polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘kornel mikołajczyk’

31-Majowa Mania: bocian w lodówce

In Akcje Literackie, Opowiadania on 31 Maj, 2021 at 6:00 am

31V

To już jest koniec, nie ma już nic… poza bocianem w lodówce, rzecz jasna. Bo Majowa Mania, jakżeby inaczej, nie mogłaby mieć innego zwieńczenia jak bocian w lodówce. Wskazywały na to wszystkie znaki w zamrażarce i na niebie. Jak to, nie zauważyliście?

Żegnamy się więc, świętując podwójnie. Najpierw Dawid Dyrcz uświetni swoim tekstem obchody Dnia Bociana Białego, a na sam finisz Kornel Mikołajczyk, sprawca całego tego zamieszania, opowie o tym, jak odpowiednio celebrować Dzień Pracownika Przemysłu Spożywczego.

I to by było na tyle.

Widzimy się jeszcze kiedyś w trakcie innej akcji, na inny miesiąc. Odwiedzajcie Niedobre Literki i uważnie wypatrujcie wieści!

 

„Mechpenis-1” by Dawid Dyrcz

Z zażenowaniem przyglądał się kawałkowi plastiku z wygrawerowaną podobizną Bociana Białego. Przypominał bardziej kaczkę lub krokodyla niż bociana. Obok leżał tak samo żenujący dyplom, wydrukowany przekłamującym kolory zamiennikiem tuszu na równie tanim, przeterminowanym papierze ryżowym. Że też dał się tak naciągnąć… Chociaż się za takiego nie uważał, był niesamowicie mądrym człowiekiem. Mądrym, ale i naiwnym, nieżyciowym. Zeszłotygodniowa rozmowa telefoniczna rozwalała mu umysł, nie potrafił się na niczym skupić, balansował na skraju całkowitego załamania.

– Dzień dobry, nazywam się Kasia Ziółkowska i chciałabym panu serdecznie pogratulować. Pańska firma została wybrana spośród wielu innych kandydatów i tym samym wygrał pan prestiżową statuetkę oraz tytuł Bociana Białego.

– Jest pani pewna? Ja nigdy nic nie wygrałem. To mnie wybrali? Kto? Kiedy?

– Wybrano pana w zorganizowanej telefonicznie kartkówce, zrobili to nasi klienci, znający wcześniej odpowiedzi na wszystkie pytania. Zazwyczaj zwycięzcy otrzymują 8 punktów, panu udało się tych punktów zdobyć aż 9.5 na 10. Gratuluję! Oczywiście sama statuetka i dyplom są zupełnie darmowe, jednak aby je odebrać, należy uiścić opłatę w wysokości 1500 dolarów. Są to koszty manipulacyjne związane z przetwarzaniem metadanych i próżniowym pakowaniem w różowy papier śniadaniowy. Proszę się nie martwić, płatne przy odbiorze, wystawimy fakturę. Chciałam jednocześnie zaznaczyć, że jest to wyjątkowe wyróżnienie i nie każdy na nie zasługuje.

Zadowolony, podał jej wtedy dane potrzebne do wysyłki. Statuetkę zamierzał postawić na biurku, przy którym codziennie pracował, a dyplom powiesić na ścianie za fotelem, tak aby goście go widzieli i podziwiali. A może na odwrót: dyplom na biurku, a statuetka na ścianie, tak aby bocian rzucał cień podczas pracowitych, upalnych nocy? Tak czy owak, miałby czym się pochwalić przed klientami i znajomymi…

Teraz, wspominając własną głupotę, wpienił się nie na żarty. Cisnął Bocianem Białym o ścianę. Ten odbił się od niej i wyleciał przez otwarte okno, lądując płynnie w jaskółczym gniazdku, pełnym zadziuplowanych przez złodzieja kosztowności. Taki wstyd, tak dać się oszukać, tak go naciągnęli. Szajs i tandeta. Podarł dyplom na drobne kawałki. Opadając, ułożyły się w wyprostowany środkowy palec kobiecej dłoni.

Rozwścieczony, usiadł do tableta graficznego z deską kreślarską. Włączył ulubiony kalkulator z powycieranymi cyframi, pamiętający jeszcze czasy studiów i wsłuchując się w przyjemny odgłos naciskanych klawiszy, przystąpił do pracy. Zaczął tworzyć i projektować, umysł przetwarzał w pamięci masę skomplikowanych obliczeń 2D i 3D, dających niezmiennie wynik 5D. Ostatecznie, zajmował się nowymi wynalazkami.

– Czekaj no, Ziółkowska, już ja ci dam Bociana Białego – wysyczał przez brązowe zęby. Geniuszy często trawi jakaś chorobliwa obsesja, on zaś uwielbiał wyjadać fusy z kawy. Czytaj resztę wpisu »

30-Majowa Mania: zaadoptuj, zaadaptuj

In Akcje Literackie, Opowiadania on 30 Maj, 2021 at 6:00 am

30V

Adopt, adapt and improve, mawiał złodziej z „Latającego Cyrku Monty Pythona”, uparcie twierdząc, że to motto Rycerzy Okrągłego Stołu. Jakkolwiek by nie było, jest to porządne motto, o wiele lepsze od motta Paskuda: Poliż, zanim weźmiesz do ręki. Adopcja to fajna rzecz – czy to zwierząt, ludzi, roślin, minerałów, czy mebli. Sami zaadoptowaliśmy ostatnio chiński sekretarzyk z zespołem Tourette’a. Której szuflady by nie otworzyć, znajdujemy karteczki z napisem cào nǐ mā i naprawdę nie wiemy, czemu przeszkadza mu brak kału…

Uczcijmy więc odpowiednio dzisiejsze święto, czyli Dzień Rodzicielstwa Zastępczego i niech nasze gałki oczne zaadoptują tekst Kornela Mikołajczyka – o nietypowym rodzicielstwie w samym sercu naszego kraju, w dokładnie 300 słowach.

 

„Wierne dziecię” by Kornel Mikołajczyk

Prosiła, bym pogrzebał jej zwłoki pod palmą na rondzie de Gaulle’a.

„Oddałam temu miastu wszystko”, mówiła. „Moje serce. Marzenia. Krew, pot i łzy. Wsączyłam się w nie każdą cząstką siebie, stałam się jego wiernym dziecięciem. Przez całe życie czułam się odrzucona. Ludzie wyśmiewali się ze mnie za to, jak wyglądam, kim jestem. A jednak, kiedy ujrzałam tę palmę na tle wieżowców – tak cudownie absurdalną! – wiedziałam, że znalazłam swoje miejsce na ziemi. Właśnie tutaj. W tej metropolii, w której każdy jest dziwadłem… i jednocześnie nie jest nim nikt.”

Próbowałem wyprzeć się obietnicy, jak tylko mogłem. Urządzić jej tradycyjny pochówek. Ale żaden z duchownych nie chciał się podjąć wyprawienia jej na tamten świat. Mówili, że czarne, kręcone rogi mojej przyjaciółki to znamię Szatana. Próbowałem tłumaczyć, że się mylą. Owszem, przez całe życie nosiła je na czole – piłowała, polerowała i od święta malowała na szalone kolory – ale to dlatego, że gdy jej matka była w ciąży, zjadła na wycieczce do Meksyku przeklęte przez wiedźmę koźlęce jądra.

Nic z tego. Księża żegnali się nabożnie, siostry zakonne mdlały, a grabarze pukali się w czoła i grozili łopatami. Musiałem w końcu zabrać jej ciało i pod osłoną nocy zakopać je pod palmą, na tym rondzie, na wieczność.

Tydzień po tym, jak spełniłem jej ostatnie życzenie, dostrzegłem tajemniczą narośl wśród sztucznych liści. Rosła z każdym dniem, niezauważona przez nikogo poza mną. Wkrótce na szczycie palmy dojrzał kokos – kompletnie niewzruszony tym, że drzewo, na którym zawisł, to palma daktylowa, i to na dokładkę sztuczna. Strąciłem go celnie wymierzonym kamieniem. Spadł między ustawione przeze mnie znicze, rozłupując się na krawężniku. Ze skorupki wypełzł noworodek, cudownie odrodzony z łona Warszawy. Na głowie nosił zalążki czarnych różków oraz zielone plastikowe włosy. Kolejne perfekcyjne dziwadło, gotowe, by dołączyć do różnorodnego tłumu.

Co miasto zabiera, miasto oddaje – w sposób, którego najmniej się spodziewasz.

11-Majowa Mania: tylko świnie śmiecą w kinie

In Akcje Literackie, Opowiadania on 11 Maj, 2021 at 6:00 am

11V

Na pewno znacie te hasła, prawda? „Nie jestem wujem, segreguję!”; „Za w lesie śmiecenie – na stosie spalenie”; i tym podobne. Dziś dbanie o planetę-matkę jest nie tyle konieczne, co wręcz modne. Celebryci przerabiający tonę ubrań na tydzień pieklą się w reklamach, by podarować swoim drugie życie. Piewcy recyklingu marnujący tlen, by poprosić o więcej fiolknoppersów na Ichtiodramie czy wuj wie, jak to się nazywa.

Niezależnie jednak od tych absurdów, 11 maja świętujemy Dzień bez śmiecenia – i bynajmniej nie traktujemy go niepoważne. No, może trochę, ale znacie Paskuda, nie przepuści… Na początek Kornel Mikołajczyk opowie o zaletach odpowiedniego sortowania odpadów, a w drugiej kolejności Dawid Dyrcz zapozna nas z pewną dziewczyną, która rzuciła swój odpad nie tam, gdzie potrzeba.

Aha, i dbajcie o Ziemię każdego dnia. Nie tylko dziś.

 

„Primasortowanie” by Kornel Mikołajczyk

Pani Łazarzowa wstała z łóżka środkowym palcem lewej nogi i zmieniła się w minę wodną. Przez cały ranek wybuchała przy każdym najlżejszym dotknięciu czy irytacji. Gdy tylko jej biedny małżonek podchodził w zasięg hiperczułych magnetycznych sensorów, eksplodowała mu w twarz, że mało głowy nie urwało, wypisując sadzą na ścianie swoje zarzuty. A to, że szurał kapciami. A to, że oddychał za głośno na powtórce „Tajemnej racji”. A to, że od wczoraj nie wyrzucił śmieci. Kula u nogi, która przedzierzgnęła się w minę; oj, niewesoła perspektywa.

Pan Łazarz zgarnął przepełniony kubeł i czym prędzej opuścił strefę wojny zwaną do niedawna mieszkaniem. Przy drzwiach do klatki spotkał sąsiadkę, która nie omieszkała mu wytknąć, że bezczelnie przechadza się po osiedlu bez brwi, rzęs, grzywki i połowy nosa i deprawuje tym samym jej świeżo zakupione wnuczęta. Pokazał jej równie uszkodzony język i kazał „spadać na topolę, bo oko wykolę”. Starowinka umknęła w takim popłochu, że z siatki wypadł jej jeden z ekomaluchów nabytych na targu.

Mężczyzna zgarnął go z podłogi, rozgryzł i wtarł między zęby. Stymulacja nie poprawiła mu jednak humoru. Gdy skręcił w stronę śmietników i obejrzał się na okna na drugim piętrze, ujrzał rozbite szyby oraz uchodzący z salonu pióropusz czarnego dymu.

Jasny chrzan i dzikie małże… Tak bardzo nie chciał tam wracać; do niej. Dwadzieścia jeden lat małżeństwa i dzień w dzień te jej poranne transmogryfikacje. Jak nie mina wodna, to welociraptor; jak nie raptor, to pożar Żor z 1702 roku; jak nie pożoga, to burmistrz węgierskiego miasta Miszkolc w stroju klauna. A jeśli pan Łazarz autentycznie kogoś nienawidził, to właśnie polityków. Tak rodzimych, jak zagranicznych. Pieprzyli bez ładu i składu, nawet gdy nie podszywali się akurat pod jego małżonkę i pracownika cyrku jednocześnie.

Kiedy więc stanął przed kontenerem i chwycił kubeł od spodu, żeby go opróżnić, wydarzyło się coś osobliwego. Może za mocno się nawnuczkował tą jedną mikrą działką, może pokłady frustracji na świat w ogóle i żonę w szczególe siedziały w nim znacznie głębiej, niż podejrzewał. Tak czy inaczej, zamiast wyrzucić śmieci i wrócić do domu, wyrzucił samego siebie, a odpadki wysłał w drogę powrotną do mieszkania. Przypominało to spięcie w mózgu, gdy stojąc w kuchni z talerzem do umycia w jednej dłoni, a papierkiem do zutylizowania w drugiej, z niewyjaśnionych przyczyn mylą ci się czynności i naczynie ląduje w koszu, a śmieć w zlewie. Ot, niefortunne skrzyżowanie neuronów, które przytrafia się każdemu. Czytaj resztę wpisu »

2-Majowa Mania: magiczna Polonia z tuńczykami

In Akcje Literackie, Opowiadania on 2 Maj, 2021 at 6:00 am

02V

Co robią normalni ludzie 2 maja? Odstawiają normalkę, a cóżby innego: grill, piwko, flaga na maszcie, ofiara z 12 surykatek-dziewic o północy (ale to może tylko u Paskuda). W każdym razie, wiecie już chyba, że u nas normalnie nigdy nie jest i tego dnia nie zamierzamy zmienić swojego modus operandi.

Co zatem świętujemy 2 maja na Niedobrych Literkach? Ano, na przystawkę: magiczny kęs na Międzynarodowy Dzień Harry’ego Pottera od Kornela Mikołajczyka. Krwistym daniem głównym uraczy nas Dawid Dyrcz z okazji Dnia Polonii i Polaków za Granicą. A na deser, nieco przewrotnie, Aleksandra Bednarska opowie o obchodach Światowego Dnia Tuńczyka.

Zapraszamy do stołu!


„Abrax Tennet i Amulet Pożądania” (fragment) by Kornel Mikołajczyk

Z przyjemnością przedstawiamy Państwu premierowy fragment najnowszego młodzieżowego hitu autorstwa Kartona Milika VIII, zatytułowanego „Abrax Tennet i Amulet Pożądania”. Już od przyszłego tygodnia w dobrych księgarniach w alt-rzeczywistości!

UWAGA! Wszelkie podobieństwa do innych utworów osadzonych w magicznych akademiach zaczynających się na „Hog-” są wynikiem rzucenia na tekst zaklęcia Iluzorycznej Siatki Blagiatta i nie powinny być traktowane poważnie… jak zresztą cała twórczość Autora.

Tuż po inauguracji roku akademickiego w szkole magii i czarodziejstwa w Hogthai, kiedy zgłosił się do Urzędu Adepta po swój zaklęty indeks, wraz z papierami Abrax Tennet otrzymał amulet. Był to mizerny, posrebrzany wisiorek w kształcie fasolki mandragory. Kiedy młodzieniec uniósł go na wysokość oczu, stwierdził z obrzydzeniem, że ozdoba wykonana została byle jak, z byle jakiego materiału, który w całej swej bylejakowatości pomarszczył się, nadając medalikowi wrażenia skurczonego z zimna pędraka. Byle jakiego, bo jakżeby inaczej.

– Co tu się dzieje, na lagę Merlina? – zapytał na głos.

Mag-urzędniczka po drugiej stronie biurka chrząknęła potępiająco, lecz nie podniosła wzroku znad kwadratowych okularów. Abrax oficjalnie przestał dla niej istnieć z chwilą, w której smarknięciem na kartkę, w obrządku goblinów kociołkowych, pokwitował odbiór dokumentów.

Mimo to wyciągnęła swe pióro kormorana i wymownie postukała jego końcem w rozłożone na stojakach broszury. Ta na samym froncie głosiła: „Amulet Hogthai – twoja cnota nareszcie bezpieczna!”.

– Wiem przecież, co to jest! – poirytował się Abrax, podzwaniając łańcuszkiem. – Każdy wie! Ale czemu jest takie… no. Wie pani. – Zniżył głos i nachylił się nad blatem. – Małe?

Obejrzał się do tyłu z obawy, że ktoś go usłyszał. Stojący za nim troll miotłowy zdawał się nie patrzeć w jego kierunku, tylko leniwie zamiatał podłogę w oczekiwaniu na swoją kolej, ale niewiele dało się odgadnąć z jego kijowatej facjaty. Pod łukiem wejściowym do Urzędu Adepta grupka uczniów rozmawiała ze sobą, wachlując się indeksami i pokazując sobie nawzajem amulety. Abrax widział je lśniące w ich dłoniach, kiedy odchodzili od biurka. Długie, grube węże. Nabrzmiałe młoty. Twarde purpurowe kryształy. Fetysze ze wszech miar imponujące, buzujące od nieposkromionej mocy.

Dlaczego więc jemu trafił się taki pipsztyk krasnala?!

Abrax nie musiał czytać jakichś pstrokatych ulotek, by pojąć, w jak niekomfortowej sytuacji się znalazł. O zwyczajach panujących w Hogthai słyszał nawet u siebie, w Sierocińcu Sióstr Skvad. Aby okiełznać pęd do czegokolwiek poza pilną nauką, profesorowie na wejściu do akademii zamykali seksualną energię podopiecznych w formie amuletów. Chronili w ten sposób sacrum dziewictwa – ważnego źródła rozwijającej się mocy magicznej – a przy okazji zapobiegali niepotrzebnym incydentom z udziałem eliksirów spędzających płód czy glamuroków ukrywających kilkumiesięczny brzuch. Młodzi adepci, co naturalne, przywiązywali ogromną wagę do swych więzionych żądz. Dziewczęta chowały amulety w puzderkach cnoty, młodzi mężczyźni zyskiwali popularność i status smoka alfa bazując na rozmiarze. No i krążyły też, rzecz jasna, pogłoski o pewnym zaklęciu, dzięki któremu dało się ze sobą…

– Następny! – zawołała mag-urzędniczka, wyrywając go z rozważań. Czytaj resztę wpisu »

Recenzja powieści „Człowiek, który zniknął. Deus Ex Machina” by Kornel Mikołajczyk

In Recenzje książek i publikacji BIZARRO on 8 października, 2020 at 6:00 am

Wiele jest i było wizji przyszłości. Jednym jawi się ona jako coś wspaniałego. Czas miłości, pokoju i wzajemnego szacunku. Bez zła, głodu i cierpienia. Inni twierdzą, że wręcz przeciwnie. Czekają nas same nieszczęścia. Braki żywności, choroby, wojny, a finalnie regres ludzkości do epoki kamienia łupanego.

Jak na razie, wbrew przepowiedniom wieszczów z poprzednich stuleci, jako gatunek mamy się całkiem nieźle. Z każdym dniem nas przybywa, powstają coraz to nowsze wynalazki mające ułatwić nam życie.

Teraz pozostaje tylko zadać pytanie, do czego to doprowadzi? Czy wraz z rozwojem technologicznym rozwiniemy się także mentalnie? Czy faktycznie znikną nękające nas bolączki? Może przestępczość zostanie zredukowana do zera? Zamiast na pędzie do władzy i bogactwa skupimy się raczej na rozwoju duchowym?

Po lekturze najnowszej powieści Kornela Mikołajczyka pod tytułem „Człowiek, który zniknął. Deus Ex Machina”, śmiem wątpić, że kiedykolwiek wzniesiemy się ponad to, co serwujemy sami sobie do tej pory. Świat jest szambem i pozostanie szambem. Nieco nowocześniejszym, z bajerami typu cyfrowe sterowanie odprowadzaniem ścieków, monitorowaniem składu fekaliów, kolorowym wyświetlaczem, ale z wciąż płynącym w kanałach jednym i tym samym gównem.  Można w tym momencie zacytować klasyka: „War. War never changes”. Tak samo jak my.

Czytaj resztę wpisu »

„Deus Ex Machina. Człowiek, który zniknął” Kornela Mikołajczyka rusza na podbój!

In Fragmenty książek, Książka, Patronat on 5 sierpnia, 2020 at 5:42 pm

828940-352x500Nie trzeba chyba wspominać, że ekipa Niedobrych Literek niezwykle utalentowaną jest, a że piękną i przystojną, to już w ogóle. Każde z nas jednak czasem zrobi sobie przerwę w dwunastogodzinnej sesji samozachwytu z udziałem lustra, by zasiąść miast tego przed klawiaturą i napisać coś, co wyrwie z kapci szeroko pojętą publikę. Dziś jest to Kornel Mikołajczyk, którego książka „Deus Ex Machina. Człowiek, który zniknął” (Wydawnictwo Gmork) świętuje swoją premierę. Chapeau bas!

A co dla przeciętnego czytacza bizarro ma do zaoferowania taka cyberpunkowo-detektywistyczna pozycja? Ano, sporo dziwności, jako że świat XXII wieku do normalnych nie należy. Główny bohater przebrany za postać z czarnego kryminału i uganiający się za kosmitami? Proszę bardzo. Hologramowa asystentka przewrażliwiona na punkcie swojej bezcielesności? Jak najbardziej. Kotołak-cyborg o świadomości człowieka i niepokojących tendencjach megalomańskich? Czemu nie?! A to tylko główni członkowie Deus Ex Machina: biura detektywistycznego spraw niemożliwych.

Nadal nieprzekonani? Jeśli tak, to sprawdźcie skrzynkę odbiorczą poniżej – ktoś właśnie napisał Wam wiadomość…

 

h

Wstęp: Masz wiadomość!

h

Od: waymaker@pla.net
Temat: Deus Ex Machina – specjalnie dla Ciebie!
Filtr spam: 32,5% prawdopodobieństwa, brak reklam, warte uwagi
Szacowany czas lektury: 00:02:15
Anty-malware: nie wykryto zagrożeń

Wyobraź sobie nieskończony ocean informacji. Bezmiar bitów tak rozległy, że nawet horyzont wydaje się tylko mirażem; za jednym morzem danych kolejne morze, treść tworząca się sama z siebie, falująca połączeniami, wiecznie w ruchu.
To właśnie PlaNet – Globalna Sieć.
Większość z nas woli bezpiecznie serfować na powierzchni tego tworu, w miękkim blasku cyfrowego słońca, sprawdzając najnowsze doniesienia ze świata, Kontaktując się ze znajomymi, grając w MMORPG przez Virtuality czy wypożyczając najnowsze holo-dramy na wieczór. Są to Rzeczy Normalne i Znane i nie ma w nich absolutnie nic złego. W zasadzie, trudno znaleźć kogoś, komu nie sprawiałyby przyjemności.
Wystarczy jednak, że zboczysz z przetartych szlaków informacyjnych, zapukasz nieopatrznie do złego link-dooru, a znajdziesz się wśród Rzeczy Dziwnych i Nieznanych – w mrocznych głębinach infoceanu. To tutaj na nieindeksowanych forach dyskusyjnych można wynegocjować kupno zakazanych implantów. To tutaj na zakamuflowanych aukcjach sprzedaje się bezcenne antyki z Chin i mordercze klony. To tutaj wreszcie w czerwonych komnatach można spełnić każdą erotyczną zachciankę, na jaką pozwala haptyczny feedback awataru. To kraina cieni i potworów, którą odwiedzają wyłącznie szumowiny, desperaci i inne potwory; kraina uparcie dowodząca teorii, że błądzić jest rzeczą ludzką.
Ale pod całym tym morzem danych, w zimnym mule, kryje się jeszcze jedna warstwa informacji. Miejsce, w którym lądują wraki komnat, cyfrowy pył i obumarłe załączniki. Domena Rzeczy Niemożliwych i Zapomnianych.
Pewnego dnia zabłądziłem do jednej z takich komnat WWW. Nazywała się „Tajemnica trójkąta marsjańskiego”. Wypełniały ją nieostre jpeg-plakaty UFO, przeklejone artykuły o kręgach w zbożu, wydumane teorie spiskowe i cała reszta podobnych bredni, składających się na azyl człowieka wyraźnie owładniętego obsesją. Przekopywałem się przez natłok materiałów, poszukując w nich sensu – jeden zielony ludzik za drugim zielonym ludzikiem. Ale żadnego sensu nie było. Była tylko chorobliwa monotematyczność, garść niewyjaśnionych zjawisk i pajęczyna poszlak. Zero wyjaśnień, zero opisów, czysta idée fixe.
Byłem już gotów porzucić to miejsce, postawić na komnacie krzyżyk. Wrócić z powrotem na powierzchnię, do znajomych wód codzienności.
Lecz wtem pod całą tą masą niedorzecznych treści znalazłem pewne archiwum. Pozbawione hasła czy szyfrowania, z licznikiem kliknięć wskazującym na mniej niż dwa tysiące wyświetleń, archiwum to wypełniały myślowe narracje – „mentalogi” – niegdyś szalenie popularne, zapisane w przestarzałym formacie. Historie skierowane do wszystkich i do nikogo, przemyślnie ukryte pod eksabajtami dryfujących śmieci.
Bez zastanowienia odtworzyłem pierwszą z nich. A potem kolejną, kolejną i jeszcze jedną – aż mój podłączony do Sieci mózg zapełnił się po brzegi dziwnymi wizjami, tajemniczymi zbrodniami, pytaniami bez odpowiedzi. I zrozumiałem, że muszę podzielić się z kimś tym odkryciem.
Wybrałem właśnie ciebie.
Niniejszym załączam cztery historie z obszernych archiwów Deus Ex Machina. Jestem przekonany, że ty – jak i ja – znajdziesz w nich coś dla siebie.
Wyrwij się choć na chwilę z Normalności i zanurz w tym, co Niemożliwe.
Ostatecznie, jak długo można unosić się na powierzchni jak bezmyślny plankton?

Załączniki:
1886_człowiek_który_zniknął.mlog (2.11 GB)
1956_chińska_podróbka.mlog (1.39 GB)
2512_wypadek_w_pracy.mlog (1.57 GB)
2654_aidoru_superstar.mlog (1.45 GB)

 

Sprawdźcie, gdzie nabyć książkę na stronie Wydawnictwa Gmork:

Deus Ex Machina. Człowiek, który zniknął

„L-eportacja Eligiusza Zawady” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on 6 Maj, 2020 at 6:00 am

Dzisiaj ponownie temat jakże ulubiony przez Jednookiego – zemsta. Posiadacie niespotykany talent? Nadprzyrodzoną umiejętność? Potraficie wypalać oczami wzorki na glinianych powierzchniach? A może chwytacie włosami trzmiele w przelocie? Jakikolwiek Wasz dar, jeżeli obrócicie go przeciw bliźniemu swemu, wiedzcie, że stąpacie po cienkim lodzie. Poniższa opowieść Kornela Mikołajczyka niechaj będzie ku przestrodze! Niedobre zachęcają do lektury.

 

L-eportacja Eligiusza Zawady

Eligiusz Zawada posiadał wyjątkową, sekretną, odkrytą jeszcze za młodu umiejętność: potrafił teleportować „elki” siłą woli. Każdy samochód z wieńczącym dach „L” mógł stać się jego celem, pod warunkiem, że pojazd znajdował się w niewielkiej odległości od psychokinetyka. Jedyne, co musiał zrobić Eligiusz, to zamruczeć w skupieniu mantrę mnichów tybetańskich, aż dźwięk osiągnie odpowiednią częstotliwość, a potem mrugnąć – raz, a dobitnie. Najbliższe auto treningowe wówczas znikało i lądowało na szczycie losowego wieżowca. Możliwe, że końcowa destynacja zależała od ruchu galaktyk, ostatnich numerów totka czy tego, co jadł na śniadanie sąsiad z dołu, ale Eligiusz nigdy nie odkrył natury owych zależności. Zdarzało się, że wysłał „elkę” na najwyższe piętro jednego z łódzkich drapaczy chmur, ale równie często lądowały one w Nowym Jorku, Tokyo czy Abu Dhabi. Eligiusz kolekcjonował wycinki z gazet, gdzie pojawiały się jego najwspanialsze dzieła i oprawiał je w ramki: fiat ściągany dźwigiem z budynku ZUS-u, renault nadziane na iglicę Empire State Building czy toyota okupująca taras widokowy Lotte World Tower w Seulu. Była to jedyna radość, jakiej doznawał w swoim monotonnym, pozbawionym rozrywek życiu analityka w wielkiej korporacji: znęcanie się nad nieznajomymi kursantami i kandydatami na kierowcę.

To, że sam nigdy nie zdał egzaminu na prawo jazdy, dodawało tylko słodyczy już i tak słodkiemu uczuciu Schadenfreude. Czytaj resztę wpisu »

Niedobre na kwarantannie

In Opowiadania, Różne, różniste on 1 Maj, 2020 at 12:13 am

Jeśli przestraszyliście się, że Literki zaniemogły, to odetchnijcie głęboko i odkichnijcie w rękaw, bowiem nic bardziej mylnego! Po prostu zastanowiło nas, jak żyć w dobie pandemii. A Wy? Jak sobie radzicie? Wykasłujecie covida na podobizny Waszych wrogów? Przebijacie głową dziurę w ścianie do sąsiada? Nauczyliście się języka domowych roślin? Wygłaskaliście całą sierść czteronożnych pupilków? Zastanawiacie się, co robią Niedobre? My też się zastanawiamy. Odpowiedzi postarali się udzielić: Marcin Rojek, Kazek Kyrcz Jr, Darek Kuchniak, Zeter Zelke, Kornel Mikołajczyk. Zapraszamy do lektury. No i nie dajcie się zarazie!

 

„Prawdziwy ja” część I, by Marcin Rojek

Dzień pierwszy

Siedziałem przed telewizorem w szoku, prawie jak wtedy, gdy z tego samego ekranu dowiedziałem się, że umarł papież. Łzy po policzkach płynęły mi zupełnie inne. Przecież kilka lat już minęło. Kto wie, może policzki też już nie te same? Śmierć komórkowa, te sprawy. Pobiegłem po szkło powiększające i zacząłem oglądać ręce i nogi. Skoro i tak trzeba siedzieć w domu, to przynajmniej będę miał co robić. Czytaj resztę wpisu »

Dzień Paskudy

In Opowiadania on 17 kwietnia, 2020 at 5:00 am

niedobreliterki2Nasz Paskud jaki jest, każdy widzi. Jednooki. Niewyględny. Szczerbaty. Krótko mówiąc: paskudny. Ale nawet takie odpychające kreatury zasługują na swoje święto. To święto, tak się składa, wypada właśnie dziś. Bo oto na Niedobrych Literkach, w iście turpistycznej celebracji, świętujemy dziś Dzień Paskudy.

W związku z tym, ze szczególną dedykacją dla każdej Uli Brzyduli, stracha nie tylko na wróble i brzydkiego kaczątka, z którego raczej nie wyrośnie już łabędź, zapraszamy do zapoznania się z tekstami pełnymi szkaradzieństw i dziwolągów. Rozrywkę zapewniają (w porządku niezwiązanym z kwestiami estetycznymi) Zeter Zelke, Kazimierz Kyrcz Jr oraz Kornel Mikołajczyk.

Ku chwale Paskudztwa!

 

 

„Sucz” by Zeter Zelke

Przez zapuszczone pole pędził brunatny cień – ciemna smuga migająca między brudnymi i brudniejszymi odcieniami słomy. Od czasu do czasu suka zwalniała, unosząc wilgotny nos. Węszyła krew. Zbyt długo nie miała jej na języku. A przecież nie liczyło się nic innego.
Paskuda – sama skóra i mięśnie – znalazła się daleko od domu. Mimo to w jej uszach nieustannie dźwięczał swojski rejwach i gwizdy. Kiedy była szczenięciem, ten hałas ją przerażał. Kiedy dorosła, sama stała się przerażająca. Dobrze wspominała podekscytowane oklaski, zapach potu oraz opary zniecierpliwienia tak gęste, że niemal mogła z nich chłeptać. Gdy wchodziła na ring, gdy zaglądała w ślepia psu stojącemu po drugiej stronie, wiedziała, że jej rywal odczuwa dokładnie to samo; pragnie tego samego – zanurzyć kły w żywym, ciepłym, drżącym ciele. A najbliższe stało naprzeciwko. Czytaj resztę wpisu »