ty nie jesteś człowiekiem?

– Jestem, jestem, i to aż w sześćdziesięciu dziewięciu procentach, przez co, jak widać, mam oklapnięte uszy. Ogólnikowo pochodzę z pasa planetoid krążących wokół Zety Leporis w gwiazdozbiorze na południe od Oriona, gdzie od eonów króliki i zające kicają razem na wspólnej łące, co jakiś czas przerywając sielankę, żeby wojować z próbującymi pojechać je od tyłu szarakami. A uwierzcie mi, nie jest to łatwe, bo jak taki szarak nałoży te swoje przeciwsłoneczne okulary, to idealnie się kamufluje. Natomiast gdy je ściągnie, hipnotyzuje snopem światła, tak że uciekamy nielogicznie, do przodu, i już po nas.

– Nic mi to nie mówi – odparła, patrząc w górę, starając się dostrzec coś, co się tam nie znajdowało.

– No tak, no tak, wiedza kosmiczna mnie również niekiedy przerasta, mam w sobie za dużo z człowieka. – Podskoczył.

– Czy możesz zachować się jak uprzejmy sąsiad i zabrać nas po znajomości tą przepiękną, glinianą rakietką prosto do domu? – zapytała Alice.

– Sam nie wiem. Tak was polubiłem, że z chęcią zatrzymałbym was prawie na zawsze. Obydwoje, gdyż nie potrafię się zdecydować.

– Proszę… – Spojrzała na niego zielonymi oczętami, ale on skierował wzrok na jej sutki, a później na wypukłość w spodniach Mario.

– No dobrze, ale obiecaj, że nie zatkasz dziury w suficie, a twój chłopak nawierci dodatkowe w pozostałych pokojach. Najwięcej w łazience. I że opowiesz mi o waszym pierwszym razie, gdybym przypadkiem coś przegapił. Deal? – Wyciągnął otwartą dłoń.

Deal! – odkrzyknęła, przyklepując, a Mario również przyłożył do tego wilgotną ze strachu rękę.

Z wieka zjechały dwa dodatkowe siedziska. Alice i Mario usiedli, mocno trzymając się za liny, gdyż nie znajdowało się tam żadne zabezpieczenie. Pokrywa obracała się w prawo, powolutku, powolutku, coraz szybciej i szybciej, krążąc karuzelowym obrotem, aż Mario, który nie był amatorem wesołych miasteczek, a karuzel to już wcale, o mało co nie zwymiotował. Gdy osiągnęli prędkość nadprzestrzenną, liny zniknęły, wyrzucając ich w górę i w górę, i w górę, aż obydwoje wylądowali w łóżku Alice.

Leżeli zupełnie nadzy, gdyż od hiperprędkości pogubili ubrania, a Alice nawet szczęśliwego złotego zęba, który ktoś kiedyś w innym miejscu oraz czasie znalazł i przetopił na pierścień, ale to zupełnie inna historia.

– Kocham cię – powiedziała, patrząc Mario głęboko w oczy.

– Ja ciebie też, ty moja dziewczyno bez zęba na przedzie – odpowiedział, czule całując ją za uszami i błądząc dłońmi po jej perfekcyjnym, śniadym ciele.

Zajęli się sobą, nie zwracając uwagi na różowo-czerwone królicze oko w suficie, przyglądające się tej amatorskiej scenie miłosnej. Nie przeszkadzał im również przerywany co dziewięć sekund odgłos klaskania, który na pewno nie oznaczał tego, co myślicie. A co oznaczał? To wiedzą tylko kosmiczni mutanci z okolic Zety Leporis.

– THE END –

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: