polskie centrum bizarro

Archive for the ‘Różne, różniste’ Category

„Nawiedzona wagina” by Carlton Mellick III (fragment)

In Fragmenty książek, Różne, różniste on Sierpień 1, 2019 at 11:09 pm

Niedobroliterkowa redakcja wstydzi się. Tak, strasznie się wstydzimy i posypujemy głowy popiołem, bo nie my jako pierwsi piszemy o tym, że po latach oczekiwania wreszcie w Polsce ukazała się książka tytana bizarro fiction Carltona Mellicka III. „Nawiedzona wagina” została niedawno wydana przez wydawnictwo Dom Horroru, dzięki uprzejmości którego prezentujemy Wam pierwszy z rozdziałów wspomnianego dzieła. Tak, nie przewidziało Wam się. „Nawiedzona wagina” to pozycja, która da Wam znacznie więcej satysfakcji, niż się spodziewacie!

Nawiedzona wagina (rozdział I)

Bałem się uprawiać seks ze Stacy, od kiedy odkryłem, że jej pochwa jest nawiedzona.

Kiedy się poznaliśmy, zupełnie tego nie zauważyłem. Wydawało się, że wszystko z nią w porządku. A nawet lepiej niż tylko w porządku. Była świetna! W każdym razie przez pierwszy rok. Po zaręczynach Stacy przeprowadziła się do mnie i wtedy odkryłem dziwne dźwięki, które wydawała przez sen. Początkowo myślałem, że po prostu chrapie. Potem, że nie wyłączyliśmy telewizora. Słyszałem głosy w ciemności – szepty, potem śmiech. Potem płacz. Potem zawodzenie. Dźwięki były przytłumione, ale z każdą nocą stawały się coraz wyraźniejsze.

– Skąd, u licha, pochodzą te dźwięki? – spytałem Stacy pewnego wieczora.

– Że co? – Zamrugała, wyrwana ze snu.

– Słyszę głosy dobiegające ze ścian – powiedziałem.

– Och… – odpowiedziała.

– Serio – kontynuowałem.

– To nie ze ścian – powiedziała.

– To ze mnie.

– Z ciebie?

– Ze środka – odparła, odkrywając kołdrę i wskazując na swoje krocze.

Parsknąłem.

– Posłuchaj – powiedziała, ściągając moją głowę w dół  i przyciskając ucho do swojej waginy. Jakbym słuchał szumu oceanu we włochatej muszelce z ciała.

– Jaja se robisz!

Zachichotała. Pewnie żartowała.

Ale wtedy to usłyszałem…

Głos w niej.

Nie rozumiałem słów. Kobieta płakała i bełkotała w jakimś chorym języku. A potem wrzasnęła mi prosto w ucho, a ja wyskoczyłem spomiędzy nóg Stacy.

Moja dziewczyna śmiała się ze mnie, mrużąc ciemnobrązowe oczy.

– Co jest, do cholery! – wrzasnąłem.

– Mówiłam! – powiedziała.

– Co to jest?

– Duch – odparła.

– Co?!

– Jestem nawiedzona – powiedziała, dotykając swojej pochwy z uśmiechem.

– W jaki sposób duch dostał się do środka?

– Nie wiem – odrzekła.

– Jest tam już od dawna.

– Czemu nic z tym nie zrobisz? – spytałem.

– Co ja mogę zrobić?

– Nie wiem… po księdza zadzwoń?

– A co ksiądz poradzi? Wetknie tam krzyż i wypędzi duchy?

– Może…

– To naprawdę nic wielkiego. Przywykłam.

– Jak… – Właściwie to nawet tak mi się podoba.

Skrzywiłem się do żaglówki na obrazku na ścianie za nią.

– Tak – powiedziała, rozkładając nogi w poprzek moich kolan.

– Kto inny ma nawiedzoną waginę? – Spłaszczyła gąszcz włosów łonowych i rozciągnęła wargi sromowe w celach badawczych.

– Moich poprzednich facetów to kręciło.

Potrząsnąłem głową, kiedy się uśmiechnęła. Mnie to odrzucało. Ale fakt, że bałem się jej waginy, wydawał się ją podniecać.

Kochaliśmy się zaraz potem. Dla niej był to nasz najdzikszy akt seksualny ze wszystkich. Trzymała mnie pod sobą, ssąc moją dolną, spierzchniętą wargę, podczas gdy penis wsuwał się w jej nawiedzone rejony. Czerpała przyjemność z wyrazu przerażenia na mojej twarzy. Dla mnie było to najbardziej krępujące seksualne doświadczenie w życiu. Przysięgam, że tamtej nocy czułem dziwne rzeczy w jej wnętrzu. Upiorny oddech na czubku fiuta.

 

Byliśmy jednak tak szaleńczo zakochani! Nie brałem pod uwagę odejścia z powodu ducha w jej pochwie. Była dla mnie wszystkim. Tak ∞ ją kochałem! (Znaczy nieskończenie).

Pochłaniała mnie od naszego pierwszego spotkania. Poznaliśmy się w autobusie, przypadkowo zasypiając, moja głowa na jej kolanach, przykryta kocem jej brązowych loków, gorący oddech na moim karku. Kiedy się obudziliśmy, powiedziała: „miło było”, a ja się uśmiechnąłem. Była bardzo wysoka, zwłaszcza jak na Azjatkę. Prawie trzydzieści centymetrów wyższa ode mnie. Miała jedwabiste, kręcone włosy i nosiła małe, owalne okulary.

Powiedziała, że ma wygodne łóżko, w razie gdybyśmy chcieli kontynuować sen. Zgodziłem się, sądząc, że ma na myśli seks. Całą drogę do domu świeciłem oczami, próbując ukryć wzwód pod płaszczem. Ale ona naprawdę chciała tylko spać. Było późno. Oboje wracaliśmy z drugiej zmiany. Poszliśmy do jej małego mieszkanka o podłodze zasłanej praniem – upierała się, że jest czyste – i rozebraliśmy się do koszul, bielizny i skarpetek.

Miała rację. Łóżko zdecydowanie było wygodne. Największe, najbardziej puchate w jakim kiedykolwiek spałem. Przytulała mnie całą noc jak misia. Nawet nie znaliśmy naszych imion, ale były to najmilsze momenty, jakie kiedykolwiek spędziłem z drugą osobą.

Przedstawiliśmy się sobie następnego ranka.

– Steve! – powiedziała, wyskakując z łóżka na kuchenny blat. – Nie znoszę tego imienia! Widziałem jej kakaowe sutki przez T-shirt. Musiała zdjąć stanik jakoś w nocy.

– Przykro mi… – odparłem.

– Ha, ha! – powiedziała, wyciągając zębami lucky charma z pudełka. – Kiedy chcesz to znowu zrobić? – spytała.

Wzruszyłem ramionami.

– Dziś wieczorem?

Przytaknąłem, zakładając spodnie.

– Do zobaczenia w autobusie – powiedziała, kiedy wychodziłem.

Przez trzy tygodnie spaliśmy tak razem. Żadnego seksu. Nie całowaliśmy się. Nigdy nie zdjęliśmy nic więcej niż spodnie. Tylko śniliśmy razem.

Krótkie rozmowy. Żadnych randek. Nie poznawaliśmy się. Tylko spanie. Traktowała mnie jak żywą przytulankę.

 

W końcu zaczęliśmy rozmawiać.

Dowiedziałem się, że jej ulubione danie to nadziewane liście winogron, a wszystkie jej ukochane filmy to produkcje rosyjskie. Urodziła się w Tajlandii, ale została adoptowana przez bogatą rodzinę Afroamerykanów, zanim jeszcze nauczyła się chodzić, w związku z czym spędziła większość życia na bogatych przedmieściach Los Angeles. Studiowała dziesięć lat tutaj, w Portland, uzyskując dyplomy na wszystkich możliwych kierunkach. Nie interesowała jej kariera. Po prostu lubiła uczyć się nowych rzeczy, a jej rodzice płacili za wszystko, aż skończyła trzydzieści lat. Wtedy odcięli ją od portfela i musiała znaleźć pracę. Niestety dyplomy z filozofii, historii, rosyjskiego, antropologii, psychologii i humanistyki okazały się bezużyteczne na rynku pracy, więc zatrudniła się w jednym z tych hipsterskich butików odzieżowych w centrum. Wtedy odkryła, że projektowanie ubrań to jej życiowa pasja i od tamtej pory oszczędzała na powrót do szkoły.

 

– Ja nigdy nie byłem w koledżu – wyjawiłem.

– Nigdy, przenigdy? – dopytywała.

– Chciałem zostać muzykiem. Śpiewałem i grałem na gitarze. Chciałem być jak Beck lub ten koleś z Soul Coughing. Poddałem się po dziesięciu latach, podczas których niczego nie osiągnąłem. Tłumy mnie nie pokochały. Kluby nocne przestały mnie zapraszać. Wciąż grałem na scenie otwartej w Produce Row, ale w końcu to rzuciłem. Miałem dość braku aplauzu. Dość ignorujących mnie ludzi, którzy gawędzili przy stolikach, jakby mnie tam nie było. Jedna wielka strata czasu.

– Czy granie cię uszczęśliwiało? – spytała.

– Tak – odparłem. – No to nie była to strata czasu – powiedziała.

Wtedy zrozumiałem, że jestem w niej zakochany.

 

Kilka miesięcy później wciąż jednak nie zdawałem sobie sprawy, że ona czuje to samo. Powtarzała, że jestem mały i słodki, ale to niczego nie dowodziło. Terier też taki jest,  a ja chciałem, żeby kochała mnie bardziej niż teriera.

Pierwszy raz kochaliśmy się w dniu, w którym dowiedziałem się, że odwzajemnia moje uczucia. Spacerowaliśmy po parku, niedaleko muzeum sztuki, rozmawiając o muzyce. Mówiła, że chce skonstruować theremin i założyć zespół. Spytałem, czy mogę dołączyć. Zaprzeczyła. Chciała grać Schuberta i Debussy’ego na thereminie, uważała, że nie pasowałbym. Potem rozmawialiśmy o planach interpretacji Śmierci i dziewczyny i jak chciała ją dopasować do przedstawienia bondage.

Idąc, minęliśmy parszywego bezdomnego. Miał ze czterdzieści lat, spał na ławce, drżący i przemoknięty. Rozpoznałem go. Miał na imię Donut. A w każdym razie tak zwracali się do niego kolesie. Niewiele myśląc, zdjąłem płaszcz i okryłem go nim. Dziwne, bo latami nie dawałem bezdomnym nawet drobnych. Dawno temu, po przeprowadzce do Portland, robiłem to codziennie. Jeśli miałem drobne i ktoś o nie poprosił, oddawałem. Ale w końcu przestałem. Głównie dlatego, że przeszedłem na płatności kartą. Zwyczajnie nie miałem monet. Ale i tak o nie prosili. Za każdym zakrętem, dzień za dniem. Kiedy miałem drobne, nawet nie dziękowali. Kiedy przepraszałem za ich brak, wkurzali się i pluli mi na buty. Donut był z nich najgorszy. Krępy, czarnoskóry facet w jaskrawopomarańczowym swetrze warował w okolicach Pioneer Square. Nie od razu prosił o drobne. Najpierw pytał, czy mam jakiś problem z czarnymi. Mówiłem, że nie. Potem prosił o drobne. Dawałem, jakby udowadniając, że nie mam problemu z czarnymi. Wtedy on ciągnął za mną całą przecznicę, prosząc o nieco więcej. Oddawałem mu, ile miałem, nawet dolara czy dwa. Znów prosił o więcej. Jeśli kiedykolwiek odmawiałem, nazywał mnie rasistą.

– Och, więc teraz jesteś skinheadem – mawiał. – No to sieg heil, skinheadzie! – i wrzeszczał tak dwie kolejne przecznice. – Sieg heil! Sieg heil!

Po kilku takich konfrontacjach zacząłem unikać wszelkich interakcji z bezdomnymi. Nawet na nich nie patrzyłem. Ale wtedy, podczas spaceru w parku, oddałem Donutowi mój płaszcz za dwieście dolców, temu samemu Donutowi, który wyzywał mnie od rasistów, kiedy nie dostał drobnych. Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Wcale nie chciałem oddać mu płaszcza. Nie musiałem niczego udowadniać. Po prostu zobaczyłem kolesia marznącego na ławce i przykryłem płaszczem, a potem poszedłem dalej. Może to z powodu Stacy. Może czułem się po prostu tak szczęśliwy, idąc obok niej, że chciałem uszczęśliwić kogoś innego. Nie wiem. Kiedy Stacy zobaczyła, że oddałem płaszcz, jakby to była zupełnie zwyczajna, codzienna czynność, zatrzymała mnie, pochyliła się i złożyła na moich ustach głęboki pocałunek, a potem wyznała mi miłość. Jej oczy błyszczały. Kochaliśmy się tej nocy, po czym jej puchate łoże szybko zostało przestawione do mojego domu.

 

Niedługo potem znów natknąłem się na Donuta. Wciąż wyzywał mnie od nazistów, nosząc mój płaszcz za dwieście dolców na pomarańczowym swetrze. Nie mogłem przestać się uśmiechać. Krzyknął swoje sieg heil, a ja i tak się uśmiechałem. Widać było, że wkurzyło go to jeszcze bardziej, bo zagroził, że mnie spierze na kwaśne jabłko, ale tamtego ranka czułem się tak szczęśliwy, że nic mnie nie ruszało.

/…/

PS. Zainteresowanych zakupem „Nawiedzonej waginy” odsyłamy na stronę wydawnictwa Dom Horroru:

http://domhorroru.pl/

bądź do księgarni, których listę znajdziecie poniżej:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4881259/nawiedzona-wagina

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Nasi w Stalowej Woli

In Patronat, Różne, różniste on Czerwiec 21, 2019 at 6:00 am

Już za dwa tygodnie emisariusze Paskuda nawiedzą Stalowowolskie Spotkania z Fantastyką. Najpierw Kazek Kyrcz solo, ale zapewne z udziałem licznie zgromadzonej publiczności, opowie o kultowej w pewnych kręgach (choć zapewne nie w gronie jego ofiar!) postaci Dextera Morgana i jemu podobnych typek tudzież typków, a później trio w składzie: wyżej wymieniony (nie Dexter Morgan – ten pierwszy!) plus Darek Kuchniak plus Michał Górzyna podzielą się – z jeszcze liczniej zgromadzoną publicznością, swoimi traumami i bolączkami związanymi z systemem edukacji popularnie utożsamionym ze szkołą vel budą.

Jak zwał, tak zwał – najważniejsze, że nie może Was tam zabraknąć.

Si ju lejter eligejter!

PS. Więcej o samej imprezie znajdziecie na fejsie:

https://www.facebook.com/stalowafantastyka/?tn-str=k*F

albo lepiej tu:

O Nas

 

„Zaatakowany przez Holenderkę” by Dariusz Bednarczyk

In Opowiadania, Różne, różniste on Maj 17, 2019 at 6:00 am

niedobreliterkitxtZastanawia Was czasami, do jakich wniosków dojdą przyszli -lodzy (archeolodzy, socjolodzy, etnolodzy, psycholodzy etc.), usiłujący zrozumieć naturę naszych czasów? Ludziom współczesnym niekiedy ciężko się połapać, o co biega globalnie i lokalnie, znać że -logów czeka niemały orzech do zgryzienia. Poniższy zestaw szortów bywałego już na dworze Paskuda Darka Bednarczyka, pozwoli Wam poczuć się trochę jak taki -log. Niewykluczone, że doznacie olśnienia i pojmiecie sens otaczającej nas matni. Albo zrozumiecie istotę związku bydła rogatego z piłką nożną. Wszak są rzeczy na Ziemi i niebie, które nie śniły się filozofom. Jedną z nich niechybnie jest dwór Jednookiego i wysypujące się ze niego literki. Małe, duże i kudłate…

Czytaj resztę wpisu »

„Na początku było Piwo” by Maciej Żołnowski

In Różne, różniste on Marzec 4, 2019 at 6:00 am

Drodzy moi, drodzy mili! Jak licznie żeście przybyli! Jeśli chcecie wiedzieć czemu, zaufajcie Paskudnemu: uciekajcie do kazamat, na Literkach mamy dramat. Ekhem… Maciej Żołnowski ma wiele oblicz (o jego kolorach i ich odcieniach nic nie wiemy, zatykamy uszy i lalalujemy!). Wiemy, że Maciej ma coś wspólnego z robotą na packingu, magicznymi elementami odzieży oraz na pieńku z odkurzaczami, ale nikt nie podejrzewał, że wyjdzie z niego dramaturg. Przyznajcie, pewnie dawno zapomnieliście, co to didaskalia, akty, sceny i inne Antygony. Czy ktoś jeszcze docenia, jak zacny to gatunek? Czy ktoś?! Tutaj zaś nie dość, że dramat, to jeszcze apoteoza. I to nie byle jaka i nie byle czego. Radujcie się, wielbiciele trunku o kolorze bursztynu! Czas waszej chwały nastąpił w antycznym stylu!

Czytaj resztę wpisu »

„Wstyd” by Darek Kuchniak

In Różne, różniste on Styczeń 23, 2019 at 7:00 pm

Nowy Rok rozpoczęty, a Niedobre dopiero przed momentem wytrzeźwiały! Czy to ma świadczyć o tym, że było fajnie, czy wręcz przeciwnie – niech każdy oceni sam. Nam może jedynie być Wstyd. Przy czym „Wstyd” nie byle jaki, albowiem Darka Kuchniaka, a jak Darka, to również pewnego jegomościa, co go zwykle widują w towarzystwie tomahawka. Tamtemu też jest wstyd (jegomościowi, nie toporkowi), ku naszej wielkiej, zbiorowej uldze. Bo zawsze lepiej wstydzić się w kupie niż z osobna! Rozpoczynamy więc Pewnym Apaczem, który jak zwykle jest w formie; w krótkiej formie, ale przecież długość się nie liczy. Liczy się przesłanie, czasem zwane „wnętrzem” lub „osobowością”… Aha, jeśli Wam mało Pewnego Apacza, zapraszamy na bloga onemu poświęconego. Znajdziecie go tu: synowcyki.blox.pl (bez kropki na końcu, co oczywista!).

Wstyd

Rozzuchwalony tym, że zuchwałość nie jest już dzisiaj w cenie, Pewien Apacz otworzył oczy. Następnie pobrał niezbędną liczbę fotonów i wykrzyknął w uniesieniu: „Świecie nasz, jesteś coraz piękniejszy!”

Miałeś wczoraj udany seks – stwierdził Indianin, kiedy spotkał mnie na porannym joggingu.

Po czym wnosisz? – spytałem zdumiony.

Zwykle po schodach, ale dzisiaj skorzystałem z windy, albowiem kręgosłup zagroził, że oskarży mnie o mobbing.

Pytam, skąd ci to przyszło do głowy?

Przyszło do mnie, nie wiem skąd. Zaszumiało w głowie tak dokładnie.

Sam coś wymyśl, a nie podpieraj się tekstem piosenki „Oddziału Zamkniętego” – odparłem z wyrzutem.

Jaryczewski miał do pomocy gandzie.

Też mi tajemnica. Czy to znaczy, że brzytwa Van Gogh’a ma po nim odziedziczyć majątek?

W Europie to nie przejdzie, ale gdyby zechciała przenieść się do Stanów, jej szanse diametralnie wzrosną.

Wystarczyło powiedzieć, że mi zazdrościsz udanego pożycia. Tymczasem rzucasz w twarz gandzią i Van Goghiem. Nieładnie!

Teraz mi wstyd – mruknął Indianin i natychmiast się zaczerwienił.

Następnie obrał przeciwny kierunek.

„City 4” – recenzja by Dominik Dobrowolski

In Patronat, Różne, różniste, Recenzje książek i publikacji BIZARRO on Grudzień 12, 2018 at 6:00 am

Lepiej późno, niż wcale – to fakt powszechnie znany. Dlatego też, z małym, jesiennym poślizgiem, prezentujemy wam recenzję czwartego tomu opowiadań grozy City, którą na zamówienie Paskuda napisał Dominik Dobrowolski. Żeby nie przedłużać, zapraszamy do zapoznania się z tymże wysmakowanym tekstem. Na zdrowie!

City 4 – recenzja

Zbiory City są ewenementem na naszym, niezbyt przychylnym literackiej grozie, rynku wydawniczym. Zarazem też niewątpliwą nobilitacją dla autorów, którym udaje się trafić do ich spisu treści. Niektórzy spośród z nich zadawalają się jednorazową przygodą, inni – jak w przypadku Anny Szczęsnej, Zeter Zelke, Kornela Mikołajczyka, Dariusza Muszera, Bartosza Orlewskiego, Jarosława Turowskiego, Marka Zychli, czy najbardziej utytułowanego w tym gronie Tadeusza Oszubskiego – podejmują rękawicę, uczestnicząc w kolejnych odsłonach serii.

Serii, z którą warto się zapoznać z wielu powodów. Najważniejszym z nich jest oczywiście wsad, czyli niezmiennie wysoki poziom prezentowanych tekstów. Stanowi on coś w rodzaju przeglądu aktualnego stanu polskiej grozy, a w szerszej perspektywie pewnego rodzaju świadectwo tego, jak ta groza ewoluowała. I tak, w najnowszym tomie, który pojawił się w sprzedaży kilka miesięcy temu, pewne novum stanowi większa niż dotąd reprezentacja tekstów romansujących z kryminałem (Wazon, Wet za wet), posapo (Gręboż, Przebudzenie ćmy, Kiedy przylecą ptaki) czy bizarro fiction (Czarne myśli, B, Zaburzenia atmosferyczne, Miejszczuch, Miasto snów).

Z pewnością za godne pochwały rozwiązanie można uznać Posłowie pióra dr Kseni Olkusz, która ze swadą podsumowuje książkę. Nie sposób się nie zgodzić z jej słowami, gdy pisze:  „Ta eklektyczność, wyrażana poprzez dobór pisarzy różnych generacji, tekstów reprezentujących rozmaite idee czy konwencje, nie jest wadą, lecz cechą istotnie pożądaną”.

Co symptomatyczne, we wszystkich odsłonach antologii natrafiamy na teksty naszych krajan, na stałe mieszkających za granicą i dzielących się z czytelnikami swymi obserwacjami na temat tamtejszych realiów. Bywa to zarówno pouczające, jak i straszne.

Kończąc tę recenzję, leży oddać honor wydawnictwu Forma, które z żelazną konsekwencją (przy wparciu redakcyjnym Marka Grzywacza i  Kazimierza Kyrcza) promuje rodzimych autorów. I to nie tylko tych znanych i lubianych, ale i dopiero zaczynających swą przygodę z literaturą. Wszak tradycją stało się, że do kolejnych zbiorów trafiają również opowiadania wyłonione w drodze konkursu.

Optymizmem napawa fakt, że w zapowiedziach wydawnictwa (póki co bez konkretnej daty) widnieje tytuł City 5. Antologia polskich opowiadań grozy.

Myślę, że nie tylko ja z utęsknieniem czekam na tę pozycję.

Dominik Dobrowolski

Dla nieprzekonanych spis treści:

Kazimierz Kyrcz Jr CZARNE MYŚLI
Jarosław Turowski CO SIĘ NIE ZGADZA
Marek Grzywacz ZABURZENIA ATMOSFERYCZNE
Tadeusz Oszubski PTAKOT
Marek Zychla TAKSYDERMIA
Zeter Zelke MIEJSZCZUCH
Adam Podlewski DZIADY MORDORSKIE
Mariusz Wojteczek ZNIKANIE
Tomasz Krzywik UL
Marcin Zwoleń PRZEBUDZENIE ĆMY
Dariusz Muszer GRĘBOŻ
Jacek Skowroński KIEDY PRZYLECĄ PTAKI
Kornel Mikołajczyk WAZON
Janusz Mika WET ZA WET
Bartosz Orlewski B
Hubert Jarzębowski UKĄSZENIE LOVECRAFTA
Kacper Kotulak MIASTO SNÓW
Istvan Vizvary WINDA
Dagmara Adwentowska ROZBIÓRKA
Adam Froń LIST POŻEGNALNY
Joanna Łańcucka ROŚLINY OZDOBNE
Krzysztof Kochański PRZECIĄG
Flora Woźnica PĘTLA
Marta Sobiecka PAN PATRZY
Anna Szczęsna PTASIE SERCE
Kazimierz Kyrcz Jr CZARNE CZYNY
posłowie (Ksenia Olkusz)

PS. Książkę, podobnie jak poprzednie tomy, można zamawiać na stronie wydawnictwa Forma, a także w sieci księgarni Bonito.

 

„Myśli pocieszenia” by Rafał Kuleta cz.II

In Różne, różniste on Listopad 23, 2018 at 6:00 am

Obiecanki, nie cacanki, przynajmniej nie w przytomności Paskuda, który wiarołomstwa nie trawi… To znaczy trawi, a jak strawi, to wymiotuje nim w twarz przeniewiercy. Nikomu taki los nie jest miły, toteż czym prędzej, w te pędy i w trymiga przekazujemy w Wasze oczy, drugą porcję „Myśli PocieszeniaRafała Kulety.

Musicie przyznać, że perspektywa ocalenia twarzy przed żrącą wymiociną Jednookiego jest wielce pocieszająca! Poniżej obiecane drabble. Bierzcie i czytajcie z tego wszyscy! Osoby, którym w trakcie lekturzenia siądzie psycha, prosimy o kontakt na number składający się z samych szóstek, albowiem kazamaty Paskuda świecą coraz cichszymi pustkami. Paskud lubi mózgi, zwłaszcza powichrowane, a w lochach ino pajęczyny, co nas wielce smuci. Bo jak nie Wy… to my. Sokole me oko już zauważyło kilku redakcyjnych kolegów ze słomką w uchu, z Paskudzią pieczęcią, więc nie do ruszenia!

Ech, wszystkim nam trzeba pocieszenia. Całe szczęście są drabble!

 

 

Myśli pocieszenia

Część II

 

Zabawa mimo wszystkich sprzecznych wniosków

Ceny rosły jak wieżowce. Niejednokrotnie przewyższały. Ludzie wbici w chropawy asfalt ubóstwa. Była jednak grupka młodych, rześkich, kreatywnych, która doskonale sobie radziła w konsumpcyjnym molochu.

Dwa dni stali przed labiryntowym sklepem. W końcu weszli i zaczęli korzystać, ile dusza zapragnie.

– Ale zapach!

– Mi się nie podoba. Kosztuje trzy stówy, a wcale nie jest taki dobry. Zbyt ciężkawy, mdłosłodkawy. Spróbuję inne próbki. Jeśli jakaś mi się spodoba, to będę przychodzić tu częściej, żeby się popsiukać.

Bawili się, korzystali z życia pod chrapami korporacyjnych molochów.

Koniec dnia zwieńczył koncert. Jak najbliżej imprezy, gdzie wszystko spoko słychać. Bawili się aż do zbielonego rana.

 

W głąb przeczucia

Łoskot, sapanie, pociąg szarpie, ale tylko na zewnątrz, bo w środku harmonia, uśmiech szczery, czasem śmiech.

Mijamy różne wersje białych koni. Jeden stoi, kontempluje; drugi biega w kółko; trzeci ćwiczy na casting do cyrku. Niebo przezroczyste, prześwituje przez nie kosmos. Pociąg chce wskoczyć w tę lukę, nawet się udaje, ale potem przystaje i już trzeba wysiąść. Idziemy – ja i marzenie. Marzenie nie nadąża, ja już śnię dalej, wyżej, śmielej. Wchłaniam fragmenty otoczenia, rodzaje rzeczywistości we mnie i poza mną. Trochę się opierają, przeciwstawiają, w końcu się poddają, ale ja już jestem krok myśli dalej, poziom odczuwania wyżej, w głąb przeczucia.

 

Na wykładzie z teorii wykładu

Smród teorii w opozycji do zapachu praktyki. Wykład składni bez ładu, składu, choć w sumie różnica pokładów wiedzy mnoży się, wręcz dzieli przez skrajnie intymną nieistotność, cokolwiek wykładowca miał na myśli. A wykładowca wykładał kolejne argumenty z serii wykładów o sensie istnienia sera w serum.

Ale siedzieli, milczeli, słuchali. Sala pochylona, slalom głów w dół. Z przodu czoła, z tyłu stopy. Jedna noga dłuższa od pozostałych wydłuża się. Dominanta smrodni niezbyt roztargnionych skarpetek. Akurat przed nosem jednego, nosem drugiego, noskiem trzeciej. No to pociągnęli kolektywnie. Nie nosami. Za but, sznurówkę, skarpetkę, skórę, kość. I po nodze. Po smrodzie. Po wykładzie.

 

Nieskrępowane niczym uczucie wolności, radości, wyzwolenia

Las sosnowy, ciężki, twardy, drzewa masywne jak kolumny, między którymi przemyka się efemeryczna kobieca postać. W zwiewnej koszuli, na bosych stopach, biegnie po palącym od mrozu, zbitym w parzące grudy śniegu. Nie czuje bólu, tylko radość. Każdy jej oddech dyszy wolnością. Nieskrępowanym wyzwoleniem. Byleby tylko znaleźć jak najszybciej. Póki energia jej nie opuści.

Nie szukała długo. Polana była prześwitem między nogami sosen. Miejsce idealne. Stanęła mniej więcej po środku. Rozpostarła ramiona niczym niewidzialne skrzydła. Podniosła głowę do nieba i zaczęła się wznosić.

Mogła poszybować ponad las. Zatrzymała się tuż pod koroną najbliższego drzewa. Kołysała się, unoszona łagodnymi prądami niewyczerpanej energii.

 

Inspiracje światem

Obudzeni promieniami słonecznego księżyca, wciąż głodni, wciąż wrażliwi, wciąż ciekawi, otwarci, bogaci o siebie, światowi, bo nie istnieją granice, ograniczenia, restrykcje. Jest tylko miłość, harmonia i radość.

Za każdym razem, kiedy nasze usta zlepiają się w miodowym, waniliowym pocałunku, planujemy kolejną niepowtarzalną podróż w baśniowe, nastrojowe klimaty, pełne subtelnych myśli, odcieni barw, delikatnych, romantycznych nastrojów.

Morskie fale unoszą luksusowy statek wycieczkowy naszych marzeń. Mijamy wyspy wulkaniczne, owocowe, warzywne, o lasach liściastych, iglastych i pierzastych. Wpływamy między łańcuchy górskie rozwieszone na choinkach archipelagów. Zaraz pojawią się ośnieżone szczyty gwiazd. Zaśniemy w ciszy, przytuleni, namacalni, obiecani sobie, obejmujący w ramionach cały wszechświat.

„Myśli pocieszenia” by Rafał Kuleta cz. I

In Różne, różniste on Październik 27, 2018 at 6:00 am

Paskud oko ma leniwe i tylko jedno, ale jak już je rozewrze, to rzuca urok, któren sprawia, iż nawet jeśli przy pierwszym spotkaniu Pan Niedobrych wydaje się dziwny, parchaty, wręcz odrażający, to jakiś czas po szoku poznawczym chce się doń wrócić. Ba! Żyć bezeń nie można. Toteż ku uciesze Wszechświata wrócił i przyniósł! Drabble.

Rafał Kuleta jest dobrze znany na dworze Jednookiego, miłościwie nam panującego. Przeto mamy dla Was kolejną porcję krótkiej formy jego autorstwa. Dobroci te na dwie części podzielon (by urząd podatkowy nie dowiedział się zbyt szybko, że Paskud tak bogaty w niedobre literki!). Pierwsza garść utrzymana w nieco minorowym tonie, ale tylko nieco, więc bez obaw! Wszak to zbiór pocieszenia, toteż nawet tam, gdzie ciemno i ponuro, uważny Czytelnik odnajdzie iskierkę nadziei. Obiecujemy, że kolejna garść drabbli będzie już zupełnie pocieszająca, coby przegnać smutki, jakich nie brak na tym świecie pełnym chamstwa i brutalności.

I nie mówcie więcej, że Jednooki nie dba o Wasze zdrowie psychiczne. Dba. Pochyla się nad tym zagadnieniem bardzo nisko. Bo z tego, co myszki mówią, kończą mu się brańcy w kazamatach, a wysysać z kogoś tę różową galaretkę trzeba. Ponoć schizofreniczna najsmaczniejsza!

Tymczasem smakujcie drabble, póki ciepłe!

 

Rafał Kuleta

Myśli pocieszenia

Część I

 

Cieniste cienie

Cienie ludzi przenikały się. Nie łączyły się, tylko przechodziły przez siebie, przemieszczały się z jednego cienistego miejsca w drugie cienistsze, pozostawiały smugi, niedopowiedzenia, niespełnione marzenia, życzenia bez pokrycia. Cienie ludzi ganiały własne cienie, które rozpościerały dalsze cienie, sięgające dalej niż zapomniane wspomnienie. Cienie były równie samotne jak ludzie, którzy dawno odeszli od siebie.

Jeden z cieni, jeden jedyny, jakoś jednakowo niezmienny w cienistości, cienisty w niezmienności, oderwał się od innych cieni i pomknął w wycieniowany cień innej, tym razem żeńskiej cieni, z którą zapragnął pozostać do końca, do dnia, aż wzejdzie słońce i połączy wszystkie niczyje cienie w jedną własność.

 

W tym kraju rzeczywistość ćwiczy stanie na głowie

Pejzaże opustoszałych miast odziane w niepokojącą, ubogą w ornamenty architekturę ściekającą w wydłużone, ewakuujące się w głąb perspektywy. Rezydują tu złowrogo ubrane w czerń cienie, beznazwiskowo-bezimienne posągi oraz bezokie i beztwarzowe manekiny ze zdartą skórą i otwartymi korpusami. Przedmioty codziennego użytku pojawiają się i znikają, odgrywają dziwaczne role, zestawiają się w pokraczne, powykrzywiane połączenia i ustawienia. Zaskakuje ich obecność i nieobecność. Niepokój podróżuje tu niekończącymi się dworcami kolejowymi, autobusowymi, lokomotywowymi statkami i parowozowymi tramwajami. Promy ulic opływają w dramaty: rozkojarzone, konfrontujące logikę z bezkresną wyobraźnią, zamieciony porządek z zamierzonym chaosem. Melancholijno-prostolinijne i dobroduszne duchy rozmów zastygają w cząsteczkach szeptanego powietrza…

 

Czarny Dwór

W czarnym Czarnym Dworze jest czarny, czarny dwór. W tym czarnym, czarnym dworze jest czarny, czarny salon, w którym są czarne, czarne drzwi otwarte na czarno, na oścież oraz na czarny, czarny las. W tym czarnym, czarnym lesie jest czarne, czarne drzewo. W tym czarnym, czarnym drzewie jest czarna, czarna ulica, w której topi się czarny, czarny asfalt. W tym stopionym na czarno czarnym, czarnym asfalcie pływa czarny, czarny szkielet czarnej, zwinnej, drapieżnej ryby. I ten czarny, czarny szkielet czarnej, zwinnej, drapieżnej ryby wylądował w czarnym, czarnym sosie w czarnej, czarnej wazie na czarnym, czarnym stole w czarnym Czarnym Dworze.

 

Jedna mała myśl też cieszy

Rozkładał się obozowiskiem nad jedną myślą, strumieniem wybijającym z niego, z głębi, z trzewi, żwawo płynącym, wzbierającym, rwącym jak rzeka tocząca muszelki, kamyki, kamienie, głazy, przewalająca kamieniołomy, pustosząca góry, taka jedna myśl, a zdolna czynić cuda. Przepływał na jej grzbiecie znaczeń przez doliny, morza i oceany.

Wszystko wokół się rozpada, rozwala, zawala, przesadnie wulgaryzuje, rynsztokuje, luje taplają się we własnej rzezi, niby słownej rui, wyrazowych rzygowinach i plwocinach. A myśl trwa, wieczna jak opoka, energetyzująca, zenergetyzowana, utrwalona, trwała.

Serce już skostniało, zwapniało, skamieniało, lecz tak naprawdę przetrwało. W myśli małej, stałej jak najczystsze uczucie, zdolne odeprzeć wszelki szlam, błoto, turpizm.

 

Idziemy, przebywamy, przenosimy się

Idziemy do sklepozy. Do zasklepionego sklepu. Do kopuły sklepienia świątyni konsumpcji. Kupimy bułkę gżegżółkę. Pyszna bułka, w smaku ulotna jak kukułka, posmarowana masłem skrzydeł, które odlatują w podniebienie-sklepienie ramion wzniesionych do nieba. Ale nieba nie ma, jest tylko gołe łono kosmosu, który wysysa wszystkie soki ze źdźbeł kręgosłupów o głowach-kwiatach udających ludzi.

Trawa kwitnie pod ziemią. Nie ma naziemności, tak jak nie ma litości, ani miłości, są tylko rzeki cieknącej z ran ropy, pełnej okrucieństwa i okruchów pleśni. To po co tu przebywać? Jaki jest sens? Przenoszę siebie z miejsca na lepsze miejsce. Zawsze mi się wydaje, że jest lepsze.

 

Rogale na buziach

Studenci siedzieli w Auli i pisali egzamin z przystosowania do życia. Niektórzy opisywali swoje marzenia o założeniu rodziny, inni chwalili się osiągnięciami erotycznymi, mniej lub bardziej wybujałymi. Jeden ze studentów spisywał sagę rodzinną, a pewna bardzo ambitna studentka płodziła przyszły bestseller: gorący romans w sam raz na plażę lub pod namiot w deszczowy dzień.

Cichy, wyjątkowo nieśmiały student wyrażał niewiarygodnie długie życzenie, rozwijając je literacko, którego głównym spełnieniem było to, by w dalszym życiu wszyscy zgromadzeni na Auli mieli rogale na buziach. Zawsze i wszędzie.

Później, długo po egzaminach, już na wielu ścieżkach, drogach i autostradach życiowych, różnie to bywało…

V Stalowowolskie Spotkania z Fantastyką – patronat

In Patronat, Różne, różniste on Czerwiec 16, 2018 at 5:07 pm

Już za trzy tygodnie do Stalowej Woli wybierze się nasz emisariusz w (nie) zacnej osobie Kazimierza Kyrcza Jr. Nieważne, czy macie blisko czy daleko, czy mieszkacie za górami czy za rzeką, tak czy owak warto się wybrać. Nasz redakcyjny koleżka opowie bowiem o tym, na czym się zna najlepiej. A cóż to jest takiego…? Sprawdźcie sami – nie będziecie zawiedzeni!

A dla tych, dla których wujek Google nie chce być wujkiem poniżej umieszczamy linka do oficjalnej strony imprezy:

http://www.ssf.net.pl/

no i do ich fejsa:

https://www.facebook.com/stalowafantastyka/

Q chwale!