polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘maciej żołnowski’

„Pijak i ja: odyseja” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Czerwiec 1, 2019 at 6:00 am

Maciej Żołnowski to postać nie raz już goszcząca na Niedobrych Literkach i każdy, kto zagląda tu choćby od czasu do czasu, powinien twórczość ów dżentelmena znać. A jak ktoś nie zna, to czeka go solidny wpiernicz od niedobroliterkowego Paskuda. A ten, jak wiadomo wszem i wobec, potrafi być niezwykle wręcz paskudny.

Ale dość tych gróźb i ostrzeżeń. Zapraszamy do zapoznania się z najnowszym tekstem Maćka, w którym autor przestrzega nas przed zbyt, że tak się wyrażę, dosadnym wyśmiewaniem się z lokalnej społeczności meneli. Pozory mogą mylić i nawet zarośnięty, cuchnący emeryt o witalności konającego żółwia może pogonić nam kota. O czym zresztą za moment przeczytacie. Se la wi, czy jak mu tam było…

Czytaj resztę wpisu »

Reklamy

„Piękny dzień” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Maj 2, 2019 at 6:00 am

Człowiek, to brzmi dumnie… Chociaż nie w najnowszym opowiadaniu Macieja Żołnowskiego. Przypominamy o nieustannym oddziaływaniu entropii; niektóre przykre tego skutki opisane są poniżej dość szczegółowo. Postrzeganie łazienki lub dywanu, czy domu w ogóle, może się po tejże lekturze radykalnie odmienić.

Pewne jest natomiast to, że Adaś Miauczyński byłby dumny, oj byłby…

Czytaj resztę wpisu »

„Wije” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Kwiecień 6, 2019 at 6:00 am

Maciej Żołnowski to częsty gość na łamach Niedobrych Literek i jak widzicie nadal nie ma zamiaru spocząć na laurach. Ewentualnie, to laury mogą spocząć na nim, a raczej na jego głowie. Ale to tak na marginesie.  A tymczasem  zapraszamy  do  zapoznania  się  z jego  najnowszym  tekstem,  opowiadającym  o górskich  podróżach  i tym,  co  z tych  podróży  może  wyniknąć. Ku przestrodze, ku nauce i w ogóle ku ku… Czytaj resztę wpisu »

„Na początku było Piwo” by Maciej Żołnowski

In Różne, różniste on Marzec 4, 2019 at 6:00 am

Drodzy moi, drodzy mili! Jak licznie żeście przybyli! Jeśli chcecie wiedzieć czemu, zaufajcie Paskudnemu: uciekajcie do kazamat, na Literkach mamy dramat. Ekhem… Maciej Żołnowski ma wiele oblicz (o jego kolorach i ich odcieniach nic nie wiemy, zatykamy uszy i lalalujemy!). Wiemy, że Maciej ma coś wspólnego z robotą na packingu, magicznymi elementami odzieży oraz na pieńku z odkurzaczami, ale nikt nie podejrzewał, że wyjdzie z niego dramaturg. Przyznajcie, pewnie dawno zapomnieliście, co to didaskalia, akty, sceny i inne Antygony. Czy ktoś jeszcze docenia, jak zacny to gatunek? Czy ktoś?! Tutaj zaś nie dość, że dramat, to jeszcze apoteoza. I to nie byle jaka i nie byle czego. Radujcie się, wielbiciele trunku o kolorze bursztynu! Czas waszej chwały nastąpił w antycznym stylu!

Czytaj resztę wpisu »

„Czarne Skarpetki” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Luty 4, 2019 at 6:00 am

Dzisiaj będzie o wielu rzeczach. O chodzieniu. O myśleniu magicznym. O silnych przekonaniach i co z tego wynika. O tym, czy jogging faktycznie jest zdrowy. O sąsiadach. O pierwszych objawach paranoi. A może po prostu o skarpetkach, które można potraktować jako kwantyfikator ogólny dla garderoby o specjalnych właściwościach. Maciej Żołnowski po raz kolejny udzieli nam w języku kwiecistym symbolicznej opowieści tylko z pozoru dziwnej treści. Jak wiele lotnej myśli może zawierać opowiadanie tak niedługie, przekonacie się poniżej. Nic nie jest pewne, oprócz tego: skarpetki już nigdy więcej nie będą takie same!

Czarne skarpetki

Mam pecha albo i nie – w zależności od tego, jakiego koloru są moje skarpetki. Wytłumaczę to dokładniej. Czarne oznaczają brak szczęścia, różnobarwne – większy lub mniejszy uśmiech losu. Dziś lekkomyślnie założyłem te pechowe, te cholerne. Przez cały dzień nic złego się nie działo, ale – do czasu!

Podczas wieczornego truchtu po zaułkach Czarnego Lasu, w możliwie najbardziej oddalonym od cywilizacji zakątku mojego miasta, zorientowałem się nagle, że ktoś lub coś za mną gna. Dotarła do mych uszu odrażająca fala sapania, pochrapywania, pomlaskiwania, a nawet coś w rodzaju parskania czerkieskiego rumaka w pełnym galopie. Bojąc się to sprawdzić, w myśl zasady „nie oglądaj się, bracie, za siebie, jeśli nie musisz”, zdołałem jedynie przyśpieszyć. Uff! Przez jakiś czas zachowywałem bezpieczny dystans, ale kiedy minąłem jedyną, a na dodatek niepewnie pełgającą latarenkę – wszystko się zmieniło na moją niekorzyść. Lampa zaczęła rzucać cień, czarny i wredny, który zdawał się rosnąć z każdą chwilą w miarę oddalania się od źródła światła, a obraz intruza nabierał coraz bardziej realnych i demonicznych kształtów – i to nie tylko w mej wyobraźni. Pędziłem ile wlezie i prawie już wypluwałem płuca, gdy nagle kroki za moimi plecami zupełnie ucichły. Przystanąłem, odczekałem chwilkę, zebrałem się w sobie i w końcu obejrzałem za siebie. A tam nie było już nikogo ani niczego prócz wieczornych mgieł. Kontynuowałem następnie trening w bardziej bezpiecznej – jak mi się wtedy zdawało – części lasu.

Wtem na horyzoncie ujrzałem niewyraźną poświatę. Był to odwrócony sierp księżyca. Na jego tle zamigotała znajoma sylwetka młodego mężczyzny z pochyloną głową, około dwudziestki, trzydziestki (czterdziestki?), maszerującego naprzód i poruszającego rękoma (trzymanymi razem i blisko tułowia), raz na lewo, a raz na prawo, raz na lewo, a raz na prawo.

Jezus Maria! Zombie! – pisnąłem przez zaciśnięte zęby.

Zzzzzzz – odpowiedział mi puchacz tak efektownie, że aż mnie normalnie zmroziło.

Zzześć! – odezwała się zzznienacka tajemnicza postać. – Nie poznajesz zzząsiada zzzpod zzzwójki? To ja, Marian Zzząbek.

Zzzzzzz – odpowiedział puchacz Marianowi i zrobił to powtórnie efektownie i zjawiskowo. W ten sposób zmroziło mnie po raz drugi i jakby mocniej, można powiedzieć dotkliwiej albo chłodniej.

Zzzajętyś jest? A ja se ćwiczę zzzwyczajnie chód-marszobieg. 

Ćwiczył se zwyczajnie chód-marszobieg, rozumiecie? Czub zwyczajny postępujący i cymbał złośliwy kroczący-majaczący! Ludzie tak teraz ćwiczą, trzymając łapki złączone, główki zaś pochylone. No co, nie wiedzieliście? Do parków i Czarnych Lasów nie chodzicie? I wyglądają przy tym jak emerytowani kosmici – eks-admirałowie obcych flotylli.

Ugryzłem się w język. Widocznie jego nazwisko tak na mnie podziałało, poraziło mnie i wściekle pogryzło (niektóre nazwiska powinny nosić kaganiec). Marian zauważył moje zmieszanie i chciał coś jeszcze powiedzieć, zzzagadać znaczy się, ale nie zdążył. Było mi tak straszliwie głupio, że zabrałem się z powrotem do domu, po prostu i bez słowa.

Wcześniej zdążyłem obiecać sobie w duchu, że już nigdy, przenigdy nie założę tych plugawych, nadszarpniętych zzzębem czasu i na dodatek jeszcze dziurawych skarpetek koloru smoliście czarnego z czarnymi plamkami – pozostałością po soku z czarnej porzeczki ze spiżarni cioteńki Gertrudy Zmory ze wsi Zaraza, zzzzzz… Nawiasem mówiąc: zdaje się, że to gdzieś na Podkarpaciu, no nie? Ale głowy nie daję; oj, głowy nie daję.

„Robota na packingu” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Grudzień 4, 2018 at 10:32 am

Ponoć praca wzbogaca. Hm, są na ten temat różne teorie. Jedna z nich głosi, że robota to głupota, inna, że pracuj, pracuj, a garb sam ci wyrośnie… W niedobroliterkowej redakcji również zdarzają się sprzeczne ze sobą opinie. Taki Paskud na przykład uważa, że gdyby za pracę dostawał godziwe wynagrodzenie, choćby w dukatach, to mógłby czasem coś dłubnąć. A że nie dostaje, to mu się nie chce nawet opróżnić kuwety naszemu szczurkowi. Efekt jest taki, że do siedziby redakcji zaglądamy z rzadka, i szybko wypadamy, przyduszeni mieszaniną zapachów przyprawiającą o zawroty głowy, tudzież odruchy… wiecie jakie. Na szczęście pewne prace da się wykonać zdalnie, tak więc szczerze zachęcamy was do przeczytania najnowszego, robotniczego opowiadania Macieja Żołnowskiego. Jest fajne, pouczające i na czasie, hej!

Robota na packingu

Siedzę przy kominku i czytam na głos bajkę o kocie w butach. Ciapka to uspokaja, więc powtarzam mu ją do znudzenia. Przestał miauczeć i teraz tylko mruczy, ja tymczasem dożywiam się kanapką z serem i szynką z psa. Żartowałem! Kanapkę mam z szynką, którą zakupiłem na stoisku mięsnym w pobliskich delikatesach.

Za oknem jesień, niedobłysk miesiąca, już dawno po zmierzchu. Wicher zuchwale miota opadłym z drzew listowiem, a po okolicy snują się mgły nadobne, których obecność wyczuwam niemalże podskórnie. W pewnej chwili dzwoni telefon, który mnie wybudza ze swego rodzaju letargu.

– Co? Praca na packingu? Aha, a kiedy? Od zaraz? Co? Znowu „Eat and Goth”?

 

Wychodzę na dwór. Sceneria jak z horroru niewyśpiewnego i niewysłowionego. Od razu widać, ile mógłbym stracić, gdybym nie zdecydował się na nockę. Biedny mruczek będzie musiał poczekać na dokończenie swojej bajanki. Wichura wymiotła wszystkich i zapędziła do domostw, a sama panoszy się na opustoszałych ulicach niedoumarłej mieściny. Egipskie ciemności zdążyły się już całkiem zadomowić na upiornym cmentarzysku, przez które przyszło mi wędrować. Tu i ówdzie rozlega się chóralne zawodzenie nocnych ptaszydeł, jakichś lotnych niepochwycień, wiatr wygrywa najwyśmienitsze partie ornamentalne i nie stroni od dysonansów w pochodach. Czarne, nieoświetlone nagrobki-punkciki wyrastają gdzieniegdzie z ziemi niczym kolejne nuty „Requiem” spod ręki konającego Mozarta (ale Mozart – to już historia)…

Za masywną bramą miejscowego Hadesu czeka służbowy aston martin, który zawiezie do pracy mnie oraz podobnych do mnie lunatyków, których są setki, i którzy nie lękają się nocy zachwiewu. Wsiadamy i ruszamy, twarzy kierowcy nie znamy i nigdy nie poznamy. Po kwadransie takiej komfortowej jazdy w oddal poprzez góry i lasy, bezpola i bezlasy wylewamy się, wszyscy jednocześnie, z opasłych, ciemnych niczym czarna msza limuzyn przed wrotami labiryntowego zamczycha, którego zimne wnętrza zostały specjalnie zaadaptowane na potrzeby korporacji. Koniec jazdy oznacza koniec luksusów!

 

Punktualnie melduję się, podpisując listę obecności. Czyżbym podpisywał cyrograf? W szatni zakładam na siebie niebieskie kombinezony, jeden, drugi oraz trzeci, bo w środku zimno jak cholera, więc wypada ubrać się na cebulkę. I czapkę na zagąszcz kędziorów zaciągam, a na tę czapkę siatkę ochronną, aby mi włos z głowy nie spadł i broń Boże nie wylądował w jednej z kanapek z serem i szynką. Albo serem i pomidorem. Albo serem i jajkiem, albo serem i czymś innym, równie znośnym, na przykład: Azorem. Okej, ponownie żarcik!

Idealna dla kanapek, nie dla pracowników, temperatura wynosi mniej niż pięć stopni Celsjusza, ale też nie mniej niż zero. Podczas pierwszych godzin nocnej zmiany chłód nie daje się jakoś specjalnie we znaki. Dopiero po paru godzinach spędzonych w chłodniach, ręce grabieją i robi się niefajnie, a człowiek zaczyna marzyć o herbacie i pauzie od poziąbu. I rzecz jasna: nie chodzi tutaj o ice tea.

Wszyscy pracownicy, starzy i nowi, bliżsi mi i dalsi oddaleńcy, są już gotowi i stają na swych miejscach. O pełnej godzinie rozlega się przeciągły dzwonek, a właściwie buczek. Słychać praszczęk startujących maszyn, łożysk, pasków klinowych i łańcuchów. Zaczynają obracać się zębatki z odwrzaskiem. Taśmociąg rusza z kopyta, my wraz z nim. Tempo pracy jest, powiedziałbym, rześkie. Czujemy się orzeźwieni i nawilżeni niczym atleta podczas wyczerpującego, wieczornego treningu.

Robota wygląda na ciekawą (aha, akurat). Jedna osoba podaje kartonowe boksy, druga pakuje do nich kanapki, trzecia zamyka i odkłada gotowe paczki z żarciem na bok, zmyślnie układając je na palecie: jednej, drugiej, trzeciej; a później kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej; kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej; kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej. Wszystko to łatwe i proste tak w ogóle, a w szczególe – żmudne i niespecjalnie przyjemne. Ot, praca jak praca, co wpisuje się w cały wielki praznój człowieczy!

Od czasu do czasu korzystamy z pomocy „nowych”. Boże, co byśmy bez nich zrobili?! Ucinamy im palce u rąk i nóg, a oni nawet nie pisną. I wkładamy je do kanapek delikatesowych, zwanych od tego momentu soczystymi delicjami, wyborowymi sandłidżami oraz specjałami pretty little thing. Krew tryska – podłoga śliska! Jakiś bezzębny Szkot walczy z mopem. Porządne chłopisko – myślę – bystre, zaradne, a jak trzeba, to i przewidujące. To się chwali, tak trzymać, all right! Prawie językiem tę podłogę liże, bo zębów, jak się powiedziało, nie ma.

Spostrzegam w międzyczasie, jak jedno wielgachne Murzynisko o twarzy anioła w negatywie odrąbuje sobie kawał łapska toporkiem szwedzkim z Chin (twardziel nawet nie zawyje, niezawyjec), a następnie stara się to odrąbane, hm… mięcho wtrynić na siłę do pudełka. No i proszę! To się nazywa… nie wiem, jak to się nazywa. Inni mu w tym pomagają, odczuwając nierasistowski przeżal i współczucie. Też się dla zakładu poświęcają, a co! W naszej fabryce kanapek pracownicy dają z siebie wszystko, całego siebie ofiarowują… oczywiście w rozsądnych znikomkach czasu. Nie od razu, jakby tego oczekiwali od nas nasi kochani szefowie-superwajzery, pilnujący, wszechwiedzący, wszechwidzący i patrzący nam ufnie z największym możliwym zaufaniem na nasze, odrąbane lub całe, ręce. I wszędzie te kamery CCTV, wszędzie to węszenie nieposkromione, wszędzie donosy-komplejny, wszędzie, na każdym kroku jakieś reguły, przepisy, normy czy zasady! Po co, się pytam. Po co, po co!? Przecież my tutaj wszyscy bezgranicznie sobie ufamy, no nie?

Mimo trudów i znojów czas płynie zadziwiająco wartko, niczym strumienie palinki w żyłach pasterzy podkarpackich. Została tylko godzina do pierwszej i jedynej przerwy, która jest oczywiście niepłatna. Dostrzegam kątem oka starego Rumuna o imieniu Radu, co zwyczajnie stracił głowę dla naszej wspólnej, robotniczej sprawy, i któremu cała kolejność cyklu produkcyjnego się pokiełbasiła. Miał odciąć, zapakować w kartony i wysłać w daleki świat najpierw nogi, później ręce, a dopiero na sam koniec pozostawić do oberżnięcia górną część swojego ciała. Ale debil pomylił kolejność i swój zbłąd zaczął od głowy. Nie powiem, kto tutaj jest bez mózgu, ale Radu jaja ma na pewno! Błąkał się teraz, obijając nieestetycznie tynk ze ścian, niczym błędny rycerz z tytułowego „Jeźdźca bez”… bezsensu, bez czerepu i wierzchowca, a nawet bez zwykłego, najzwyklejszego na świecie konika na biegunach z demobilu holenderskiej armii. Wreszcie usłużyli krajanowi, przybyli z końca hali, kompani z Transylwanii, którzy przyszli mu z pomocą i całym tabunem wyciągnęli biedaka z opresji. Ich widocznie krwawe sprawy, tak jak i mnie, za bardzo nie przerażały. Jęli trzymać dziadka-rozbryzgańca w okolicach podudzia i odwracać, i obracać nim do góry nogami, co spowodowało w efekcie, iż płynna jucha, niczym sos cumberland, rozlała się szeroką, purpurową rzeką po całej kanapkowej strawie. I o to chodziło!

Był tam taki jeden smutak – Rusek Dimitri, prawdziwy pies na robotę i potworny lizus, który przez cały czas dwoił się i troił, dwoił i troił. A dzisiaj… no po prostu wyszedł z siebie, zdarł z ciała skórę i stanął obok niej, cały przy tym poraniony, że niby taki purpuracik… i tentego. Taki pracownik – toż to skarb, prawdziwy diament, na dodatek jeszcze: „Krwawy”. Aż niektórych trafił szlag i krew troista zalała z zazdrości, w ramach rywalizacji pracowniczej, zdrowej i dobrej, bo któż by nie chciał być na jego miejscu, w jego skórze, któż by nie chciał wieść prym wśród przodowników i przodowniczek. Potem zrezygnowany Dimitri powiesił skórę obok kurtek zimowych i płaszczy jesiennych w przyzakładowej szatni, obsługiwanej przez Trzaśniętego Rysia, bo – jak się okazało – od naskórka w strawie kanapkowej bardziej jednak była zdatna skórka od ogórka. Chciał zabłysnąć kak zvezda, ale niestety jego wysiłek okazał się zbyteczny, menadżerom firmy zaś nie spodobała się ruska samowolka i beznamysł.

Tak ogólnie, to w naszej firmie fajnie jest. Atmosfera zabójcza – też dobra, trochę góralska, a trochę górska, czy raczej wysokogórska. I można sobie pogadać o dupie Maryni podczas przerwy, czyli tak, jak właśnie teraz to robimy w trójkąciku:

Johnny: Anet, czy słyszałaś o tym seryjnym mordercy, którego ostatnio złapali?

Mimo: Zaczekaj, Johnny. Anet, chcesz kanapeczkę?

Johnny: Poćwiartował żonę i nigdy nie znaleźli jej ciała. Masakra!

Mimo: …czyli chcesz z serem, tak? Masz. Uuu, mniam, mniam!

Anet: Och, fantastik, Johnny!

Johnny: What do you mean: fantastic!? Chyba żartujesz, Anet? Poćwiartował ją, ale wiemy, że tak właśnie zrobił tylko dlatego, że sam o tym opowiedział policji.

Anet: Och, sorki, Johnny. W takim razie niefantastik!

 

W naszej firmie wszystko jest fantastik. Można pałaszować do woli, ile wlezie, ile uda nam się później z tego strawić, no bo trawienie i spalanie nocnych pokarmów jest ważką pośród spraw najwyższej wagi. Oczywiście jemy tylko podczas przerwy, wyłącznie w stołówce, w ustach mając szczery bezśmiech, i jednie to, co nam dają. A dają oczywiście kanapki, to jest łaskę ich dosiężenia. I trzeba szybko wszystko wszamać i wracać do roboty. Ani jednostki szamanie, ani też sama jednostka nie są aż tak istotne, jak szamanie wielu, połączonych wspólnym korytem, jednostek, stanowiących grupę wszamaczy. I nawet nazwa „Eat and Go” sugeruje rotację personelu i pewną przechodniość wszystkiego, co nas tutaj otacza. Ludzie przecież przychodzą i odchodzą, odchodzą i przychodzą, jak te ofoliowane kanapki na taśmociągu, a firma trwa i musi trwać w bezczasie! Tak oto wegetujemy w zaczarowanej krainie, pięknej pięknością tysięcy reklam i filmików, w której ludzie rozmnażają się jak króliki, a żyją, żrą i śmierdzą, tak jak szczury, i wszystko znajduje się over the rainbow, jakby wisiało na jakiejś pętli utkanej z samych jaskrawych (czytaj: wesołych) kolorków.

 

Po robocie czarny aston martin odwozi mnie i do mnie podobnych nocnych marków z powrotem w znany mi świat z mży i mgły. Z wolna świta, nocy cichanka w bezbyt się obraca, i mruczek zdążył się już zapewne porządnie wylulkać. Podkładam nieco trzaseczek do kominka, by podtrzymać płomu czar, i zapadam w drzemankę.

Śni mi się, jak noga za nogą, sukcesywnie i po kawałeczku gubię części ciała na rzecz kanapek, które – odpowiednio wzbogacone o smak uszek, paluszków, wątróbki i nerek – trafiają w różne, różnorakie zakątki świata całego za sprawą samolotów linii British Airways. Wiem, bo nie jestem idiotą, a to jest sen świadomy i nie – żaden inny, że prędzej czy później moje rojenie się ziści i że w końcu wyląduję gdzieś, sproszkowany, sponiewierany, przekręcony i przetrawiony, na plaży w Tahiti albo Bora-Bora za sprawą nocnej fuchy, którą mam, bo życie trwa i musi trwać. Albo i nie! Ole!

 

„Krwiożerczy odkurzacz atakuje” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Październik 19, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPewnie niejednemu z nas zdarzyło się wkurzać na urządzenia domowe. A to czajnik się spalił, piekarnik nie zadziałał tak jak trzeba, mikser postanowił się nie włączyć, bądź w maszynce do golenia stępiły się ostrza. Co wtedy robimy? Cóż, ubliżanie zepsutym urządzeniom należy do najłagodniejszych metod wyładowania frustracji, o innych wspominał nie będę, bo strach.

Myślimy wtedy, że to złośliwość rzeczy martwych. Ale czy są one tak naprawdę martwe? Co by było, gdyby jednak okazało się, że mają one duszę i swój wewnętrzny świat? A co gorsza, że są żądne naszej krwi? O tym przeczytacie w opowiadaniu Macieja Żołnowskiego. Niedobre Literki zapraszają (i przestrzegają!).

Czytaj resztę wpisu »

„Pivovar – Morskie Oko. Akciová společnost” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Wrzesień 14, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtLato w pełni. Słońce w zenicie. A piwo w lodówce. To chyba dobra okoliczność przyrody by poświęcić łyk czasu na lekturę tekstu, który – nomen omen! – z piwem ma coś wspólnego, chociażby tytularnie. No i jeszcze kusi w języku naszych południowych braci, którzy – jakżeby inaczej – na robieniu doskonałych browarów znają się prawie tak dobrze, jak my na polityce.

W imieniu Macieja Żołnowskiego zapraszamy Was na tekst o tytule przydługim, wiele obiecującym… ale wcale nie lepszym niż zawartość. Poniżej coś dobrego, nie tylko na wakacje czy – dla tej ciut bardziej pechowej części braci studenckiej – kampanię wrześniową! Miłej lektury!

Czytaj resztę wpisu »

„Sielsko, anielsko, żywiecko” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Sierpień 3, 2018 at 6:00 am

Jest takie powiedzenie: „Koniec języka za przewodnika”. Nie bierzmy go oczywiście dosłownie, bo chodzenie z wywalonym ozorem i kierowanie się ku jego czubkowi nie przyniosłoby nic dobrego. Co najwyżej zapewniłoby nam pobyt w pokoju bez klamek, z gratisowym kaftanem bezpieczeństwa zamiast szlafroka. Niemniej w trakcie podróży, jeśli nie chcemy się zgubić, warto zapytać o drogę. Minus tego rozwiązania jest jeden. Należy starannie wybrać osobę, u której chcemy się doinformować. Inaczej może się to skończyć tak, jak w tekście Macieja Żołnowskiego. A jak? A przeczytajcie sobie.

Czytaj resztę wpisu »