polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘Juliusz Wojciechowicz’

„Jazda po piorunochronie. Pierwszy rozdział” by Darek Kuchniak i nasi na Sabacie

In Opowiadania, Patronat on Sierpień 14, 2018 at 11:32 am

Już w najbliższy weekend kilku związanych (niekoniecznie cyrografem!) z Niedobrymi Literkami autorów pojawi się na kieleckim konwencie Sabat Fest (scalonego z Jagaconem). Będą to: Kazimierz Kyrcz Jr, Juliusz Wojciechowicz, Marcin Rojek i autor poniższego opowiadania, dla niepoznaki nazwanego pierwszym rozdziałem, Darek Kuchniak.

Bizarrycznie zapraszamy!

 

Jazda po piorunochronie

Rozdział I

 

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem dom, polecony przez najlepszego przyjaciela, nie byłem zachwycony. Drewniana chata pamiętała czasy carskie i wyróżniała się fatalnym staniem technicznym. Dziurawy dach, wypaczone okna i drzwi, zaś o podłodze szkoda gadać. Wartości nieruchomości nie podnosił fakt, iż stała na skraju wsi, a jej bezpośrednie sąsiedztwo stanowiło niewielkie trzęsawisko o nader specyficznym zapachu.

Jedynym człowiekiem, który ukochał to miejsce, był malarz Stefan B. Zarabiał na życie tworząc sceny rodzajowe z nieśmiertelnym jeleniem na rykowisku, ale jego prawdziwym powołaniem był surrealizm. Mieszkał tu od pięciu lat, odkąd wyprowadził się z Warszawy, albowiem atmosfera stolicy nie służyła jego twórczości. Artysta miał czterdzieści pięć lat, mierzył blisko dwa metry, a jego bujna niegdyś czupryna przerzedziła się znacznie.

W przeddzień mojego przyjazdu intensywnie lało, droga do domu stała się błotnista. Na szczęście napęd na cztery koła, którym dysponuje mój wóz, sprawdził się doskonale w trudnych warunkach. Kiedy dotarłem na miejsce, nie zastałem nikogo. Ani śladu żywego ducha. Spenetrowałem dom i najbliższą okolicę, ale bez rezultatu. Zrezygnowany usiadłem na kanapie w salonie. Przez chwilę bawiłem się bezwiednie suwakiem kurtki. Nie miałem najmniejszego pojęcia, co dalej robić. Lodówka była pusta niczym czytelnia w bibliotece gminnej. Sytuację pogarszał fakt, iż miejscowy sklepikarz nie chciał słyszeć o płaceniu kartą kredytową.

Włączyłem telewizor. Amerykański sitcom wprowadził mnie w dobry nastrój.

Przerwa na reklamy. Ziewnięcie, irytująca krosta na tyłku, drapanie, ulga.

Nagle dociera do mnie, że nie jestem sam. Postawny Indianin w garniturze od Gianniego Versace usiadł na parapecie i gapił się na mnie bezczelnie.

– Kim pan jest ? – zapytałem bezwiednie.

– Nazywają mnie Pewien Apacz – odparł. – Stefan jest moim najlepszym przyjacielem i kazał pana przeprosić. Uznał, że rzeczywistość zbyt go uciska i odszedł.

Wbiłem w niego wzrok.

Bredzi, pomyślałem i zacząłem się nerwowo śmiać.

– Co to znaczy, że odszedł?

– Założył plecak, buty. Zaprzągł odpowiednie partie mięśni do roboty i tyle go było widać. Nie mam najmniejszego pojęcia, kiedy wróci.

Odetchnąłem z ulgą. Zyskałem pewność, że pożal się Boże artysta nie stał się, przynajmniej na razie, pokarmem dla dzikich zwierząt. Założyłem nogę na nogę i począłem dumać. Jechać do domu czy do najbliższej knajpy? Co mam do cholery robić?

– Widzę, że jesteś w kropce. Zjedźmy coś i zastanowimy się, co robić dalej – zakomenderował wojownik.

– Bardzo chętnie. Tyle że w domu owym, nie uświadczysz ni grama jadła – odparłem, nie szczędząc ironii.

– Mam na to sposób – oświadczył mój rozmówca i poczułem nagle mrowienie na karku, a po sekundzie siedziałem przy suto zastawionym stole w ogromnym i urządzonym ze smakiem salonie.

Na dębowym blacie znalazły się najlepsze potrawy z całego świata. Nie brakowało także ekskluzywnych alkoholi.

– Musimy pogadać – stwierdziłem natarczywie.

– Świetnie – zgodził się admirator garniturów. – Nawijaj.

– Co to za lokum i jak tu trafiliśmy?

– Najprościej mówiąc, znajdujemy się w chmurze danych. Sferze stworzonej przez ziemskich naukowców w dwudziestym drugim wieku. Ludzie używają tego miejsca nie tylko do archiwizowania plików, ale i do relaksu. Można tu dobrze zjeść, uprawiać niesamowity seks czy przeżyć ponownie przygody z dzieciństwa.

– Aaaa… – wybełkotałem. – Nie miałem zamiaru trzymać fasonu. Sytuacja zupełnie mnie przerosła.

– Coś mi podpowiada, że masz jeszcze wątpliwości – Indianin nie uczynił najmniejszego wysiłku, by ukryć szyderstwo.

Trudno mu się dziwić. Musiałem mieć nadzwyczaj durną minę. Co za dzień! Nabrałem podejrzeń, że tracę rozum, a mój towarzysz utwierdzał mnie tylko w tym przekonaniu. Mam to wszystko w dupie, pomyślałem i usiadłem przy stole. Kolejny kwadrans spędziłem na żywiołowej konsumpcji.

– Wygląda na to, że zaspokoiłeś wreszcie głód – stwierdził Pewien Apacz. – Wypada zatem powiedzieć, czego od ciebie oczekuję.

– A i owszem – burknąłem.

– Mam zamiar, w ciągu najbliższej godziny, dotrzeć do najlepszej knajpy w naszej galaktyce, ale brakuje mi towarzystwa. Płacę dobrze i to w gotówce – usłyszałem, tyle że nie wpłynęło to dobrze na moje samopoczucie.

– Jedyne w czym mogę ci pomóc, to naprawa kranu czy uszczelnienie okna. Jestem, co prawda, bibliotekarzem, jednak nigdy nie zarabiałem zbyt wiele, więc nie gardzę żadną fuchą. Stefan zadzwonił do mnie wczoraj i oznajmił, że przecieka mu zmywarka. A ty wyskakujesz do mnie z zajebistą technologią przyszłości i lotami międzygwiezdnymi.

Wojownik spojrzał na mnie z niesmakiem, po czym zerknął do smartfona.

– Według skanera jesteś obdarzony oryginalnym poczuciem humory. Niestety, Stwórca zapomniał zaopatrzyć cię w jaja.

– Podrażniłeś ambicję samca α tej planety. Pojadę z toby, choćby na koniec galaktyki.

Wojownik nie wyczuł sarkazmu. Po chwili siedzieliśmy w ciasnej kabinie ultranowoczesnego ścigacza i lecieliśmy w niewiadomym kierunku. Rozwój wypadków zaskoczył mnie po raz kolejny. Zwinąłem się niczym embrion na fotelu i modliłem o szybką śmierć. Nagle zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną ciężko oddycha. Odwróciłem się gwałtownie.

– Stefan! – wykrzyknąłem zdumiony.

– Cześć, Darek, miło cię widzieć – odparł malarz. – Widzę, że Pewien Apacz nakłonił cię także do podróży.

– Takim jak on nie sposób odmówić – odparłem. – Co teraz będzie? – zapytałem przejęty.

– Jak to co? Będzie się działo! – rzekł tajemniczo surrealista.

 

*

 

Po kilku godzinach lotu zdobyłem się na odwagę i zapytałem Indianina, a właściwie jego plecy:

– Mogę wiedzieć, gdzie Pan Bóg prowadzi? Pierwszy raz jestem na pozaziemskiej eskapadzie.

– Dowiecie się wszystkiego za kilka godzin.

Nie pozostało mi nic innego jak obserwować sąsiada. A ów spał, jakby nigdy nic. Od czasu do czasu stękał i mruczał coś niezrozumiałego. Dałbym wtedy wiele, by być na jego miejscu. Emocje nie pozwoliły mi zmrużyć oka. Normalny facet mojego pokroju z wyższym humanistycznym wykształceniem skupia się na wychowaniu dzieci, bilansowaniu domowego budżetu czy konstruktywnej krytyce programy telewizyjnego, a nie podróżowaniu w kosmicznej próżni.

Moje rozmyślania przerwał nagły rozbłysk jednego z ekranów.

– Widzę, że wszystko idzie zgodnie z planem. Przygotuj się do lądowania – oznajmił dojrzały czerwonoskóry mężczyzna, ubrany w tradycyjną koszulę wojenną.

– Witaj Szamanie – odparł nasz pilot. – Miło widzieć ponownie twoją starą, pooraną zmarszczkami i wykrzywioną paraliżem gębę.

– Cała przyjemność po mojej stronie – rzekł starszy z wojowników. – Biali doskonale nadają się na rytualną ofiarę. Wykonałeś kawał dobrej roboty.

Muszę przyznać, że przedostanie zdanie zaniepokoiło mnie nie na żarty. Wyobraziłem sobie od razu naszą dwójkę przykutą do męczeńskiego pala i konsumowanych przez krwiożercze potworów przy wtórze rozrywanego mięsa i łamania kości. Musiałem mieć nieciekawą minę, gdyż Pewien Apacz parsknął śmiechem.

– Z czego rżysz? – warknąłem. – Ciekawe jak byś się czuł, gdyby wydarto ci bijące serce tylko po to, by nasycić apetyt prymitywnej bestii.

– Przestań się trząść ze strachu. Staruch cię wkręcił, nie będzie żadnych tortur czy niepożądanej konsumpcji – odparł wojownik. – Powinieneś wyluzować. Bierz przykład z kolegi – śpi słodko niczym niemowlę.

– Na najbliższym postoju kupię mu smoczek i gryzaczek – mruknąłem.

– Świetny pomysł – skwitował Szaman. – A teraz przygotujcie się do lądowania. Spotkamy się za pięć minut w kapitanacie.

Nigdy nie miałem okazji widzieć kosmodromu. Ogrom miejsca przytłoczył mnie i przeraził zarazem. Jedyne co zrobiłem, to rozdziawiłem gębę i gapiłem się na wszystkie cudowności. Stefan natomiast wydawał się niewzruszony. Owszem, rozglądał się ciekawie, ale nie miał wytrzeszczu oczu, a jego żuchwa wraz z górną szczęką spokojnie przeżuwała gumę, zamiast szorować po posadzce na znak szoku.

– Byłeś tu kiedykolwiek? – spytałem podejrzliwie.

– Raz, może dwa – wymamrotał.

– Bujałeś się w kosmosie z szemranym kolesiem i nie pisnąłeś nawet słowa. Dobry z ciebie kumpel – wykrzyknąłem oburzony. – Wypada założyć solidne, podkute buciory i kopnąć cię z całej siły w dupę. Nie odzywaj się do mnie, zdrajco!

– Śmiem twierdzić, iż uznałbyś mnie wtedy za totalnego świra. Nie chciałem trafić do wariatkowa – odparł całkiem trzeźwo malarz.

Musiałem przyznać mu rację.

W trakcie pouczającej konwersacji opuściliśmy ogromną hale przylotów. Pewien Apacz nie brał udziału w rozmowie, ale pilnował, by nasza trójka się nie rozłączyła. Nie było to łatwym zadaniem, gdyż tłok był okrutny niczym w tokijskim metrze. Tysiące Indian podążało do odpowiednich śluz, a dziesiątki ogromnych jednostek floty, czekało cierpliwie na pasażerów, grzejąc silniki. Wyglądało na to, że potomkowie wodza Cochise’a w kompletnej tajemnicy opanowali galaktykę, gdzieś w głębi wszechświata.

W kapitanacie, który okazał się niewielką salą, zaopatrzoną  w ogromną liczbę ekranów i mrugających kontrolek, powitał nas Szaman.

– Miło was widzieć – zagaił gospodarz i wskazał fotele. – Zerknijcie proszę na centralny monitor.

A ty na mój środkowy palec, pomyślałem, ale nie zdobyłem się na odwagę, by to powiedzieć na głos.

– Domyślam się, że planeta stanowi cel wyprawy. Piękna i tajemnicza. Jak zwykle. Znaleźliście ślady życia? – spytał beznamiętnie Pewien Apacz.

– To będzie wasze zadanie – oświadczył starzec. – Pobierzcie sprzęt i zgłoście się do wejścia numer osiem. Załoga statku jest w pełnej gotowości.

Zerwałem się z fotela. Zupełnie spontanicznie. Jakbym stracił kontrolę nad ciałem.

– Stary, to naprawdę, po prostu nie do wiary. Szkoda tylko, że ja, do kurwy nędzy, nie mam zielonego pojęcia o eksploracji planet. Co ja tu robię? – Nagromadzone przez ostatnie godziny napięcie znalazło drogę ucieczki.

Szaman podszedł do mnie i dotknął delikatnie ramienia. Następnie  powiedział łagodnie:

– Przydasz się do czegoś innego. Wszystko w swoim czasie. Przeznaczenia nie sposób oszukać.

Z czachy zaczęło mi intensywnie dymić, ale szybko doszedłem do wniosku, że dyskusja z leciwym dziwakiem nie przyniesie nic konstruktywnego. Wziąłem kilka głębszych oddechów. Odniosły zamierzony skutek i zdołałem się uspokoić. Postanowiłem popłynąć z nurtem wydarzeń. Inna sprawa, iż brakowało jakiejkolwiek alternatywy.

– Jasna sprawa, poczekam ojczulku – odburknąłem. – W razie czego poproszę o pomoc mego jakże dyskretnego przyjaciela. Wszak posiada stosowne doświadczenie.

– Posiada – włączył się do rozmowy Indianin we włoskim garniturze. – I to całkiem sporo.

Tymczasem Stefan skupił się wyłącznie na kontemplowaniu sufitu. Wszystko wskazywało na to, że myślami wybiegał w przyszłość.

Transportowiec „Geronimo” stanowił dumę sił kosmicznych czerwonoskórych. Człowiek przywykły do urządzeń w ziemskiej skali, nie zdoła nigdy przyzwyczaić się do jego wielkości. Kiedy ujrzałem go po raz pierwszy, przyrzekłem sobie, że nie będę wychodził z kabiny. Wizja błądzenia w trzewiach monstrum nie należała do kuszących.

*

Wielu mieszkańców Ziemi chciałoby być na moim miejscu, wznieść ręce i krzyknąć z entuzjazmem: „Jestem panem świata”. Tymczasem ja daleki byłem od entuzjazmu. Rola astronauty kompletnie mi nie odpowiadała.  Jeszcze wczoraj  cieszyłem się, gdy miałem na tyłku czyste gacie, pełną lodówkę i nie musiałem chodzić co miesiąc do wenerologa. Nierzadko podkradałem kanapki koleżankom bibliotekarkom czy wrzucałem granaty dymne do gabinetu kierownika. Tęskniłem do beztroskiego życia. Chłopiec, ukryty w ciele dorosłego mężczyzny, kwilił żałośnie. Zamknięty w stalowym kolosie rozmyślałem o najbliższej przyszłości. Trzeba przyznać, że miałem złe przeczucia. W każdym ze scenariuszy ginąłem zaraz po opuszczeniu statku. Pochłonięty czarnowidztwem nie zauważyłem jak Stefan wszedł do mojej kajuty.  Spojrzałem na niego nieprzytomnie.

– Co jest? – spytał zaniepokojony. – Widzę, że nie służą ci międzygwiezdne wojaże.

– Nic się nie dzieje – skłamałem. – Opowiedz mi lepiej o naszym przewodniku po odległych galaktykach.

– Wyobraźnia Pewnego Apacza nigdy nie należała do cnotliwych. Często podpowiadała mu rzeczy, od których włosy bledną, a ciśnienie skacze niczym brzuch nałogowego konsumenta hamburgerów. Wszystko dlatego, że istota ludzka w samczej postaci, odznacza się częścią mózgu, odziedziczoną po gadach i nie lekceważy spuścizny przodków. Z ewolucją nie wygrasz, ma więcej czasu na wszystko i lepszych adwokatów. Wojownik wyznał mi, że najbardziej ceni sobie ze ssaczej części jestestwa: łaknienie sutka. Przynajmniej ma pewność, że to ludzkie, a nie odziedziczone, choćby po aligatorze. Z drugiej strony, gdyby Indianin posiadał jego skórę, i co jakiś czas ją zrzucał, mógłby szyć gustowne torebki dla wyższych sfer, a uzyskane fundusze wykorzystać do ratowania lisów polarnych. Obawiam się jednak, że to tylko „sen wariata”. W naszym kraju nie wolno się przecież wychylać – nawet w wagonie kolejki podmiejskiej.

Et tu Brute contra me – wymamrotałem. – A teraz bądź tak miły i błyskawicznie opuść pomieszczenie, chyba że wolisz krótszą wersję, którą można streścić jednym słowem – spierdalaj.

Wyszedł bez ociągania, ale jego rubaszny śmiech długo odbijał się echem od metalowych ścian transportowca. Opadłem na łóżko. Po chwili spałem jak zabity. Moje biedne, zmęczone ciało upomniało się o swoje prawa.

Obudziły mnie odgłosy kłótni. Wstałem i poszedłem w kierunku hałasu. Tym sposobem trafiłem do lokum surrealisty. Artysta wymachiwał nerwowo rękami w powietrzu i tarł policzek.

– Wodzu, jesteś zdrowo popaprany – wołał. – Komputer przedstawił właśnie wszelkie dane o tej planecie. Jest kompletnie jałowa. Nie ma sensu na niej lądować.

– Znajdujemy się na orbicie. A ja otrzymałem konkretne rozkazy. Masz godzinę na przygotowanie sprzętu – obstawał przy swoim czerwonoskóry.

– Mam złe przeczucia.

– Jak zawsze.

Kiedy tylko Pewien Apacz oddalił się na znaczącą odległość, rzuciłem Stefanowi pytające spojrzenie.

– Co się gapisz? Zbieraj graty! Wkrótce będziemy eksplorować największą piaskownicę w tej części galaktyki – mruknął kumpel. – Nie zapomnij również o dumie, jaka wypełniać musi serce kosmonauty w każdej sekundzie zaszczytnej misji.0

– Nie wszystko naraz. Przypominam, że mam niewielkie doświadczenie.

Mój rozmówca skrzywił się tylko. Nacisnął przycisk w ścianie. Po chwili w luku windy towarowej zobaczyłem, wszystko co niezbędne do przeżycia nawet na najsurowszym ze światów. Wystarczyło przenieść te cuda na pokład lądownika. Udało mi się z tym uporać w ciągu trzydziestu minut. Dumny ze sprawności, usiadłem na swoim miejscu i w napięciu obserwowałem manewry pilota. Niewiele z tego rozumiałem, ale najważniejszy był efekt końcowy. Wylądowaliśmy bez problemu.

Powierzchnia planety nie zachwyciła. Trudno ją było nazwać inaczej niż ponura i odpychająca. Brakowało roślinności, wszędzie  unosiły się tumany kurzu. Wszechobecna szarość potęgowała niekorzystne wrażenie.

Na szczęście atmosfera zawierała tlen i można było swobodnie oddychać. Wystarczyło założyć maskę przeciwpyłową.

Kiedy tylko założyliśmy obóz, przyszła kolej na rekonesans. Nie musiałem pytać – spakowałem plecak i ruszyłem powoli przez pustynny krajobraz. Wdrapałem się na najbliższą wydmę i z jej wysokości rzuciłem okiem na okolicę. W odległości kilkuset metrów rosło ogromne drzewo. Dech mi zaparło ze zdumienia, albowiem do tej pory sądziłem, iż sekwoje można oglądać wyłącznie na Ziemi.

– Wszystko fajnie, pustynia i piasek – cacy, ale kolos z rodziny cyprysowatych do niczego się nie klei – zameldowałem pozostałym. – Możliwe, że mam omamy, albo dodaliście mi coś fajnego do porannej herbatki.

– To nie są przewidzenia – usłyszałem w słuchawkach głos Pewnego Apacza. – Podejdź bliżej, a sam się przekonasz.

– Może dasz się namówić na zamianę? – zapytałem z nadzieją w głosie. – Nie mam twojej odwagi i doświadczenia. A tym bardziej garnituru.

– Brak tego ostatniego dyskwalifikuje cię znacznie w moich oczach, ale i tak nie zamierzam ruszać się z obozu – odparł wojownik.

Po kwadransie marszu dotarłem do celu. Dotknąłem pnia, licząc, że wydarzy się coś niezwykłego. Nie zawiodłem się.

– Jak się masz, synku? – usłyszałem głos zmarłej dziesięć lat wcześniej babci Marty i poczułem dłoń na ramieniu. – Ugotować ci klusków lanych?

– Cały czas rosnę – odparłem wesoło i pogłaskałem staruszkę po siwych włosach. – Na szczęście nauczyłaś mnie jak o siebie zadbać. Nie brakuję mi niczego.

– A co z moimi wnukami?

– Chłopy jak dęby. Już dawno cię przerosły – rzekłem i spojrzałem jej głęboko w oczy. – Z czym przybywasz z krainy śmierci?

– Stęskniłam się. Nawet nie wiesz jak trudno dostać przepustkę do świata żywych. Na szczęście pomógł mi przystojny i elegancki Indianin.

– A to ci niespodzianka – udałem zdziwienie. – Ciekawe, czego zażądał w zamian?

Nie usłyszałem odpowiedzi. Seniorka wyciągnęła zza pleców koszyk z moimi ulubionymi owocami.

– Kupiłam trochę truskawek – oznajmiła. – Masz, zjedź parę.

Usiedliśmy na ławce, która zmaterializowała się sekundę wcześniej. Bez skrępowania pochłaniałem przysmaki. Cieszyłem się chwilą. Szczególnie w sytuacji, gdy najbliższa przyszłość była wielką niewiadomą.

– Gdybym spytał, gdzie jesteśmy – zagaiłem – pożałowałbym tego?

– To jedna z nielicznych planet, gdzie można się czuć komfortowo w każdej sytuacji. Wyobraź sobie nasze spotkanie na Ziemi. Obawiam się, że trafiłbyś ekspresowo na oddział psychiatryczny.

– Co teraz? – zapytałem, wstając z ławki. – Zapewne masz w zanadrzu kolejne niesamowite atrakcje.

Kiwnęła głową i uśmiechnęła się ciepło. W tej samej chwili zapadł się grunt i naszym oczom ukazał ogromny, ciemny tunel, który ginął w niezbadanych czeluściach planety. W centralnym miejscu podziemnego korytarza pojawiły się ruchome schody.

– Kiedy byłam małą dziewczynką, bałam się wejść na to ustrojstwo – powiedziała babcia. –  Później  nie miałam okazji. Dzieci, dom i ciężka praca – sam rozumiesz.

– Wszystko jasne. Wsiadamy – zakomenderowałem. – Panie przodem.

Ostrożnie stanęliśmy na najbliższym stopniu. Poszukałem jej dłoni. Z głębi wionęło chłodem i wilgocią. Nabieraliśmy prędkości. Ostatnie doświadczenia nauczyły mnie, że nie sensu tracić czasu na spekulacje. Rzeczywistość przerastała i tak najśmielsze oczekiwania.

Nagłe szarpnięcie. Maszyneria nie wydała z siebie żadnego szmeru czy zgrzytu. Udało mi się jakimś cudem utrzymać równowagę. Mrok uniemożliwiał orientację w sytuacji. Nie miałem zielonego pojęcia jak długo podróżujemy. Nabrałem podejrzeń, iż stałem się obiektem podejrzanego eksperymentu i leżę otumaniony narkotykami w piwnicy nielegalnej kliniki. Lecz wtedy rozbłysły światła. Eskalator zatrzymał się natychmiast, choć nie gwałtownie. Rozejrzałem się nerwowo wokół. Stałem na pustym peronie. Mimo elektrycznego oświetlenia widoczność była ograniczona. Wszystko spowijała gęsta mgła. W niedalekiej perspektywie majaczył charakterystyczny budynek. Dworzec kolejowy, pomyślałem i zacząłem iść w jego kierunku.

Nie wiedziałem jednak, co się stało z jedną z najważniejszych kobiet mojego dzieciństwa.

– Nie martw się o Martę. Wróciła do siebie – usłyszałem w słuchawkach głos Pewnego Apacza.

– Odeszła bez pożegnania. Tak się nie robi – powiedziałem z wyrzutem, przekraczając próg gmachu.

– Z biurokracją nie sposób wygrać. Ciesz się tym, co udało mi się załatwić – ofuknął mnie Indianin. – Za kilka minut ogarnie nas burza pisakowa. Wszelka łączność z obozem będzie niemożliwa. Będziesz zdany wyłącznie na siebie.

– Dzięki za info.

Pierwszy raz miałem okazję zwiedzać wnętrze stacji umiejscowionej głęboko pod powierzchnią planety. Ku mojemu zaskoczeniu nie różniła się zbytnio od tych, które znałem. Natychmiast odnalazłem poczekalnię, informację i kasy. Personel w galowych mundurach czekał w pełnej gotowości, by sprostać moim ewentualnym żądaniom. Obsługa składała się w całości z atrakcyjnych blondynek o niesamowitych figurach i obfitych piersiach. Skojarzenie z Playboyem narzucało się samo. Ktoś gmerał bezczelnie w moim mózgu.

A gdzie prawo do intymności?, pomyślałem.

Podszedłem do stosownego okienka, by kupić bilet.

– Poproszę jeden do Zakopanego przez Albuquerque z przesiadką w Słomczynie – zadysponowałem, przekonany, że piękność w granatowym uniformie udzieli mi ostrej reprymendy.

Tymczasem ona wystukała coś na klawiaturze komputera i drukarka wypluła zadrukowany blankiet.

– Wedle życzenia – powiedziała ciepłym głosem kobieta. – Ma pan kwadrans do odjazdu. Proszę zachować ostrożność w trakcie wjazdu pociągu i odsunąć się od krawędzi peronu.

– Proszę mi zaufać w tym względzie – rzuciłem filuternie. – Jestem wielkim fanem przepisów BHP. W niektórych kręgach, związanych z budownictwem, uchodzę nawet za wyrocznię.

– Serdecznie gratuluję. Do odjazdu składu pozostały dwie minuty – oznajmiła urzędowym tonem.

Po chwili leżałem na wygodnym łóżku w wagonie sypialnym. Zanim oddałem się bezwarunkowo w ręce Hypnosa, uszczypnąłem się po raz tysięczny. Niestety, efekt był taki sam, jak poprzednio. Koszmar trwał w najlepsze.

Kilka godzin odpoczynku podziałało na mnie ożywczo. Zaniedbywany intelekt, zaczął upominać się o należne mu miejsce. Zabrałem się za analizowanie wypadków ostatnich dni.

– Te, Winnetou odezwij się. Wiem, że mnie słyszysz – warknąłem do komunikatora.

– Co jest? Miałeś spać do samego Zakopanego – Pewien Apacz był wyraźnie zaskoczony.

– W tym właśnie rzecz. Nie mam najmniejszej ochoty tam jechać. Kiedy Szaman robił wiwisekcję wnętrza mojej czaszki, źle odczytał niektóre fragmenty wspomnień.

– Zadziwiasz mnie.

– Od początku miałeś mnie za głupka.

– Teraz wiem, iż jest inaczej.

– Rychło w czas, łosiu – prychnąłem. – Zostałem potraktowany niczym szczur laboratoryjny.

– Dogadajmy się. Możemy sobie nawzajem pomóc – odparł czerwonoskóry. – Z twoimi zdolnościami przekształcimy każdą galaktykę w rajski ogród.

– Co proponujesz?

– Dostęp do najnowszej technologii, tabun najbardziej zmysłowych lasek i morze gotówki. Dostaniesz tyle szmalu, że stać cię będzie na kupno Himalajów i połowy Tybetu.

– Kuszące, ale bardziej gustuję w Tatrach. Poza tym będę wkrótce bardzo zajęty. Muszę dokonać zemsty na dwóch dżentelmenach. Kto wie, może wzbogacę się o skalp sławnego wojownika.

Indianin rozłączył się natychmiast. Pozostało tylko wdrożyć szatański plan i cieszyć się z nieszczęścia innych.

 

Reklamy

„Między słowem, a widelcem” by Juliusz Wojciechowicz & Michał J. Walczak

In Opowiadania on Grudzień 23, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtŚwięta za pasem, czy w pasie, a niedobre literki wciąż dostarczają Państwu strawy duchowej. Tym razem wyjątkowo smakowity – i oryginalny! – kąsek, a mianowicie ballada, tudzież inny utwór wierszowany duetu znanych i lubianych: Juliusza Wojciechowicza i Michała J. Walczaka o tytule z gatunku zarówno wymownych, jak i milcząco strawnych: Między słowem, a widelcem.

Skoro zwierzęta przemówią lada chwila ludzkim głosem (i poproszą o podwyżkę), to czemu by bizarro nie mogło na moment stać się liryczne? No właśnie: by mogło! Miłej lektury, no i pamiętajcie o nas podczas epickich biesiad i dramatycznych pogoni okołochoinkowych!
Czytaj resztę wpisu »

Dzień bez samochodów

In Akcje Literackie, Opowiadania on Wrzesień 22, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDłuższą chwilę nie mieliśmy tematycznych aktualek – a to niedobrze, bo generalnie tematów w przestrzeni krąży dużo i warto się do nich ustosunkować, nawet jeżeli nie ma się na ich, nomen omen, temat do powiedzenia nic podobnego do zdrowo pojmowanej, zdrowej psychicznie wypowiedzi. Najęliśmy więc Paskudnego, by zlukał w swej księdze świąt mniej (częściej) lub bardziej (rzadziej) sensownych świąt jakąś okazję, żebyśmy mogli wylać z siebie tę całą nagromadzoną wenę.

Na szczęście okazje akurat mają to do siebie, że zazwyczaj znajdują się same.

A zatem dziś, z okazji Międzynarodowego Dnia bez Samochodów, postanowiliśmy uraczyć was kilkoma tekstami, w których różnego rodzaju kołowce wiodą prym, a w każdym razie są mocno (nie)obecne. Na pierwszy ogień idzie opowiadanie Juliusza Wojciechowicza, następne w kolejności są teksty Zeter Zelke, Darka Kuchniaka, Bartosza Czartoryskiego, Onibe vel Dariusza Barczewskiego i Kazimierza Kyrcza Jr. Całość okrasi niekoniecznie tematyczna, ale na pewno wysoce klimatyczna grafika Michała Danielewicza. Endżoj! Czytaj resztę wpisu »

„Wojna świrów” – recenzja by Juliusz Wojciechowicz

In Patronat, Różne, różniste, Recenzje książek i publikacji BIZARRO on Czerwiec 21, 2014 at 6:00 am

logo recaCała Europa jest obecnie w bojowych nastrojach, granice płoną, rządy upadają, kelnerzy nagrywają kogo popadnie, a duet Kain & Kyrcz przygotował właśnie broń masowego rażenia, czyli powieść „Wojna Świrów”.

Na tę okoliczność krytycznym okiem przyjrzał się temu poronionemu dziełu Juliusz Wojciechowicz. Oto jego wyrok.

Świr świra świrem pogania

recenzja „Wojny świrów”

Kiedy duet Kyrcz & Kain chwyta za pióra, drżyjcie narodów delikatne tkanki mózgowe! Jeżeli dodatkowo obaj panowie biorą na warsztat bizarro fiction, porzućcie resztki nadziei wszelkiej – nadziei na klasyczne pojmowanie rzeczywistości rzecz jasna, bo na niedosyt literackich wrażeń narzekać nie sposób. Czytaj resztę wpisu »

„I wszystko wróci do normy” by Juliusz Wojciechowicz

In Opowiadania on Styczeń 20, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtRelacje społeczne mają charakter wojny – czy to się podoba wszystkim uwikłanym w komplikacje dynamiki stadnej (czyli wszystkim), czy nie… A najbardziej wojenne są, bez wątpliwości, relacje pojawiające się, kiedy dwójka śliniących się do siebie i pałającym miłością gorącą jak deszcz lawy osobników postanowi brnąć przez życie razem, w (nie)świętym związku małżeńskim.

Symfonia krzyków, wymówek, epitetów. Z byle powodu. Niekończąca się. A potem, czasami, wyłania się strona dominująca. I tej drugiej biada. Bo gdy już jedna z połówek przejmie pełną władzę w związku, ta druga zostania sprowadzona do poziomu…

Zresztą, obczajcie sami. Nadaje Juliusz Wojciechowicz, przypominając przy okazji, że punkt widzenia zależy od tego, w którym punkcie usadziliśmy z kolei ten punkt, w którym kończy się układ pokarmowy. Czytaj resztę wpisu »

Na grobowe nastroje, cmentarne wybryki – czyli zaduma listopadowa na Niedobrych Literkach

In Akcje Literackie, Opowiadania on Listopad 1, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtŚmierć. Zasadniczo to koniec, choć niektórzy twierdzą, że początek. Niezależnie od stanowiska, nie jest to na pewno najprzyjemniejsze zjawisko. Nasza własna lub w najbliższych okolicach – to dopiero dołujący temat do rozkmin i tragiczny do doświadczenia. Zrobiło się smutnawo, ale tak to jest – pod warunkiem, że nie trafi się opcja luksus, czyli Raj albo przynajmniej wygrzebanie się jako wesołe zombie, to każdego z nas czeka bliskie spotkanie trzeciego stopnia z PONURYM ŻNIWIARZEM (i tak, mamy nadzieję, że gość będzie tak sympatyczny jak w Świecie Dysku).

A jeśli wolicie podejść do sprawy optymistycznie, to… wczoraj było Halloween! Najlepsze święto w roku (Santa Claus jest passé i komercyjny i od potraw wigilijnych się pięcznieje, a reszta świąt w Polsce jest albo ponura, albo pompatyczna), horror, dynie, kostiumy, horror, słodycze, dzikie melanże, horror – jak porządnie spędzi się Święto Duchów, to i poranny grobbing niestraszny, nawet na kacu. I w tej tonacji zaprosimy was do lektury aktualki na pierwszy listopada, w ramach której Davidt Liode, Bartosz Orlewski, Andrzej Biedroń, Juliusz Wojciechowicz, Darek Kuchniak oraz Rafał Christ opowiedzą wam o śmierci, a Tomasz Woźniak wesprze ich jak zwykle świetnymi ilustracjami. Zejście w stylu bizarro? Najlepsze zejście z możliwych! Czytaj resztę wpisu »

„Osiedlowe Crime Story” by Juliusz Wojciechowicz

In Opowiadania on Sierpień 30, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtWakacje to czas podróży w różne ciekawe i dynamiczne miejsca. Ostatnio w modzie jest Irak i Afganistan, choć jak zwykle interesująco dzieje się także gdzieś w Afryce. Na szczęście, stara dobra Europa również może poszczycić się pewną dozą atrakcyjności. Prawdę mówiąc (tak dla odmiany), pierwsze lepsze osiedle upakowane blokami, przystankami autobusowymi i brudnymi piaskownicami może być obozem survivalu i polem gorącej bitwy jednocześnie. Bywa, że na osiedlach dzieją się rozmaite crime stories. Dzisiaj, dzięki Juliuszowi Wojciechowiczowi możecie poznać jedną z takich opowieści.

W imieniu Jego Pomroczności Paskuda zapraszamy Was do poznania wesołej czeredki mieszkańców pewnego osiedla. Spieczony, Lornetkowa, Kleszczowy i inni już czekają, aby Was porządnie zabawić. Przygoda czeka parę linijek niżej. Dużo trupów i dobry humor inside.

Miłej lektury! Czytaj resztę wpisu »

„Wielkie żarcie, czyli piknik na plaży” by Juliusz Wojciechowicz

In Opowiadania on Lipiec 30, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtOstatnio o porze upałowej sporo pisaliśmy, takoż o wypoczynku i takich tam. A jak aktywnie wypoczywać? ŻREĆ! Nasza cywilizacja latem kręci się wokół grilla, gdzie kiełbasa, komary i wódka. Albo w grę wchodzi opcja rozrywkowo-wyjazdowa, czyli bieganie wokół budy z kebsem, piwa i stoisk z frytami. Nie da się ukryć, nie da się zaprzeczyć. Apetyt na życie to dla nas jednak głównie sam apetyt.

Dobrze czasem wtranżolić ponad miarę. Ale, jak wiadomo, przynosi to konsekwencje różnorakiego rodzaju.

O wyżej nadmienionych napisał dla was krótką, ale dosadną impresję półpoetycką Juliusz Wojciechowicz. Zobaczcie sami, czy was przerazi. Czytaj resztę wpisu »

Dzień dziecka nie dla dzieci

In Akcje Literackie, Grafika, Opowiadania on Czerwiec 1, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKiedyś wszyscy byliśmy dziećmi… No, może poza Paskudem, który od razu urodził się taki jaki jest – okropny, straszny… ups! To znaczy strasznie, okropnie wręcz fajny. Dziś – kultywując niedobroliterkową tradycję (patrz zeszły rok) – przygotowaliśmy dla was tradycyjny zestaw literackich cymesów, związanych z adresatami pierwszoczerwcowego święta.

A będzie to zestaw niebagatelny (także objętościowo) i niebanalny, bo zebraliśmy nowe dziełka od dobrze znanych literkowych działaczy i poruszają one wiele dziwacznych (a przez to ciekawych) tematów. Trudne relacje pociech z rodzicami, szokujące wyczyny małych łobuzów, zwichrowane wersje znanych bajek, mroczne zdarzenia, inne wymiary, a na koniec nawet prawdziwa rewolucja się znajdzie! Swoje dniodzieckowe impresje przedstawią wam Darek Kuchniak, Marcin Rojek, Paulina Kuchta, Juliusz Wojciechowicz, Rafał M. Skrobot, Artur Kuchta, Grzesiek Gajek oraz Andrzej Biedroń. Zwróćcie też koniecznie uwagę na ilustracje, które przygotował nowy współpracownik literek o tajemniczym pseudonimie Zetbiks (lub Zbx Szafirsky). I ogólnie – mamy nadzieję, że ubawicie się jak (trochę stuknięte) dzieci! Czytaj resztę wpisu »