polskie centrum bizarro

„Balast architektoniczny” by Grzegorz Kałużny

In Opowiadania on 10 Maj, 2022 at 6:00 am

paskud_architektCzasem trzeba się odciąć. Nie ma wyjścia. Wykasować numer, wymazać wspomnienia, zapomnieć, wyrzucić pamiątki. Co jednak, gdy balast drugiego człowieka to zbyt wiele? Czy byle Mariola da radę sekatorem przeciąć więzy łączące ją z architektem?

Nad tym tematem brawurowo pochylił się Grzegorz Kałużny. Tym znakomiciej, że uczynił to w nietuzinkowy, przewrotny i – mimo powagi sytuacji – przezabawny sposób. Takie teksty cenimy sobie na Literkach do tego stopnia, że sam Paskud postanowił zaprezentować cosplay naszej dzielnej bohaterki. I wazę gorącej zupy każdemu, kto powtórzy dokonanie Grześka!

 

Balast architektoniczny

 

– Powinna pani tę sprawę jak najszybciej… – Doktor szukał przez chwilę odpowiedniego słowa. – …Rozwiązać.

– Panie doktorze. – Mariola była zdruzgotana. – Twierdzi pan, że przywiązanie do architekta pogarsza moje zdrowie?

– Takie są fakty. Pani cień się znów wydłużył, ta relacja, ten ciężar… Niedosłonecznienie wraca jak zły sen, potrzebne są radykalne rozwiązania. Dlatego radzę pani zdecydowanie odciąć się od tego architekta.

Mariola wyszła z gabinetu na chwiejnych nogach, jakby przytłoczona niemożliwym do udźwignięcia ciężarem. Musiała pociągnąć mocno do siebie drzwi, ponieważ nie zamknęły się do końca. Trzasnęły z hukiem, aż zadrżała tabliczka z napisem „Słonkolog”. Wzruszyła ramionami i wyszła z budynku.

Na ulicy złapała za telefon i zadzwoniła do restauracji znajdującej się na dachu brzydacznego centrum handlowego na Świętym Marcinie. Zarezerwowała stolik na osiemnastą. To dziś, dziś z nim zerwie. Czternasta trzydzieści dziewięć. Mnóstwo czasu, żeby się przygotować.

Zamówiła ubera na ulicę Szwedzką, tam, w centrum handlowym, planowała zrobić zakupy przed spotkaniem z architektem. Aplikacja pokazała jej, że samochód pojawi się za dwie minuty, kierowca nazywał się Immuno. Doszła do wniosku, że to obcokrajowiec, ale nie widziała w tym problemu, zresztą miał wysoką ocenę swoich usług: cztery przecinek dziewięć. Dziesięć minut później zobaczyła auto Immuno. Logiczne – pomyślała – uber zawsze się spóźnia.

– Nazywamy tę część miasta anusem – rzucił Immuno na przywitanie.

– Dlaczegóż to? – podjęła rozmowę Mariola. Kilka razy trzasnęła drzwiami, które z jakiegoś powodu nie chciały się domknąć.

– Z powodu korków. – Wzruszył ramionami Immuno.

– Uhm…

Mariola pomyślała, że najwyższy czas zrewidować swoje zdanie o obcokrajowcach. W tym momencie nie to było jednak najważniejsze.

Na Szwedzką dojechali po niespełna godzinie, dwa razy dłużej niż wskazywała aplikacja do zamawiania przejazdów. Samochód trząsł się, podrygiwał, zgrzytał, jak gdyby szarpany czy gryziony przez jakąś niewidzialną istotę.

– Myślałam, że już dawno opuściliśmy anus, czyli centrum miasta – rzuciła, kiedy auto Immuno w końcu powolutku zbliżało się do centrum handlowego. – Skąd to wolne tempo przez całą drogę?

– Opuściliśmy anusa – poprawił Immuno.

– Opuściliśmy anusa – powtórzyła machinalnie.

– To miasto to jeden wielki anus. Nie sposób go opuścić.

– Aha – rzuciła do siebie nasza bohaterka.

Wkrótce dotarli na miejsce. Opuszczając samochód, kobieta trzasnęła drzwiami, a te tym razem bez problemu się domknęły. Immuno ruszył z piskiem opon; myślałby kto: bał się kolejnej, niewygodnej rozmowy. Mariola ze zdziwieniem zauważyła, że jego auto ze sporego sedana przemieniło się w małego hatchbacka. Chyba samo siebie zjada – pomyślała, choć zaraz uznała to stwierdzenie za niedorzeczne. Nie rozważając dłużej szczegółów niedawnej podróży, skierowała kroki do centrum handlowego.

Już przy wejściu spotkała ją nieprzyjemna sytuacja. Zatrzasnęła się w obrotowych drzwiach, a ochroniarz śmiał ją pouczać, że powinno się przechodzić przez drzwi pojedynczo i bez żadnych sznurów czy łańcuchów.

– Jakich łańcuchów? – Wzruszyła ramionami i poszła dalej.

Krążyła wśród sklepowych boksów, nie bardzo wiedząc, jak przygotować się do spotkania, podczas którego zerwie z architektem. Aż znalazła wejście do Obi, sklepu dla majsterkowiczów. Wkroczyła do środka, minęła alejkę z kosiarkami spalinowymi, nawet nie spojrzała na panele oraz armaturę łazienkową. Zatrzymała się dopiero przy schodach i drabinach. Uklękła na pierwszym stopniu rozkładanej trzystopniowej drabinki i zaczęła się modlić:

Help me, Obi-Wan Kenobi. You’re my only hope.

Po chwili zza sklepowego regału ukazała się zakapturzona postać z pomarańczową plakietką z napisem: „Lukas, chętnie pomogę!”.

– Za mną, młoda padawanko – usłyszała Mariola. Choć równie dobrze ostatnie dwa słowa mogły brzmieć: „wpadasz w manko”. Zatrwożyła się, czy przypadkiem nie naraża się właśnie na ogromne finansowe tarapaty, podążając za sprzedawcą. Mimo to zaryzykowała.

Lukas prowadził kobietę meandrami sklepowych ścieżek, kilkukrotnie napominając, żeby trzymała się jasnej strony, rozjarzonej lampami na sprzedaż i żarówkami na specjalnych listwach, unikała natomiast strony ciemnej – głównie działu „Dom i Ogród”, ze sztucznymi roślinami oraz brzydkimi meblami z rattanu.

– Tam śmierdzi – dodatkowo zniechęcał przewodnik, a Marioli przypomniał się anus, o którym wspominał wcześniej Immuno. Czyżby wszystko zmierzało do takiego końca? – zadała sobie pytanie.

– Tam jest kupa śmieci. – Lukas jakby czytał jej w myślach. – I syf. – Mariola znów nie była pewna, czy powiedział „syf” czy też „Sith”. I czy przypadkiem nie wspominał o „kuli śmierci”.

Trzymając się oświetlonej części sklepu, wkrótce zagłębili się w dział „Oświetlenie”. Sprzedawca zaprowadził Mariolę do półki z ledami, pokazując podłużną lampę długości kija od szczotki.

– To ta.

– Ta? – dopytała Mariola.

– Ta – odrzekł Lukas.

– Na pewno ta?

– Tak, ta, na pewno.

– Ale nie wpadnę w manko, jeżeli ją kupię? – upewniała się.

– To zależy…

– Od czego?

– Ile w banku leży i czy zamiast pieniędzy nie ma w portfelu gówna psiego. – Roześmiał się sprzedawca. – Ale nie, mówiąc zupełnie szczerze, lampa jest w wyprzedażowej promocji, nie będzie konieczności ogłaszania upadłości konsumenckiej.

Wcisnął produkt dziewczynie pod pachę, dołożył jeszcze, wytrzaśnięty nie wiadomo skąd, sekator i lekko popchnął ją w kierunku linii kas. Sekator – pomyślała Mariola – skąd mu przyszło do głowy, że przyda mi się sekator? I czy ten sekator nie jest przypadkiem z działu „Dom i Ogród”?

Skupiła się na tu i teraz. Zapłaciła, wsadziła lampę pod kurtkę, sekator za pas i opuściła market budowlany. Wyszła przed centrum handlowe i spojrzała na zegarek: dochodziła siedemnasta. Postanowiła zamówić ubera do restauracji.

Jej kolejny kierowca nazywał się Korekt, Andrzej Korekt; aplikacja pokazywała, że auto Korekta – bieda szkoda fabiana – podjedzie za pięć minut. Opis auta wydał się kobiecie nietypowy, ale nie wiedziała, jak anulować przejazd. Piętnaście minut później Mariola sadowiła się wygodnie na tylnym siedzeniu w taksówce. Chciała powiedzieć kierowcy, żeby zawiózł ją do Galerii MM, zamiast tego wydukała coś o słodyczach M&M’s. Andrzej Korekt spojrzał na nią z politowaniem, a następnie skierował wzrok na ekran telefonu, który wyświetlał dane o punkcie docelowym w aplikacji kierowcy. Ruszyli.

„No tak”, zamierzała skwitować Mariola, ale krzyknęła „Atak!”. Usłyszawszy to ostrzeżenie, kierowca natychmiast zjechał na pobocze i schował głowę między kolanami.

– Pani mnie nie straszy. – Podniósł się po chwili, kiedy zrozumiał, że nie istnieje żadne niebezpieczeństwo. – Ja służyłem w Afganistanie i Iraku, odruchy mi pozostały.

– Mikro mi – odparła Mariola. I zaraz potem dodała: – Kuria płać!

– O, teraz pani gada z sensem – ucieszył się Andrzej. – Czarni niech płacą.

Mariola zamilkła na resztę podróży. Na szczęście korki się nieco rozładowały i dotarli do centrum miasta w niecałe pół godziny. Opuszczając auto Korekta, nasza bohaterka rzuciła przez ramię:

– Do wędzenia!

– A to wariatka – mruknął sam do siebie Andrzej, gdy tylko drzwi zamknęły się za Mariolą, a on wyruszył na poszukiwanie bardziej satysfakcjonującego kursu. Należy w tym miejscu zdradzić, że Andrzej ostatecznie trafił na odpowiedni dla siebie kurs: kurs flamenco i został odnoszącym sukcesy instruktorem tańca w lokalnym klubie „Muchos Potatos”.

Kiedy my zajmowaliśmy się Andrzejem, Mariola zdążyła już przejść przez szklane drzwi i gramoliła się właśnie po ruchomych schodach na ostatnie piętro, na którym mieściła się restauracja. Coś jej ciążyło, ciągnęło ją w dół. Ale rozumiała, że doktor ma rację, musiała z tym skończyć raz na zawsze.

Poprosiła o stolik na zewnątrz, jak najbliżej szklanej barierki, za którą roztaczał się widok na skrawek Placu Wolności oraz ulicę Podgórną. Oto i ona, zdecydowana i stanowcza. Położyła sekator na stoliku, a ledową lampę trzymała schowaną pod kurtką. Pomacała wokół siebie, obejrzała się, spojrzała w dół, a następnie w górę. Wreszcie znalazła swoje przywiązanie, swoją więź, gruby sznur, który oplatał ją w pasie, a jego koniec ginął na drugim końcu restauracji tuż przy ruchomych schodach. Obniżyła nieco ciało, pochyliła głowę i jęła ciągnąć. Tuż przy nodze stolika wkrótce zaczęła się formować piramidka z wybieranej liny, jakby śpiąca kobra czekająca na sygnał od zaklinacza. Mariola nie ustawała, dalej wybierała sznur i odkładała jego zwały na bok. W końcu pojawiał się on we własnej osobie. Architekt. Chwyciła za sekator.

– Jak śmiesz się ode mnie odcinać? Mówiłaś, że byłem pierwszy w twoim życiu.

– To nie tak, zupełnie nie tak. Mówiłam, że byłeś jak pierd wszy w mojej rzyci.

– To okrutne.

– Wcale nie. – Kobieta szykowała się już do przecięcia liny. Sekator w jej dłoniach, niczym drapieżny ptak, wisiał z rozdziawionym dziobem tuż nad sznurem.

– Stworzyłem cię, jestem architektem.

– Jedyne, co mogłeś stworzyć, to my, ale nas już nie ma. Jesteś dla mnie ciężarem.

– Dlaczego nie chcesz…

Mariola nie dowiedziała się, czego nie chce. Przecięła sznur i przerzuciła architekta przez szklaną barierkę.

– Nareszcie wolna! – Odetchnęła, choć nic się jeszcze nie skończyło.

Ostatecznie, architekt to architekt. Mariola zerknęła w stronę ulicy Podgórnej i zobaczyła, że na torowisku tramwajowym powstaje dziwna konstrukcja. Mężczyzna właśnie budował rusztowanie, po którym wspinał się jak małpa, w kierunku restauracji na ostatnim piętrze Galerii MM.

– Co to, kurwa, Fortnite? – szepnęła do siebie zdziwiona Mariola.

Wymacała znajomy kształt za pazuchą kurtki i czekała, aż architekt się zbliży. W głowie buzowały wspomnienia mijającego dnia, zdawało się, że napotkane osoby są tuż obok, przy samym uchu, i udzielają rad:

„Musi się pani odciąć od tego architekta”.

„Opuściliśmy anusa!”

„Lukas, chętnie pomogę!”

„Odruchy mi pozostały”.

Architekt zbliżał się, tuż-tuż, właśnie przeskoczył szklaną barierkę z podestu swojego nowo zbudowanego rusztowania. Mariola wyciągnęła ledową lampę i kliknęła pstryczek włącznika. Blask zalał miasto, a mężczyzna został momentalnie oślepiony i zdezorientowany kręcił się w kółko. Kopniak w tyłek posłał go ponownie przez barierkę, a następnie na twarde podłoże ulicy Podgórnej, z którego już nie zdołał się podnieść.

– To koniec – krzyknęła triumfalnie Mariola.

A potem, na wszelki wypadek, zrzuciła na architekta szklany stolik z metalowymi nóżkami, dwa ciężkie krzesła oraz kelnera z wazą wypełnioną gęstą, gorącą zupą. Pomyślała, że Słonkolog, Immuno, Lukas i Korekt, wszyscy byliby z niej bardzo dumni. Tak jak była dumna z siebie w tym momencie. A nawet jeżeli nie byliby dumni, srał ich pies, ale to już zupełnie inna historia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: