polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘kornel mikołajczyk’

„Perły przed wieprze” by Zeter Zelke i nasi na Imladrisie

In Opowiadania on Listopad 3, 2018 at 6:00 am

Przez niedobroliterkowych fanów Zeter Zelke jest znana (i lubiana!) od lat kilku. Powodów ku temu jest mnóstwo – wystarczy do wujka Gugla wpisać „Niedobre Zeter” i od razu wyskoczy Wam mnóstwo dobrych haseł, które, no cóż, wskazują jednoznacznie, że Zeter jest bodaj najpłodniejszą spośród naszych współpracowników. Na tym jednak nie koniec, bo nie ilość się liczy (przynajmniej nie zawsze!), lecz jakość. Tej zaś tekstom Zeter odmówić nie sposób.

My jednak nie o tym… Albowiem, choć w dzisiejszej aktualizacji jak zwykle najważniejsze jest to co pod spodem, czyli świetne pełnowymiarowe opowiadanie „Perły przed wieprze”, które wyszło spod klawiatury Zeter, warto wspomnieć jeszcze o jednym fakcie: otóż Zeter Zelke dołączyła właśnie do niedobroliterkowej redakcji, z czego zresztą nie tylko imć Paskud wielce się cieszy.

Wszak świeżej krwi nigdy dość!

Skoro już jesteśmy przy krwi, to warto obwieścić, że już za tydzień Zeter Zelke, Kazimierz Kyrcz Jr, Kornel Mikołajczyk i Michał J. Walczak będą gościć w najnowszej odsłonie krakowskiego konwentu Imladris, obradując miedzy innymi na temat grozy miejskiej. Serdecznie zapraszamy!

Po tym nieco „od Sasa do lasa” wstępie, nie pozostaje nam już nic innego, jak zaprosić Was na literacką ucztę (ostrzegamy lojalnie: jedzenie w trakcie lektury, choćby czipsów, jest niewskazane)…

 

Perły przed wieprze

 

Pan i pani Malinowscy nie posiadali się z radości, gdy na świat przyszło ich pierwsze – i jak im się wydawało – jedyne dziecko. Dziewczynkę nazwali Mają Marcelą i traktowali niczym oczko w głowie. Państwo Malinowscy mieli rozsądne podejście do życia, toteż chociaż nie zaniedbywali potrzeb córki, zanadto jej nie rozpieszczali. Złotowłosa, błękitnooka pyza rosła jak na drożdżach, szczebiocząc i pokazując w uśmiechu bezzębne jeszcze dziąsła do każdego, kto przystanął, zauroczony jej anielską aparycją. Nie trzeba było mędrca, by wiedzieć, że z tego pulchnego cudu wyrośnie kiedyś piękna dziewczyna.

Co miało swoje dobre, jak i złe strony. Tata chciał córki inteligentnej i ambitnej, mama zaś pracowitej, wrażliwej na los bliźnich. Wszystko na początku układało się dobrze, rodzice robili co w ich mocy, aby wpoić w latorośl dobre obyczaje, ale cóż dwoje ludzi przeciw światu pełnemu zepsucia i chciwości. Sprawy przybrały naprawdę zły obrót, kiedy Maja Marcela weszła w okres dojrzewania; ten czas, gdy dziewczęta zaczynały rozumieć siłę swoich atrybutów oraz naturę potrzeb, często mylonych z zachciankami. Wtedy spełniły się najgorsze obawy państwa Malinowskich.

Czternastolatka opuściła się w nauce, zaniechała beletrystyki dla wymagających i marnowała długie godziny, pindrząc się przed lustrem lub biegając z koleżankami po galeriach handlowych. Kanały z filmami dokumentalnymi zastąpiły seriale o wampirach, wilkołakach oraz sitcomy z akcją osadzoną w szkolnych korytarzach, gdzie aktorzy zdawali się istnieć tylko po to, by reklamować marki popularnych producentów kosmetyków, ciuchów i napojów energetycznych. Maja zbierała kolorowe pisemka, w których pierwsze skrzypce grały młodociane gwiazdy popkultury znane nie z talentu, ale z tego, że były znane. Pani Malinowska ze zgrozą notowała rosnącą liczbę plakatów w pokoju dziecka; spoglądały z nich młodzieńcze i podstarzałe twarze, głównie męskie, z tatuażami oraz tuzinem kolczyków rozsianych po różnych częściach ciała niczym ospowate krosty. Maja zamieniła się w nastolatkę opryskliwą, zrzędliwą i próżną, do tego pielęgnującą bezguście pod postacią plastikowych, krzykliwie różowych bransoletek, wodnych tatuaży, sztucznych rzęs, kwadratowych paznokci z cekinami oraz brokatu we włosach.

Po jednej z wywiadówek strapiona matka wzięła wychowawcę Mai na stronę i zagadnęła o towarzystwo, w jakim obracała się jej pociecha. Usłyszała to, od czego przez całe życie próbowała córkę ustrzec: Maja związała się z grupą klasowych pięknotek, trzymających z głupimi lecz silnymi chłopczyskami – postrachami całej szkoły. Stała się typową pastelową idiotką o złym temperamencie. Pani Malinowska nie mogła uwierzyć, że słodka anielica przeistoczyła się w kapryśną pannicę, szydzącą z uczniów pilniejszych od niej. Czy stroiła sobie z nich prostackie żarty? Czy porywała im książki sprzed nosów, wyszydzała ich zaangażowanie, podstawiała nogi na boisku, chichocząc idiotycznie niby złośliwy goblin?

Mało rzec, że pani Malinowska była przygnębiona. Zaraz po wywiadówce zamknęła się z mężem w salonie i pod jego troskliwą kuratelą wychyliła trzy kieliszki wina. Wyglądało na to, że ich wspólne marzenia o mądrym i dobrym dziecku zgniótł wiek chamstwa, wszędobylskiej reklamy oraz ubóstwienia młodości, a młodość – wiadomo – niemal nigdy nie szła w parze z mądrością. Na nic zdało się tłumaczenie pana Malinowskiego, że wszak żaden rodzic nie był w stanie dokładnie kontrolować środowiska, w jakim obracało się dziecko, a ci, którzy tego spróbowali, niejednokrotnie wychowywali psychopatów albo ludzi nie umiejących odnaleźć się w społeczeństwie. Maja Marcela doskonale znajdowała się pośród rówieśników, jedyny szkopuł w tym, że nie takich, jakich by sobie życzyli rodzice. Gdy żona wreszcie się uspokoiła, przestała szlochać i poszła spać, pan Malinowski po cichu sam wychylił kieliszek wódki, ułożył się obok połowicy i zasnął. W taki sposób rodzice pogodzili się z rzeczywistością. Bo cóż mieli zrobić? Córki kochać nie przestaną, a miała dopiero szesnaście lat i jeszcze wiele mogło się zmienić. To powiedział pan Malinowski pani Malinowskiej, z tym się zgodzili i postanowili, że będą żyć dalej, wychowywać młódź najlepiej jak potrafią, mimo tego co było, co jest i co będzie – w nadziei na lepsze.

I lepsze przyszło. Przyszło, kiedy Maja Marcela wkroczyła w siedemnasty rok życia. Rodzice i wychowawcy w szkole aż przecierali oczy ze zdumienia, lecz jak to wyglądało z punktu widzenia Mai? Ano zgoła inaczej! Urocza, słodka, niezbyt lotna trzpiotka nagle weszła w świat rówieśników, jakimi dotąd gardziła: w przerażający, nudny świat bystrych nastolatków; nastolatków z olejem w głowie, z ambitnymi planami na przyszłość. Ale weszła w ten świat sposobem nietypowym, wręcz wariackim, a w sumie wymuszonym. Zaś było to tak:

 

Maja Marcela po nudnej rodzinnej imprezie, zorganizowanej w chacie przez starych na jej siedemnaste urodziny, swoim zwyczajem tuż przed snem zabarykadowała się w toalecie. Cerę miała jasną i czystą, nie potrzebującą nadmiernej troski, co nie przeszkadzało dziewczynie przeglądać się kilkadziesiąt razy dziennie w każdej odbijającej obraz powierzchni. Zadowolona ze stanu skóry, założyła pukiel długich blond włosów za ucho i… zamarła. Serce zatrzepotało jej w piersi, niby ptak w klatce. Jęła nerwowo macać palcami przestrzeń za uchem, aż zatrzymała opuszki na czymś wypukłym, na czymś paskudnym! „Pryszcz!” – pomyślała ze zgrozą. Wypryski były rzadkimi intruzami na jej ciele. Całe szczęście, że ten nabrzmiały czymś okropnym wzgórek znajdował się za uchem – kto się nie domaca, nie zauważy!

Mimo wszystko dziewczyną targnął dreszcz obrzydzenia. Odsłoniła miejsce krościatej katastrofy i manewrując drugim, mniejszym lusterkiem namierzyła nieprzyjaciela. Był tam: jeszcze mały, ale już zaczerwieniony, biały na czubku – pryszcz, chociaż trochę nietypowy, bo wydawało się, że pod wpływem światła jakby zapadał się w sobie. Już chciała go wycisnąć, lecz oczami wyobraźni zobaczyła gęstą ropę wlewającą się na paznokieć. Aż zabulgotało jej w brzuchu, a do gardła cofnął się kawałek urodzinowego tortu. Zrezygnowała z wyciskania na rzecz przetarcia nieprzyjaciela spirytusem kosmetycznym. Zamoczyła wacik, przykryła nim krostę i zniesmaczona wyjątkową bujnością własnej wyobraźni, ruszyła do łóżka.

Gdy tylko obudziła się następnego dnia, natychmiast poczłapała do łazienki. Pryszcz nie zniknął, nie zmalał, ale też nie powiększył się. Zdecydowała, że zaraz po szkole go wyciśnie, bo życie z pryszczem to żadne życie! Jadąc tramwajem do budy przypomniała sobie o klasówce z matematyki. Urodziny nie sprzyjały motywacji, lecz ostatni gwóźdź do trumny wbiło pojawienie się przeklętego wyprysku, wskutek czego Maja Marcela była zupełnie nieprzygotowana do sprawdzianu. Nie pierwszy raz, więc nie zmartwiła się zbytnio. Ściągnie od któregoś z kujonów. Nakrapiany Frycek z aparatem na zębach robił w jej stronę maślane oczka, więc liczyła na to, że za jeden przychylny uśmiech odfajkuje za nią test. Lecz ku zdziwieniu Mai, piegus z krzywym zgryzem nie był potrzebny. Gdy pani Chrzanowska – przedpotopowa matematyczka o pomarszczonej twarzy, przypominającej korzeń imbiru pozostawiony na pustyni – zaczęła rozdawać zadania, Maja po prostu wiedziała, co zrobić. Jeszcze wczoraj, gdyby ktoś ją zapytał, nie potrafiłaby wytłumaczyć, czym są funkcje i do czego służą, tymczasem tego dnia jakby pojaśniało jej w głowie. Ba! Uwinęła się z zadaniami jako pierwsza i – nieco zdziwiona swym wysokim poziomem znajomości tematu – oddała kartkę. Psiapsiółki parsknęły, odbierając jej gest jako popis nonszalancji; pani Chrzanowska pewnie myślała podobnie, bowiem przyjęła test z nieskrywaną przyganą, marszcząc krzaczaste brwi. Po lekcjach Maja planowała udać się z koleżankami do kosmetyczki, ale wredna belferka pokrzyżowała plany. Gdy zabrzmiał dzwonek oznajmujący koniec znojnego, szkolnego dnia, Chrzanowska podeszła do niej w asyście dyrektora i z uwagi na podejrzenie matactwa kazała powtórzyć klasówkę. Maja napisała, choć nie ukrywała nabzdyczonego niezadowolenia. Zadania były inne, ale równie łatwe. Matematyczka sprawdziła wyniki przy uczennicy, a gdy okazało się, że zostały rozwiązane bezbłędnie, jej krzaczaste brwi poszybowały ku niebiesiech.

– No proszę, proszę! – zaskrzeczała głosem zapomnianej, dziecięcej huśtawki, kołysanej wiatrem na skorodowanym łańcuchu. – Czyżbyś wreszcie zmądrzała, moja panno?

Maja wywróciła oczami, pragnąc jedynie wyrwać się na wolność. Dostała piątkę, gratulacje których się nie spodziewała i o które nie dbała, lecz pojawiło się w niej jakieś strapienie. Może i lepiej się stało, że otrzymała dobrą ocenę przy tylko dwóch świadkach. Gdyby koleżanki się dowiedziały, jeszcze by pomyślały, że zakuwała zamiast wzdychać do plakatu Justyna Bimbera. Mimo wszystko postanowiła zadzwonić do kumpel i wykręcić się ze wspólnego spotkania bólem głowy. Było w tym nawet sporo prawdy, albowiem nie czuła się sobą; dosłownie. Może nie była tytanem intelektu, ale nawet Maja Marcela potrafiła zorientować się, że coś nie gra. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz zdarzyło jej się wrócić do domu piechotą, samotnie, przez całą drogę błądząc gdzieś myślami; gdzieś w rejonach troski o przyszłość. Świat nagle wydał jej się inny, jakby patrzyła na niego nie swoimi oczami. Zasępiona, weszła do domu, oznajmiła się rodzicom: „Cześć! Tuż jestem!”, i zamknęła w pokoju. Przesiedziała na tapczanie dobre pół godziny, wlepiając jasnoniebieskie, odległe spojrzenie w dywan, myśląc o… O czym? Nie o tym, co zwykle. Nie o głupotach, a o czymś gruntownym, o czymś podstawowym. I gdyby ktoś z nią wtedy był, gdyby ktoś się przyglądał, zapewne zanotowałby, że błękitne oczy ojca chwilami stawały się zielonymi oczyma matki. Bezwiednie założyła pukiel włosów za ucho… i rzeczywistość załomotała do drzwi. Wyczuwszy wrażą wypukłość, przypomniała sobie o konieczności wyciśnięcia krosty za uchem.

Zamknęła się zwyczajowo w łazience, przygotowała papierowy ręcznik, dopasowała oświetlenie, odchyliła głowę, odgarnęła włosy i z niesmakiem ponownie spojrzała na dziwaczny wyprysk. Jak wczoraj, tak dzisiaj zdawał się kurczyć pod wpływem światła, wycofywać w głąb jej ciała, jakby chciał umknąć, jakby chciał uciec przed smukłymi palcami pianistki. Normalnie nie zwlekałaby ani chwili z usunięciem intruza. W tym przypadku było inaczej i na ułamek sekundy przez umysł Mai przegalopowała kuriozalna myśl: ten pryszcz wyglądał jak stary znajomy. Dwudniowy.

– Witaj! – powiedziało jej się, aż zdębiała.

Nie, to nie jej się powiedziało. To powiedziało coś, gdzieś, obok, niedaleko. Szkopuł w tym, że w łazience nie było nikogo innego. Mimo wszystko obejrzała w lustrze przestrzeń za sobą: była tak pusta, jak powinna być. Poprawiła palce wokół pryszcza i ponownie się na nim skoncentrowała.

– Wolałbym, żebyś tego nie robiła – odezwał się ponownie głos.

Był to młody głos, chłopięcy, dźwięczny, ładny, melodyjny; miękki. Być może właśnie dzięki tej miękkości Maja nie wrzasnęła i jedynie stała jak wryta z oczami wychodzącymi z orbit, z sercem walącym jak młotem. „Wariuję!” – pomyślała panicznie, zaś głos, dla którego najwyraźniej jej myśli nie stanowiły tajemnicy, zaprzeczył:

– Nie wydaje mi się.

– Gadający pryszcz! – szepnęła ze ściśniętym gardłem, mając na względzie rodziców, których nie chciała zaalarmować.

– Nie jestem pryszczem i nie musisz mówić głośno. Słyszę twoje myśli…

Mai wydawało się, że właściciel głosu chciał dodać „niestety”, ale się pohamował. Jeśli ubodło to jej godność, to tylko nieznacznie i na krótki moment, albowiem wielka tajemnica inteligentnej krosty za uchem chwilowo nie miała konkurentów i całkowicie pochłonęła jej uwagę.

– Coś ty za jeden?! – pomyślała. – Skąd się tu wziąłeś?

– Zawsze tu byłem – odparł wyprysk co bądź przymilnie. – Zanim wyszłaś z łona naszej matki, ja już tu byłem, maleńki, nierozwinięty, czekający na swój czas. Urosłem jednak i oto jestem.

– Co?

– Nigdy nie należałaś do orłów, prawda? – głos wciąż był pogodny, chociaż Mai wydawało się, że ta uwaga ocierała się o szyderstwo. Ale fakt: nie była zbyt rozgarnięta, więc nie potrafiła dokładnie określić, czy głos z niej kpi, czy o drogę pyta. – Po pierwsze: nie jestem pryszczem, więc proszę, nie wyciskaj mnie.

– To kim… czym jesteś?

– No cóż… – Krosta-nie-krosta się zadumała, dziewczyna niemal widziała, jak dobiera słowa, nim padły: – Poniekąd jestem twoim bratem. Poczekaj! Zanim zaczniesz piszczeć, daj mi dokończyć!

Istotnie, w nastoletniej piersi już wzbierał pisk. Pryszcz widocznie znał ją na wskroś, na wylot, od środka.

– Jeszcze w łonie matki było nas dwoje, ale ty okazałaś się silniejsza i wchłonęłaś mnie. Oprócz tego. – Wyprysk za uchem pokazał twardy, biały czubek i znowu się schował. – To jestem ja, to co ze mnie pozostało: fragment mojej szyszynki.

Maja czuła, jak do jej błękitnych oczu napływają łzy. Miała podejrzenie graniczące z pewnością, że traci zmysły, staje się inna, dziwna, że nie jest już „cool dziewuchą”, nie jest już „równą gościówą”. Była dziwadłem! Trędowatą!

– No już, już! – chłopięcy głos mruknął uspokajająco. – Nie ma co wylewać łez. Rozważ korzyści. Ty zostawisz mnie w Zauszu, a ja będę ci pomagał tak jak dzisiaj z matematyką.

– To byłeś ty?

– Owszem. Powiem więcej: razem zdamy każdy egzamin, dostaniemy się do każdej szkoły, zdobędziemy każdą pracę i będziemy pławić się w luksusach o jakich nawet Justyn Bimber nie słyszał. Co ty na to? Dziewczyno, razem zdobędziemy świat!

– Położę się spać. – Maja sflaczała przed lustrem, pochyliła głowę, jasne włosy opadły jej na ramiona zasłaniając to, co wyprysk nazywał Zauszem. – Wstanę i poczuję się lepiej. Czymś się strułam, bez dwóch zdań. Jutro głosu już nie będzie.

Wsłuchiwała się jeszcze moment we własne myśli i – faktycznie – było cicho. Przynajmniej do rana.

 

Śniło jej się coś dziwnego. Biegła po płytkach chodnikowych, położonych po środku soczyście zielonego trawnika, a z nią pełzł wąż: czerwony z czarnym łebkiem. Nieważne jak szybko biegła, wąż ją doganiał i wiedziała, że chciał na nią skoczyć. Nie chciał jej ukąsić, nic z tych rzeczy, po prostu skoczyć, aby poczuła obrzydzenie. I skoczył. I poczuła obrzydzenie. Na szczęście ktoś obok niej był i zdjął ohydny ciężar z jej pleców. Właściwie zdjął wężową skórę, bo tyle z gada pozostało – nie należało wnikać, jakim sposobem, wszak to tylko sen i rządził się swoimi zasadami. Zdyszana, Maja spojrzała na swego wybawcę. Jak ona, był blondynem o czystej, jasnej cerze.  Przystojny, podobny do niej, tylko jego oczy miały zielony kolor jak u matki. Uśmiechnął się, a później wykonał gwałtowny ruch – jaki i po co, nie wiedziała, bowiem w tamtym momencie się obudziła.

– Pobudeczka! – powiedział miękki głos w jej głowie. – Wstawaj, śpiochu, bo spóźnimy się do szkoły.

 

W taki oto sposób Maja zmieniała się na lepsze – przynajmniej w oczach rodziców i nauczycieli. Dziewczyna rozpoczęła nowy rozdział swojego życia, jakie tym razem miała w bardziej werbalny sposób dzielić ze swoim nigdy nienarodzonym bratem.

Na początku było trudno. Marcel nie odzywał się często, aby ograniczyć konfuzję u siostry do absolutnego minimum, ale jeśli już to robił, zawsze używał swojego kojącego, miękkiego tonu, jaki – Maja dobrze wiedziała, jak i wiedziała, że Marcel wiedział – wielce jej się podobał. Miał wręcz na nią hipnotyzujący wpływ, był niby błogie znieczulenie, słodki lek na każdy niepokój, dodawał odwagi, energii oraz wiary w siebie. Ale częściej niż gadać, Marcel po prostu działał. Maja nigdy nie czuła, aby traciła nad sobą kontrolę na rzecz widmowego brata, po prostu chwilami postrzegała rzeczywistość podwójnie, doznawała jej intensywniej i w sposób trochę dla niej obcy – a właściwy dla niego. To dzięki jego subtelnemu wpływowi zaczęła pojmować rzeczy skomplikowane. Przychodziło to naturalnie, jakby od zawsze rozumiała to, czego w gruncie rzeczy rozumieć nie mogła, tak iż w przeciągu kilku dni znacznie podniosła się w nauce. Marcel potrafił inspirować jej mowę, z czego wynikły wielorakie korzyści: nie oblała żadnego egzaminu ustnego, ale też potrafiła się dogadać z ludźmi, z którymi wcześniej za nic nie znalazłaby wspólnego języka. Wtedy pojęła, jak wielu rówieśników stroiło sobie z niej żarty; tym okrutniejsze, że dotąd nie zdawała sobie z nich sprawy. O tak, Marcel wpływał pozytywnie na jej spostrzegawczość! Zauważała rzeczy nieoczywiste, wymagające dedukcji, nad którymi przedtem się nie zastanawiała. Świat może  trochę  się skomplikował, ale również – paradoksalnie – stał się bardziej zrozumiały, teraz, gdy wiedziała jak wyciągać logiczne wnioski z poczynionych obserwacji. Wbrew sobie musiała przyznać, że jej się to podobało – czuła, że prędko nie zginie, że jest samowystarczalna, że sobie poradzi z małymi, średnimi, a może nawet dużymi przeszkodami. Była sprytniejsza, zdolniejsza i stało przed nią o wiele więcej perspektyw, o wiele więcej wyjść z trudnych sytuacji; o, jakże liczne są metody radzenia sobie z kłopotami!

Rodzice piali z zachwytu, nauczyciele też, ale rówieśnicy, z którymi dotąd trzymała sztamę zaczęli się od niej odsuwać. No bo jak to tak, zadawać się z kujonem! Wrażenie obcości i niedostosowania było obopólne: w oczach Mai jej dotychczasowe towarzystwo z nagła obrosło w tuzin wad. Zrozumiała, że poleganie na takich ludziach graniczyło z naiwnym szaleństwem. Jej dawna ekipa zdała się bezużyteczną i nudną jak flaki z olejem. Na domiar złego jej psiapsiółki zwróciły się przeciwko niej, jak tylko zakończyła rok szkolny z wyróżnieniem, wobec czego dziewczyna wycofała się i przycichła. Podstawówka pod względem towarzyskim była stracona, toteż wykorzystała ten okres na odnajdowanie się w nowej sytuacji. Przyjdzie czas na znajdowanie bratnich dusz na studiach. Tymczasem z pokoju nastolatki poznikały plakaty Justyna Bimbera, wampirów, wilkołaków i innych dziwaków, a do łask wróciły telewizyjne programy edukacyjne oraz kulturalne stacje radiowe. Dziewczyna zarzuciła plastikowe ozdoby i skąpe ciuszki w krzykliwych kolorach na rzecz gustownych, dwuczęściowych kostiumów, utrzymanych w odcieniach granatu, bordo oraz śliwki.

 

Okres studiów przyniósł nowe wyzwania i nowe kłopoty. Dzięki sekretnemu mieszkańcowi Zausza Maja bez kłopotów dostała się na kierunek prawniczy. Gdy osiągnęła dwudziestą wiosnę, zdała sobie sprawę, że w jej życiu brakowało męskiej obecności. Niby miała Marcela, ale wszak nie o taką obecność chodziło, co więcej, chociaż Marcel za jej uchem nie rósł i – generalnie rzecz biorąc – nie bolał, to był problematyczny, zwłaszcza w momentach, gdy serce młodej, pięknej studentki wzdychało do kolegów na roku. Maja, żyjąc z bratem już trzy lata, potrafiła wyczuć jego nastrój oraz intencje, toteż wiedziała, że on wiedział. Ale również wyczuwała, że i jemu brakowało fizycznej bliskości; intymnego kontaktu z drugim człowiekiem. Był więc dyskretny i w tych sprawach jej nie radził, a wręcz sympatyzował, wysyłając subtelne zachęty, jakie bardziej niż słowami objawiały się doznaniami, nagłymi uderzeniami gorąca lub odważnymi wyobrażeniami przyprawiającymi ją o rumieńce.

Nauka na ciężkim kierunku okazała się  nie  taka znojna, znowu: dzięki uprzejmości i niezwykłym talentom jej zredukowanego do fragmentu szyszynki bliźniaka. Czasami, podczas ślęczenia nad mądrymi książkami, bezwiednie gładziła wypukłość za uchem. Był to bardziej odruch, niż potrzeba serca, jednak zauważyła, że Marcelowi sprawiało to przyjemność. Zawsze wtedy wysuwał biały, twardy łepek, wyciągając się po jedyną fizyczną pieszczotę, do jakiej miał dostęp. Poza tym, że świadomość obecności innego umysłu krępowała w sytuacjach intymnych, Maja musiała przyznać, że Marcel nigdy niczego się nie domagał ani do niczego jej nie zmuszał. Wydawało się, że przywykła przez te wszystkie lata, choć podskórnie wiedziała, że do czegoś podobnego nigdy nie da się przystosować, pomimo całej dyskrecji mieszkańca Zausza. Tylko niekiedy koleżanki i koledzy zauważali, że bywała nieobecna, jakby rozmarzona, a tak właściwie, to miała piękny kolor oczu: niby niebieski, a chwilami zielony.

– Oczy kameleona – podsumował raz Sebastian, kolega ze starszego roku; przystojny, zadbany brunet, co wedle plotki roztopił niejedno dziewczęce serce, w tym kilka należących do uniwersyteckich wykładowczyń. – Sprawiają wrażenie, jakby zmieniały kolor. To pod wpływem światła i warunków atmosferycznych.

Uśmiechnął się do niej, a w jej brzuchu zatańczyła cała chmara cytrynków i paziów królowej. Maja się zakochała, zakochała się po uszy. Marcel nie pozwalał jej zawalić egzaminów semestralnych, ale też nie protestował, gdy błądziła myślami w obłokach, planując świetlaną przyszłość u boku Sebastiana. Dzięki ponadprzeciętnej spostrzegawczości wnet zauważyła, że kolega nie pozostawał jej dłużny i również czuł do niej miętę. Wypadało czekać, aż wykona pierwszy krok, czekać cierpliwie, w czym pomagał Marcel.

I wreszcie nadszedł ten dzień. Byli sam na sam (na sam). Siedzieli na ławce w parku przylegającym do uczelni. Było idealnie: późna wiosna, wszystko kwitło, powietrze świeże, pachnące, wiatr leciutki niczym welon panny młodej. Karmili gołębie, rozmawiali o ostatnio przeczytanych książkach, gdy wtem Sebastian, patrząc w Maję jak w obrazek, dotknął delikatnie jej włosów, a potem twarzy. Dziewczyna wstrzymała oddech, a kidy ciepła ręka nie przestała się przesuwać i zaczęła zbliżać do Zausza, rozanielenie przeobraziło się w panikę. Sebastian zatrzymał dłoń, zaś Marcel – pewnie odruchowo – swoim zwyczajem wysunął białą główkę. Maja patrzyła ze zgrozą jak na twarzy ukochanego przez mgnienie pojawił się grymas odrazy. Szybko wycofał dłoń, uśmiechnął się sztucznie, odchrząknął, wstał i powiedział, że musi wracać do domu, uczyć się na egzamin. Zostawił Maję na ławce, zdruzgotaną, zrozpaczoną. Jej życie, od lat będące pasmem następujących po sobie sukcesów, nagle rozbiło się o ścianę porażki. Wstyd i upokorzenie.

Również stateczny, dyskretny Marcel trochę spanikował, jednak nie z uwagi na utratę kochanka, o którego dbał tyle ile o zeszłoroczny śnieg. Byłby nad wyraz inteligentnym chłopakiem, gdyby tylko pozwolono mu się urodzić, ale – co ukrywał skrzętnie przed głupiutką siostrą – jego inteligencja szła w parze z ciągotami do manipulacji. Po prawdzie manipulacja była jedynym narzędziem do jakiego mógł się odwołać ktoś taki jak on. Jak długo Maja osiągała cele, jak długo miała powody do samozadowolenia, tak długo Marcel nie miał problemu z jej humorami. Teraz jednak zaliczyła potężną wpadkę, ogromne, druzgocące niepowodzenie. Już czuł, że misterna sieć jego planów niebezpiecznie się napina. Gorzka chemia zalewała organizm dziewczyny niby fala powodziowa; czuł całym sobą jej rozpacz, jej żal, niemal histeryczne poczucie krzywdy. Przyjął to wszystko na klatę, by tak rzec, chociaż pierwszy zalew chemii był niczym uderzenie obuchem w łeb, ale szybko się ogarnął. Wszak przewidział, że prędzej czy później dojdzie do czegoś podobnego. I jak każdy manipulator godny tego miana, miał przygotowany plan. Od dawna.

 

Maja płakała, zatrzaśnięta w toalecie. Siedziała na zamkniętej desce klozetowej i trąbiła w chusteczkę higieniczną, trzecią z rzędu,

– No już, maleńka, przestań łkać – pocieszał Marcel, używając swojego miękkiego głosu, który zawsze uspakajał siostrę. Jednak nie tym razem.

– Spojrzał na mnie, jakbym zmieniła się w ropuchę! – żaliła się dziewczyna.

– Co to za mężczyzna, który nie może znieść wyrostka za uchem. Goguś! Okazał się ciebie niegodny. Znajdziesz lepszego, a możesz mieć każdego.

– To twoja wina! – Marcel usłyszał to, czego wolałby nigdy nie usłyszeć, ale przypuszczał, że kiedyś mimo wszystko usłyszy.

Zagotowało się w nim. Tak, to jego wina, podobnie jak jej rewelacyjne wyniki w nauce, lepszy standard życia towarzyskiego, powszechny podziw i niezwykłe perspektywy na przyszłość.

– Powinnam cię wycisnąć, jak tylko się pojawiłeś! – chlipała.

Na moment wydawało się, że Maja Marcela wróciła do swojego stanu umysłu sprzed ujawnienia się bliźniaka. Była ślepa na przeszłość pełną sukcesów i głucha na racjonalne argumenty. Głupia pinda! Samolubna kretynka! Niewdzięczna beksa! Siedzi na kiblu i się mazgai, że osiągnęła (dzięki niemu właśnie!), tak wiele!

Niespodziewanie Maja zerwała się z klopa, stanęła przed lustrem i spojrzała bykiem na własne odbicie zaczerwionymi od łez oczami. Spojrzała na własne odbicie, ale tak naprawdę patrzyła na brata. Z nosa zwisał jej glut.

– Wyciskam cię! – Odrzuciła włosy do tyłu, odsłoniła Zausze i przysunęła dwa palce do wyrostka. Biały czubeczek zapadł się do środka.

– Czekaj, co robisz?! – zakrzyknął Marcel rozpaczliwie. – Jesteś w szoku, w depresji! Nie rób niczego, czego potem pożałujesz!

– Zmarnowałeś mi życie! Zraziłeś do mnie ukochanego! – jęknęła i nacisnęła na wyrostek.

– Ty głupia dziwko! – syknął Marcel takim tonem, o jaki Maja nigdy go nie podejrzewała. Był to syk pełen jadu, pełen złości i wściekłości tak palącej, że jej własna się przy nim nie umywała. – Dotknij mnie tylko, tępa krowo, a jedyną pracą, do której  się nadasz, będzie ssanie pał tirowcom! Równie dobrze możesz sobie wydłubać mózg łyżką. Beze mnie jesteś nikim. Beze mnie jesteś skretyniałą blondynką, zbyt głupią, by samodzielnie dodać dwa do dwóch. Pojęłaś?!

I owszem, zaczynała. W szeroko otwartych, zaczerwienionych oczach zabłysła iskierka zrozumienia. Smark oderwał się od zaczerwienionego nosa i ze smętnym pacnięciem spoczął w umywalce. Ponura prawda odrzuciła dobroduszną maskę, ukazując paskudny ryj. Jakoś nigdy nie przyszło jej do głowy, że mogła stać się zakładnikiem we własnym ciele; nie gospodarzem, nie sternikiem, ale właśnie – zakładnikiem. Po wtóre: Marcel wcale nie był bezinteresowny, jak naiwnie sądziła. Przez cały ten czas wydawało jej się, że to ona jemu wyświadczała łaskawą przysługę, nie na odwrót. Tymczasem wylazł z Marcela tyran, który z chirurgiczną precyzją ciął, gdzie bolało najbardziej. Mało tego, był okrutnikiem, który znał ją na wylot, znał każdy jej sekret, każde pragnienie i nawet jeśli nie potrafił nad nią zapanować, potrafił odciąć ją od swoich umiejętności, jakimi tak ochoczo się dzielił.

Okrutny popis tego, co mogło nastąpić, dał jej dnia następnego. Podczas jednego z testów Marcel zamilkł, zniknął, pozostawiając Maję sam na sam z egzaminatorem. Dziewczyna pociła się jak mysz, nie potrafiąc udzielić składnej odpowiedzi na żadne z pytań, których sens – wcześniej tak jasny – teraz gdzieś umknął wraz z bliźniakiem. Upiekło jej się tylko dlatego, że miała opinię elokwentnej i przykładnej, toteż profesor stwierdził, że pewnie jest chora, dał jej drugi termin i przykazał iść do lekarza. Maja opuściła gabinet skruszona i zawstydzona. W jej głowie zaś Marcel chichotał złośliwie, nie ukrywając, że dobrze się bawił.

– Widzisz, ile beze mnie znaczysz? – zapytał tym swoim najcieplejszym z tonów. – Wybiłem ci ze łba brykanie, kochanie?

Maja nie odpowiedziała. I tak Marcel dobrze wiedział, że wybił. Nie trzeba było strzępić języka… ani poświęcać zbędnej myśli.

 

Od tamtej pory ich relacje znacznie się zmieniły. Nie przypominało to otwartej bitwy, w żadnym bądź razie, ale wrażenie obopólnej niechęci popsuło smak tej specyficznej koegzystencji. Podobni niechętnym sobie tancerzom, zmuszeni kaprysem losu tańczyli na cienkim lodzie. Starali się nie deptać sobie po piętach i nie stąpać zbyt ciężko, coby nie skruszyć chłodnego podłoża i nie utonąć, przy czym Marcel odrzucił wspaniałomyślną fasadę. Nie dręczył siostry, ale nie krył swojej pogardy, niekiedy pozwalając sobie na sarkastyczne docinki. Gdy jednak wynikła taka potrzeba, przychodził Mai z pomocą, rzucając ciepłe słowo i podnosząc na duchu.

Powiadają, że ciężkie czasy czynią twardych ludzi. Dziewczyna znacznie spokorniała, uzmysłowiwszy sobie swoją opłakaną dolę, a przez to wyciszyła się, zdyscyplinowała i zaczęła nad sobą pracować. Nie umknęło to uwadze bliźniaka, ale i nie wzbudziło niepokoju. Czas najwyższy, żeby bezmyślna lalunia wzięła na siebie choć trochę obowiązków związanych z dojrzałością; wszak Marcel nie mógł CIĄGLE myśleć za dwoje! Tak dobrnęli do końca studiów. Wszystkie egzaminy zdali wzorowo, a praca dyplomowa Mai Marceli Malinowskiej była tak dobra, że miała zostać opublikowana.

Dumni z córki rodzice trochę się zamartwiali, że Maja nie zdradzała chęci wychodzenia za mąż. Zrobiła się skromna, cicha i bezgranicznie oddana pracy. Po prawdzie celowo unikała znajomych i rodziny, a miała ku temu jeden bardzo ważny powód. Zauważyła, że coraz częściej tracił kontakt z rzeczywistością. Przydarzało się to już od podstawówki, ale jeszcze nigdy nie urywał jej się film na tak długo. Co gorsza, gdy wracała do zmysłów, nierzadko znajdowała się w innym miejscu niż była przed zjazdem. Nie pamiętała nic z pomiędzy, a potrafiły być to przedziały czasowe od pół godziny do godzin dwóch, czasem trzech. Ona nie wiedziała, ale wiedziała, kto widział. Nie poruszała jednak tego tematu, Marcel zaś nie jątrzył.

Czas płynął; miara powoli się przebierała. Maja niemal wpadła w panikę, gdy raz przyszła do siebie późną nocą. Stała nad zlewem z rękoma pokrytymi krwią. Zmyła ją szybko, by opatrzyć rany, lecz okazało się, że ręce były całe.

– Coś ty zrobił? – szepnęła wtedy, ledwo poruszając zbielałymi wargami, ale Marcel milczał jak zaklęty.

Nigdy się nie dowiedziała czyja to była krew, ale też nie spotkała się z jej powodu z żadnymi konsekwencjami.

Innym razem straciła świadomość niedzielnym rankiem, wsiadając do auta. Odzyskała ją późnym wieczorem tego samego dnia. Siedziała przed monitorem własnego komputera. Na ekranie cycate, gołe aktorki kopulowały z samochodową wajchą od skrzyni biegów, zaś w drugiej zakładce przeglądarki dwóch umięśnionych, bogato obdarzonych przez naturę panów oddawało się grzechowi sodomii. Maja czuła kisiel w majtkach i coś zasychało jej na palcach. Chociaż Marcel również wtedy nie odezwał się ani słowem, czuła jego złośliwą obecność oraz jadowitą radość z jej bezsilności i upokorzenia.

Jeszcze innym razem obudziła się na sali pooperacyjnej z czterema szwami na boku. Przeraziła się nie na żarty, ale wtedy brat natychmiast przybył jej z wyjaśnieniem:

– Ciśśś! – mruknął tonem przywodzącym na myśl watę cukrową. – Zauważyłem, że coś ci się tam tworzy, to wziąłem nas na badania. To był nowotwór, niegroźny. Operacja była szybka. Chciałem oszczędzić ci zmartwień. Wszystko załatwiłem. Śpij spokojnie.

Toteż usnęła – z łkaniem zduszonym w zarodku. Skoro już dochodziło do takich rzeczy bez udziału jej świadomości, nie wiedziała nawet, czy sama usnęła, czy uśpił ją brat. Wszystko było możliwe. Maja Marcela straciła panowanie, straciła kontrolę nad własnym ciałem, jeśli kiedykolwiek ją miała. Usnęła ze łzą realizacji, zasychającą w kąciku niebieskiego oka. Oka, które coraz częściej przybierało zielony kolor.

 

Miała dwadzieścia osiem lat, gdy państwo Malinowscy zginęli w wypadku samochodowym. Świat zawalił jej się wtedy na głowę.

– Przynajmniej umarli w szczęśliwym przekonaniu, że mieli taką córkę, o jakiej zawsze marzyli – szepnął w jej głowie mieszkaniec Zausza. – Nawet jeśli to było fałszywe przekonanie – dodał zjadliwie, bez poszanowania dla chwili, bez współczucia, jak rasowy psychopata.

Po tym Maja zaczęła pić. Topiła smutki w kieliszkach szkockiej, potem w szklankach, a potem ciągnęła prosto z gwinta. Gdy trzeźwiała, Marcel robił jej wyrzuty, niczym zrzędliwa żona. Pomimo pijaństwa, które usiłowała zamienić w nałóg (Marcel, skurczybyk, skutecznie jej to uniemożliwiał), jej kariera w kancelarii adwokackiej nabierała tempa. Wiedziała, że to zasługa bliźniaka, który zdawał się inspirować sobą niemal każdą trzeźwą chwilę jej żywota. Tylko gdy topiła Weltschmerz w alkoholowej powodzi, czuła się naprawdę sobą. Marcel wtedy gdzieś znikał, milknął, wrażenie jego obecności ginęło, jakby wóda budowała między nimi nieprzenikalną barierę.

Pewnego wieczoru w pijanym widzie wtarabaniła się do łazienki, zataczając sobą szerokie kręgi.

– Wysisne sie, skuwielu! – bełkotała, wygrażając lustru butelką z kilkoma łykami czystej na dnie.

Nawet próbowała wziąć krostę za uchem między palce, ale była zbyt pijana i tylko rozwaliła sobie głowę o półkę.

– Wyszeźwieje i cie wyper… wypierdole na zbity chryj – mamrotała, wycierając krew z rozciętej skroni.

Szkopuł w tym, że kiedy trzeźwiała, Marcel był u władzy. A gdy przejmował ster, zaczynał straszyć.

– Schlej się jeszcze raz, zagróź mi jeszcze raz, a następnym razem ockniesz się w burdelu! – warczał. – Nie doceniasz, co dla ciebie robię!

– Zabijasz we mnie radość życia – pomyślała apatycznie.

– Ja? To ty chlejesz na umór! Ja robię, co mogę, by ratować twoją reputację. Beze mnie dawno leżałabyś gdzieś pod mostem. – Westchnął. –  Nigdy nie potrafiłaś docenić jaką perłę Bóg cisnął przed twój świński ryj. Weź się w garść, do kurwy nędzy!

Pogróżka z burdelem podziałała; przynajmniej na tydzień. W ciągu tego tygodnia Maja miała sen: śniły jej się czasy, kiedy po raz pierwszy namacała pryszcza za uchem. Był mniej więcej taki sam jak teraz, ale wtedy, tego pierwszego dnia, milczał. Dlaczego? Zadumała się. Oglądała scenę z  dzieciństwa w kółko i w kółko, niczym stary rodzinny film. I zrozumiała. Spirytus. Wszak przykryła młodego naonczas Marcela spirytusem kosmetycznym, czego efektem było milczenie łajdaka. To odkrycie zapaliło w niej płomień nadziei, ta zaś wyrwała ją z objęć snu. Skoczyła na równe nogi, kierując się do barku, by…

– O, nie, nie! – odezwał się Marcel niemal natychmiast. – Nie waż się, pijaczyno, albo…

Maja czuła wyraźny opór, gdy wyciągała rękę, by otworzyć barek. Jakby ktoś, coś, powstrzymywało jej mięśnie przed postępowaniem zgodnie z jej wolą. Ugryzła się w wargę do samej krwi, aż zapiekło. Zaskoczony nagłym ukąszeniem bólu, Marcel stracił czujność. Maja wprawnym ruchem wytrawnej alkoholiczki chwyciła butelkę rumu, odkręciła i zalała trunkiem Zausze. Targnęło nią, nogi się pod nią ugięły – de facto zupełnie straciła w nich czucie. Butelka poleciała i rozbiła się o parkiet.

– Chluśnem, bo uśniem, sukinsynu! – pomyślała triumfalnie, zdając sobie jednocześnie sprawę z niedowładu dolnych kończyn. Doczołgała się do kanapy, wlokąc za sobą bezużyteczne chwilowo nogi, oparła wygodnie plecy o mebel i wsłuchała we własne myśli.

Było cicho. Czyżby jej plan się powiódł? Czyżby zły brat bliźniak błądził gdzieś tam, struty alkoholem?

– Chsiałabyś! – dobiegł ją wraży głos, ale dochodził z daleka i był niewyraźny, jakby… podpity. – Pomyślałem o… – czknął – …pomyślałem o wszystkim, ty głupa, niewzzzzięszna, tępa szaaa… ato!

– Coś ty, u diabła, zrobił?! – Maja przeraziła się, macając nogi, w których zupełnie brakowało czucia. Jakby ktoś odrąbał je siekierą.

– Właśśśnie to! – zapiał Marcel z dumą. – Jak wrósssę… to się z tobą pora… porachch… – i tyle go było.

Po tych bełkotliwych słowach Marcel zniknął, przynajmniej na kilka kolejnych godzin, podczas których Maja siedziała na parkiecie, nie mogąc poruszyć nogami. Butelka z rumem się rozlała, nawet nie miała czym zapić kolejnej porażki. Znowu popadła w depresję, w żal nad sobą, nad swoim opłakanym stanem, nad martwymi rodzicami, nad podłym losem.

Ludzie często się dziwili, dlaczego młodzi, piękni i majętni sprawiali wrażenie nieszczęsnych. Maja była tym wszystkim, cały świat stał przed nią otworem, tymczasem oto siedziała na podłodze, z bezwładem w nogach, ze ściskającym serce smutkiem w oczach, które z dnia na dzień stawały się coraz mniej niebieskie, za to coraz bardziej zielone. Obraz nędzy i rozpaczy. Siedziała niby szmaciana lalka, bezwolna, oczekując na powrót mieszkańca Zausza; na powrót bliźniaka, który mścił się na niej za to, że urodziła się zamiast niego. A rum się rozbił. Nawet kałuża wyparowała i nie było czego zlizywać. Maja Marcela zwiesiła smętnie głowę na piersi i zasnęła.

 

Szef Malinowskiej, Adam Gustowski, miał wątpliwości, gdy najlepszy członek jego zespołu poprosił o urlop na całe trzy miesiące, ale co tam! Należało się dziewczynie. Pracowała za dwoje przez ostatnie lata, toteż nie miał jej tego za złe. Tym bardziej, że odkąd pamiętał faktycznie była trochę przygaszona, jakby coś ją gnębiło, a ostatnio smutek niemal z niej wychodził i materializował się obok. Może zmęczenie materiału? Jeśli tak, to tym lepiej, że wzięła sobie wolne.

Przed momentem otrzymał od niej wiadomość tekstem, że są korki i trochę się spóźni. Też nie miał nic przeciwko. Czuł do niej słabość i tyle. Wszyscy o tym wiedzieli, lecz nie dbał o to, gdyż pozostali też mieli do niej słabość. Mała czarownica, każdego potrafiła owinąć sobie wokół palca. Właśnie takich ludzi potrzebowała jego agencja adwokacka.

Pół godziny później w kancelarii pojawiła się Maja, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, punktualnie. Gustowski podniósł na nią wzrok, chciał powiedzieć: „Witamy w domu!”, lecz słowa zamarły mu na ustach. Do pokoju nie weszła Maja, lecz ktoś do niej podobny: wysoki, zadbany, przystojny blondyn o krótko ściętych włosach i zielonych oczach; mógłby być jej bratem bliźniakiem. Wtem Gustowskiemu coś zaświtało. O to więc chodziło! Oto przyczyna przygaszenia Malinowskiej, jej wiecznego zatroskania, jej smutku. Transseksualizm to rzadki przypadek, ale los nie wybiera. Jeden ma schizofrenię, drugi żylaki, a inny urodził się w powłoce przynależnym do nie swojej płci.

– No, no, no! Cóż za odmiana! – Przywitał, nie ukrywając zaskoczenia. – Nigdy wcześniej nie wspominałaś, -eś, że… wiesz. Nie czułeś się dobrze we własnej skórze.

Niegdysiejsza Maja lekko się zarumieniła. Nawet w ciele mężczyzny prezentowała się idealnie, może nawet lepiej.

– Rozumiem, że te trzy miesiące potrzebne były na odpoczynek po operacji?

– Istotnie – odparł Malinowski męskim głosem, trochę miękkim, trochę słodkim; przywodzącym na myśl watę cukrową. – Jak widać,  przebiegła pomyślnie.

– Szybko ci poszło. Sądziłem, że kuracja hormonalna zajmuje więcej czasu.

– Medycyna błyskawicznie rozwija swoje metody – kłamał jak z nut. I po obojętnym wyrazie twarzy szefa widział, że rybka połknęła haczyk.

Sztuki manipulacji uczył się przez całe życie, a teraz wydawała piękne owoce. Nic, tylko wbijać zęby, gryźć i radować się soczystym triumfem. Powiadają: „Pycha kroczy przed upadkiem”, a wrażenie omnipotencji mogło łatwo ją sprowokować. Szczęściem Marcel nie wypadł sroce spod ogona; widział słabość innych i nie wahał się wykorzystać jej do swych celów, co nie znaczyło, że stał się ślepy na własne ułomności. Skromność, nawet jeśli fałszywa, powinna wystarczyć, dopóki nie opanuje samokontroli do perfekcji.

– Cokolwiek, stary, ważne że jesteś z powrotem – mówił tymczasem Gustowski. – Robota pali nam się w rękach. Przygotuję resztę zespołu na tę nowinę. Eee… – Zawahał się. – Jak się teraz mamy do ciebie zwracać?

– Marcel – odparł Malinowski. – I zapewniam, że nie wyszedłem z formy. Nigdy nie czułem się lepiej.

– No! – Adam Gustowski, dla którego w życiu liczył się jedynie zysk i nie miałby nic przeciwko temu, by połowa jego zespołu z dnia na dzień zmieniła płeć, o ile wygrywaliby dla niego sprawy, zatarł dłonie. – Mam nadzieję, mój drogi, mam nadzieję. Bierz się zatem do dzieła.

Gustowski podrzucił klucz do gabinetu Malinowskiego, a ten wdzięcznie schwytał go w locie. Skłonił się lekko i udał do swego pokoju, dzierżąc pod pachą teczkę z aktami dwóch czekających na niego spraw. Rozejrzał się po gabinecie, który opuścił na trzy długie miesiące. Był czysty, schludny i przygotowany do pracy. Nim się za nią wziął, sięgnął jeszcze do skrytki za szufladą biurka. Z odrazą wyciągnął pustą, tłustą flaszkę i trzymając ją między dwoma palcami niby śmierdzącą skarpetę, wywalił do kosza na śmieci. Szkło brzdęknęło o puste dno kubła.

Marcel poprawił granatowy, gustowny garnitur i zerknął na pogodny świat za oknem. Odruchowo musnął opuszkami miejsce za uchem – pozostała tam mała wypukłość, maciupeńki wzgórek. Należało go najpierw dobrze obmacać, aby przekonać się, że faktycznie tam był. Ukąszenia komara bywały większe. Nic takiego, nic ważnego. Zawiesił wzrok na białych, pierzastych obłokach, sunących po lazurowym niebie. Słońce powoli wysuwało się zza wieżowców, atakując miasto olśniewającą jasnością. Marcel zmrużył zielone oczy.

Oczy, w których błąkała się samotna błękitna plamka.

Reklamy

„Łabędzie-wampiry…” by Kornel Mikołajczyk i nasi na Kapitularzu

In Opowiadania, Patronat on Sierpień 24, 2018 at 12:35 pm

Dziś (i jutro, i pojutrze, i jeszcze przez wiele, wiele dni) zachęcamy do przeczytania najnowszego opowiadania Kornela Mikołajczyka, pod wielce intrygującym tytułem „Łabędzie-wampiry pożarły mój biurowiec„. Kto zna twórczość Kornela, ten wie, że spod jego klawiatury wychodzą wyłącznie świetne teksty. Nie inaczej jest i tym razem – „Łabędzie-wampiry…” są dziwne, przewrotne i… mądre. Co ciekawe, pierwotnie ten tekst powstał w języku obcym (czytaj: po angielsku) i zdążył się już rozpanoszyć na Bizarro Central. Kto ma zacięcie translatorskie, ten może porównać obie wersje:

Flash Fiction Friday: Vampire Swans Ate My Office Building

Aha, korzystając z okazji, zapraszamy do Łodzi na Kapitularz 2018, gdzie już za dwa tygodnie niedobroliterkowa ekipa (rzeczony Kornel Mikołajczyk, Kazek Kyrcz, Zeter Zelke, Istvan Vizvary i inne potępione duchy) przeprowadzą dwa panele: o groźnych miastach i równie (o ile nie bardziej!) groźnych kobietach.

A poniżej (wreszcie!) obiecane opowiadanie…

Czytaj resztę wpisu »

„Ze sposobów znęcania się nad zwierzętami” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Sierpień 26, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtWitamy Was, o bizarryczni w formie i treści pożeracze niedobrej materii! Dzisiaj mamy dla Was tekst o tytule cokolwiek przewrotnym i takiejż zawartości. Ci, którzy nas znają wiedzą już, że lubimy zabierać naszych followerów nad krawędź – wiadomo, tam zawsze są najlepsze widoki. Fajny trip nad krawędź ufundował tym razem Kornel Mikołajczyk. Ze sposobów znęcania się nad zwierzętami to nie katalog bestialstwa, ale intrygująca zabawa kontekstem.

Zresztą, czy na niedobrych literkach bywa coś nieintrygującego? No właśnie. NIE. No i prawie na koniec – o ile jak zwykle zapraszamy Was, drodzy niedobrej mocy padawani do dobrej zabawy, o tyle jak najbardziej nie zachęcamy Was do traktowania tytułu opowiadania na serio, tudzież do wprowadzania w życie czynności i zachowań, których miejsce jest na zakręconym blogu.  A skoro już to ustaliliśmy, to…

…zapraszamy do lektury! Czytaj resztę wpisu »

„Krótki tragiczny żywot barowego neonu” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Lipiec 8, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtTen tekst miał pojawić się na Niedobrych Literkach dawno temu. Postanowiliśmy jednak, że będzie miał fajną oprawę graficzną. Koniec końców oprawy nie ma, ale Paskud stwierdził optymistycznie, że przecież neony zazwyczaj same robią za oprawę wizualną. A ten, którego stworzył Kornel Mikołajczyk, potrafi znacznie więcej…

Zresztą, przekonajcie się sami. Czytaj resztę wpisu »

„P.M.S. Ziemia!” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Wrzesień 25, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtArrrrr! Szkwał, galeon, kilwater, szanty, ster i butelka rumu! Takim oto żeglarskim powitaniem witamy was, nasi mili, bo dziś morskie klimaty przenikają niedobre jak zimno sztormowego wiatru przenika przez nawet najcieplejsze kurtelaśki. Jak to my, załoga pod banderą Paskuda wpłynie dziś na nieznane wody, z ogromną pomocą niezwykle utalentowanego w zakresie oceanicznych historii niesamowitych Kornela Mikołajczyka.

Aczkolwiek nie dajcie się zmylić. Klimaty niby morskie, ale w sumie będzie to, jak wszystko w historii ludzkości, o sprawach damsko-męskich. I jednej takiej w sumie naturalnej, chociaż trzeba przyznać, że mimo swej naturalności bolesnej, w dodatku wpływającej na komunikację między płciami dosyć negatywnie sprawie. Ahoooj!

h

P.M.S. Ziemia!

h

1

h

Jednomasztowiec „Peckator” obrał właśnie kurs na macierzysty port, kiedy jak co miesiąc rozpoczął się czerwony przypływ.
Nasza dzielna załoga nie była gotowa na jego przyjście. Nie odczytała na czas znaków na niebie i ziemi. W jednej chwili rozpruwaliśmy swym dziobem przestwór Atlantyku, dzielnie wbijaliśmy nabrzmiały bukszpryt prosto w horyzont, a w następnej znaleźliśmy się pośrodku czerwonego morza, mimo że prawdziwe Morze Czerwone leżało wiele, wiele mil morskich stąd, w innej części globu. Ale w tych „szczególnych dniach” zawsze miało się wrażenie, iż Ziemia staje się jednością, tak że nieważnym było, gdzie co leży, leżało czy leżeć powinno. Cała planeta przekształcała się w wielkie, bezkresne Morze Czerwone, wstrząsane spazmami menstruacyjnego bólu, zjednoczona w cierpieniu, jednogłośna.
I tak bardzo, bardzo przerażająca…
– Ahoj, Okres! – zawołał marynarz siedzący w bocianim gnieździe, bijąc na alarm jakby zobaczył Czarnobrodego. – Okres, Okres, Okres!
Dyn-dyn-dyn-dyn-dyn-dyn-dyn-dyn!
Na pokładzie statku w jednej chwili zaroiło się od członków załogi. Trójka majtków wyskoczyła ze schowków wielkości szuflad, ładowniczy z ładowni, poławiacze pereł z kajut, kuk z kuchni, kwatermistrz z kwater; bosman zaś wystawił swą brodatą gębę z beczki na śledzie, w której zwykł przesiadywać. Jako ostatni przybiegli kapitan z depczącym mu po piętach chłopcem kajutowym oraz świeżo zamustrowany nawigator.
Wszyscy jak jeden mąż przechylili się przez burty.

Gdy w błękit mórz wedrze się znów
Bałwanów krwawych rząd
To Gaja drży od ciemnej krwi
Więc prędko wiosłuj stąd

– No to jesteśmy urufieni, panowie! – stwierdził jednooki kwatermistrz, przekrzykując szantę. – Urufieni na cacy!
Co do tego nikt nie miał wątpliwości. Comiesięczny cykl Gai znów zatoczył koło (jak to natura miała w zwyczaju) i wszechocean zabarwił się pigmentem krwi, z kojącego błękitu w ostrą czerwień, od bieguna po biegun. Niczym skończone szczury lądowe władowaliśmy się w sam środek ogólnoplanetarnej menstruacji. Najgorszy czas, żeby wejść do portu i wrócić na macierzy łono, do czekających matek, córek, sióstr, żon i kochanek. Najgorszy czas dla każdej istoty, która posiada chromosom Y.

Hej, wiosłuj stąd
Hej, wiosłuj stąd
Hej, prędko wiosłuj stąd!

Kapitan obrócił się gniewnie w stronę nawigatora. Młokos miał zaczątki pierwszego wąsa nad wargą, w ramionach zaś trzymał stos pozwijanych map, z którymi rzadko kiedy się rozstawał. Nazywał się Iszmael, ale o tym na statku nie wiedział prawie nikt. Wszyscy bez wyjątku wołaliśmy go Cyrkluj.
– Do stu tysięcy beczek jeżowców w occie! – rozdarł się kapitan, obryzgując go śliną. – Cyrkluj! W jaki sposób nie przewidziałeś tego cholerstwa?! Myślałem, że wyprawę mamy zaplanowaną w najmniejszych, psia jego, szczegółach!
Zrugany załogant zaczął przecierać okulary tak energicznie, że mało nie przewalił się przez burtę.
– A-a-al-ale… ale o co ch-chodzi, kapitanie? Sir? Coś zrobiłem nie tak? Zero sztormów, zero piratów, pełna ładownia pereł… Będziemy w porcie na czas, nawet z dwudniowym zapasem!
– Tak, ale w trakcie Okresu… – wykrztusił któryś z poławiaczy. W jego głosie znać było prawdziwy strach. Głęboki, ściskający za gardziel Strach przez duże, wypisane drżącą dłonią S.
Cyrkluj zmarszczył brwi.
– Okres Gai przychodzi co miesiąc, takie są prawa natury. I co z związku z tym?
– Co w związku?! – rozdarł się kapitan z niedowierzaniem. – CO W ZWIĄZKU?! Jezu, gdzieś ty się wychowywał, chłopcze, w rufie Davy’ego Jonesa? Czyś ty nigdy nie widział, co to cholerstwo robi z… – urwał, po czym rozejrzał się nerwowo, jakby ze wszystkich stron spodziewał się abordażu. – Z kobitami? – dokończył znaczącym szeptem. – Rany, co tam się musi dziać w porcie…
– W burdelu nieczynne – rzucił ktoś spod masztu ponurym głosem.
– Żona jadem pluje. – Zadrżał poławiacz.
– Kochankę główka boli. – Westchnął kuk.
– Teściowa, menda, gryzie! – krzyknął spod pokładu blindziarz.
– Córka krzyczy, że mnie nienawidzi i płacze w poduszkę – mruknął podstarzały majtek.
– Mamusia się zezłości i nie ulepi pierożków! – pisnął ośmioletni pomocnik kuka.
– Krótko mówiąc, Armagedon, chłopcze – podsumował kwatermistrz, kładąc starą, spracowaną dłoń na ramieniu nawigatora. – Koniec świata. Ha, i nie myśl sobie, że cokolwiek tu pomogą piękne perły! – Rząd głów poruszył się w górę i w dół, przyznając mu rację. – Kiedyś, dawno temu, złapał nas sztorm i musieliśmy zawinąć do portu, kiedy wciąż szalał Okres. Ja jeszcze wtedy sam perły łowiłem i znalazłem taką iście niemożliwą, z deformacją, jedyną w swoim rodzaju, wartą pewnie spory szmal! Więc daję mojej babie, coby ją udobruchać, i mówię tak: „Patrz, pampuszku, ta perła jest wyjątkowa, niekształtna. Gdy tylko ją zobaczyłem, pomyślałem o tobie”. Ha! Tak się wjebałem, uwierzyłbyś? – Nawigator w odpowiedzi pokręcił głową. – Rzecz prosta ugryzłem się zaraz w ozór, ale chuja tam, było już za późno. Nawet nie zauważyłem, jak mój pampuszek wetknął mi tę perłę prosto w oko. – Wskazał na swój wybrakowany oczodół: zaropiałe, ziejące dziursko, w którym faktycznie coś połyskiwało niby macica perłowa. – Niech mnie kule biją, co tam się wtedy działo… Dziesięć w skali Beauforta to nic, chłopcze. Nic, powiadam! Nic w porównaniu z babą w trakcie Okresu.

Gdy w suchy port, przyjazny fiord
Się wedrze Krwawy Pływ
To Gai czas, więc fok na maszt
I prędko ruszaj w dryf

Cyrkluj skulił się w sobie. Kwatermistrz zawsze opowiadał niestworzone historie (o czym wiedzieli wszyscy, którzy mieli nieprzyjemność dzielić z nim kajutę); historie o polowaniach na żmije-żarłacze i niedźwiedziorybomałpy, walkach na śmierć i życie z siłami natury. Ale tym razem jego opowieść przeraziła nawigatora nie na żarty. Ta dotyczyła w końcu prawdziwej, nie zaś legendarnej bestyjki. Bardziej tajemniczej i nieznanej od zakonspirowanej syreny.
Kobiety.

Hej, ruszaj w dryf
Hej, ruszaj w dryf
Hej, prędko ruszaj w dryf!

Wyraźnie zrobiło mu się wstyd, że nie wziął poprawki na Okres. Spuścił głowę, po czym wymamrotał pod nosem przeprosiny.
– Cococo? Co takiego? – Kapitan uniósł swój trójgraniasty kapelusz, obnażając ucho. – Głośniej, człowieku, to jest łajba, tu się krzyczy! Co masz na swoje usprawiedliwienie, no?
– Miesz… mieszkałem w internacie przy Akademii Nawigacji, sir. – Pokraśniał na te słowa jeszcze silniej, niż morze wokół statku. – Sami chłopcy. N-nie za wiele wiem o-o… tych sprawach, bo cały czas się wkręcaliśmy, że to się robi tak albo siak, że niby najpierw trzeba się natrzeć pietruszką w pachwinach, wie pan, takie tam żarty gówniarzy, no iii… i sam już nie wiem, co z tego było na serio, a co nie, także tego… eee… pietruszka i wiecie…
Cyrkluj motał się w słowach przez krótką, krępującą chwilę, aż w końcu całkiem umilkł. Na pokładzie zapadła niezręczna cisza. Słychać było tylko procesy szarych komórek, jak zgrzyt kabestanu w dziesiątkach czaszek załogantów.
– Czy on ma na myśli to, co ja myślę, że ma na myśli? – zapytał w końcu kuk, drapiąc się chochlą po zawszonej głowie.
– Że nie wie, jak to się robi?
– No.
– Chyba tak, panowie. – Kapitan wzruszył ramionami. – I dlatego nie ma pojęcia o Okresie. No? To miałeś na myśli, Cyrkluj?
– Tajest, sir – wymamrotał nawigator, wbijając wzrok w pokład.
Reszta załogi była w szoku.
– Ale jak to tak… nigdy?! Ani razu?!
– A dziwki portowe u nas takie ładne… – Ktoś westchnął, kręcąc głową. – Powaga. W innych portach wszystkie albo szczerbate, albo kulawe.
– A Bezzębna Jenny to co? Też krzywo chodzi.
– Ale tylko po tym, jak ja u niej byłem! – zarechotał bosman z beczki na śledzie, pokazując wymownie (z wizualną pomocą zgiętego przedramienia) co miał na myśli. Parę osób ryknęło śmiechem. – Musowo trza ją przedstawić chłopakowi. Godzinka szachu-machu i będzie do odratowania.
– Raczej minutka, w jego przypadku…
– No i co z tego, że nie wie, jak to jest z kobitą?! Wielkie halo! – przerwał dyskusję kapitan, dziwnie rozdrażniony. Wszyscy wiedzieliśmy, że od dziewczyn wolał on młodych, jurnych chłopców kajutowych. Czasem też dobierał się do majtków majtków. Tfu, znaczy do majtek… – Nie będziemy mu przecież gadać o pszczółkach i kwiatkach. To nie zajęcia wyrównawcze, tylko pieprzona łajba! Zobaczyć mi w tej chwili, czy da się zakotwiczyć! I zwinąć wszystkie żagle! Nie ma co ładować się do portu, jakoś to przeczekamy.
Załoga rozbiegła się do swoich zajęć i wkrótce „Peckator” stanął na szelfie. Wzdłuż horyzontu zamajaczyła smukła linia brzegowa.
Gdzieś tam był dom. Gdzieś tam były nasze kobiety. Rozstrojone, rozdrażnione, rozsierdzone…
Krótko mówiąc – Okres jak co miesiąc.
Zebraliśmy się na pokładzie, odkorkowaliśmy rum i przysiedliśmy na skrzyniach i beczkach, z nogami opartymi o reling. Cóż więcej mogliśmy zrobić, jak tylko czekać, aż minie najgorsze? Cóż zrobiłby ktokolwiek w naszej sytuacji? Nikt z nas nie chciał wracać z dalekich mórz błękitnych na własne, prywatne morza czerwone.

Gdy moczyć chcesz, a wszędzie krew
I czerwień aż po pirs
To Gaja klnie, więc chcesz czy nie
Turbiny puszczaj w wir

– Moja tam już pewnie pymsuje – przerwał żałobną ciszę kuk. – Na całego, jak ją znam.
– Co robi? – zdziwił się Cyrkluj. – Psuje?
– Pymsuje, młody, pymsuje. Ona tak na to mówi: pyms. Nie nauczyła się, franca, czytać akronimów po literce, więc ona tak wszystko zaiwania. PMS: pyms. SOS: sos. CBŚ: cybyś. I tak dalej, do usrania. Jedno tylko UFO jej dobrze wychodzi.
Stary kwatermistrz ze znawstwem pokręcił głową.
– Jakie tam pymsuje, panie kuk. PMS to jest przed tym: jak Gaja ciska sztormami, huraganem i trzęsieniami ziemi. Jak się focha na ludzkość, o. Teraz to już nie jest masa podkrytyczna, teraz to jest ten, no…
– Wyciek reaktora? – podrzucił ze śmiechem brodaty ładowniczy.
– No, no. Wyciek reaktora jak chuj.

Hej, puszczaj w wir
Hej, puszczaj w wir
Hej, prędko puszczaj w wir!

– Zamkniecie się wreszcie?! – warknął kapitan w kierunku Ochotniczego Chóru Szantowego. – I tak nikt nie lubi tego kawałka!
Byliśmy dopiero na trzeciej zwrotce, ale posłusznie umilkliśmy, coby móc się napić.
Tyle z umilania innym czasu, psia mać…

h

*

h

Kongestia przeciągnęła się aż do wieczora. Jakieś pięć godzin i dwie skrzynki rumu później ujrzeliśmy zbliżający się statek, wychodzący z docelowego portu „Peckatora”. Stanowczo za duży jak na pilota portowego, trójmasztowy i świeżo nasmołowany, uciekał w czerwone morze jakby goniło go stado wpienionych krakenów-mutantów.
Kiedy przepływał obok nas burta w burtę, zaczęło się tradycyjne międzystatkowe krzyczando:
– AHOJ!!! – wrzasnął kapitan trójmasztowca, dziwny facet z protezą nogi.
– AHOJ!!! – odkrzyknął nasz kapitan; też dziwny, choć nogi miał w komplecie.
– SKĄD PŁYNIECIE?!!!
– Z POŁOWU PEREŁ!!!
– NIE WIDZIELIŚCIE CZASEM BIAŁEGO WIELORYBA?!!!
– CZEGO?!!!
– WIELKIEGO!!! BIAŁEGO!!! WIELORYBA!!!
– NIE!!! ALE MOŻE JAK GAJA ZOBACZY COŚ WIELKIEGO I BIAŁEGO, TO W KOŃCU UŻYJE TAMPONU!!!
– HA, HA, HA!!!
– A JAK SYTUACJA W PORTACH?!!!
– MAM TRZY PARY W ZAPASIE!!! POWINNO WYSTARCZYĆ!!!
– NIE W PORTKACH!!! W PORTACH!!!
– SZALEJĄ JAK CHOLERA!!! ZDEMOLOWAŁY APTEKĘ!!! FACET NIE MIAŁ ZIÓŁEK NA SKURCZE!!! MASAKRA!!!
– AHA!!! DZIĘKI!!! CZYSTYCH WÓD!!!
– NAZWAJEM!!! MIŁEGO CZEKANIA!!!
Załoga umilkła ponuro, na wszelki wypadek ofiarowując minutę ciszy na cześć dzielnego aptekarza. I tylko jeden Cyrkluj, nawigator-dziewica, poderwał się nagle na nogi i zaczął krążyć wokół jedynego masztu, dręczony jakąś nieznośną myślą.
– Chwileczkę, panowie – rzucił po chwili z większą niż zwykle pewnością. Cofnął się, być może, do lat spędzonych w Akademii Nawigacji i wyobrażał sobie, że rozwiązuje przy tablicy złożony problem azymutu magnetycznego. – Gaja przechodzi przez PMS i Okres, ponieważ jest kobietą, prawda?
– No raczej. – Zmęczony poławiacz pereł przewrócił oczami.
– I kobiety, solidaryzując się z nią niejako, sprzęgają biologiczne cykle z Gają i również dostają Okresu, tak?
– Sprzęgają aż aptekarzy leją. Patrzcie, taki hormon, nie? Niby niewidoczny, a jednak jebnąć potrafi.
– O coś ci biega, Cyrkluj? – wtrącił niecierpliwie bosman.
Nawigator z uśmiechem poprawił okulary.
– A co gdyby tak, na jakiś czas… och, powiedzmy na dziewięć miesięcy – powiedział z naciskiem – Gaja przestała miesiączkować, hm? Co wtedy z kobietami? Czy ich cykle nie zostaną automatycznie wstrzymane?
Zdawało się, że umilkło nawet samo morze, rozpłaszczając fale we flautę. Pomysł młodzieńca torował sobie drogę w umysłach załogantów jak lodołamacz, powoli i sukcesywnie, oporna kra za oporną krą. Tym, którzy zrozumieli, oczy natychmiast zalśniły blaskiem nadziei. Dziewięć miesięcy spokoju to w końcu nie byle co.
– Istnieje pewna… legenda – zaczął ostrożnie kwatermistrz – ale nie chciałbym nikogo zanudzać, więc…
– Co to za legenda? – zapytał pryszczaty majtek.
Jednooki starzec pociągnął solidny łyk rumu, po czym otarł sine wargi, nie dając po sobie poznać, że zainteresowanie załogi mile go połechtało.
– Mówi się, że jest takie miejsce, z którego wychodzi czerwony przypływ. Wystający nad wody skalisty ostrów, na którym nigdy nie przysiada żaden morski ptak, ani mewa, ani rybitwa. Miejsce, w którym zawracają ławice ryb, o którym śpiewają trwożnie wieloryby. Wysepka ta ma ukrytą zatoczkę, w zatoczce zaś kryje się ciemna jaskinia. W jaskini tej znajduje się największy, najcenniejszy skarb Gai, którego żaden człowiek nie odważył się jeszcze zdobyć…
– Gdzie… gdzie leży ta wyspa, sir?
Kwatermistrz wzruszył ramionami.
– Mówi się, że gdzieś w okolicy Wysp Dziewiczych. Nie tak daleko od nas, w zasadzie. Podobnież sprawny kartograf może określić jej położenie po tym, jak rozkładają się prądy morskie i grzbiety oceaniczne. Ale nie znajdziesz jej na żadnej mapie, o nie. Ta wyspa nie ma nazwy.
Kolektywna uwaga załogi przeniosła się na nawigatora. Cyrkluj natychmiast rzucił się do map, rozprasował je na deskach pokładu i przycisnął zagięte rogi opróżnionymi butelkami. Potem, mamrocząc do siebie „prądy morskie, prądy morskie”, zaczął kreślić coś przy pomocy ołówka i wyliczać kąty, spacerując cyrklem między wyspami archipelagu. Przypatrywaliśmy się temu z mieszaniną konfuzji i fascynacji, jak kępy ukwiału pierwszy raz zabrane na wędrówkę przez raka pustelnika.
– Tu! – wykrzyknął w końcu, podniecony, wskazując palcem na papier. – Wi-widzicie? W tym rejonie powinna znajdować się wyraźna przeszkoda, rozdzielająca ciepły prąd biegnący do Golfsztromu. Ale na mapie jest tylko morze!
– To musi być tam! – zakrzyknął kapitan, zrywając się na nogi. – Jak szybko możemy tam być?
– Pięć dni przy korzystnym wietrze, sir – ocenił Cyrkluj. – Góra tydzień. Wody powinny być spokojniejsze, gdy skończy się Okres.
– Ba! Jeśli nam się uda, Okres skończy się na całe dziewięć miesięcy!
Po pokładzie poniosło się gromkie „Hip, hip, hurra!”, całkiem jak wtedy, gdy ulicznice w trynidadzkim porcie ogłosiły wielką wyprzedaż towaru. Rozwinęliśmy żagle, zrobiliśmy zwrot przez kotwicę i wypłynęliśmy na szerokie wody oceanu.
Cyrkluj stanął za kołem sterowym, pilnując kursu, kapitan zaś tuż za nim, dla odmiany uśmiechnięty, po raz pierwszy od wielu tygodni zadowolony z młodego nawigatora.
– Eee… panie kapitanie, sir – zapytał rzeczowo jeden z ładowniczych, gdy stabilny wiatr popchnął łajbę w kierunku Wysp Dziewiczych – a który z nas tak w zasadzie… eee, no wie pan… zejdzie tam do Gai i ją w tę jaskinię… eee, tego? Zrobimy jakieś losowanie? W kości zagramy?
Kapitan zamyślił się na moment.
Oczywistym kandydatem wydawał się nasz bosman: umięśniony, brodaty, znany w setkach portów awanturnik-jebaka. Bosman był tak niemożliwie męski, że wszystkie tatuaże-serduszka, jakie sobie wydziarał, zmieniały mu się automatycznie w gołe baby. Gdy nurkował po perły, małżowaginy same otwierały się przed jego palcami, odsłaniając miękkie różowe wdzięki. Gdy wyłuskiwał perły spomiędzy ich warg, wzdychały w baśniowej feerii bąbelków. Kiedyś uległa mu nawet syrena, Bóg jeden wie w jaki sposób. Dlatego zresztą większość podróży bosman spędzał w beczce na śledzie. Mówił, że rybi zapach nieodmiennie przypominał mu o dawnej kochance.
Mieliśmy o nim ułożoną szantę – jeszcze nieskończoną, ledwie dwadzieścia trzy zwrotki – ale w ciszy, jaka zapadła, uznaliśmy, że warto zaśpiewać chociaż wstępny refren, gwoli przedłożenia jego kandydatury:

Z armaty strzelał w portach stu
Syreny brał na spławik
A gdy galoty spuszczał w dół
To wężem morskim wabił
Hej, wężem morskim wabił!

– Panowie, panowie, spokojnie – odezwał się kapitan, gdy reszta załogi ochoczo podchwyciła pieśń. – Dobrze wiecie, że wybór może być tylko jeden.
Cyrkluj pokiwał gorliwie głową, spoglądając ku bosmanowi.
– Jako że zarówno pomysł, jak i wykonanie należał w całości do naszego drogiego nawigatora, to jemu przypadnie zaszczyt uwolnienia nas od Okresu. Jak myślicie, co? Należy mu się, psia mać, coś od życia, czy nie?!
Tak jest! Wrzaskom, oklaskom i wiwatom nie było końca. Wszyscy jednogłośnie uznaliśmy, że nadszedł czas, aby młody Cyrkluj – niech morze ma go w swojej opiece – dowiedział się, co to znaczy być z kobietą. Wzniesiono toasty, wypito jego zdrowie. Posypały się pierwsze konkretne rady pod adresem przyszłej „schadzki” młodzieńca.
I tylko sam nawigator zbladł nagle jak żagiel w pacyficznym słońcu.

h

2

h

Kiedy Gaja była jeszcze młodziutka, jedynym, co pozwalało jej zapomnieć o samotności, były dinozaury.
Prehistoryczne gady były jej pierwszą poważną zabawką; miała ich tysiące w każdym swoim zakątku, każdego koloru, każdego rodzaju. Ale dinozaury, pomimo swej ogromnej różnorodności, były też przeraźliwie nudne. Biegały w kółko za własnymi ogonami i zjadały się nawzajem, nie oferując żadnej stymulacji dla dorastającej dziewczynki-planety. Gaja próbowała malować im narośle na różowo albo ustawiać je w równych rządkach, względem gatunku, ale zawsze rozłaziły się na boki i brudziły świeży lakier kredowym błockiem. Nie słuchały się jej tak, jak należy.
Dlatego gdy pewnego dnia zachorowała, tak jak choruje każde dziecko – różyczka, odra, świnka, nieważne – pozbyła się ich co do jednego. Tłumaczyła sobie później, że osiadły na nich zarazki, a do zarazków lepiej się nie przytulać, bo są „fe!”. Lecz w głębi siebie znała prawdę. Dinozaury poszły na śmietnik, bo nie potrafiły odegnać jej samotności.

h

*

h

Później sprawiła sobie lalki: zabawki znacznie bardziej zajmujące i odpowiednie dla młodej planety płci żeńskiej. Jej pierwsza para nazywała się Adam i Ewa. Były jej Kenem i Barbie. Spędzała nad nimi całe tygodnie. Czesała je, karmiła, przebierała w nowe ciuszki, wyprowadzała na długie, kontynentalne spacery. Zbudowała im przytulny domek i wyobrażała sobie, że i ona jest częścią tego domowego ogniska. Adam, Ewa i Gaja. Trójka przyjaciół, na zawsze razem.
Lecz wkrótce obok domku Adama i Ewy pojawił się drugi domek; potem trzeci, piąty i dziesiąty, aż w końcu Gaja miała więcej domków, niż mogła zliczyć. Lalki mnożyły się bez końca i zbierały w liczne grupy. Same, bez jej pomocy, malowały się w barwne kolory, przebierały, ustawiały rzędami, a potem kruszyły te rzędy, psując się wzajemnie, nim mogła się z nimi zapoznać, pobawić. Nieważne jak mocno próbowała przyciągnąć je do siebie – nowe pola uprawne, pastwiska dla kóz, drzewa figowe i daktylowce – one wciąż rzucały się na siebie z mieczami i paliły jej piękne domki.
Uznała, że może zmiana środowiska zrobi im dobrze i wzięła je ze sobą do kąpieli. Ale nie licząc jednej arki, niemal wszystkie zginęły w falach, którymi się zasnuła.
Gaja nauczyła się wtedy, że o zabawki trzeba dbać. Ale zrozumiała również, że nadchodzi taki moment w życiu planety, kiedy trzeba odłożyć lalki na półkę i pozwolić im żyć własnym życiem. Kiedy trzeba pogodzić się z tym, że jest się skazanym na gwiezdną pustkę samotności…

h

*

h

Aż w końcu nadszedł dzień, kiedy Gaja całkiem wyrosła z dziecinnych marzeń. Zaokrągliła się tu i tam, poszerzając równik, spłaszczyła się na biegunach; wypiętrzyły jej się góry i grzbiety oceaniczne. A także – jakżeby inaczej – dostała miesiączki. Jak każda dziewczynka, która staje się kobietą.
I wtedy – nagle, w jednej chwili – zdarzyło się coś absolutnie niesamowitego.
Poczuła je wszystkie, bez wyjątku, jednoczące się z nią w bólu pierwszego krwawienia. Młode dzierlatki i dojrzałe kobiety, nieśmiałe dziewice i stateczne matrony, wieśniaczki i królowe… Były tu. Tuż obok niej. W samym sercu jej ognistego wnętrza. W intymności, jaka istnieć może jedynie pomiędzy kobietami. Cierpiały i broczyły krwią, współdzieląc z nią skurcze i rozdrażnienie, przekazując jej część swojej niedoli i biorąc na siebie część tej, która wstrząsała nią samą. I tak miało być każdego miesiąca, już zawsze, na zawsze, aż po wieczność.
Gaja nareszcie nie była sama.

h

*

h

Jednak ostatnimi czasy dziwna, irracjonalna pustka znów zaczęła narastać we wnętrzu planety. Pod skalnym płaszczem rozbudziły się w niej pragnienia, których nie potrafiła nazwać. Starała się o nich nie myśleć, ignorować je, ale wibracje za każdym razem powracały coraz silniejsze, coraz bardziej natarczywe.
Wiedziała, że jest tylko jeden sposób, aby pozbyć się tych pragnień.
Zaspokoić je.

h

3

h

Gdy widzieliśmy Cyrkluj po raz ostatni tego pamiętnego dnia, młody nawigator, wiosłując nieporadnie, manewrował szalupą w kierunku ciemnej jaskini pod wysepką Gai – wystającą z morza, gęsto żyłkowaną skałą porośniętą na szczycie niewielkim laskiem w kształcie trójkąta. Spieniona otchłań groty wessała chłopaka i straciliśmy go z oczu.
Resztę znamy już tylko z opowieści…

h

*

h

Ciemność zamknęła się nad nim jak paszcza lewiatana.
Iszmael zadrżał strachliwie, przyciskając do piersi skrócone wiosło. Nasmołowany kawałek drewna wydał mu się nagle strasznie kruchy i nieadekwatny w obliczu obezwładniającej czerni – pozbawiony mocy, bezużyteczny. Delikatny nurt pchał jego łódeczkę naprzód, w głąb jaskini, jednostajnym tempem. A przynajmniej tak mu się wydawało, gdyż nie miał żadnego punktu odniesienia. Gdzieś wokół siebie czuł tylko ściany – wilgotne, pulsujące zagadkowym ciepłem, ruchliwe, jak gdyby znalazł się w środku ogromnego przełyku, pędząc ku bezdni żołądka.
Tyle że to nie był przełyk. Nie układ pokarmowy, a zupełnie inny rodzaj… układu. Taki, o którym wciąż, pomimo rad załogi, wiedział przerażająco niewiele.
Czy Gaja czuła jego obecność? Czy była w stanie zespolić się zmysłami z osobnikiem przeciwnej płci? Nie miał na to odpowiedzi. Naokoło była tylko wilgoć i strach. Przyszło mu do głowy, że Gaja, wielka kobieta-planeta, może go uznać za pasożyta, za wesz wkręcającą się w jej intymne zakątki, za coś paskudnego. I co wtedy? Czy zmiażdży go między dwiema płytami tektonicznymi? Zmyje antybakteryjną pianą? Czy ona w ogóle życzyła sobie, żeby ot tak, bezpardonowo wkraczał do jej najbardziej prywatnych rejonów? Kim on był, żeby odważyć się na coś takiego? Tylko biednym, niedoświadczonym nawigatorem w okularach. Nikim więcej.
Nikim.
Delikatna bryza owionęła jego twarz, a wraz z nią nadeszło światło. Rozbłysło przed nim łagodną, zielononiebieską łuną, rozkładając się koncentrycznie na pokrytych śluzem ścianach tunelu, dając mu pewne pojęcie co do prędkości, z jaką się poruszał. Szalupa wyraźnie przyspieszała, opadając pod kątem w kierunku gardzieli kolejnej groty. Nie było już odwrotu. Iszmael chwycił się burt i zacisnął zęby, gotowy na wszystko.
PLUSK!!! Zarył dziobem w taflę wody; zachłysnął się wodą. Spłynęła w dół jego gardła – lekko rybia, lekko miodowa, lekko kwiatowa – dostała się do nozdrzy, trysnęła na twarz. Krztusząc się i prychając, zdołał przywrócić szalupę do względnej równowagi, wciąż na wpół oślepiony, niepewny, gdzie wylądował.
Otarł twarz rękawem i rozejrzał się. Dryfował teraz po swego rodzaju sekretnym jeziorku, kompletnie odciętym od świata, nie licząc pojedynczego tunelu, którym tu właśnie spłynął. Dziwna iluminacja, którą dostrzegł wcześniej, pochodziła od organizmów, które oblepiały ściany jaskini. Iszmael nie potrafił się zdecydować, czy to fauna, czy flora, gdyż nie miał zielonego pojęcia, czym mogły być: mchem, porostem, gąbką, wodorostem; jakąś inną, nieznaną formą życia złożoną z wszystkich czterech, której próżno szukać w encyklopediach? Nieważne. Dość, że pulsowały błękitno-seledynową bioluminescencją i pełzły po skałach na podobieństwo pnących roślin, rozchodząc się na coraz drobniejsze niby-nóżki czy niby-łodyżki, wkręcone w każdy załom i pęknięcie. I wszystkie, bez wątpienia, wyrastały/rozchodziły się z tego samego miejsca – z niewielkiej wnęki w kształcie półotwartej muszli małży, położonej na wprost od tunelu.
– Sam środek świata – mruknął do siebie z przestrachem.
(Choć możliwe, że użył wtedy innych słów. Cyrkluj nie pamiętał wszystkich szczegółów co do joty. Zwłaszcza przy drugiej butelce rumu.)
To było miejsce, do którego miał dotrzeć. To było miejsce, w którym miał zrobić… hm, zrobić swoje, tak w zasadzie. Stać się mężczyzną i ocalić współmężczyzn od koszmaru Okresu. Przynajmniej na parę miesięcy.
Przypomniał sobie, że w dłoni nadal ściska wiosło. Podpłynął ostrożnie do emanującej światłością wnęki, mało nie wpadając na skalną półkę ukrytą w półcieniu. Wdrapał się na niewielki występ i, powstrzymując drżenie kolan, stanął przed sercem Gai.
Niewielkie wypustki roślino-zwierzęcia zareagowały na jego obecność, zafalowały, wyciągnęły się ku niemu jak główki kwiatów do słońca. Iszmael delikatnie przesunął po nich palcami. W jednej chwili poczuł całą mechatość mchu, porowatość porostu, gąbczastość gąbki i wodnistość wodorostu, jakie składały się na niesamowitą, organiczną teksturę stworzenia.
Ziemia pod nim zadrżała lekko. Z wnęki dobył się cichutki, cichuteńki jęk i Iszmael zrozumiał, że ta istota to Gaja.
Pospiesznie cofnął dłoń.
– P-przepraszam! – wykrzyknął, mało nie krztusząc się po raz kolejny. – N-nie… nie wiedziałem, że to… Nie chciałem być taki bezpośredni, przepraszam!
Gaja zamruczała przeciągle, wyciągając z siebie niską, wielorybią nutę, tak bardzo odmienną od wcześniejszego pisku zaskoczonej myszy.
Iszmael odniósł wrażenie, że planeta zakomunikowała:
„Nic się nie stało, nie gniewam się”.
Dziwne uczucie – pomyślał. Wiedzieć, co mówi planeta.
– M-mam n-nadzieję, że-że… że będziemy mogli zacząć od nowa – powiedział, po czym zaśmiał się nerwowo i przygładził dłonią wilgotne włosy. – Jestem Iszmael. Miło mi.
Z zarośniętego otworu w skale dobiegł go odległy szum drzew.
„Cześć, Iszmaelu. Jestem Gaja”.
– Ty-tak. Wiem. He, he. – Kolejny nerwowy śmiech. – Wszyscy cię znają, jak mniemam.
„Czego szukasz w moim sanktuarium, Iszmaelu?” Miauknięcie kota: zdumione, pytające, lekko znudzone.
– Sanktuarium, co? N-nie wiedziałem, że tak to się nazywa. Sanktuarium – powtórzył, oblizując nerwowo wargi. – Dobra nazwa. Tak. Więc… tentego, jak to szło? Często… często tu przychodzisz, maleńka?
Miauczenie zmieniło się w warkot tygrysów i lwów.
„SŁUCHAM?!”
Iszmael podskoczył. Bosman nauczył go tego zwrotu jakiś czas temu, ale teraz, gdy nawigator wypowiedział te słowa, poczuł się strasznie głupio. I nie tylko dlatego, że tak naprawdę znajdował się w Gai, w jej wnętrzu, a ona nigdzie nie przychodziła, ani bynajmniej nie była wcale maleńka. Była największą rzeczą na całym cholernym świecie! Nie, wróć. Ona była całym cholernym światem!
To właśnie mógł jej powiedzieć. „Jesteś całym moim światem”. To było prostsze, mądrzejsze i, przede wszystkim, prawdziwe. A nie te dyrdymały dla dziwek portowych.
Dlaczego, dlaczego to zawsze się działo, gdy próbował rozmawiać z kobietami?!
– Ech, zapomnij – mruknął i opadł ciężko na twardą skałę. – Władowałem się w tę sytuację sam, a teraz nie mogę nawet z niej wybrnąć, wiesz? Po prostu: nie potrafię. Nie potrafię rozmawiać z kobietami. Nawet z taką kobietą, jak ty, której twarzy nie muszę oglądać, gdy czerwienieje rozgniewana. Nie potrafię i tyle.
W dźwiękach Gai pojawiła się nagle łagodna nuta. Przypominała Iszmaelowi o umajonych łąkach, o bzyczeniu owadów i o szumie strumyka. Skrajna idylla.
„Hej, nie szło ci wcale tak źle. Przepraszam, że się uniosłam, po prostu… ja też nigdy tego nie robiłam i…”
– Nie, nie, nie, to przeze mnie. Mój problem polega na tym, że za bardzo się mądrzę. Jako jedyny na łajbie mam wyższe wykształcenie i jak już wpadnę na pomysł, to w kontraście do pomysłów innych wypadam na geniusza. I przez to bez przerwy pakuję się w kłopoty!
(Co, pozwolę sobie wtrącić, nie jest wcale prawdą. Dwóch z naszych ładowniczych ma dyplomy prestiżowej Akademii Filozofii, co w praktyce oznacza, iż mogą roztrząsać w pracy ważkie kwestie bytu bądź niebytu skrzyń, pak i beczek w ontologicznym pojmowaniu struktur rzeczywistości. Nasz kuk zaś doktoryzuje się ze współczesnej poezji i od czasu do czasu potrafi rzucić fraszką na temat przesolonego gulaszu czy haiku pod adresem zupy żółwiowej. Dziś mało kto pracuje w zawodzie, Cyrkluj, i nie ma co się czepiać. Chcesz się czepić, czep się Gai! Zrozumiano? No. To wracamy do historii.)
„Ależ nie musisz oceniać się tak surowo”. Głos Gai przeszedł w ptasi trel. „Znam cię, Iszmaelu. Znam wszystkich ludzi na mojej powierzchni. Wiem, że zawsze dajesz z siebie wszystko i starasz się nikogo nie zawieść. Jesteś dobrym człowiekiem. I z całą pewnością nie jesteś nikim.”
Iszmael otarł łzę z oka i pokiwał do siebie głową. A potem nagle dotarły do niego słowa Gai i zerwał się na równe nogi.
– Zaraz, czy ty powiedziałaś, że nigdy przedtem tego nie robiłaś?! I że mnie znasz?! Czyli ty wiedziałaś… wiedziałaś, że załoga wyśle mnie do ciebie, gdy znajdziemy twoje sanktuarium? Czekałaś tu na mnie przez cały ten czas?
Organizm przed nim zapulsował nieco żywiej; poczerwieniał.
„Nie, nie, to znaczy…” Skrzeczała jak nowo narodzony ssak, zakłopotana. „Nie musiałam czekać tu, Iszmaelu. Ja jestem wszędzie, przecież wiesz. Ale z pewnością czekałam na tę chwilę. Widzisz, życie planety jest strasznie samotne. Można hodować na swojej powierzchni miliony gatunków, istnień złączonych w jedną cudowną sieć zależności, a i tak, gdy przychodzi co do czego, nie ma ani jednej istoty, która mi za to podziękuje. Poświęci mi chwilkę swojego czasu. Porozmawia. Zainteresuje się, co u mnie. Dlatego… dlatego cieszę się, że tu jesteś. I że to właśnie ty zostałeś wybrany. Gdyby to był ten wasz bosman, sprawy wyglądałyby pewnie… nieco inaczej.”
– Rozumiem. – Spuścił smutno głowę. – Pewnie już dawno byłabyś uwiedziona.
„Uwiedziona? Nie, skądże znowu! Ja też, tak jak ty, wiem czasem za dużo i przez to mam problemy. Gdyby to był wasz bosman, nie mogłabym chyba powstrzymać śmiechu. Wiesz jak on ma na imię?”
– Eee… Bosman?
„Nie. Eustachy. Ma na imię Eustachy! Naprawdę!”
Zaśmiali się jednocześnie: on normalnie, niemalże z ulgą, Gaja na podobieństwo skrzeczących mew, szczekających radośnie psów i podekscytowanych fok. Pełną fauną zadowolenia.
Atmosfera rozluźniła się w jednej chwili.
(Tak naprawdę to bosman nazywał się całkiem inaczej, ale gdy za młodu uczył się w szkółce przyklasztornej, jedna zakonnica zmieniła mu imię w papierach na Eustachy, gdy zauważyła, że dziewczyny z parafii – i parę starszych pań przy okazji – spoglądają na niego z grzechem w oczach. Plan był taki, żeby wszystkie kobiety w mieście wyśmiewały się z niego i wytykały go palcami, ale w praktyce zadziałało to nieco inaczej: chichotały nerwowo w jego obecności i pokazywały go sobie na ulicy. Nie robiło im specjalnej różnicy, jak się nazywał. Ważne, że już w wieku trzynastu lat „Eustachy” miał mięśnie jak postronki, męski zarost i pachniał dzikim zwierzęciem. Także uważaj, z kogo się chichrasz, bo tak w dziób zarobisz, że i tobie zmieni się imię. Z „Cyrkluj z Akademii” na „Zlizuj z Podłogi”.)
Rozmawiali ze sobą jeszcze przez długi czas. Iszmael opowiedział Gai o czasie spędzonym w internacie Akademii, o kawale, jaki zrobili na drugim roku profesorowi od astronawigacji, o życiu na pokładzie statku. Gaja odwdzięczyła się historią o stegozaurze, który niefortunnie przybił się kolcami do drzewa oraz bliską relacją z podróży Noego po jej własnych oceanach. Uparcie twierdziła też, że biblijny mąż wcale nie ocalił wszystkich zwierząt od śmierci w falach. Co najwyżej jedną piątą. I wciąż nie potrafiła przeboleć faktu, że ten stary pijak zapomniał o czymś, co nazywała „dokalferami”.
Rozmawiali tak i rozmawiali jeszcze przez długie, długie godziny. I nawet nie zauważyli, kiedy znaleźli się w swoich objęciach.
Dość, że w pewnym momencie Iszmael – pełen hormonów i uczuć – padł twarzą w miękkie, łaskoczące zwierzo-rośliny i poczuł, że zmienia się pod nim całe Newtonowskie ciążenie – że przyciska teraz do względnego centrum masy te najbardziej intymne wypustki Gai, drżące pod nim jak na wietrze, podekscytowane. Przylgnął do nich całym ciałem. Ubrania zleciały z niego niemal magicznie, zgubił je gdzieś w plątaninie kończyn i macek, zapomniał.
Była już tylko ona, jego słodka planeta, jego ogromna błękitna kochanka – i przeciągłe wycie wilczycy w jego uszach, zgrzyt ścierających się ze sobą żółwich skorup, bzyczenie pszczół zapylających kwiaty, plusk łososi zdążających na tarło, kumkanie nawołujących się żab, tokowanie głuszców w głuszy…
(I tutaj Cyrkluj urwał swą opowieść, bo usnął nam, bidula, na stole, pod który wcześniej raczył zwymiotować. Ale resztę dopowiedzcie sobie sami. Ja w każdym razie muszę iść wyprać buty. Taka jest, psia mać, cena tworzenia sztuki.)

h

4

h

Trzy miesiące później mieliśmy już ułożoną szantę o naszym dzielnym nawigatorze, pod roboczym tytułem „Cyrkluj Gaję, gdy ci staje”. Brakowało nam jedynie zakończenia, kody; jakiejś zgrabnej klamry, która spięłaby całą tę osobliwą historię, zwieńczyła niejako kolejne muzyczne dzieło Ochotniczego Chóru Szantowego.
Klamra zamknęła się niespodziewanie pewnego wieczoru w barze. I przy okazji zamknęła nam wszystkim gęby na amen.
Siedzieliśmy niemal całą załogą w lokalnej mordowni, „Pod Długą Lufą”, przemieniając złoto z połowu pereł w złoto innego rodzaju: płynne, spienione i mocno zaprawione ziołami. Wieczór zapowiadał się absolutnie wspaniale. Ledwie pół godziny przed naszym przybyciem potężny wykidajło wyrzucił jakieś gostka z baru i przypadkiem nie trafił w drzwi, więc przyjemna bryza wionęła znad morza przez dziurę w kształcie człowieka, chłodząc nasze ciała i kubki. Mieliśmy karty, mieliśmy kości, zawody w rzucaniu nożem o rzut noża stąd, nie wspominając już o tym, że wszystkie nasze stare megiery, zołzy i piekielnice – zwane potocznie żonami i kochankami – od blisko stu dni nie przejawiały żadnych oznak Okresu. Ba, nawet jak teściowa wpadała z wizytą, to dało się z nią porozmawiać jak z człowiekiem! Cokolwiek tak w zasadzie zrobił Cyrkluj – w jakikolwiek sposób zapłodnił Gaję w czasie przemilczanej części opowieści – zadziałało to jak dobrze nasmarowany kabestan. Przynajmniej przez najbliższe pół roku byliśmy wolni.
Dlatego gdy po północy do baru wparował blady, zdyszany kapitan, byliśmy równie zalani, co dziurawa ładownia, w samym środku słodkiego świętowania. Przywitaliśmy dowódcę gromkim bełkotem, posadziliśmy go przy stole i bez pytania wsadziliśmy mu w dłoń kubek najlepszego grogu, jaki oferowała „Długa Lufa” – nie aż tak złego, zważywszy, że do garnków wpadały czasem szczury. A potem wróciliśmy do swoich zajęć z jeszcze większym zapałem.
Musiały minąć ze trzy partie „dupy biskupa”, nim ktoś zorientował się, że kapitan nie tknął grogu. Przy stoliku zapadła grobowa cisza. W naszych kręgach niewypicie grogu to gorszy omen nawet od czarnego znamienia. Bo co może być ważniejszego od łyku zimnej słodyczy? Co może aż tak sponiewierać człowieka, że zapomni przytknąć kubka do ust?
– Eee… kapitanie? – Kuk położył dłoń na jego ramieniu i potrząsnął nim lekko. – Sir? Wszystko w porządku?
– Żona – wydusił kapitan przez suche, stanowczo niedostatecznie naoliwione gardło.
– Co z pana żoną? Uciekła na Madagaskar?
– Zniknęła?
– Obiadu nie zrobiła?
– Umarła? – zapytał z nadzieją chłopiec kajutowy.
Kapitan pokręcił głową. Jego bladość i małomówność zaczynały nas przerażać. Wyglądał jak widmo topielca, którego pochłonęły fale przed wielu, wielu laty.
– Żona… w ciąży – wykrztusił z siebie w końcu. – W ciąży. Żona.
Przez krótką chwilę nikt nie mówił nic. A potem…
– Ho, ho, ho, gratulacje! A to ci niespodzianka!
– Oby był chłopak! Oby zdrowy!
– Hip, hip, hurra!!!
– Barman! Rumu! Dużo! Nie, nie, nie, więcej! Więcej, mówię! Dawajżeż tę beczkę, niemoto, pan kapitan nam tu ojcem został!
Dowódca statku uniósł drżącą dłoń, przerywając nasze wrzaski, wiwaty i przepychanki. Kilka osób zamarło z tyłkami w powietrzu, w pół drogi do toastu.
– Panowie, wy nic nie rozumiecie. – Kapitan odzyskał głos. Pociągnął niewielki łyk grogu, otarł usta wierzchem dłoni i mówił dalej: – Ona jest… w ciąży, ale sęk w tym, że ja i ona… ja z nią już dawno nie tego… Od paru lat. Co najmniej!
To stwierdzenie wbiło nas wszystkich w krzesła.
– Aha.
– O cholera.
– Barman! Jednak zostaw tę beczkę w spokoju…
– Rozumiemy, kapitanie, rozumiemy. – Bosman zagasił cygaro wprost na stole. – Załatwimy wszystko po cichu. Może pan na nas liczyć. To któremu sąsiadowi trzeba mordę przefasonować?
– Przymknij się z łaski swojej, Eustachy! Żadnemu! Dajcie człowiekowi skończyć! – Kapitan trzasnął kubkiem o blat, poirytowany. – Zaraz jak mi powiedziała, to wiedziałem, że to na bank nie moje, więc ruszyłem do sąsiada. Chciałem podziękować, że ją w ogóle ruszył czy coś, sam nie wiem, bo ja to bym nawet z kijem nie podchodził. Dogadać się chciałem, czy dziecko wychowa albo coś. Więc pukam do jego drzwi i otwiera mi żona…
– Pana żona już tam była?! – wrzasnął zaskoczony ładowniczy. – A to suka!
– Nie, idioto, żona sąsiada mi otwiera! No to mówię jej, że z mężem chciałem się rozmówić, ale tak patrzę, przyglądam się, a jej brzuszek też jakiś taki wydatniejszy i trzyma się za niego, jakby się bała, że jej odpadnie. Więc mówię, że moja żona w ciąży, a ona w pisk, że och, jak to cudownie, bo ona akurat też się dowiedziała, że będzie mamą.
– O cholera. Co ten sąsiad, królikiem był w poprzednim wcieleniu?
– A może pan koło bosmana mieszka, he, he…
– Durnie patentowane, słuchajcie! – Kapitan zerwał się na nogi. Teraz patrzyli już na niego wszyscy w barze. – Ja poszedłem do innych sąsiadów. Pół ulicy przeszedłem! Chodziłem, pukałem i pytałem. I one wszystkie są w ciąży, rozumiecie? Wszystkie! Od nastoletniej gówniary po stare teściowe, wszystkie jak jeden mąż… tfu, jak jedna żona! Otaczają nas zewsząd wielkie ciążowe brzuchy, rozumiecie teraz? Dzieci tego ciapy nawigatora. Nawaliliśmy koncertowo! On nie Gaję zwielorybił, bukszpryt mu w rzyć, tylko całą populację bab!
Do załogi coś chyba wreszcie dotarło. Oczy wszystkich rozszerzyły się i zapadły w sobie na podobieństwo maelstromów, chłodna bryza zbiesiła się we wrogi powiew zimna, a i w powietrzu – nagle, jak ciachnąć nożem – zrobiło się jakoś trzeźwiej, przewiewniej. Wszyscy myśleli o tym samym. O kobietach złączonych z Gają w cyklu menstruacyjnym, przeżywających z nią piekło Okresu. O tym, jak wysłali Cyrkluj do intymnego sanktuarium planety. O tym, że były to akurat dni płodne… płodne dla całej żeńskiej populacji. Od zachodu po wschód, od północy na południe. W Maroko i w Ustce, w Jokohamie i w Kapsztadzie. Wszędzie tam, gdzie po ciele Gai kroczyły jajeczkujące kobiety.
– Na włochate jaja Davy’ego Jonesa – sapnął jeden z poławiaczy, żółknąc na twarzy. – Moja… moja dzisiaj rano rzygała.
Kwatermistrz prychnął.
– I nie zdziwiło cię to, chłopcze?
– No, w sumie nie. Ja zawsze rano muszę sobie rzygnąć. Myślałem, że to normalne.
– Bezzębna Jenny też była dzisiaj jakaś nieswoja – wtrącił ponuro bosman. – Co chwilę złaziła ze mnie i biegła do łazienki. Myślałem, że makijaż poprawia albo coś w tym guście, ale musi być, że ją pęcherz cisnął.
– I żadna już dawno nie pymsowała – mruknął kuk.
Zapadła cisza. Gdzieś w oddali, w głębi miasta, usłyszeliśmy eksplozję, a po niej przeraźliwy, gniewny wrzask tysiąca gardeł. Mimo że brzmiało to jak początki Okresu, wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mógł to być czerwony przypływ. O nie. To było coś znacznie, znacznie gorszego. Coś, na co z całą stanowczością nie byliśmy przygotowani.
To była huśtawka nastrojów. Przechylająca się w dół, w kierunku piekła.
Stary, jednooki kwatermistrz wychylił resztkę grogu, złożył drżące dłonie na stoliku, po czym wygłosił formułkę, która nigdy przedtem nie wydawała się nam prawdziwsza:
– Jesteśmy urufieni, panowie. Urufieni w chuj.
Ochotniczy Chór Szantowy zanucił ponuro kodę:

Uderz w bęben już, bo nadszedł mój czas

h

5

h

Dzień rozwiązania przypadł na dwudziestego pierwszego marca, przesilenie wiosenne, i przyniósł ze sobą słodki smak zwycięstwa. „Błogosławieństwo” Gai wreszcie miał dobiec końca. Miesiące zmiennych nastrojów, spełniania zachcianek, kojenia płaczów, wizyt u specjalistów, masaży relaksacyjnych, szkół rodzenia, parzenia ziółek i ogólnego dreptania jak wokół uzbrojonej miny odłamkowej odeszły w niepamięć. Teraz pozostała już tylko czysta formalność: poród. Oczywiście nie była to w żadnej mierze formalność dla naszych żon, córek, sióstr, matek, kochanek, znajomych czy nieznajomych – dla blisko dwóch miliardów zapłodnionych poprzez Gaję kobiet – ale my sami, męska rasa, czuliśmy się, jakbyśmy właśnie zakończyli długi, ciężki dzień łowienia pereł bez butli, z kamieniem u szyi i kieszeniami pełnymi zanęty na rekiny. I tej chwilowej ulgi, tej sekundy wytchnienia pomiędzy ostatnim oskarżycielskim okrzykiem żony a pierwszym płaczem noworodka – tego nie mógł odebrać nam nikt.

h

*

h

Oczywiście na początku myśleliśmy inaczej. Łaknęliśmy krwi i zemsty, chcieliśmy znaleźć winnego albo chociaż kozła ofiarnego, na którym można by się wyżyć. Jedyną osobą, jaka przychodziła nam do głowy był rzecz jasna nasz nie-tak-kochany nawigator Cyrkluj, ruszyliśmy więc całą załogą do jego mieszkanka w dokach.
Ale jego już tam nie było. Starowinka, u której wynajmował pokój – jakimś medycznym cudem również brzemienna – poinformowała nas sucho, że Cyrkluj spakował się i wyprowadził parę dni wcześniej. Że ruszył w kierunku przystani, pogwizdując wesoło. A potem staruszka, splunąwszy sztuczną szczęką jak kulą armatnią, przepędziła nas z mieszkania wymachując miotłą.
U kapitana portu dowiedzieliśmy się, że Cyrkluj wynajął starą, jednoosobową łajbę i wypłynął z zatoki gdzieś na południe. Dobrze wiedzieliśmy, co to oznacza. Nawigator nie miał zamiaru wrócić. Był teraz z Gają i tylko to się dla niego liczyło. Cóż, przynajmniej tyle dobrego wynikło z całej tej pogmatwanej sytuacji – Cyrkluj faktycznie dowiedział się, co to znaczy być z kobietą.
Chociaż, z drugiej strony… może nie tylko tyle.

h

*

h

Kiedy wcześniej, przez tych parę miesięcy, spoglądaliśmy na krągłe brzuchy naszych kobiet, nie było to aż takie oczywiste. Ale z chwilą, gdy wszystkie zaczęły rodzić, ponownie jednocząc się w tym najgorszym bólu z możliwych, zrozumieliśmy, jak daleko nam jeszcze do zrozumienia praw rządzących płcią przeciwną.
Gaja zrobiła nam bowiem psikusa. Dała prztyczka w nos. Ostrzegła, byśmy nigdy więcej nie próbowali mieszać się do naturalnych periodów natury – mimo że dzięki temu naszemu mieszaniu odnalazła miłość swojego życia. A jej psikus był o tyle prosty, co niemożliwy do przewidzenia.
Wszystkie kobiety urodziły planety. Maleńkie, błękitno-zielone światy z ledwie ukształtowanym terenem, zamieszkałe przez maciupkie pół-dzikie istoty: prawdziwe dzieci Cyrkluj, zrodzone na jego obraz i podobieństwo.
Taki był dar Gai. Aby każda kobieta znoszącą z nią comiesięczny horror Okresu mogła stać się matką nowego świata.
I w ten oto sposób zwykły cud narodzin stał się wielkim kosmicznym wydarzeniem. Odcięte od pępowin, planety-dziewczynki i planety-chłopcy uniosły się ze stołów operacyjnych, łóżek i podłóg, wyleciały przez okna, drzwi i lufciki, i jak asteroidy na wstecznym biegu pomknęły w przestrzeń kosmiczną, odnaleźć swoje własne słońca.
A my… my zostaliśmy tam, gdzie byliśmy. Tutaj. Na Gai. Z naszymi kobietami, na dobre czy na złe.
Czekając ze strachem na kolejną czerwień Okresu.

„Bizarro dla zaawansowanych” – pierwsza odsłona

In Książka, Różne, różniste on Kwiecień 7, 2015 at 3:29 pm

unnamedStali oglądacze/czytacze tudzież użytkownicy naszego niedobroliterkowego pandemonium zapewne zauważyli, żeśmy ostatnio nieco zamilkli. Nawet Paskud niespecjalnie coś spaskudził, a to w przypadku takiej aberracji wcielonej już naprawdę niepokojący syndrom.

Nie martwcie się jednak! Nie wynikało to bynajmniej z tego, że miny przeciwpiechotne pourywały nam wszystkie kończyny albo że zielone ludziki porwały nas i przetrzymują w miejscach odosobnienia… Skąd! Po prostu byliśmy na maksa zaangażowani w dopieszczenie i dopięcie najnowszej biz-antologii, a konkretnie Bizarro dla zaawansowanych. I oto, proszę szanownego Państwa, udało się! Poniżej okładka i spis treści tegoż dzieła: Czytaj resztę wpisu »

„Vatican City Superstar” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Marzec 6, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKażdy ma w życiu jakiś cel, jakąś motywację, jakiś napęd. Nawet jeśli jest to tylko chęć spokojnego opierdzielania się przez cały czas… Coś takiego naprawdę ciężko osiągnąć! Tak więc dążymy, dążymy, i dążymy, zderzając się często z murem zniechęcenia. Ale gonimy marzenia uparcie, no bo co innego nam zostało. A potem umieramy, zazwyczaj, docierając donikąd…

Nadmienimy też, że życiową ambicją Paskuda jest wygrać międzynarodowe zawody w pluciu plombami w dentystę na odległość. Z dzieciństwa mu się wzięło, fotelowa trauma (uciekał z gabinetów, częstokroć przebijając się przez ściany, dlatego ma teraz takie nierówne zębiszcza).

Kornel Mikołajczyk opowie wam dziś o człowieku, który chciał coś mocno osiągnąć i osiągnął. Pokrętną drogą, ale jednak: taka superpozytywna success story na mroki przedwiośnia! My nie podpowiadamy już więcej, niż sugeruje tytuł. Może tylko tak: \m/ \m/ \m/ Czytaj resztę wpisu »

„Kac camel” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Grudzień 17, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtW nowym millenium, jak na razie, mocarstwa i nie-do-końca-mocarstwa ścierają się z jeszcze większym entuzjazmem, niż zwykle. Niepokojące rezultaty można dostrzec wszędzie, pomijając oczywistości typu wojny, cierpienie i ideolo-paplanina, to nawet uciekając od tego w net. W sieć wpadają kolejne filmiki, na których ktoś kogoś ścina, bo święta wojna. Prawie na każdym portalu plotoinformacyjnym dywaguje się nad newsami zza wschodniej granicy i z radością śledzi spadki rubla. A tymczasem na Allegro zalew chińszczyzny umacnia ekonomiczną dominację Państwa Środka.

I przykro nam, sorry Winnetou, ale nawet i na literki zawędrują dziś utarczki cywilizacyjne. Starcie US&A z Bliskim Wschodem w dodatku, już w ogóle poważna tematyka. Choć czy podana poważnie… Nie, raczej z nutą dobrodusznej satyry, w zapachu alkoholu i z wszelkim napuszeniem głęboko w… zadzie. Wielbłądzim zadzie. Bo dłuższa historia, którą zapoda wam Kornel Mikołajczyk, dotyczy właśnie wielbłądów. I życia studenckiego. Czytaj resztę wpisu »

„Kropka nad i” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Listopad 8, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtŻycie bezrobotnego bywa ciężkie. Ale jeszcze gorsze od życia bezrobotnego, jest życie bezrobotnego, który dopiero co ukończył studia. Takich ludzi zwykle nawet do łopaty się nie bierze, no bo gdzie taki studencina miał niby nauczyć się obsługiwać tak złożone i skomplikowane urządzenie? Przecież oni ino wkuwają i wkuwają, i wkuwają…. Jeszcze krzywdę sobie nią zrobi. Albo komuś, nie daj Bóg.

Dlatego człowiek po studiach łapie się czego tylko może. I nie ważne, że szef debil. Nie ważne, że po dwadzieścia sześć godzin na dobę trza tyrać. Nie ważne, że za pieniądze tak gówniane, jak zawartość Toi Toi-a. Byle coś było, byle przeżyć. A, że marzyło się o zostaniu kimś innym? Nadzieja matką głupich jak powiadają. Czy takim właśnie synem nadziei jest bohater tekstu Kornela Mikołajczyka? A przeczytajcie se, to się przekonacie.

Czytaj resztę wpisu »