polskie centrum bizarro

Noc Muzeów z Jolo Szpilorkiem i Podmuchem Szczawiu

In Akcje Literackie, Opowiadania on 18 Maj, 2022 at 6:00 am

Jako znani koneserzy sztuki, w Międzynarodowy Dzień Muzeów redakcja Niedobrych Literek nie mogła podarować sobie nie wystawienia własnych eksponatów. Na tapet poszło to, co wychodzi nam najlepiej, czyli teksty. Te o naszych – i, mamy nadzieję, Waszych – ulubieńcach. Wykonujących nocne zlecenia na wystawie, bo czemuż by nie?

Dla Jolo Szpilorka i Podmuchu Szczawiu to pierwsze spotkanie, ale czy ostatnie? To pokaże czas, wielki weryfikator. My możemy tylko zaprosić do lektury tych wyjątkowych opowiadań, które wysiłkami Zeter Zelke i Kornela Mikołajczyka powstały jako równoległe wizje – i tak też je prezentujemy.

Sztuko, przybywaj! Tudzież zdychaj. Jak kto woli.


⸸ Jolo Szpilorek ⸸

i

„Instrument cierpliwości”

by

Zeter Zelke

Życie płatnego zabójcy nie jest łatwe. A życie asasyna wychowywanego od dziecka, by zabijać, to już w ogóle. Z drugiej strony, jeżeli rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i babcie, kuzyni i kuzynki, wujkowie i ciocie siedzą w tym samym fachu, wtedy bywa lżej. Pod warunkiem przebrnięcia przez mordercze treningi i szkolenia. Ale czy człowiek kiedykolwiek przestaje się uczyć? No właśnie. Więc wracamy do punktu wyjścia – życie płatnego zabójcy to ciężka orka.

Sztuka – Jolo niezupełnie ją rozumie. Właściwie nie rozumie jej wcale. Raz przywiodła go na skraj wzruszenia. Tydzień chodził strapiony. Dopiero Zula przekonała go, że robi z igły widy. Jolo wziął słowa siostry za dobrą monetę, lecz jego nastawienie do dzieł artystycznych uległo zmianie. Nadmierna emocjonalność nie przystoi zabójcom. Skoro coś tak niepozornego potrafi znienacka wstrząsnąć człekiem, zabełtać mu błękit w głowie, należy wiedzieć, że coś się dzieje. Stąd podszyty obawą szacunek do sztuki. Jolo lęka się jej zagadkowego oddziaływania na umysł. Z uwagi na dążenie do doskonałości nie przyznałby się do tego nawet pod pręgierzem. Wszak okazywanie względów komuś bądź czemuś równa się słabości wobec tego kogoś bądź czegoś. Drobne upodobania – teoretycznie niegroźne, przedstawiają niebezpieczeństwo uśpione, w zarodku. Dlatego asasyn okresowo poddaje się testowi na determinację. Jak udowodnić ponad wszelką wątpliwość niezłomną postawę w hołdowaniu pryncypiom skrytobójczego powołania? Ano poprzez gotowość do zamordowania rzeczy przynoszącej radość sercu; również tej skrytej radości, wypieranej ze świadomości z kunsztem urodzonego manipulatora. Z Jolo udany intrygant. Potrafi skutecznie oszukać samego siebie. Ale podświadomości nie wykiwa. Ona czuwa, wypatrując sposobności.

Okazja do rzucenia sobie wyzwania pojawia się podczas rodzinnej tradycji: bitwy o nietypowe zlecenia. Wincenty zwołuje Szpilorków w salonie rezydencji w Calesonach, po czym wysypuje na dębowy stół kontrakty zagrożone odrzuceniem. Głowa rodu udostępnia niecodzienne propozycje zatrudnienia w imię zasady: róbta z tym, co chceta. Nic na siłę, bez przymusu, ot, szansa na ponadprogramowy zarobek. Co się ostanie na stole, gdy ostatni zainteresowany od niego odejdzie, bezapelacyjnie trafi do kosza.

Jolo z flegmą przystępuje do przebierania w nietuzinkowych propozycjach. Nie posiadając preferencji, spieszy się powoli. Szacunek nakazuje ustąpić krewnym pierwszeństwa. Zula nie posiada podobnych zahamowań, szybko dokopuje się do dwóch ciekawych umów. Zuzia i Zyzio – najmłodsi i niedoświadczeni – co rusz dostają od matki po łapkach wyciągających się po papierzyska. Dziadek Szymon targuje się z babcią Klementyną o pięć kontraktów. Wymieniają je między sobą w tę i z powrotem niby kolekcjonerzy spierający się o unikatowe znaczki pocztowe. Coś dla siebie znajduje ciocia Felicja oraz wujek Ildefons. W ich przypadku obywa się bez wyrywania innym makulatury z rąk, bez filowania pozostałym przez ramię. Nic dziwnego. Ciocia wyspecjalizowała się w pracy z truciznami i nie poszłaby na nic, co nie obiecywałoby użycia toksyn. Wuj jest arcymistrzem w organizowaniu nieszczęśliwych wypadków; potrafi doprowadzić do drastycznych, wręcz kuriozalnych śmierci. Trup zazwyczaj przeraża samym faktem, że go utrupiono. Lecz kiedy za trupa odpowiada Ildefons, okazuje się, że przerażenie i repulsja oferują dodatkowe wymiary, o jakich nie śniło się filozofom.

Co zaś tyczy się Jolo, ma on napięty grafik. Co nie stoi na przeszkodzie w zapoznawaniu się z treścią dokumentów, które nie wzbudziły zainteresowania. Jeżeli rodzina powybierała najsmaczniejsze kąski, z czystym sumieniem wróci do standardowych operacji. Bogiem a prawdą, te i tak często wymagają niestandardowego podejścia. W razie najgorszego – nic straconego. I wtedy trafia się gratka. Konfrontacja ze źródłem okazjonalnie nawracających wątpliwości. Podświadomość podpowiada, że od dawna na to czekał. Dokładnie tego potrzebuje. Zamach na sztukę. Szpilorek podrywa więc pismo i udaje się do prywatnej kwatery. Zegar tyka. Tu postawione są konkretne ramy czasowe. Zlecenie otrzymuje priorytet.

Szczęście uśmiecha się do Klaudiusza Monetki, uznanego malarza, absolwenta Łajbskiej Akademii Sztuk i Cechów Artystycznych. Jegomość z zamożnej rodziny pragnie zagrać na nosie konkurentowi. Monetka załącza rzęsisty wywód dotyczący rywala: Edwarda Manetki. Jolo czyta treść od deski do deski; trzykrotnie. Nie dlatego, że go pasjonuje. Zwyczajnie lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć i lepiej zapamiętać drobne detale niż je zabyć.

Klaudiusz narzeka. Z uwagi na podobieństwo nazwisk Monetkę od pierwszego roku studiów mylono z Manetką. Nie dość na tym. Sprawę pogarsza zbieżność stylów oraz porównywalny geniusz. Porównywalny zdaniem krytyków. Klaudiusz, jedynak obracający się w najwyższych sferach, nie potrafi znieść myśli, iż można go utożsamiać z wulgarnym obdartusem niegdyś jadącym na stypendium socjalnym. Zdarzało się, że wybitne dokonania Monetki omyłkowo przypisywano Manetce. Tudzież spadała na niego niezasłużona krytyka za Edwardowe bohomazy. Klaudiusz wiele przez niego wycierpiał na drodze do sławy. Pewnego razu za namową opiekuna roku zgodził się wyciągnąć rękę na zgodę. Od razu srogo tego pożałował. Zwaśnieni studenci otrzymali zadanie zobaczenia w drugim wartości poprzez namalowanie portretu kolegi. Zawistny obszarpaniec wykorzystał sposobność. Zapłacił paru szemranym typkom za rozbujanie łodzi, na której Klaudiusz pozował dla rywala, zarazem komponując jego portret. W efekcie wpadł wraz z płótnem do wody. Tyle w temacie głaskania chamów. Żadne zaskoczenie, że nagromadziło się w nim dużo złej krwi. Po zakończeniu studiów w „Łasicy” czynił, co w ludzkiej mocy, aby grubą krechą odseparować swoje nazwisko od tego drugiego, bowiem pomyłki – o zgrozo! – przydarzały się nawet szanowanym kwartalnikom tematycznym. Przez lata nie widywano obrazów Monetki obok dzieł Manetki. Determinacja kontraktodawcy szła daleko. Bulił ciężkie kafele za wydzierżawienie przestrzeni dla swych pejzaży w osobnym pomieszczeniu, jeśli galeria prezentowała także dokonania wrażego Manetki.

Tymczasem nadciąga wydarzenie, którego nie sposób zignorować. Wystawa Millenialna w Starym Jorku. Tematyką przewodnią – zarzewie nadciągającej rewolucji w technologii, nauce oraz sztuce. Tam: ekspozycja malarstwa współczesnego. Na niej: płótna Monetki oraz Manetki. Rama w ramę. Ich niedoczekanie! Klaudiusz usiłował przekonać organizatorów do zmiany planów przy pomocy waluty. Nic nie wskórał. Pozycja społeczna nie pozwala mu na ordynarne przymuszanie do swej woli poprzez przemoc. Choć korciło. W akcie bezsilnej złości kazał wsadzić swe malowidło za kuloodporne szyby, obwiesić złotymi kłódkami oraz szyfrowymi zamkami. Przynajmniej tak przypomni odbiorcom o kolosalnej różnicy pomiędzy Monetką a Manetką. Lecz te zabiegi wciąż wydają się niezadowalające. Wobec czego Klaudiusz wpadł na iście szatański pomysł. Urzeczywistni go zaś Jolo. Za marne dwieście pięćdziesiąt tysięcy kafeli.

Jego misja polega na zrujnowaniu pracy Manetki na krótko przed otwarciem galerii. Jolo ogląda załączone do umowy zdjęcie. „Instrument cierpliwości”. Abstrakcyjny impresjonizm. Deszcz, chyba jesienny, i zamglone urbanistyczne obrzeża. Pośrodku betonowego placu – drzewo o tak powyginanych konarach i zniekształconym pniu, iż przywodzi na myśl medytującą modliszkę. Ładne. Trochę go będzie szkoda. Cóż, nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy. Jolo wszak ma sobie coś do udowodnienia. Ponad godzinę wślepia się w modliszkę. Wyszukuje w sieci odmienne ujęcia. Upewnia się, że w galerii pełnej pstrokacizny rozpozna cel w mgnieniu oka, nie pomyli z niczym innym.

Co jest w stanie ogarnąć z Caleson – ogarnia. Ustala, że Wystawa Millenialna odbędzie się za pięć dni, w Hali Ekspozycyjnej w Starym Jorku. Na chwilę obecną trwają tam targi pietruszki. Galerię sztuki współczesnej przewidziano na pierwszym piętrze, w dwunastu pomieszczeniach z korytarzem włącznie. „Instrument cierpliwości” zostanie ulokowany w sali sto siedem. Dzięki technicznie uzdolnionej siostrze Jolo nielegalnie korzysta z wewnętrznej bazy danych Hali Ekspo. Interesuje go rozplanowanie przestrzenne budynku, drogi ewakuacyjne, kondygnacje podziemne oraz systemy zabezpieczeń. Wygląda na to, że niedofinansowany gmach polega na kamerach. Część z nich nie działa. Zrządzeniem pecha kamera w sali sto siedem funkcjonuje bez zarzutu. Wykaz pracowników sugeruje, że ciężar odpowiedzialności za nadzór monitoringu spoczywa na trzech osobach. Zmieniają się co dwanaście godzin. Marnie zarabiają.

Następne kroki przyjdzie poczynić na miejscu.

Do Starego Jorka przybywa na cztery dni przed otwarciem Wystawy Millenialnej. Jako częsty bywalec w mieście Jolo kojarzy Halę Ekspozycyjną, niemniej wypada odświeżyć sobie pamięć. Robi dwa okrążenia spacerkiem wokół budynku. Pokój sto siedem wygląda na południe. Tam do gmachu przylega malowniczy ogród. Jolo siada na ławce przy czerwonych różach, rozkłada gazetę i zerka znad niej na fasadę. Lustruje okna, rynny, gzymsy.

Następnie przygląda się wnętrzu. Dziś kończą się targi pietruszki na parterze Hali. Jolo podziwia niezliczone odmiany warzywa, liczy kamery oraz ochronę. Kupuje sadzonki rzadkiej krzyżówki pietruszki salżyckiej; niejadalnej, powodującej roztrój żołądka, za to o niespotykanym kroju liści i niemal luminescencyjnej, zielonej barwie. Mija pokoje, za którymi odbywają się prelekcje oraz kursy dla amatorów zieleniny dążących do jej samodzielnej uprawy w miejskich warunkach. Od stróża dowiaduje się, że po targach pietruszki Hala przez trzy dni będzie niedostępna z uwagi na przygotowania do Wystawy Millenialnej. Podobno ekipa już pracuje na wyższych kondygnacjach. Jolo informuje, że nie może się doczekać. Ekspresywnie zaciera ręce. Zwierza się, że jest wielbicielem sztuki. Po zabezpieczeniach wokół wnioskuje, że na wystawie malarstwa współczesnego pojawią się iście cenne eksponaty.

– Też mi zabezpieczenia! – Stróż kręci z politowaniem głową. – Miasto co roku tnie budżet. Ochrony żadnej nie uświadczysz poza tym, co zafunduje organizator.

– A co funduje organizator? – pyta Jolo niewinnie.

– Wsadzą grupę groźnie wyglądających kibiców fejsbola w garnitury, porozstawiają na korytarzach i tyle.

Podziękowawszy za rozmowę, Jolo wraca do hotelu. Plan z wolna się krystalizuje.

Następny dzień spędza w hotelowym pokoju, kontemplując rychły zgon „Instrumentu cierpliwości”. Obraz wyświetla się na monitorze laptopa. Jolo wymierza w niego nóż, przystawia palnik, to znów pistolet. Rozważa zakupienie farbek oraz pędzla, żeby zabazgrolić płótno w esy-floresy. Po zastanowieniu porzuca ten pomysł. Robota musi wyglądać na egzekucję. Ponadto w galerii sztuki współczesnej ktoś gotów jeszcze pomylić byle jak rozchlapaną farbę z autentycznym arcydziełem.

Trzeciego dnia, po zmroku, Jolo przyodziewa granatowy golf, czarną marynarkę w granatowe prążki, czarne spodnie oraz takież trampki. Naciąga na dłonie granatowe rękawiczki, po czym wyrusza na akcję. Intuicja rzadko go zawodzi. Podążając za instynktem złoczyńcy, najpierw zerka na budynek od strony ogrodu. Tam: okno na pierwszym piętrze otwarte na oścież. Mowa o oknie wiodącym prosto do sali sto siedem. Dzieło Manetki niewątpliwie już tam czeka na jutrzejszą inaugurację Wystawy Millenialnej. Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Jolo upewnia się, czy załadowany amunicją poddźwiękową pistolet z tłumikiem siedzi wygodnie w kaburze pod marynarką. Opuszkami muska nóż wojskowy przytroczony do pasa. Rozgląda się. Pewien spacerowicz po drugiej stronie ulicy wykłóca się z Maryną o czerwoną cebulę przez telefon. Poza tym nikogo.

Rączo niczym gazela Jolo daje susa w kwitnącą wegetację. Wyciąga pistolet i strzałem w żarówkę gasi najbliższą latarnię. Wspina się po rynnie. Z niej zeskakuje na gzyms i – przyczepiony do ściany niczym złowrogi bluszcz – przesuwa się stopniowo w lewo, ku prostokątnej czerni okna. Według schematów, w sto siódemce, w prawym rogu, przy drzwiach, zainstalowano kamerę. Asasyn prześlizguje się pod oknem i mierzy do niej z pistoletu. Ale ustrojstwo okazuje się wybebeszone. Podejrzana sprawa. Jolo zapuszcza żurawia nieco głębiej do środka. Urządzenie unieszkodliwiono kamieniem. W pokoju, pomimo ciemności, ktoś się kręci. Duży, półnagi jegomość, mozoli się pochylony nad ramą. Nie malarz. Raczej ktoś, kogo nie powinno tutaj być. Na głowie intruza szeleści czarny pióropusz. U szyi klekoczą ozdoby z wilczych kłów. Brzęczą koraliki nanizane na frędzle biegnące wzdłuż szwów spodni. Indianin w przybytku sztuki wyższej wygląda równie abstrakcyjnie, co niektóre z płócien. Sumiennie tnie i dziurawi konkretne malowidło. Z obrazu niewiele ocalało, lecz Jolo nie na darmo wślepiał się godzinami w cel. Fragmenty drzewiastej modliszki pozwalają mu zidentyfikować „Instrumentu cierpliwości” Edwarda Manetki.

Asasyn przysiada cichutko na parapecie. Spogląda na szerokie plecy znęcającego się nad sztuką dzikusa. Cóż począć? Zabić? Zasady zabraniają mordowania niezakontraktowanych indywiduów. Co więcej, od dziecka uczono go, że wynagrodzenie należy się za pracę – własną, a nie cudzą. Czy w takich okolicznościach wciąż wypada wyciągać rękę po pieniądze? Przecież przybył tutaj zabójcą, nie złodziejem. Jolo mruży powieki. Facet cuchnie wódą na kilometr. A jednak przedostał się do pokoju niezauważony; pojedynczym bajborem unieszkodliwił kamerę. Tyle wystarcza, aby wzbudzić czujność. Tak czy siak, wypada coś postanowić. Ot choćby dowiedzieć się, kto zacz i dlaczego kaleczy „Instrument cierpliwości”. Potem się zobaczy. Jolo odchrząka. Chrząka głośniej. Mężczyzna wreszcie się odwraca, ukazując oblicze umazane wojennymi wzorami.

Na pytanie, co wyczynia, Indianin odpowiada, że pracuje. Otrzymał zadanie zniszczenia arcydzieła Monetki. Jolo gładzi się urękawiczoną dłonią po podbródku. Dopowiada sobie w myślach resztę historii. Biedak – jak wielu przed nim – pomylił Monetkę z Manetką. Szpilorek wskazuje palcem punkt w półmroku. Wyjaśnia wandalowi, że sponiewierał niewłaściwe płótno. To, po które przybył, stoi tuż obok, za pancerną szybą, obwieszone kłódkami. Indianin się zawiesza. Procesuje. Patrzy tępym wzrokiem na „Burzę w pustej szklance”. Potem przenosi spojrzenie na zdewastowany „Instrument cierpliwości”. Przeklina. Wymienia uwagi z powietrzem. Celuje ostrzem czekana w surrealistyczny pejzaż Monetki. Miota w przestrzeń zaklęcia, wykłóca się z niewidzialnym rozmówcą, słucha i znów powarkuje. Albo niespełna rozumu, albo dopadł zaprawdę srogi samogon – myśli Jolo.

Kiedy Indianin się uspokaja, Szpilorek zapytuje o jego godność. Tamten przedstawia się jako Podmuch Szczawiu, dumny berserker z plemienia Szerszejenów, zabójca na zlecenie. Jolo nie potrafi się zdecydować, czy stoi przed kłopotem, czy przed szansą. Zanim zawyrokuje, postanawia spuścić na typka z aspiracjami do skrytobójstwa bombę atomową pod postacią swojego imienia i nazwiska.

– Lolo… – Szerszejen kołysze się na nogach, po czym wraca do pionu niby ustabilizowana niewidzialną dłonią wańka-wstańka. – Przędziorek?

Szpilorek unosi wymodelowaną brew, ale nie poprawia pomyłki. Spojrzenie na rozbitą kamerę przypomina, że pomimo stanu wskazującego, ten uzbrojony w broń białą człek ciągle umie celnie ciskać kamieniami. Co najmniej kamieniami. Ponadto szkoda, żeby dotychczasowa fatyga poszła na marne. Wypadałoby coś ugrać na niecodziennym spotkaniu. Nasuwa się na myśl słowo: przysługa. Tych nigdy za wiele. Jeśli Indianin istotnie należy do morderczego półświatka, biznes Szpilorków na tym skorzysta. Głównie w zakresie rozpoznania oraz rozbudowy siatki informacyjnej.

Wysiłek intelektualny wyraźnie odbija się na jego arystokratycznym czole, co nie umyka spostrzegawczości skacowanego berserkera. Po wymienieniu paru uwag z nikim konkretnym Indianin proponuje układ. Lolo pomoże mu dostać się do strzeżonego żelaznymi kajdanami obrazu, a Podmuch Szczawiu w ramach dżentelmeńskiej umowy kiedyś się odwdzięczy. Jolo podoba się brzmienie słowa „odwdzięczy”. Asasyn dokonuje rachunku zysków i strat, połączonego z rachunkiem sumienia. Po pierwsze: o ile nie przyłoży ręki do zdewastowania „Burzy w pustej szklance”, będzie wobec zleceniodawcy w porządku. Po drugie: od wiszącego przysługę Szerszejena prosta droga do cennego informatora w szerszej perspektywie czasowej. Warto pójść tym tropem. Po trzecie: wynagrodzenie należy się za pracę. Jeżeli Jolo pochyli się nad otwarciem zamków w imię inwestycji w przyszłość, popracuje. Nie prosił o wyrękę, ale co się stało, to się nie odstanie. Według dziadka Szymona nawet naginanie zasad uchodzi, o ile biznes familijny korzysta. Tego należy się trzymać.

Podjąwszy decyzję, Jolo proponuje Podmuchowi, aby odpoczął przy oknie, podczas gdy on weźmie się do dzieła. Trzy złote kłódki ustępują pod wytrychami dość szybko. Kłopoty pojawiają się przy dwóch szyfrowych zamkach. Złamanie kodów metodą nasłuchiwania, kręcenia, prób i błędów zajmuje kwadrans. Szerszejen w pewnym momencie zsuwa się z parapetu i z łomotem zwala na parkiet. Tam śpi jak zabity. Po piętnastu minutach Jolo wybudza go z drzemki i przekazuje pomyślną wiadomość, która sprowadza się do bezczelnego: pora zarobić na swoją dolę.

Przed odejściem Szpilorek wyciąga nóż. Żłobi na szczątkach „Instrumentu cierpliwości” wielkie, głębokie X. Wyciąga pistolet i strzela w skrzyżowanie linii; raz a dobrze. Z rozgrzanego tłumika ulatuje smużka dymu niby tajny sygnał. Jolo zastanawia się, co czuje. Nic nie czuje. Ani wzruszenia, ani żalu. Niniejszym zmierzył się ze zmorą i udowodnił swoją wartość. Ukontentowany, znika za oknem niczym duch. Pozostawia Podmuch Szczawiu samego sobie z jego misją, mamroczącego pod nosem, przygotowującego się do popełnienia drugiego aktu wandalizmu tej nocy.

Tak kręci się ten świat – podczas gdy jedni są w czepku urodzeni, biednym zawsze wiatr w oczy. W czepku urodzony nie ogląda się na biednego. Nie dlatego, że zadziera nosa. Zwyczajnie obmyśla na kilka kroków do przodu potencjalne reperkusje swych czynów. Gdyby klient chciał wiedzieć, czy widział destrukcję „Burzy w pustej szklance”, zgodnie z prawdą odpowie, że nie widział. Ba! Obraz był cały, kiedy oglądał go po raz ostatni. Słowność w tej profesji to podstawa. Nikt nie chce robić interesów z nierzetelnym wykonawcą. Pod adresem Jolo można wystosować wiele cierpkich słów: okrutny, bezwzględny, wilk w owczej skórze, formalista. Ale nierzetelny? Przenigdy! „Instrument cierpliwości” zniszczony? Zniszczony. Reszta jest milczeniem.

⸸⸸⸸

Podmuch Szczawiu

kontra

„Burza w pustej szklance”

by

Kornel Mikołajczyk

Życie płatnego zabójcy nie jest łatwe. A życie asasyna operującego na dnie zleceniowej okrężnicy, to już w ogóle. Z drugiej strony, kiedy jest się naznaczonym przez duchy przodków indiańskim berserkerem uzależnionym od wody ognistej, trudno liczyć na wyszukaną klientelę; na garoty, tłumiki i zbrodnie w białych rękawiczkach godne legendarnego klanu ⸸Szpilorków⸸. Jak bowiem z elegancją zlikwidować kogoś przy użyciu pary tomahawków? Jak ściągnąć skalp bez brudzenia sobie rąk? Więc wracamy do punktu wyjścia – życie płatnego zabójcy to ciężka orka.

Problem z oferowaniem morderstw za alkohol jest prosty. Ludziom wydaje się, że za butelkę zrobisz wszystko. I generalnie rzecz biorąc, to prawda. Dopóki zapłata się zgadza, a czyn nie plugawi Ścieżki Pięści i Pióra, Podmuch Szczawiu przystaje na różne dziwactwa. Grzebie delikwentów żywcem w korycie Śledzionki. Eliminuje gangsterów na życzenie policji, po czym podkłada dowody wskazujące na winę członków konkurencyjnej grupy. Odrąbuje części ciała, a następnie umieszcza je w otworach ciała; tego samego bądź innych. Taka Rozwałka Deluxe, choć nie kosztuje wiele (25 kafeli albo dwie flachy w łapę), przybiera pełen wachlarz form. Zlecenia łączy wszelako następująca rzecz: w kreatywny, acz nieprzesadzony sposób ktoś dostaje łupnia.

Dlatego kiedy w toalecie klubu rockowego Gwiazda Szeryfa jakiś pacykarz prosi wojownika o pomoc w unicestwieniu dzieła rywala, szczegóły rozmywają się podobnie do kropli miodu w beczce wody. Częściową winę ponosi muszla klozetowa szumiąca pod policzkiem Indianina. Jak również pozycja na serpentynę po imprezie. Rzygnąć do klopa tak, żeby nie ufajdać ni długich włosów, ni pióropusza to nie lada wyczyn. Czemuż się dziwić, skoro towarzyszące mu widmo, Smużka Mgły o Brzasku, nigdy, nawet za życia, nie posmakowało procentów? Nie oczekuj cudów od dziesięciolatka.

Szerszejen przyjmuje kawałek srajtaśmy do otarcia ust. Mruży oczy od jarzeniówek i ignorując oskarżycielskie spojrzenia Smagnięcia Dziewanny, matki chłopca, przygląda się swemu wybawcy.

Edward, taaak. Edward Manetka. Mgliście kojarzy, o czym rozmawiali, nim żołądek znarowił mu się niby nieujeżdżony ciapaluzak.

– Aaa, to ty żeś. Źźzięki, chopie. To któremu pęzlowi z maszugi wyjechaś, sso?

Ryży brodacz rozkłada teatralnie ramiona. Oklepuje złachaną marynarę, znajduje banknot. Trzymając go w dwóch palcach, stawia dzikusa na nogi, po czym holuje do kontuaru. Na scenie w głębi zespół Narwana gra właśnie piąty bis swojego hitu, „Pachnie mi tu pachą młodą”. Malarzyna zamawia Postrach Tasiemca. Wódka, tabasco, sok z kiszonej kapusty, energetyk „Bysio”, szczypta tajemniczego proszku. Zjawa zielarki prycha na widok tak prymitywnej mikstury, lecz napój spełnia zadanie. Podmuch Szczawiu krzywi się i otrząsa. Ściany kiszek ściskają się niczym w łapczywie zassanym bukłaku. Więcej się z nich nie uleje.

Zgarniają po lagerze i przenoszą się do stolika za przepierzeniem. Tam rudzielec wyłuszcza raz jeszcze naturę swej zgryzoty.

Edward Manetka i Klaudiusz Monetka poznali się na Łajbskiej Akademii Sztuk i Cechów Artystycznych. Instruktorzy popularnej „Łasicy” mylili ich notorycznie. Przyczyną pokrewne nazwiska. Ocena jednego częstokroć trafiała się drugiemu. Wysłuchiwali krytyki pod adresem cudzej pracy zaliczeniowej. Jak na złość, obaj szkolili się na kierunku malarskim. Ciągłe wymienianie się informacjami, portfolio i dokumentami z dziekanatu sprawiło, iż zapałali do siebie odium. Pobierający stypendium socjalne Manetka nie życzył sobie, by mylono go z burżujem Monetką. Monetka, jedynak i spadkobierca rodzinnej fortuny, gardził koligacjami z plebejuszem pokroju Manetki. Niechęć przerodziła się w konflikt; konflikt we współzawodnictwo. Tym zacieklejsze, że zarówno abstrakcyjny impresjonizm Manetki, jak i surrealistyczne pejzaże Monetki ceniono po równo.

Kroplą, która przelała czarę wzajemnej goryczy, okazała się próba pogodzenia ich przez opiekuna roku. Zadanie: namalować portret rywala. Przestudiować go, polubić. Monetka wymyślił sobie, że zapozuje na łodzi cumującej na prywatnym bajorku, przy pracy. Manetka miał zostać uwieczniony na brzegu, kisnący ze sztalugą w mule i tataraku. „Odpowiednio do swego statusu”.

– Na szczęście do pojednania nie doszło. – Artysta śmieje się mściwie. – Ten łazęga potknął się o własne giry i dał nura w rzęsę. I to w gajerze od Szmalmaniego! Do końca studiów wołaliśmy go Rusałka Klaudia.

Po odebraniu dyplomów z wyróżnieniem ich drogi się rozeszły. Myślałby kto, że z premedytacją unikają wystawiania się w tych samych galeriach, obracania w tych samych kręgach, współpracowania z tymi samymi marszandami. Aż do teraz. Bo oto w Starym Jorku otwiera swe podwoje Wystawa Millenialna. Jak obiecują media: zarzewie przyszłej rewolucji w dziedzinach technologii, nauki, a także (co nie mniej ważne) sztuki. Na ekspozycji malarstwa współczesnego zaś – obraz Manetki i obraz Monetki. Rama w ramę.

Edward wierzy w swój talent. Mimo to nie zamierza dopuścić, aby dawna nemesis znów przyćmiła jego gwiazdę; i to przez durne nieporozumienie! Stąd kolejki postawione berserkerowi na poczet zlecenia. Płótno bogola należy zniszczyć. Pomazać. Zutylizować. Obojętne jak; aby skutecznie i ostatecznie. Tylko wówczas Manetka zyska pewność, że Monetka nie zapisze się w annałach historii jako ten lepszy.

Podmuch Szczawiu słucha na wpół przytomnie. Ogląda się na przodkinię gładzącą znietrzeźwionego synka po kędziorach. Odprowadza wzrokiem muzyków schodzących ze sceny do wtóru oklasków.

Wreszcie marszczy brwi i przemawia leniwym głosem:

– Zara, szyli mówisz, że tutej… nikomu nie cza pałą naczaskać?!

Mistrz pędzla wzdycha udręczony. Podnosi się, żeby przynieść jeszcze po browarze. Przetłumaczenie indiańskiemu wojownikowi, że tym razem nie musi z nikim wojować, może zająć czas do zamknięcia lokalu.

Smagnięcie Dziewanny się wścieka. Nie taka była umowa. Owszem, prosiła potomka, by pokazał jej pociesze swe codzienne życie. Ale bynajmniej nie chodziło o rzucanie się na pierwszy z brzegu bar oferujący „szczęśliwą godzinkę” i wyciskanie z niej każdej minuty, aż do porzygu. Nie na tym polega służba ludności zamieszkującej dawne ziemie Szerszejenów, do stu obsranych bizonów!

Podmuch Szczawiu korzy się na materacu wciśniętym w róg chłodni: ich kryjówki. Tyrada to nie najlepsze remedium na glątwę. Wie jednak, że niedźwiedzicę strzegącą potomstwa, nawet tak filigranową, drażniłby jedynie głupiec. Obiecuje poprawę. Pyta młodego, czy wybierze się z nim na misję. Zero picia. Może ociupinkę, na rozruch. Poza tym: pełen serwis. Filowanie, planowanie, obezwładnianie straży, włam oraz gwiazda wieczoru: Rozwałka Deluxe. Chodzi o malunek, także obędzie się bez krwi czy treści 18+. No, chyba że wielkie dzieło Monetki to „Portret wyflaczonej wszetecznicy” czy coś w tym guście.

Smużka Mgły o Brzasku klaszcze, rad z nowej zabawy. Prosi, prosi matkę o zgodę. Warzycielka wzdycha, przymykając poczernione powieki. Dziwnie napięta, kiwa głową. Następnie zgarnia półprzejrzyste spódnice i rusza wypisać fantomazią na tablicy przepis na eliksir, który przygotuje Marcjanna Wandebill, młoda pomocnica.

Indianin uśmiecha się smutno do malca grającego w łapki z powietrzem. Gdyby historia potoczyła się inaczej, dziesięciolatek dorobiłby się własnego pióropusza ze sterówek orłocienia. Osiem dekad temu rada plemienna szkoliła go na mściciela. Niestety, podczas treningu wytrzymałościowego, w trakcie przeprawy przez rzekę, nurt porwał bidulka i cisnął nim śmiertelnie o skały.

Podmuch Szczawiu nie wyobraża sobie, co to za uczucie. Ducha chłopca zachowano, aby „przyszli czempioni nie lekceważyli potęgi żywiołów”. Absurd. Zupełnie jakby z nieszczęśliwymi wypadkami dało się pertraktować. Siostra dzieciaka, która ostatecznie została wybranką – Szept Pnączy – odeszła ku błogim niwom. Taka dola naczyń. Nikt, kto bratał się z duchami antenatów, duchem sam się nie stanie. Nie dziwota, że Smagnięciu Dziewanny tak zależy, aby jej syn poznał choć smak tego, co tak okrutnie odebrał mu los.

Zlokalizowanie Hali Ekspozycyjnej zajmuje im pół dnia. Głównie dlatego, że po wypiciu wywaru zespolenia Smużka Mgły o Brzasku przejął stery i równie często, co o Wystawę Millenialną, hybryda zwana Podmużką pyta przechodniów o cukiernię czy najbliższy salon pinballa. Docierają późnym popołudniem, obżarci watą cukrową i lżejsi o paręnaście ćwierciek. Główne wejście przesłania metalowa krata. Szeregi stojaków na ulotki i katalogi spinają schodki nawiasem. Zgarniają prospekt „Sztuka współczesna”. Czytanie gryzmołów bladych twarzy idzie niedorostkowi opornie. Matula podpowiada brakujące literki. „Burza w pustej szklance” Klaudiusza Monetki wisi na pierwszym piętrze, w sali sto siedem. Jej okna wychodzą na południe, gdzie do gmachu przylega malowniczy ogród.

Obchodzą budynek w tamtym kierunku. Wyglądają zza węgła. Przy rampie trwa gorączkowy rozładunek. Klasyczny podział pracy. „Młody” uwija się przy ręcznym paleciaku. „Pan kierownik” kima za kółkiem ciężarówki. Wiatr niesie woń jego płynnego obiadku. Berserkerowi aż prostują się włosy w nozdrzach. Poza przepitką do dekoktu Smagnięcia Dziewanny (wiadomo, dla zabicia smaku) wychylił dziś tyle, co nic.

No, wilczku, zobacz, jak to w życiu bywa – myśli zniechęcony, oddając lejce. – Szefuńcio tnie komara. Ty zaiwaniaj.

Plan. Pod ścianą zalegają więdnące sadzonki – pokłosie zakończonych niedawno targów pietruszki. Zielarka wskazuje synkowi odmianę ochrzczoną przez białych salżycką; dla indiańskich szczepów: ząb kojota. Podkradają garść liści; przesuszona jest mocniejsza. Potem wycofują się ku gęstwinie, gdzie rośnie blekot. Rozcierają go wraz z nacią między dwoma kamulcami. Smużka Mgły o Brzasku upiera się, by schować do sakwy baterię mniejszych. Tych o zabawnym kształcie albo płaskich, do puszczania kaczek. Wojownik pomrukuje w głębi ciała, w którym stał się pasażerem. Trudno powiedzieć, czy za Podmużkowy brak skupienia odpowiada organizm wariujący od odstawienia, czy wrodzona infantylność zjawy. Tak czy owak, nie wróży to dobrze.

Co pakunek czy dwa tragarz schodzi na pauzę. Pociąga wówczas łyk „Bysia” z litrowej megapuchy. Napój odstawia na ławkę. Nic prostszego sięgnąć ponad oparciem i sypnąć doń szczyptę darów natury.

Efekty objawiają się po kilku minutach. Wsunąwszy widełki pod kolejną paletę, młodzieniec zgina się naraz od skurczu kiszek. Na drętwiejących nogach dociera na siedzisko. Skulony, zastyga w dzieło „Lament kosmków jelitowych”. W tym czasie Szerszejeni zakradają się do skrzyni. Otwierają zatrzaski. Wywlekają ze środka okręcony kilometrami folii posąg kobiety i kitrają go za stertą kartonów. Mała strata. Figura i tak była uszkodzona, bez ramion! Nurkują w ekologiczne groszki. Wieko zatrzaskuje się nad nimi. Nagły atak bebechów mija po kwadransie. Stękając i sapiąc, pracownik wraca do wyładunku. Tym sposobem dostarcza do Hali Ekspo zagładę w czarnym pióropuszu.

W środku organizatorzy dyrygują rozstawieniem eksponatów. Panuje rozgardiasz. Co rusz ktoś krzyczy, że w sali takiej a takiej brak miejsca. Mocny, kobiecy głos pomstuje na brak dofinansowania od radnych oraz krezusów, którzy rzygnęli kafelami, by wystawić swój nadprogramowy chłam. Zapada decyzja: rzeźby na korytarz. I estetycznie, i zaoszczędzi się na przestrzeni. Indianin napina się jak cięciwa, z mozołem tłumiąc chichoty chłopca przekonanego, że trwa zabawa w chowanego. Pluje sobie w brodę, że zezwolił podlotkowi na podejmowanie decyzji w sprawie zlecenia. Jak zareagują pracownicy, kiedy zamiast marmurowej inwalidki znajdą Szerszejena z krwi i kości? Na szczęście z powodu obsuwy ostatni etap rozpakowywania zostaje przełożony na rano. Ferajna rusza do domów się wyspać, gasi światła i uzbraja alarm, niczego nie podejrzewając.

Smagnięcie Dziewanny raportuje: cisza na prerii. Podważają zamknięcia nożem i uchylają skrzynię na grubość dwóch palców. Z kolumny wgapia się w nich niemrugające ślepie w kanciastej obudowie. Okręca się, zawraca, znowu wgapia. Wyczekują moment, wyskakują i celnym rzutem kamola wybijają cyfrowe oko. W przykucu rozglądają się po numeracji podświetlonej ledami. Sto siódemka niedaleko. Przemykają do niej nisko przy podłodze. Fikołkami, bo jakżeby inaczej?

Bajbor numer dwa niszczy kamerę przy wejściu do sali. Kinkiety nad płótnami spowijają ściany w przyćmionej iluminacji. Podmużka otwiera okno, by zabezpieczyć drogę ucieczki – dobry instynkt. Rusza od plakietki do plakietki. Znów kłopot z literkami. Na domiar złego użyto pseudoartystycznej kursywy. To R czy A? T czy Ł? Nieważne, jest, Monetka! Tomahawk i nóż idą w ruch. Rach-ciach! Dziug-dziag! Bez zastanowienia ni żalu. Sztuka w wykonaniu bladych twarzy znaczy bądź co bądź mniej od tropów skunksa w gnoju.

Nagle parapet chrząka. Dziwne. Czy w wielkim mieście to normalne? Okręcają głowę. Na futrynie zasiada czarno-granatowy srelegancik. Włosie gładkie i ciemne niby lotki kondora związał luźno na karku. Poza tą drobnostką: zero luzu. Ledwo zauważalnie napina mięśnie, gotów do skoku. Zwęża drapieżnie oczy bez mrugania. Zestala ostre rysy. Za pazuchą maluje się zarys gnata. U pasa nóż, ułożony tak, by nie blokować ruchów nogi i nie wbijać się w brzuch. Profeska pełną gębą. Oprawić go w ramy i podpisać „Posłaniec nicości”, a pasowałby tu jak ulał.

Na pytanie, co wyczynia, Smużka Mgły o Brzasku grzecznie odpowiada, że pracuje. Obraz Monetki nie dożyje świtu! Po chwili konsternacji nieznajomy wytyka błąd. Malowidło, które zmasakrowali, wyszło spod pędzla Manetki i stanowi jego cel. Właściwe kryje się obok, za pancerną szybą obwieszoną zamkami.

Mrugają, ogłupiali. Patrzą to na „Burzę w pustej szklance”, to na „Instrument cierpliwości”. Smagnięcie Dziewanny podlatuje bliżej. No tak. Durna czcionka sprawiła, że „K. Monetka” oraz „E. Manetka” wyglądają niemal identycznie.

Wojownik klnie. W poszukiwaniu winnego zaczyna lżyć oba bohomazy. Do czego to podobne, żeby ciapać jakieś sraje-mazaje?! Wykopyrtnięta klepsydra w blaszanej dżungli. Płonące jajco w jednej komorze, kaftan bez czubka w drugiej. Widzita tu jakąś burzę? Szklankę? A to tutaj? Drzewo czy robal? Robal czy drzewo? Instrument wkurwienia, ot co! Czego ten Edek się opił?!

Wpieniony, berserker odzyskuje na tyle tożsamości, że gdy nocny gość zapytuje o jego godność, przedstawia się normalnie. Tamten rewanżuje się imieniem i nazwiskiem: Jolo Szpilorek.

Podmuch Szczawiu cofa się w głąb siebie. Nie wypadł sroce spod ogona. Oczywiście słyszał o nich. Zmarły w poprzednim stuleciu malec – to już odmienna historia.

– Lolo… Przędziorek? – powtarza nieudolnie, kołysząc się na nie swoich nogach.

Elitarny asasyn puszcza pomyłkę mimo uszu. Oszczędnymi ruchami rozgląda się po wnętrzu. Ocenia. Szerszejen pojmuje naturę tych rozważań. Bliźniacze pytania kłębią się pod jego czaszką. Pozbyć się świadka? Czy go sobie zjednać? Wie, że lepiej nie tańczyć na noże z demonem. To raz. Nie pokona też Klaudiuszowych hiperzabezpieczeń z pomocą warzycielki i podlotka. To dwa. Na dokładkę obiecał brak rozlewu krwi. Trzy do zera, żeby zapalić fajkę pokoju. Współpracować. Tylko cóż on, dzikus z Dokradła, zaoferuje gostkowi, który za skalp zgarnia równowartość nie garści butelczyn, a destylarni? Szczególnie teraz, gdy przez głupi błąd wykonał za niego całą robotę?

– Ech, ździebełko me szczawiowe, sam-eś czasem jak dziecko – podpowiada Smagnięcie Dziewanny, zamiatając warkoczami. – Toć dla człeka o dalekim spojrzeniu starczy zoczyć sadzieniaka, by przewidzieć, czy wyrośnie zeń cosik pożytecznego. Nadążasz?

Milcząco przyznaje rację antenatce. Na głos: składa ofertę. Pomoc od Jolo przy kłódkach i szyfrach w zamian za przysługę w przyszłości. Bądź co bądź, nic go to nie kosztuje. Wymuskany hrabiuszka zbrodni prędzej nasra w kapelusz po pradziadziu, niż pohańbi się, zstępując do rynsztoku Indianina. Nie kwapi się nawet, by przyklepać układ na ślinę! Podmużka wyciera łapę w portki. Idąc za radą Szpilorka, siada odpocząć na parapecie. Nieletniego tak wymęczył nadmiar wrażeń, dorosłego zaś brak alkoholu, że zgodnie zasypiają, zwalając się na podłogę. Nowy kolega po fachu budzi ich, szturchając butem. Czas zarobić na swoją dolę.

Wystawa Millenialna otwiera się bez opóźnień. Ktoś niby zauważa zniszczenia, coś przebąkuje, cenna rzeźba tajemniczo odnajduje się w śmieciach, ale czy maluczcy pojmą zapędy artystów? Znany grafficiarz ukrywający się pod pseudonimem Właz wykupił kiedyś ruderę w Cykadzie. Pokrył ją od parteru aż po dach prowokującymi grafikami, a po tygodniu: zdetonował ładunki. Płótno z wyciętym X i dziurą po kuli; drugie porąbane na opał obok sterty otwartych kłódek i kałuży różowych rzygowin po wacie cukrowej – czyż to nie performans? Okazuje się, że nie. Zaświadcza o tym opisana na łamach Trybuny bójka z użyciem wazy i hebanowej laski, jaka wywiązała się w sali sto siedem pomiędzy Klaudiuszem Manetką a Edwardem Monetką (sic!).

Przykra sytuacja – myśli Podmuch Szczawiu, pstrykając gazeciarzowi należne monety. Obaj panowie zostaną teraz zapamiętani. Tyle że nie osobno, a razem. Jako ci dwaj mściwi malarze, których z Hali Ekspo wyprowadzono w kajdankach.

Marcjanna czeka na rogu. Wysłał przygarniętą sierotkę po wodę ognistą, lecz nie wygląda na to, że odeszła daleko. Ściska butelczynę bez etykiety. Wypełnia ją mętna ciecz. Bielinka. Smagnięcie Dziewanny najwidoczniej podała dziewczynie więcej niż jeden przepis.

Wandebillówna prowadzi go nad Śledzionkę. Gremium przodków w ceremonialnych strojach czeka w milczeniu. Fantomaź kapie na brzeg i zastyga w połacie duchorostów: ni to grzybów, ni roślin, które od wieków przyprawiają biologów o migrenę. Pokruszone kawałki tejże substancji dodano do rytualnego napitku, który podaje pomocnica. Podobnie sfermentowaną kukurydzę i bieluń. Wszystko po to, by ułatwić wybrańcowi kontakt ze światem poza światem. I zatrzeć granice pomiędzy nimi.

Smużka Mgły o Brzasku szczerzy się do wojownika. Zlecenie, które razem wykonali, stanowiło pożegnanie. Malec i jego matka nie przydadzą się więcej plemieniu. Podjęli decyzję, by dołączyć do ukochanych na błogich niwach. Teraz wyłącznie od Podmuchu Szczawiu zależy, czy pozwoli im pójść dalej.

Szerszejen ściąga nakrycie głowy. Z drewna zaściełającego dawne Doki buduje ognisko. Rozpala podartą gazetą. Smaruje się błotem zgarniętym z koryta rzeki, również pod powiekami. Pozwala to otrzeć z nich wilgoć. Wypija bielinkę do dna i rozpoczyna taniec. Przygrywają mu szamani i bębniarze serc. Flety przeplatają się z brzęczeniem śpiewających drewien. Alkohol płonie w żyłach. Niebo powleka się barwami piękniejszymi od jakichkolwiek płócien z Wystawy Millenialnej. Para widm unosi dłonie w pozdrowieniu. A potem się rozmywają. Jak smużki mgły o brzasku.

W ten oto sposób młody berserker poznał kolejną prawdę o świecie. Nic nie trwa wiecznie. Zarówno człowiek, jak i jego dzieła przeminą – czy to za sprawą najemnych drapieżców takich jak on i Szpilorek, czy naturalnie. Sprawczy Duch na powrót wessie powietrza darowane ludzkości i zapadnie cisza. Błogosławieni ci, którzy – gdy to nastąpi – rozwiążą swe niesnaski, dopełnią przysług i bez żalu odejdą tam, gdzie w pustych szklankach nie grzmią już żadne burze.

➵➵➵

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: