polskie centrum bizarro

„Skaza” by Paweł Szewczyk

In Opowiadania on 18 czerwca, 2022 at 11:50 am

pazzzkud

Niektóre opowieści zaczynają się boleśnie, by po perypetiach różniastych skończyć się dla ich bohaterów wielkim happy endem. Inne dostarczają im tylko coraz większych cierpień.

Jak będzie tym razem? Przekonajcie się sami. Warto!

Zaprasza Paweł Szewczyk.

Skaza

Znacie na pewno ten typ kobiety. Młoda, piękna, inteligentna, wesoła, popularna, wysportowana, z perspektywami na przyszłość, z równie perfekcyjnym chłopakiem… Można by tak jeszcze długo wymieniać. Taka właśnie była Agnieszka. Chodzący ideał, na widok którego faceci cmokali z zachwytu nad zgrabnym tyłeczkiem i stwierdzali w myślach, że ma w sobie to coś. Ewentualnie dochodzili do wniosku, że owe coś oni sami chętnie by jej zainstalowali gdzie trzeba. Kobiety z kolei traktowały ją bardzo często jak zło konieczne. Osobę, której widok tylko przypominał o ich własnych brakach: za małe cycki, za grube nogi, uczy się lepiej niż ja i tym podobne.

Ale. Bo przecież nie ma ideałów i zawsze musi być jakieś ale. Każdy nosi w sobie jakąś skazę. Nawet ten anioł wcielony miał swoją piętę achillesową. I nie był to bynajmniej syfilis czy AIDS, czego niejedna zazdrośnica w głębi ducha jej życzyła. Problem Agnieszki był niewidoczny zarówno dla ginekologa, wenerologa czy każdego innego -loga. Nawet główny zainteresowany, czyli psycholog, nie potrafił nic tu zdziałać.

Agnieszka mianowicie obawiała się, a nawet panicznie bała się snu. Nie samego Hypnosa, lecz bardziej konkretnie jego syna Morfeusza. Męczył ją od kilku lat ten sam koszmar. Koszmar, którego, o zgrozo, nigdy nawet nie pamiętała po przebudzeniu. Budziła się zlana potem, roztrzęsiona, zdyszana jak po maratonie i oczywiście niewyspana. W pamięci pozostawały jej tylko jakieś nic nieznaczące szczegóły. Ciemny korytarz, mgła, stworek o którym pamięta tylko tyle, że może i był trochę odrażający, ale go lubiła. Nawet po połączeniu nie dawało to żadnego sensownego obrazu. Co do jednego nie miała wątpliwości: to był ciągle ten sam sen. Dopadał ją jak sraczka, bo tak jak ona – zawsze przychodził znienacka. Trzy dni pod rząd, miesiąc przerwy, raz, tydzień przerwy, noc w noc przez prawie trzy tygodnie i znowu trochę wolnego. Brak jakiejkolwiek logiki i przewidywalności.

Próbowała z tym oczywiście walczyć. Po wielu babcinych mniej lub bardziej dziwacznych próbach rozwiązania problemu oparła się o rzeczonego psychologa. Ten z kolei po kilkunastu słono opłacanych wizytach stwierdził, że problem może tkwić w jakiejś wypartej traumie z dzieciństwa lub czymś podobnym. Z tym, że to tylko teoria i jej potwierdzenie wymaga kolejnych wizyt. Zaśmierdziało jej dojeniem rodzinnego budżetu. Odpuściła wizyty, lecz podążała dalej tym tropem. Pytała rodziców, przeczesywała swoją przeszłość. W akcie desperacji poddała się nawet hipnozie. Wszystko gówno dało. Pewnie męczyła by się z tym jeszcze długo, gdyby nie odrobina szczęścia, którego jej prawie perfekcyjnej osobie również nie brakowało. Zakuwając przed jednym z kolokwiów, siedziała na ławce w uczelnianym parku. Tym szumnym mianem określano kilka ławeczek ze stolikami, które postawiono pod rozłożystymi topolami. Majowe popołudnie ze względu na swój słoneczny charakter ściągało tu masę ludzi pragnących skryć się w cieniu. Agnieszka, skupiona na notatkach, w pewnym momencie podniosła wzrok kontemplując w myślach ostatnio przeczytane zdania. Jej spojrzenie zatrzymało się na jednym ze studentów, który akurat przechodził przed jej ławką. W nim samym nie było nic nadzwyczajnego, za to w ręku trzymał książkę, której tytuł brzmiał: Świadomy sen. Czytała kiedyś już o tym, ale odpuściła sobie i włożyła między bajki. Tym razem jednak pani idealna dodała sobie dwa do dwóch i stwierdziła, że w sumie nie ma przecież nic do stracenia. W najgorszym wypadku nie zadziała. Nie widziała co prawda autora, ale od razu wyciągnęła telefon i zaczęła szperać w sieci. Pół godziny później wiedziała już, że musi spróbować. Nawet jeśli ten koszmar dalej będzie ją męczył, to może chociaż samo zapamiętanie go w czymś pomoże.

Pierwsze efekty pojawiły się jakieś dwa miesiące później. Do perfekcji, jak to ona, opanowała zapamiętywanie snów. Kilka razy nawet udało się jej przejąć kontrolę nad ich przebiegiem. Polatała więc trochę z dzikimi gęsiami, popływała z delfinami, no i jeszcze parę innych ciekawych rzeczy. Niekoniecznie przyzwoitych, więc bezpieczniej będzie je może przemilczeć. Jednym słowem była gotowa. Uzbrojona po uszy niczym John Rambo w Pierwszej Krwi. Zostało tylko czekać na właściwy sen.

Ten znowu dopadł ją niczym rozwolnienie po zbyt pikantnym sosie. W samym środku długo wyczekiwanych wakacji w Turcji. Wyczekiwanych tym bardziej, że Patryk, jej chłopak, zachowywał się ostatnio co najmniej dziwnie. Spodziewała się więc niespodzianki w postaci pierścionka zaręczynowego. Ale zostawmy to. Umordowani całym dniem zwiedzania studenci zasnęli w momencie, gdy ich głowy dotknęły do poduszki. Nawet przez myśl jej wtedy nie przeszło, żeby skupiać się na zasypianiu, czy odliczać wstecz jak to zawsze ostatnio robiła przed zaśnięciem.

W jednej chwili znalazła się w długim korytarzu, w którym panował dziwny zgniłozielony półmrok kojarzący się jej z glonami. Odruchowo zaczęła maszerować przed siebie i w jednym momencie dwie rzeczy uderzyły w jej potylicę niczym dziesięciokilogramowy młot. Po pierwsze – to TEN sen, a po drugie i najważniejsze – była tego świadoma, więc powinna mieć nad nim kontrolę. Fakt ten znacząco wpłynął na jej, dosyć niskie, morale dzięki czemu żwawiej ruszyła przed siebie, chłonąc przy tym wszystkie szczegóły otoczenia. Sama ubrana była w czarne bojówki i obcisły biały T-shirt. Trochę nie jej gust, za to otoczenie przedstawiało się już bardziej stylowo i klimatycznie. Ściany wydawały się ciepłe w dotyku. Gładkie niczym szkło, ale wykonane raczej z jakiegoś kryształu, który lekko fosforyzował. Całość była idealnie prostokątna, jak wycięta skalpelem.

Maszerowała już dobrych kilka minut, aż pojawiło się przed nią światełko. Początkowo nikłe, odległe. Zwiększające się z każdym krokiem. I wiem co pomyślicie. Tunel, światełko na jego końcu… Korytarz, jak to we śnie, skończył się dosłownie z kroku na krok. Stanęła i rozejrzała się uważnie dookoła. Tunel magicznie wyparował i stała teraz na kamienistej plaży. Po prawej i lewej miała dwa rzędy pochodni, które swym jasnym, migotliwym i drżącym światłem prowadziły na niewielkie drewniane molo. Poza ich zasięgiem panował nieśmiertelny zgniły półmrok, a nad wodą rozpościerała gęstą mgła, uniemożliwiająca stwierdzenie, czy ma się do czynienia z rzeką, jeziorem czy stawem. Obserwacje przerwał pojedynczy dźwięk dzwonka dochodzący znad akwenu. Agnieszka pewnie ruszyła w stronę pomostu, który znajdował się w fatalnym stanie: poluzowane i popękane deski, podgniłe słupy, a co gorsza całość wydawała się pokryta mieszaniną syfu, glonów i lepkiego śluzu. Za to niewielka, może pięciometrowa żaglówka, która wyłoniła się z mroku ze swoim cicho łopoczącym żaglem, sprawiała wrażenie zgoła odmienne. Wyszorowane do białości deski pokładu, burty zabezpieczone jakimś mazidłem przed wpływem wody. Stateczek dumnie pruł nieruchomą taflę wody i najwyraźniej wcale nie przeszkadzał mu fakt, że nie było wiatru. Na rufie siedziało dziwne coś i radośnie machało jej na powitanie czymś na kształt racicy.

– Czołem Aga. Ty znowu tutaj? – zakrzyknął stworek, kiedy łódka po pełnym gracji zwrocie zatrzymywała się burtą przy pomoście.

– Hej – wybąkała nieśmiało w odpowiedzi. Wszystko wskazywało na to, że znają się dobrze, a ona w sumie wie o nim tyle, że istnieje w jej śnie.

Stworek zdawał się nawet nie zarejestrować tej jakże elokwentnej odpowiedzi. Gwizdnął tylko przeciągle na żagiel, który zwinął się momentalnie w ciasny rulonik. Następnie jednym zwinnym susem wyskoczył na pomost, gdzie mogła podziwiać go w całej okazałości. Prawie cały pokryty był brązową gładką i lśniącą sierścią kojarząca się jej z koniem. Głowa dzika, muskularny ludzki tors, ręce też ludzkie, ale zakończone kopytami, a od pasa w dół wyglądał już jak najzwyklejszy satyr.

– Uuu… – otaksował ją wzrokiem, z mieszaniną zdziwienia i respektu. – Widzę, że w końcu poczyniła pannica daleko idące zmiany. Nie powiem. Czas najwyższy – dodał z uśmiechem. Pomimo zwierzęcego ryja, czy może ładniej mówiąc fizjonomii, jego twarz wiernie oddawała ludzkie emocje.

Agnieszka chciała coś odpowiedzieć, ale była tak rozbita tą sytuacją, że cała odwaga i zdecydowanie, które zbudowała w sobie do tej pory, nagle poszło w cholerę. Nie to żeby się bała, ale najnormalniej w świecie ją przytkało. Stworek jak by się tego domyślił i spuścił nieco z frywolnego tonu.

– Przepraszam. Nie mam ostatnio wielu petentów, więc czasem zapominam, że kiedy wpada w odwiedziny ktoś świadomy, to powinienem być bardziej rzeczowy i wyrozumiały, bo mnie najnormalniej w świecie nie pamiętacie.

– Petentów? – zapytała zdziwiona.

– No petentów. Tak nazywam ludzi takich jak ty. Można ich też nazywać podróżnikami, wędrowcami i tym podobnie. Mi przypadło do gustu określenie petent i tego się trzymam – skwitował niby od niechcenia. – Jak wspomniałem, niewielu mam gości. Szczególnie świadomych, a z nieświadomymi można prowadzić niestety jedynie monolog.

Agnieszka doszła do wniosku, że wspomnienia jej nie myliły. Koleś był może nieco dziwny, nawijał jak katarynka, ale nie dało się go nie lubić.

– No ok. Widzę, że sporo o mnie wiesz. Domyślasz się też po co tu jestem – powiedziała. – Więc może mi powiesz jak mam pozbyć się tego pieprzonego snu? Mam dosyć tej nocnej niepewności. Wkurwia mnie to okropnie i… i…  

– Może zacznę od końca – przerwał jej z uśmiechem. – Nie mam imienia, a właściwie to mam ich setki. Przewoźnik, Spedytor, Ziomal, Charon. Chociaż z tym ostatnim zawsze polemizuję, bo nie sposób ten przerośnięty rów nazwać Styksem. Ciebie lubię, więc możesz nazywać mnie jak chcesz. Na przykład tak jak do tej pory w myślach, czyli Stworek. Uwierz mi, że jest to naprawdę miłe imię. Bywały gorsze. Dużo, dużo gorsze. – machnął kopytem przed twarzą. Tfu… znaczy się przed ryjem. Zupełnie jak by odganiał natrętna muchę. – Wracając do tematu przewodniego. Wiem, że cię to wkurwia i masz dość, ale niestety nic na to nie poradzę. Wszystko zależy od ciebie i tylko od ciebie. A jak się go pozbyć? – popatrzył na nią przenikliwie swoimi malutkimi świńskimi oczkami. – Bardzo prosto. Musisz dośnić ten sen do końca.

– Ale jak? – zapytała trochę przestraszona.

– Tu kłania się twój uniżony sługa, Stworek. – Ukłonił się dwornie – Tym razem jesteś świadoma. Wystarczy zatem, że za pomocą tej oto wysłużonej wanny z żaglem przeprawimy się na drugi brzeg napompowanego sterydami rowu, który masz przed sobą, a niektórzy szumnie określają go mianem rzeki. Tam wysiądziesz i będziesz musiała radzić sobie sama. Nie mogę udzielić ci żadnych wskazówek. Za pomoc petentom mogę skończyć przerobiony na tatara, parówki albo co gorsza coś całkiem niezjadliwego.

– Wsiadamy więc. Miły jesteś i chętnie bym z tobą dłużej pogawędziła, ale uwierz, że chcę to w końcu mieć to z głowy.

– No jasne. Zapraszam szanowną na pokład. Mnie akurat od paru mileniów nigdzie się nie spieszy. Za to wam śmiertelnym wręcz przeciwnie.

Agnieszkę, która zaczęła nabierać już pewności siebie, te słowa znowu sprowadziły na ziemię. Zrobiło jej się najnormalniej żal Stworka. Gnije na tej łajbie od grzyba czasu, pewnie sam jak palec i nawet zagadać nie ma do kogo. Chociaż gdzieś tam w mroku może i czeka jakaś pani Stworkowa z ciepłym obiadkiem. Cholera wie. Mało to teraz istotne. Trzeba przeć do przodu i zakończyć wreszcie ten senny cyrk. Rozsiadła się wygodnie na pokładowej ławeczce i spojrzała na swojego dziwnego towarzysza, który już złożył usta, żeby dmuchnąć na żagiel. Zastygł jednak w tym geście i spojrzał na nią z mieszaniną powagi, irytacji i zaciekawienia. Nie było w tym spojrzeniu nawet krzty wesołości i beztroski, która charakteryzowała go do tej pory.

– Jedną rzecz wcześniej przemilczałem – powiedział poważnie. – Wiem o tobie wszystko, a nawet więcej niż ty sama, bo mam dostęp do twojej podświadomości. Potrafię też czytać ci w myślach. Nie załapałaś, ale już o tym wspominałem. I wiesz co? Jesteś chyba pierwszą osobą, która odniosła się do mnie z tak ludzkimi uczuciami. Pomimo mojej aparycji i faktu, że jesteś świadoma, że jestem tylko twoim sennym majakiem. Przygotuj się zatem na dłuższy monolog z mojej strony. Słuchaj uważnie. Będzie warto. – Nie patrzył już na Agnieszkę. Wpatrywał się teraz tylko w mrok przed sobą i ciągnął dalej zamyślony. – Zrobię coś, co do tej pory zrobiłem tylko raz, dawno temu i mocno tego później żałowałem. Powiem ci mianowicie wszystko co wiem o burdelu, w który wpadłaś. Nie będzie tego wiele, ani tym bardziej nie jestem pewny, czy do czegokolwiek ci się to przyda. Jak każda bajka tak i tu wszystko zaczęło się dawno, dawno temu. Trochę wtedy narozrabiałem. Bynajmniej w mniemaniu istot potężniejszych, niż ja sam. Skończyło się na tym, że obdarowano mnie wątpliwym darem nieśmiertelności i zesłano za karę na skorupę, w której właśnie siedzisz. Docelowo na okres odpowiadający jakimś pięciu tysiącom waszych ludzkich lat. Cały psikus polega na tym, że upłynęło ich już prawie dziesięć tysięcy. Przedłużyli mi karę i polecony z decyzją gdzieś wcięło na poczcie? Zapomnieli o mnie? A może istoty, które mnie zesłały, same już nie istnieją i będę gnił tu przez wieczność? Nie mam pojęcia i szczerze mówiąc mam to głęboko w dupie.

– O rany!

– No, ale wróćmy do rzeczywistości – stwierdził z dawnym wigorem w oczach. – Kicaj waćpanna na brzeg, weź dwa kamienie z plaży i zapakuj je do kieszeni. Jeden do prawej, drugi do lewej.

– Po cholerę mi kamienie? – zapytała z nutą przestrachu w głosie.

– Nie wnikaj, tylko śmigaj na brzeg. Wszystko wytłumaczę po drodze bo jak sama stwierdziłaś czas ucieka.

Agnieszka posłusznie wzięła się za wykonanie polecenia. Dopiero teraz zauważyła, że kamienie na plaży pokryte są takim samym glutem jak pomost. Zapakowała je do kieszeni i zasiadła na swoim starym miejscu na łódce. Stworek rozpłaszczył się na rufie. Gwizdnął na żagiel, który znowu w momencie się rozwinął, nabrał w siebie nieistniejącego wiatru i ruszyli.

– Kamienie, jak słusznie zauważyłaś w myślach, pokryte są szlamem – ciągnął dalej opowieść. – Mają one być swoistą alegorią świata rzeczywistego, z którego pochodzisz. Twarde, solidne, niezmienne, za to pokryte glutem, który to z kolei ma przedstawiać to co u was najpiękniejsze – kiwnął racicą imitując znak cudzysłowu –  i czego jest pełno. Kłamstwo, obłudę, przemoc i wiele podobnych. Te właśnie dwa kawałeczki skały są twoim biletem do domu. Nie wiem co się czeka po drugiej stronie bajora, bo nie mam tam wstępu. Wiem tylko, że jeśli poczujesz się zagrożona, wyciągnij któryś kamień z kieszeni i mocno go ściśnij. Przerwiesz w ten sposób sen. Czy to sprawi, że się od niego uwolnisz? Tego też niestety nie jestem w stanie stwierdzić. Musisz tylko być świadoma, że ewentualne niebezpieczeństwo, które może ci grozić po drugiej stronie, jest o wiele bardziej realne, niż mogłoby się początkowo wydawać.

Po tym wywodzie jej towarzysz zamilkł i skupił się na wygwizdywaniu komend dla ich śmiesznego stateczku. Najwyraźniej dobicie do drugiego brzegu nie było już tak proste jak przy pomoście. Ona sama mogła dzięki temu skupić się na tym, co miała przed sobą. Na kolejnym etapie jej podróży. Agnieszka widziała już majaczący we mgle przeciwległy brzeg. Po słowach Stworka czuła pewny lęk, który jednak nie był na tyle duży, żeby choćby pomyśleć o porzuceniu swoich zamiarów. Potraktowała to jak przyjacielskie ostrzeżenie, a w razie biedy magiczne kamulce w kieszeniach ciążyły przyjemnie.

Na tym brzegu znajdowało się tylko wykute w skalnej ścianie wejście do kolejnego tunelu. Ten dla odmiany na pierwszy rzut oka miał maksymalnie kilkadziesiąt metrów długości, a z jego głębi biła oślepiająco jasna łuna.

Żaglówka zatrzymała się przed samym wejściem do tunelu. Spojrzała na Stworka.

– Okropnie krótka ta nasza znajomość. Szkoda – powiedziała. – Szczególnie, że się dla mnie narażasz.

– Nie przejmuj się tym. Już samo to, czy w ogóle poniosę jakieś konsekwencje, sporo mi powie. Jeśli tak, to znaczy, że mam jeszcze jakieś szanse na wolność, a jeśli nie, to wygląda na to, że będę się musiał przyzwyczaić ostatecznie do życia na tej łajbie – powiedział ze smutnym uśmiechem. – Wyskakuj koleżanko a ja wracam do swojego zawalonego obowiązkami życia. Do marzeń o pani Stworkowej i ciepłym obiadku.

Agnieszka pewnie wyskoczyła z łódki, spojrzała w nowy tunel i odwróciła się jeszcze raz w stronę swojego przewoźnika.

– Do zobaczenia i dziękuję za wszystko.

– Lepiej dla ciebie, żebyśmy już się nie widzieli. Do nie zobaczenia zatem. – Uśmiechnął się ciepło i zagwizdał na żagiel. Chwilę później nie było po nim nawet śladu. Z oddali dochodził tylko co jakiś czas coraz cichszy dźwięk dzwonka zamontowanego na dziobie.

Agnieszka wzięła głęboki oddech i ruszyła w stronę oślepiającego światła wydobywającego się z korytarza. Po kilku metrach musiała zasłaniać już oczy i iść praktycznie po omacku. Pod koniec musiała je już zamknąć. Zrobiła jeszcze kilka kroków i się zatrzymała. Wiedziała, że jest na miejscu. Oślepiający blask zniknął, oczy w sekundzie przywykły do nowego otoczenia i mogła je otworzyć. Pierwsze, co zrobiła, to spojrzała za siebie. Korytarza nie było. Zastąpiła go piękna kwiecista łąka. Było tak jak podejrzewała. Standardowy odwrót taktyczny nie wchodził w grę. Przed nią rozpościerała się taka sama bezkresna łąka, z tą tylko różnicą, że w oddali widać było wzniesienie, na szczycie którego stał zbudowany na planie koła dwupiętrowy budynek. Wypisz wymaluj domek Muminka. Był to jedyny punkt zaczepienia w zasięgu wzroku, więc ruszyła w jego stronę.

Znalazła się pod drzwiami w mgnieniu oka. Z bliska mogła zauważyć, że domek był w idealnym stanie. Brązowe ściany, białe okiennice. Wszystko wręcz pachniało nowością. Stanęła przed drzwiami na gustownej wycieraczce z napisem “Привет” i nacisnęła dzwonek. We wnętrzu rozległa się melodia z Rodziny Addamsów. Drzwi uchyliły się może minutę później. Stanęła w nich niska, przygarbiona i zasuszona na wiór starowinka.

– Dzień dobry. Zapraszam do środka. Mamy do porozmawiania – powiedziała zachrypniętym głosem, wykonując jednocześnie zapraszający gest.

– Dzień dobry – odpowiedziała Aga i weszła do środka. Wyposażenie sporego pokoju, w którym stała, było typowe dla starej kobiety. Wzorzyste tapety na ścianach, staromodne przeszklone szafeczki wypchane kiczowatą porcelaną, wielki biały haftowany obrus na stole, stoliku, oraz malutkie hafciki pod każdą możliwą filiżaneczką.

– Przejdźmy może do biura, będzie nam wygodniej – rzuciła staruszka, prowadząc ją w głąb domu. Agnieszka odnotowała, że dom znacząco urósł w porównaniu do tego, jaki wydawał się z zewnątrz. Wówczas miał nie więcej jak dziesięć metrów średnicy. Wewnątrz za to mieścił w sobie spory pokój, dobrych kilkanaście metrów korytarza, którym szła za babuszką, kilkoro drzwi oraz gabinet, w którym zakończyły swoją wędrówkę. Tylko on sam ledwo mieściłby się w obrys tego, co widziała z zewnątrz. Gabinet urządzony był dla odmiany w zupełnie innym stylu. Solidne drewniane biurko na środku, pod ścianami gabloty wypchane książkami, skórzana wielka kanapa i fotele. Na jednym z nich, oświetlony promieniami słońca wpadającymi przez okno, chrapał sobie w najlepsze spory czarny kocur. Całości dopełniał stolik kawowy wykonany z jednego dużego plastra drewna. Tylko dwa elementy nie pasowały trochę do wystroju wnętrza. Portret batiuszki cara zawieszony na ścianie naprzeciwko drzwi. Był to chyba Mikołaj II Romanow. Ostatni car Rosji. Drugą anomalią była sterylna wręcz czystość. Nigdzie choćby grama kurzu. Nawet w promieniach światła, które grzało kocura, nie było widać fruwających drobinek.

Babinka klapnęła w fotel za biurkiem, a jej samej wskazała miejsce naprzeciwko. Agnieszka mogła teraz dokładniej przyjrzeć się twarzy gospodyni. Gęsta siatka głębokich zmarszczek, zwisające policzki i wory pod oczami sprawiały wrażenie że mogła mieć zarówno siedemdziesiąt jak i sto lat. Nie dało się tego jednoznacznie określić. Za to same oczy były już nieco niepokojące. Czarne i bez wyrazu. Po prostu martwe. Pierwsze dłuższe spojrzenie w ich głębię sprawiło, że poczuła przenikający ją zimny dreszcz strachu na plecach.

– W przeciwieństwie do tego cyrkowego kozła, którego wcześniej spotkałaś ja mam sporo ciekawszych zajęć niż dyskutowanie z tobą. Przejdźmy więc do meritum – wyrecytowała staruszka, jakby od niechcenia sięgając do szuflady biurka. Wyciągnęła z niej plik kartek zapisanych cyrylicą.

– Parafka na każdej stronie, czytelnie na końcu na kropkach i jesteś wolna jak dzika świnia. Sen już nie powróci – powiedziała staruszka tonem prawniczej papugi z wieloletnim stażem. Aga wzięła do ręki kartki i zaczęła przeglądać.

– Bardzo mi przykro ale nie znam cyrylicy, a nie powinnam podpisywać czegoś czego nie rozumiem. Co tu jest napisane?

– Chcesz się uwolnić od koszmaru? No to podpisuj i nie wnikaj.

– Ale nie mam pojęcia, co podpisuję.

– Nie znamy się, ale wszystko wskazuje na to, że musisz mi zaufać. Jak nie pasuje, to wyciągaj kamień z kieszeni, ściśnij i papa. Nie mam czasu na pierdoły. – W głosie staruszki dało się wyczuć ledwie skrywaną irytację.

Skąd wiedziała o kamieniach? Przecież to tylko sen, przeszło przez myśl pannie idealnej.

– Dobra. Daj jakiś długopis i miejmy to z głowy.

– Nie długopisem kochanieńka. Nie długopisem. Musisz to podpisać własną krwią.

Agę te rzucone mimochodem stwierdzenie lekko zszokowało.

– Spokojnie. To tylko sen – powiedziała stara uspokajająco. – Mam tu akurat pod ręką zestaw małego samobójcy i gęsie pióro. Nada się idealnie.

Sięgnęła znowu do szuflady i rzuciła na blat zaostrzone pióro oraz nożyk do tapet. Agnieszka niewiele myśląc zgarnęła ostrze. Nacięła skórę dłoni, zamoczyła pióro w krwi i zaczęła składać podpisy. Chwila strachu i gotowe.

– Gratuluję. Właśnie zostałaś kolejną duszą w naszym piekielnym haremie. Zapamiętaj. Twój numer ewidencyjny to: dwanaście piętnaście siedemdziesiąt dwa. Życzę miłej wieczności w cierpieniu – ostatnie słowa staruszki przerodziły się w złowieszczy chichot.

Agnieszkę sparaliżowało. Piekło, harem, dusza? Co tu się do ciężkiej cholery dzieje? Przypomniała sobie o Stworku i kamieniach schowanych w kieszeniach. Może nie jest jeszcze za późno. Zdrową ręką wyrwała jeden z nich i ścisnęła tak mocno jak tylko mogła.

Poczuła tylko, że jakaś magiczna siła wysysa ja z gabinetu i film się jej urwał.

***

Patryka obudziła Agnieszka wiercąca się na łóżku. Pewnie miała znowu ten swój koszmar. Otworzył oczy i zobaczył jak wychodzi w stronę łazienki w samej bieliźnie. Mocno jeszcze zaspany nie zauważył że jego ślicznotka w jednym ręku coś mocno ściska, a z drugiej kapie jej krew. Zarejestrował tylko szum wody w kranie i mycie rąk. Po chwili jednak przebudził się bardziej, bo dotarło do niego, że Aga łazienkę opuściła już bez majtek i stanika. Zgrabnie kręcąc biodrami i z szelmowskim uśmiechem na twarzy szła w jego stronę. Po prostu piękna. Był jednak w tym pięknie pewien zgrzyt. Oczy. Czarne i bez wyrazu. Zupełnie martwe.

Koniec części pierwszej

(a czy nie pierwszej i ostatniej to się jeszcze okaże)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: