polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘maciej żołnowski’

„Adam, muchomory, gałeczka, esesmany” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Lipiec 6, 2019 at 6:00 am

Dziś będzie długo i na temat. Czy raczej na tematy (mroczne/złe/groźne i niegroźne). Wiele różnych tematów porusza bowiem w swoim najnowszym opowiadaniu Maciej Żołnowski. Maciej, jak na niego przystało, serwuje jazdę nie tylko bez trzymanki i z górki, ale jeszcze wspomaganą pewnymi specyfikami „medycyny” ludowej. Jeśli zatem macie ochotę skosztować nowostarych treści, podanych w sosie z muchomorów (i przeżyć!), mocno zapraszamy!

    Adam, muchomory, gałeczka, esesmany

Nie wiem, jak to się zaczęło. Komuś się zachciało i o tym pomyślał, ktoś inny myśl tę podłapał, tak, jak łapie się biegunkę albo grypę żołądkową, a następnie wypowiedział na głos. Po prostu obaj pewnego razu postanowiliśmy spróbować prastarej słowiańskiej magii i wywędrować gdzieś daleko za Siedem Gór i Rzek w celu odnalezienia rzeczonej pięcioliterowej, o której mowa w toku dalszym i bliższym opowiastki. Wystarczyło ją tylko pokroić w plastry, ususzyć i poporcjować. A efekt-odlot murowany!

Ale najpierw należało ją zdobyć, a właściwie – znaleźć, gdyż nasza ambicja nie pozwalała nawet myśleć o możliwości pozyskania grzybków halucynogennych via Internet, na przykład przez eBaya. Zresztą mieszkaliśmy w Carpathian Mountains, górach, z tymi wszystkimi grotami, pieczarami, pieczarkami, opieńkami, niedźwiedziami, rysiami, kunami, tchórzofretkami i cholera wie, czym jeszcze. To tutaj żyli Janosik z Jurandem ze Spychowa, ale to raczej stare dzieje, nie ta bajka. (Co do Juranda, to nie jestem pewien, gdyż zawsze mi się myli Biskupia Kopa z Kupą Szkopa i gdzie leży Krym, a gdzie Rzym. A Janosik? On nie nasz, nie mój ci on, cudzoziemski gość, więc też tak jakby się nie liczy). Było więc grubo, przaśnie i trochę strasznie, co zaś to wszystko oznacza, to się rozumie już samo przez się. Powiem jedno: ADRENALINA!

Rzekło się, że mieszkamy w górach. Tak naprawdę tylko ja mieszkam. Lecz kumpel najlepsiejszy bywa tutaj dość często, jadąc z Krakowa przez Rzeszów, Puck i Ostrawę… do Gdańska! Bawi w domu letniskowym swoich staruszków z kuną dochodzącą-dozorującą na poddaszu. (Musi się bawić ostro fest, skoro myśląc o Bałtyku wali centralnie na południe. Poza tym kunowate strasznie, ale to strasznie w nocy harcują. Trzeba więc naprawdę solidnie się znieczulić, ażeby choćby myśleć o spaniu na takim zakunionym poddaszu. Ot, taka dygresja).

Tamtego roku warunki środowiskowo-obiektywno-subiektywne były spoczko. Te pogodowe zresztą też: koniec lata, koszmar minionego lata, właściwie jakoś tak bardziej środek jesieni, w każdym razie – jeszcze nie zima. Pamiętam, że przez cały dzień studiowałem wraz z Adamem mapę Górek i okolic Brennej, a przez kolejne pół zapoznawałem się z tym, jak w ogóle grzybki wyglądają, bo wstyd się przyznać, ale nie wiedziałem wtedy nic a nic na ich temat. Pojęcia bladego nie miałem, że mają długie, smukłe ogonki, szpiczaste kapelusiki z małą brodawką pośrodku i że rosną z dala od lasu na podmokłych łąkach i pastwiskach, kompletnie zasranych baranim, tudzież końskim łajnem. Jeśli ktoś szuka ich w lesie, to traci czas.

Wziąłem do ręki mapę i zacząłem rozglądać się za upragnioną polanką, szperałem też w wewnętrznym CPU – w kłębowisku swych myśli, gdyż pamięć miałem niezgorszą. O dziwo Pogórze Cieszyńskie, już całkiem prawie zabudowane i zurbanizowane, nie grzeszyło jakąś oszałamiającą ilością terenów trawiastych o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu. Nie istniały tutaj żadne osławione przestrzenie wolności, czy czegoś tam. Stepów krymskich byś, bracie, nie uświadczył, no chyba, że w szkolnej bibliotece góreckiej. Hale znajdowały się co prawda w samych górach, ale to były hale, a myśmy poszukiwali łąk zwyczajnych, niczym niewyróżniających się spośród wielu innych, oprócz tego, iż znajdować się miały na gruntach podmokłych i żyznych aż do bólu (głowy).

Nastał dzień zbioru, na który obaj tak bardzo czekaliśmy. Spotkaliśmy się na mostku przy Szpotawickiej, zrobionym na równi z korników, glizd oraz drewna. Zabrałem z domu mapę plus pusty słoik na łysiczkę. Mapa była laminowana, a słoik: szklany, litrowy. Tak: LITROWY! Pustka z niego mogłaby spokojnie wypełnić mój zakuty łeb, gdyż gotowałem się na nie wiadomo jaki sukces. Boże, jak mogłem być tak potwornie głupi i zakładać, że znajdę cokolwiek, i to za pierwszym razem. Już planowałem atrakcyjny dla podniebienia sposób konsumpcji upragnionego towaru.

– Czy grzybki zjem z waflem „Grześkiem” czy z „Pawełkiem”? Czy raczej z jogurtem „Pawlaczkiem”? Nieeee! Najlepiej, jak od razu popiję wszystko mlekiem! Chociaż nie, to by oznaczało kłopoty. Praczka mogłaby mieć potem sporo roboty.

W taki oto sposób dawałem upust swojej arogancji połączonej z naiwnością i niewiedzą.

Adaś tymczasem zachowywał się w sposób bardziej wstrzemięźliwy. Nie czekał na odroczoną w czasie niespodziankę, tylko otworzył ją z psykiem i udał się od razu do sklepu po następne zimne z lodówki.

– To, że piwo jest z lodówki, wcale nie oznacza, że jest zimne, no bo przecież mechanizm chłodniczy może być wyłączony albo popsuty, co nie? – zagaił filozoficznie. – Skusisz się, Macieju?

– W życiu! Szlag! Nie po to tutaj przyłaziłem taki kawał w ten mglisty i parszywy czas.

A jednak dałem się namówić na jedno rozruszanie wewnętrznych trzewi, przygotowanie narządów trawiennych i zaostrzenie apetytu przed konsumpcją. Nie wiem, co mi po głowie chodziło. Chyba miałem zamiar zbierać te łysiczki i od razu też je wcinać w ramach obiadokolacji.

Za sklepem znajdowała się prowizoryczna ławeczka dla stałych bywalców i być może warto coś o niej opowiedzieć tak pokrótce. No więc, cóż, nie chcieliśmy dudlić niczego na miejscu, lecz woleliśmy wziąć na wynos, ale tak czy owak musieliśmy przechodzić obok tej właśnie ostoi folkloru i góralskiej muzyki. Oczywiście zostaliśmy zaczepieni przez słynnego w całej wsi pana Henia, czy jak mu tam było, człowieka bardzo, bardzo przedsiębiorczego:

– Ej, chłopaki! Nie dalibyście no złotówki na chleb?

Na chleb mu dałem, bo to jest dobra i smaczna zagrycha do… Po minucie ujrzałem, jak pan Heniu, czy jak mu tam, wychodzi zadowolony ze spożywczaka z samym tylko halnym w dłoni. Kozacki gość!

– A gdzie zakąska? Gdzie chlebuś? – Aż chciałem zapytać, ale koniec końców dałem spokój. A niech mu na zdrowie wyjdzie, nadmiar i tak wyleje.

Na odchodne, usłyszeliśmy jeszcze jego ochrypły głos. Brzmiał niczym monolog wewnętrzny jakiegoś natchnionego mędrca:

–  Ej, ta pogoda jest jak kobita. Bywa zmienna. Czasem pada deszczyk, czasem nie. Niekiedy zalega śnieg i świeci słonko, innym razem mgły gęste snują się po okolicy i nic, ale to nic kompletnie nie widać, w dupę jeża! Latem bywa na ogół urokliwie. Jesień pełna jest melancholii i zadumy. A zima? Lepiej nie mówić! Smuci się, bo przyszło jej zimą być. I choć pory roku są oficjalnie cztery, to aury tak naprawdę mamy dwie: tę dobrą i tę bardzo dobrą. Aura jest jakaś zawsze, panie, wiadomo. Tylko że może ona być, tentego, albo chmielna (wtedy, kiedy umieramy z pragnienia), albo żytnia (wtedy, kiedy męczy kac, jest mroźno, a my umieramy z przepicia). Ej, ta pogoda, ta pogoda!

Po godzince od wyjścia z domu stanęliśmy niczym te bure szaraki na ciemnozielonej łące (na mapie miałem ją opisaną jako „Marchewkowe Pole” albo raczej „Polo Marchew” czy jakoś tak). Gdybyśmy postali na niej jeszcze przez chwilę, pewnie zacząłbym śpiewać: „na zielonej łączce pasły się zające”. Była pusta i wodą zlana, a dalej rozpościerał się las. Deszcz padał albo nie, i tak wszystko było zawilgocone i parowało.

Padłem na kolana jak jakiś muzułmanin, nosem przycupnąłem do gleby i zacząłem okładać teren oraz poszczególne kępy, niebędące posłankami o imieniu Beata, i jąłem przeczesywać pojedyncze kłosy trawska, gdyż nie chciałem tracić cennego czasu, którego sporą część i tak już zmitrężyłem pod monopolowym. Adaś musiał mieć ze mnie niezły fun, albowiem stał z boczku i z uśmiechem politowania przyglądał mi się z góry, nie brudząc sobie rączek, które notabene miał zajęte.

Tylko ja zbierałem naprawdę, a ten, co się opierdzielał, zaabsorbowany był otwieraniem trzeciego browca dla fachowca, leniwca, tankowca. Ja rozumiem, że jeśli się coś odkapslowało i z tego czegoś zaczynają uchodzić nachalnie gazy, to chyba nie poprzestaje się na zadumie nad samą impresją bąbelkową, którą by można było zatytułować – dajmy na to tak – „Portret z kolegą, otwieraczem, pustym słoikiem na łysiczkę oraz mgłami nadobnymi unoszącymi się gdzieś w tle – scena alegoryczna, zbiorowa pędzla Hesusa van Boha”.

– Gdzie jesteście, małe kurduple!? Ukażcie no się! Już ja wam pokażę! I ogonki z dupy powyrywam! – wykrzykiwałem na cały głos. – Nie ma łysiczek, kurna, no nie ma!

Końcówka września, aura odpowiednia, wilgotność taka, że można by scyzorykiem powietrze kroić jak gąbkę albo inną galaretowatą meduzę, miejscowe barany też się posra… postarały i wszystko dokumentnie zapaskudziły. I co z tego, skoro te wypierdki nie chciały się dać znaleźć. Może coś źle robię? Mówię o sobie, bo Adaś tylko stoi i zachowuje się pasywnie, głupkowato się przy tym uśmiechając.

Trzeba mieć wiarę, wiarę i nadzieję. Głowa do góry! Wiara to podstawa, nadzieja też. Jest jeszcze miłość, ale ta została u mnie na kompie ze stałym dostępem do curvage.org. Czasem chodzę do kościoła, to wiem, co w trawie piszczy i w ogóle znam się na cnotach teologalnych. Może łąka jest jakaś nie teges, nieodpowiednia, trefna, nie taka, jaką ją Bóg stworzył i jaką łąka o tej porze roku być powinna, nie ma tego czegoś, co mają inne, te zagrzybione i zasrane. Ale czego nie ma? Czego!? Oto i tajemnica, zagadka jak z dobrego, szwedzkiego kryminału. No może nie z kryminału, ale jednak wciąż zagadka.

–  Zdaje się, że ta trzaśnięta babka Jaga, co żeśmy ją spotkali przed chwilą, jak szliśmy, była tu dziś rano i wszystkie grzyby sprzed nosa nam sprzątnęła. Jak myślisz, Macieju? – filozoficznie wypowiedział się Adaś, za jednym razem rozprawiając się ze zbiorem zdarzeń możliwych z potencjałem ogromnego nieprawdopodobieństwa.

Kurduple występowały całymi rodzinami, najczęściej w skupiskach po kilkanaście sztuk. Nieskończenie długaśny ogonek sam wychodził z ziemi, jak się ciągnęło za mały kapelusik, nabrzmiały od psylocybiny. Kolorek wahał się od brązowego aż po herbaciany, lurowaty. I można je było łatwo pomylić z pospolitymi psiakami oraz przydrożnymi twardzioszkami, nawiasem mówiąc również psiakami. A wrzesień, ach, ten wrzesień, z tak typowymi dla siebie porannymi przymrozkami i przecudownym babim latem, był dla kurdupli miesiącem wprost wyśnionym, wymarzonym. Do tego jeszcze te wiecznie nienażarte owce i barany, pasące się tu, ówdzie, wszędzie.

Szukałem dalej, nie chcąc i nie mogąc uwierzyć, że może ich nie być. Na szczęście, jak wychodziłem z domu, zabrałem ze sobą cztery sproszkowane gałeczki muszkatołowe, które teraz mogły nieco osłodzić czas porażki. Miałem już wcześniej do czynienia z halucynogennymi nasionami i wiedziałem, że ich goryczka średnio nadaje się do ulepszania smaku czegokolwiek. Na szczęście w pobliżu znajdował się ów sklep z ławeczką, gdzie można było w razie „wu” zaopatrzyć się w jogurt i to z nim, w wersji pitnej, wespół w zespół dokonać aktu konsumpcji wspomnianej gały.

Tymczasem kształty powoli rozpływały się w wieczornej mgle, wszystko się rozmywało i wymykało zmysłowemu oglądowi rzeczy, robiło się coraz szarzej i szarzej, a trawa nabierała brunatnego, jednobarwnego, zajebistego odcienia. Nie było innej rady – wstałem i otrzepałem portki z rosy, Adaś dokończył piwo, a potem obraliśmy jedynie słuszny kurs na sklep.

Przed monopolowym doszedł do naszych uszu znajomy, chrapliwy głos żula:

– Niedźwiedź szedł szlakiem, widziałem. Kamera monitoringu go uchwyciła. Szedł drogą, a nie chaszczami. Nie to co ja. A co sobie będzie życie utrudniał, spryciulek!

Myślę sobie: „o nie, tylko nie pan Heniu”. A jak nas spostrzegł, natychmiast spauzował i przeszedł do sedna spraw poważnych:

– Ej, chłopaki! Nie dalibyście no złotówki na chleb?

Na chleb mu dałem, bo to jest dobra i smaczna zagrycha. Na efekt swojego hojnego gestu nie musiałem długo czekać, bo po minucie ujrzałem, jak wychodzi ze sklepu z zimnym halnym. „Gdzie zakąska?”, tym razem nie myślałem nawet pytać. Niech mu na zdrowie wyjdzie, a nadmiar wypryska.

I my także zakupiliśmy parę browców (nie, nie halnych) i kilka jogurtów w płynie, czyli takich trochę, no, bardziej jakby mlecznych, mniej serowych. A potem udaliśmy się w ciemny las, pamiętając rzecz jasna, że czołówki mamy schowane w plecakach razem z resztą ekwipunku i innego badziewia. Zamierzaliśmy przejść się trawersem myśliwskim, który znaliśmy z opowiadań starego myśliwego, Zbycha Rogali, a który nie był nawet zaznaczony na mapie, albowiem życie pełne jest tajemnic, nie? Na odchodne usłyszeliśmy jeszcze kolejny monodram henrykowski (i pomyślałem nawet, że ktoś się tutaj z nas nabija):

–  Idę na czworakach. Brodzę w śniegu, głębokim, nieubitym; w śniegu jakby ze snu Królowej Zimy. Staram się, panie, przejść góry, minąć zaspy, równomiernie rozkładając ciężar ciała na dwie, a nie na jedną parę kończyn. Ale to nic kompletnie nie daje i oczywiście cały grzęznę po pas. Gubię bochenek chleba oraz mój ulubiony, nieodzowny podczas takich eskapad, otwieraczyk do piwa, które wylatują niezauważenie z niedomkniętego plecaka. Zakopuję się w śnieżnej zaspie i ostatecznie podejmuję decyzję o odwrocie – mniemam, że słuszną! A cóż mam począć innego?! Oj, nie dla mnie jest ta oto Hala Czworaka, na czworaka nie zdobyta. Nie dla mnie!

Szliśmy długo. Nie przypominam sobie, abyśmy wcześniej kiedykolwiek tamtędy wędrowali. Niby ta sama wieś, a jednak wszystko się różniło od Górek, które znaliśmy: inni ludzie, inna aura, inna energia miejsca.

Wymieniliśmy między sobą jedno, dwa spojrzenia porozumiewawcze. I już wiedzieliśmy, że sytuacja dojrzała do tego, ażeby zaaplikować sobie jogurcik z gałeczką, jogurcik muszkatołowy. Boże! W życiu nie piłem czegoś równie ohydnego, choć znałem przecież od podstawówki smak piwnej goryczki. Miałem wcześniej raz tylko do czynienia z roślinką Myristica fragrans i pamiętam, że byłem po niej strasznie pobudzony, rozweselony i kreatywny (pamiętam też, że mi stanął, ale nie będę się może chwalił takim detalem). Nie sądzę, aby zachował się jakikolwiek, choćby i najmniejszy ślad mojej fazowej kreatywności: jakiś wierszyk albo piosenka. Cokolwiek!

I tak szliśmy, rozmawialiśmy, piliśmy, nie przystawaliśmy ani na sekundę. Być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybyśmy nie doprawili się Adasiowymi muchomorami, zabranymi z domu. Nie przypuszczałem, jak bardzo się ucieszę z wysuszonej niespodzianki, a niespodzianek życie pełne jest, nieprawdaż? Powoli stawało się jasne, skąd na twarzy mojego najlepsiejszego od samego rana rysował się uśmiech od ucha do ucha i od psyka do łyka.

Efekt przyjęcia gałeczki mógł być zauważalny po upływie trzech godzin. Na skutki pożarcia grzybów nie trzeba było znowu aż tak długo czekać. W pewnym momencie Adaś postanowił sprawdzić, czy znalazł się już pod ich magicznym wpływem. Nie wiem, czego oczekiwał. Czy myślał, że wykona, ot tak, z marszu, rytualny taniec wedyjski, niczym po wypiciu soma? Nie wiem. Skończyło się na zaczepieniu przypadkowo napotkanej i Bogu ducha winnej wieśniaczki, walnięciu jej w twarz ostrym pytaniem i zgwałceniu (w)śródnocnej ciszy… znaczy się, pogwałceniu nocnej ciszy:

– Hello! Pani Jago, a daleko jeszcze na Jaworową?

– Boże, jak to daleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeko!!! Ja raz tam była i już w życiu nie pójdę!!!

– A czy widziała pani Jaga UFO? – rzuciłem z głupia frant, starając się zmienić temat na bardziej lajtowy, gdyż zauważyłem pewne oznaki zaniepokojenia, wypisane na babcinej facjacie.

– Zdrowaś Maryjo! Ja żem widziała. U nas co drugi dzień ląduje, panocku.

– Aha! To z Bogiem! – Przyjąłem, zrozumiałem, osiągając trzy stany jednocześnie: nirwany, katharsis i kompletnego uchachania się, o, dżizas!

Potem rzuciłem do Adasia, nie zatrzymując się ani nie korygując tempa marszu, który powoli stawał się marszem-transem:

– Stary, masz jeszcze te muchomory? Dawaj!

Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego razu z gałką. Po miesiącach wczytywania się w relacje internautów dotyczące jej przyjmowania, postanowiłem w końcu udać się do Leclerca po cztery opakowania orzeszków firmy Kotanyi. Nie były drogie: zapłaciłem niecałe dwa zeta za jedno opakowanie, w którym znajdowały się dwie niezmielone sztuki. Następnie wróciłem do domu, starłem je, zalałem zimną wodą i wszystko razem dokładnie wymieszałem. Jadłem, zapijając goryczkę słodyczą przesłodzonej aż do bólu pepsi. Generalnie: smak jest niefajny, ale w życiu bywają też i gorsze rzeczy, na przykład aviomarin. A oto, co pisze jeden z internautów, którego doniesienia są poniekąd zbieżne z moimi własnymi spostrzeżeniami.

 

Godzina dwudziesta. Rozpoczyna się jazda. Odczucia podobne, jak po trzech harnasiach albo czterech buchach marihuany.

Godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści. Faza jak na zjaraniu się, śmiechawa, gastro, słuchanie muzyki wkrętowej. Moje oczy są czerwone i przymrużone. Występuje ospałość przeplatana z poczuciem mocy oraz dziwnymi ruchami w rytm muzyki. Zwiększone libido – idę w astralu obrócić jakąś panienkę, a kto mi zabroni?!

O godzinie dwudziestej drugiej minut pięć poczyniłem kilka interesujących spostrzeżeń. Pierwsze – takie, że jestem za bardzo zmęczony, ażeby – przepraszam za szczerość – spuścić się w… i tak dalej. Drugie – że film, który oglądałem na kompie i na który tak czekałem, okazał się produkcją amatorską z odrobiną artyzmu. Trzeba przyznać, że aktorka grająca główną rolę była przecudną kobietą, z którą mógłbym uprawiać seks przez cztery piąte swojego życia, no a resztę przeznaczyłbym na jedzenie, spanie oraz oczywiście ćpanie. Ostatni, optymistyczny wniosek jest taki, że orgazm i niespełnienie pozostawię sobie na deser.

Dwudziesta druga trzydzieści. Umysł jest przyciemniony, ukierunkowany na jakąś wybraną rzecz. Skupia się na jednej czynności i łatwo rozprasza. Przestała mu się podobać muzyka. Wycisza się. Rozmywają się literki na klawiaturze komputera.

O dwudziestej trzeciej odpalam playera. Leci Nirvana. Każdy najdrobniejszy kwant mojego jestestwa przeżywa swój autonomiczny orgazm. Czuję, że może być już tylko piękniej.

Ranek. Obudziło mnie zapalone słońce. To Bóg włączył światło gdzieś na wschodzie. Nie ogarniam chwilowego nieprzystosowania błędnika. Otwieram oczy, ale obraz jest rozmazany, a wszystko dokoła wibruje. Światła mnie rażą okrutnie i jestem jakiś odrealniony. Pięć, sześć orzechów na pierwszy raz to chyba za dużo. Czuję, że totalnie nie panuję nad swoimi odruchami, na dodatek mdli mnie. Rezygnuję z pójścia do kibelka i usiłuję się zdrzemnąć.

Dziesiąta – dwunasta. Sny są cholernie, ale to cholernie realne, takie, jakich jeszcze nigdy nie miałem. Spałem dziś od piątej do trzynastej jak zabity, ale snów, tych właśnie, nie zapomnę do końca życia – te barwy i kształty, te niematerialne światy i istoty. Czułem smak leśnych owoców, zrywanych prosto z krzaczków. Na drzewach rosły poziomki wielkości dyń, a ja te poziomki-giganty zbierałem. Lekkie, soczyste i miękkie, jak chmurki. Po prostu pyszota! To były takie fantazjo-wizje w cukierkowych kolorkach, z których nie chciałem się za nic obudzić. Całą moją obecną rzeczywistość przenikają cuda z tych przepięknych marzeń nocy, bo oto stałem się tym, co uzyskał wyższą świadomość i śni swoje własne życie, aby – w odpowiednim momencie, który niewątpliwie nastanie – zbudzić się po Aktywnej Stronie Nieskończoności. Jam jest gwiezdnym pyłem tejże Przenajświętszej Nieskończoności. Jestem, który jestem. 

I tak gałeczka dała mi właściwie dwa dni fazowania i dzień schodzenia, a post factum zagwarantowała dokładnie takie uczucie, jak na mocnym kacu (na mocnym, ale da się przeżyć). Może kiedyś, jak będę miał minimum cztery dni wolnego, spróbuję zaszaleć raz jeszcze. Wezmę pięć orzechów i zacznę wszystko odpowiednio wcześniej – powiedzmy – o dwunastej w południe najpóźniej.

A teraz czas na małe podsumowanko. Oto pozytywy: euforia, radość, filozoficzne rozkminy i ogólnie chillout, halucynacje, omamy, łatwość wkręcania najrozmaitszych jazd. Gałka okazuje się jedną z ciekawszych substancji pochodzenia roślinnego, z jaką się zetknąłem, godną polecenia zwłaszcza artystom (tym, którzy chcą uzyskać wgląd w Istotę Wszechrzeczy). Jest migotliwie schizofreniczna i daje namiastkę spokojnej ekstazy umierania, a także uczucie deformacji przestrzennej związanej z wielowymiarowością ludzkiego ciała. Jej głębokie oblicze rozpościera się na nieskończenie wiele podprzestrzeni wewnętrznych umysłów, które posiadam.         

 

Tak ogólnie, to naprzód wydarzyła się gałeczka, jogurcik i spora śmiechawa, grzybki pojawiły się dopiero później, pod sam koniec uczty i poszły na tak zwany drugi ogień. Teraz wszystko stawało się proste, życie stało się łatwe i przyjemne, a czerwonawe z kropeczkami wystarczyło tylko pogryźć, pogryźć, popić, jak w tej reklamie tabletek na ból głowy, z podłożonym głosem Krystyny Czubówny, o ile dobrze pamiętam. Durnowate anegdoty umilały wspólne wędrowanie: raz nawijał Adaś, raz ja. On zaczął. Zawsze zaczynał. Zawsze miał dużo do powiedzenia, tak jak dzisiaj:

–  Facet odśnieża ulicę i zaczyna na mnie wrzeszczeć: „Halo! A coś ty mi, Wacuś, tyle śniegu nawalił, co?”. No to ja do niego: „Panie, to nie ja, to Bóg we własnej osobie! Zima miała być sroga, tak czy nie? No tak! I jest! A wiesz pan, że Bóg nigdy, przenigdy nie nawala?”. Rozumiesz? Nie nawala, ha! Dobre, co?

–  Dobre. A posłuchaj tego. Mówi mi jedna, napotkana na szlaku babka: „Uważaj na dziki, leśniczy ostrzegał”. „Okej, będę ostrożny”… i idę dalej. W ciągu godziny wdrapuję się na, jak mu tam, Gronia. Patrzę, kurna. Oczom nie wierzę. A tam stoi ta tak zwana niespodzianka. Ale, w mordę jeża, coś mi się nie zgadza: kolorek jakby nie ten i w ogóle. Okazuje się, że to wietnamska zwisłobrzucha. Zagrodziła drogę. Koszmar! Muszę klaskać, ażeby łaskawie mnie przepuściła. A to świnia!

I tak miluśko czas płynął, a my wraz z nim; gadka, szmatka. Tymczasem Górki są już za nami. Wstępujemy w wilgotną, cichą otchłań lasu, niczym w niezbadane głębie tajemniczej groty, i żegnamy z zachodzącym z wolna słońcem, pozostawiając za sobą, niby Cieśninę Nadziei, niewielką poświatę w miejscu, w którym normalnie, przy ładnej pogodzie winna się owa gwiazdka na niebie znajdować. Idziemy gęsiego, gdyż wąska ścieżka, z gęstym baldachimem utkanym z krzewów i drzew, nie pozwala nam na zbyt wiele. Wonne rośliny… nie tyle nie drapią, co raczej muskają delikatnie i jakby z uczuciem nasze twarze i dłonie. Nie kaleczą nas. Cóż za wspaniałe doznanie! Pięknie jest. Nawet ziemia zdaje się oddychać pełną piersią, co czyni powoli i rytmicznie, a my – wraz z nią. Następują – kolejno – wdech i wydech. Wdech i wydech. Dopiero teraz – tak naprawdę – rozpoczyna się leśna przygoda, aventura, swoisty taniec modrookich wędrowców z oceanem zieleni na tle kipiących wściekle mgieł, które układają się w potężne i rozbuchane nurty zdradzieckie. Czy potrafisz to sobie wyobrazić?

Przedstaw sobie, że jesteś Adamem albo Maćkiem. Brodzisz wśród najprzeróżniejszych odcieni barw złamanych, bieli, czerni, szarości, kolorów ziemi. Ty – idziesz jako pierwszy. Kolega pozostaje z tyłu, zaraz za tobą. Będziecie się posuwali naprzód, żwawo przy tym maszerując. Dobry nastrój nie opuści was jeszcze przez pół godziny. Co stanie się potem? Lepiej nie mówić. Po drodze natkniecie się na kilka osobliwości (nie, nie przyrodniczych: salamandry plamistej z całą pewnością nie ujrzycie). Pierwszą będzie stara, zardzewiała tabliczka z napisem: „Zakaz wstępu” w języku niemieckim. Zignorujecie ją. Pomaszerujecie dalej. Drugą osobliwostką będzie monumentalna ambona myśliwska z drabiną o trzydziestu siedmiu szczeblach. Trzydzieści siedem to fajna liczba. Nie sądzę, aby mogła przynieść któremuś z was szczęście, za późno na takie rozwiązania. Weszliście na ziemie dla żywych zakazane, pilnowane przez samego diabła, na których strach tylko panuje i mrok, a jedyną wierną towarzyszką smutku pozostaje śmierć.

Ale ciekawość silniejsza jest od lęku, kiedy się widzi to, co ty teraz. Wchodzisz więc, bohaterze, na ambonę, na sam jej czub. Wchodzicie jak najlepsiejszy z najlepsiejszym, razem, jak na przyjaciół przystało. Ty – znajdujesz się z tyłu, kolega – kilka szczebli przed, a właściwie nad. Spoglądasz w górę, ale go nie widzisz. Mgła połknęła „mięcho” albo niefortunnie spadł w czeluść piekła, gdy ty zajmowałeś się niepatrzeniem i niewidzeniem. A być może wszystko ci się pomieszało i wcale nie właził. Czyżby pozostał na ziemi i czekał tam na ciebie? Przekonasz się, jak będziesz na samym szczycie. Albo na samym dole. I tu pojawia się problem – idziesz i idziesz, droga się wciąż wydłuża, a celu jak nie było, tak nie ma. Sen to jest czy jawa?

(Czytałem kiedyś opowiadanie o człowieku, który jeździł koleją dla samej przyjemności podróżowania, ot tak, bez celu. Dosłownie wpadał w trans i – niczego nie pamiętając – wsiadał na jednej, a wysiadał na innej, dalekiej stacji, kompletnie przy tym nie rejestrując momentu wybycia z domu. Nie myślał, skąd ani dokąd, ani za co jedzie. Ale jedno wiedział na pewno: to mianowicie, iż chce uczestniczyć w podróży, ruchu z punktu A do punktu B właśnie w imię tegoż ruchu. Marzył, by takowa voyage, journey, viaggio, Reise trwała całą wieczność).

Ale to była tylko zmyślona opowiastka, jakaś kolejarska gawęda. Tymczasem sytuacja z nieskończenie wysoką amboną, wybujałą jak toskańska winorośl, stawała się z wolna rzeczywistością – dziwną, przerażającą, zaskakującą, nieprawdopodobną, ale jednak rzeczywistością. Można by nawet zaryzykować twierdzenie: „to twoja własna historia, twoje życie i twój problem”.

Spoglądasz tymczasem w dół. Pod przerzedzającą się z wolna zasłoną, która spowiła ziemię gęstą melancholią, na moment zwraca na siebie uwagę ruch. Ciekawe. Dwa cienie, z których jeden wygląda na widziadło kobiety, drugi zaś – tak jakoś bardziej znajomo, zeszły się w jeden, potrwały w ten sposób przez chwilę, a następnie razem gdzieś odpłynęły w grobowym milczeniu, pozostawiwszy na pastwę rozczapierzonego lasu ciebie i tę twoją wyniosłą ambonę.

Zbiegasz. Zstępujesz. Z drabinki złazisz. Stopą glebę wymacałeś. Drżenie rąk i nóg starasz się opanować i sytuację chcesz zrozumieć. Rozglądasz się bacznie. Nikogo naokoło, nic, tylko ta bezczelnie rozwrzeszczana, rozdarta na całą japę mgła, z morduchną przecudnie zrytą jak u mumii. Chce ci się wyć, ale cisza jest – bo być musi – bezwzględna, bardziej lękotwórcza i świetnie nadaje się do konwencji horroru. Co tu dużo gadać – ta dojmująca aura stała się teraz jeszcze bardziej dojmująca.

W ciemnościach odnalazłeś wąską, błotnistą ścieżkę, na którą wstąpiłeś, aby odszukać Adama lub jego namiastkę, surogat najlepsiejszego czy choćby jego cień. W ten sposób natrafiłeś na te niby widmowe ruiny łaźni, całkiem zresztą realne, materialne, namacalne, do poziomu półpiętra w ziemi zakopane, zagrzebane. Otworzyłeś zardzewiały właz i wszedłeś do środka, schodami w dół – pierwsze drzwi na lewo.

Twym oczom ukazał się widok kilku żałosnych kabin z natryskami i coś jeszcze. Światła. Wiele świateł. Zamigotały tak potwornie i złowieszczo. Nastraszyłeś się. Struchlałeś. Zwątpiłeś. Teraz się zastanawiasz, skąd, u licha, w tym czarnym lesie halogeny, hologramy, zwodnicze omamy. Oto dane są zimne, szpitalne żarówy, jak w zaułkach pipidówki. Ach, i jeszcze całe okrągłe zero obecności tego, którego szukałeś.

Przez głowę przelatuje ci szalona myśl, lotem błyskawicy, runy sig, a ty zaczynasz postępować co najmniej dziwacznie. Wchodzisz do jednej z kabin i odkręcasz kurek z wodą, w ubraniu! Zamykasz oczy. Łepetynę zadarłeś. Orzeźwienia oczekujesz. Relaksu. Chwili ciszy w dziwnej ciszy, pełnej napięcia i wyczekiwania, ciszy dookolnej, piekielnej, cmentarnej, grobowej, która tu panuje, króluje. Jest albo jej nie ma.

Bam! Właz trzasnął, hałasnął. Zatrzasnął się. Z tobą w środku! A woda? Co z nią? Gaz jest za to. Leci. Ulatnia się. Uchodzi. Ach, to ci źli ludzie w mundurach! Fałszywy prysznic dostałeś od nieludzi! Taki ci prysznic zafundować raczyli. Ale ktoś za to zapłaci, oj, zapłaci! A kto? Hitler? On nie żyje. Zapłaciłby, gdyby żył? Nie wiem. A za wodę? Tak, za gaz i wodę…

W kabinach obok zamigotały tymczasem widziadła poharatanych osobników płci męskiej, trochę przypominające zombiaków, ale ty, na szczęście, nie zdołałeś tego zauważyć, więc ci o tym mówię, uświadamiam cię. Niby się to ichniejsze pokiereszowanie jątrzące wyczuwało na kilometr albo i dwa, a jednak, gdy spoglądało się pod światło pełgających halogenów, nie było tam nikogo. Rozumiesz? Nikogo!

Nagle potężna, kosmata, umorusana czymś lepkim łapa pociągnęła cię mocno za ramię i prawie na siłę wydobyła z zaświatów. Tak zwana Opatrzność… Tym razem ręka Boga okazała się mieć ziemskiego właściciela i należeć do Adama, którego szukałeś.

– Stary – mówisz mu – tak się cieszę, że to ty! Opowiedz mi coś, ażebym przestał się bać.

– Lasek Snowaniec. W miejscu, w którym droga łączy się z wąską ścieżką coś na mnie lezie. Myślę sobie: „oho; nie wiem, co to jest, ale dupą kręci fest”. Okazuje się, że zaskoczyłem borsuka. Ja jego, a on mnie. Odszedł bez słowa i żalu, kręcąc zadkiem jak Beyonce. Teraz twoja kolej.

– „Przepraszam, szukam ustronnej drogi, zna pan taką?” – zagajam pewnego turystę. „A co, chcesz się zabić?” – pyta zaintrygowany. „Dziś nie, za ładnie jest”. A on mi na to: „Fajny masz ten pojemnik na gorzałę”. „Ee, to tylko futerał na puzon, pusty na dodatek”.

Ty i Adaś znowu razem! Wspólnie wyskoczyliście na zewnątrz, zziajani, zmasakrowani, zamroczeni. Gaz szczęśliwie pozostał w gazowni, Tauronie i pod prysznicami, tymi pod ziemią (mój Boże, jest taki drogi i mało kaloryczny, o wiele za drogi).

A tymczasem na dziedzińcu trwa właśnie apel. Esesmani prężą się jak indory: wciągnięte i schowane brzuchy, głowy lekko odchylone do tyłu, oczy skierowane ku niebu, czapki założone przepisowo i starannie, mundury schludne jak cholera. Słowem: typowo niemiecki Ordnung. Wszystkim znany jest taki obrazek już choćby z samych filmów: polskich i zagranicznych, dokumentalnych i fabularnych.

Spóźnialscy otrzymują baty: kolbą karabinu w łeb, ale nie za mocno, tak tylko, ku przestrodze pozostałych. Trzeba być punktualnym! Apel to apel, nie jakieś party przy świecach.

Tracisz przytomność i lądujesz na pryczy w jednym z baraków, gdzie śnią ci się muchomory oraz to, jak pewien internauta o nich nawija (to jego pierwszy raz, właśnie wtedy stracił dziewictwo – zagrzybił się):

 

W pracy się okazało, że skończyły się materiały i już o dwunastej byłem wolny. Od razu przez myśl mi przeleciały muchomorki, ale sam jeść nie będę, a kumpel zajęty. Jakiś czas potem dostaję esemesa: Jo ziom, i jak tam, wysuszyły się, bo ja już w domu, i mam na nie ochotę.

Na chacie u kumpla… Rodzice i młodszy brat w pobliżu. Siadamy przed kompa. Trochę muzyczki, gadamy, partyjka w q-trzy. Jedno, drugie spojrzenie.

– Masz te grzyby?

– Mam.

– Wcinamy?

Po zjedzeniu mogą wystąpić nudności – mówię mu o rzeczach, które przeczytałem na hyperrealu i erowidzie. Nie obchodzi nas to! Wchrzaniamy, a potem postanawiamy jechać rowerami do mnie. Do mnie nie dojeżdżamy. Jako że obaj bardzo lubimy kosza, widząc znajomych koszykarzy na boisku podbijamy do nich z chęcią gry dwóch na dwóch. Rozgrzewka i startujemy. Raz i dwa, mecz wygrywamy!

Po jakimś czasie… Dookoła tyle rzeczy, które tylko są, istnieją i zupełnie jakoś nas nie obchodzą, próbujemy na czymś się skupić, ale nic z tego nie wychodzi. A jednak coś przykuwa uwagę, coś, co leży na ławce, ma kulisty kształt, jest małe i mokre. Kumpel dotyka i mówi:

– Co to?

– Nie wiem, mokre jakieś.

O kurwa! To żyje!

Po około dwudziestu minutach:

– O! Już wiem! To jest pestka po brzoskwini!

 

Nagle słyszysz hałas. Ktoś cię budzi. Musisz wstawać. Schnell! Wybuchł bunt. Więźniowie starają się uciec z obozu, a ty – wraz z nimi. Wybiegasz na zewnątrz i lecisz z głównym nurtem uciekinierów w kierunku wyłomu w naszpikowanej kolcami siatce. Po sekundzie znajdujesz się na wolności, ale jej zewu nie poczułeś. Może nigdy nie poczujesz?

Niknąc w mroku, pośrodku lasu widziadeł i w morzu szumiących złowieszczo limb, zauważasz Jagę, tę nawiedzoną, wiejską zielarkę, pamiętasz? Ty spostrzegasz ją, a ona – ciebie, w ciemnościach, a jakże. Stoi i rozmawia z jednym z esesmanów. Stoją razem. To chyba ktoś ważny, bo wygląda groźnie i ma dużo medali oraz oficerskie naramienniki. Nie jest dobrze, skoro Baba zdążyła cię już wyniuchać swym haczykowatym kulfonem. Musi coś do ciebie mieć, gdyż palcem wskazała dokładnie to miejsce, w którym skryłeś się za drzewami. Ale co może mieć? Ona, czarownica o imieniu Jaga, i ci tam, okrutni naziści z obozu, stoją i się naradzają. Wspólnie! Okultyzm, psiakrew, nazistowskie abrakadabra, szwabskie strachy na Lachy – dlaczego mnie to nie dziwi?

Wreszcie esesmani się zorganizowali (są nieźli, szybcy jak nie wiem co). Ty uciekasz z resztą obozowych upiorów, chłopaków z jenieckiej ferajny, ale coś jest nie tak, tak ogólnie.

W jednym z baraków znajdowały się mutanty – efekt nieudanego eksperymentu, jego najbrzydsze, niekochane dzieci, coś a la zombie SS. Ktoś nieopatrznie musiał je stamtąd wypuścić, z zerowej zony. Teraz zaczęły brykać po leśnych ostępach i żywym deptać po piętach. Niewielu tutaj żywych, ale paru by się znalazło, na przykład taki Adaś, którego właśnie… dorwały, a niech to! Ciebie dopadną lada moment, zanim zdążysz cokolwiek pisnąć, możesz być pewny.

I tak oto znalazłeś się na samym przodzie nocnego peletonu. Dlatego też odnosisz wrażenie, że wszyscy cię teraz gonią: żywi, nieżywi, upiory, mary, zombie i esesmani. Po drodze zauważyłeś ambonę, którą już raz dzisiaj mijałeś. To znak, że zmierzasz w dobrym kierunku. Szkoda, że ta leśna konstrukcja przeistoczyła się w okamgnieniu w coś na kształt piernikowej chatki na kurzej łapce. Może to tylko sen? Chyba nie myślisz tego sprawdzać i się tam wdrapywać?

Ot, i koniec, wielki finał, prawda prawd, morał nad morały! Chcesz coś jeszcze dorzucić, zanim kurtyna opadnie? Zrób to, ale bardzo głośno, na tyle, ażeby wszyscy usłyszeli, zaś wypowiedziane słowa weź sobie do serca: „nigdy więcej grzybowych mikstur; jeśli już, to sama gała: maksymalnie pięć orzechów”.

Reklamy

„Pijak i ja: odyseja” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Czerwiec 1, 2019 at 6:00 am

Maciej Żołnowski to postać nie raz już goszcząca na Niedobrych Literkach i każdy, kto zagląda tu choćby od czasu do czasu, powinien twórczość ów dżentelmena znać. A jak ktoś nie zna, to czeka go solidny wpiernicz od niedobroliterkowego Paskuda. A ten, jak wiadomo wszem i wobec, potrafi być niezwykle wręcz paskudny.

Ale dość tych gróźb i ostrzeżeń. Zapraszamy do zapoznania się z najnowszym tekstem Maćka, w którym autor przestrzega nas przed zbyt, że tak się wyrażę, dosadnym wyśmiewaniem się z lokalnej społeczności meneli. Pozory mogą mylić i nawet zarośnięty, cuchnący emeryt o witalności konającego żółwia może pogonić nam kota. O czym zresztą za moment przeczytacie. Se la wi, czy jak mu tam było…

Czytaj resztę wpisu »

„Piękny dzień” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Maj 2, 2019 at 6:00 am

Człowiek, to brzmi dumnie… Chociaż nie w najnowszym opowiadaniu Macieja Żołnowskiego. Przypominamy o nieustannym oddziaływaniu entropii; niektóre przykre tego skutki opisane są poniżej dość szczegółowo. Postrzeganie łazienki lub dywanu, czy domu w ogóle, może się po tejże lekturze radykalnie odmienić.

Pewne jest natomiast to, że Adaś Miauczyński byłby dumny, oj byłby…

Czytaj resztę wpisu »

„Wije” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Kwiecień 6, 2019 at 6:00 am

Maciej Żołnowski to częsty gość na łamach Niedobrych Literek i jak widzicie nadal nie ma zamiaru spocząć na laurach. Ewentualnie, to laury mogą spocząć na nim, a raczej na jego głowie. Ale to tak na marginesie.  A tymczasem  zapraszamy  do  zapoznania  się  z jego  najnowszym  tekstem,  opowiadającym  o górskich  podróżach  i tym,  co  z tych  podróży  może  wyniknąć. Ku przestrodze, ku nauce i w ogóle ku ku… Czytaj resztę wpisu »

„Na początku było Piwo” by Maciej Żołnowski

In Różne, różniste on Marzec 4, 2019 at 6:00 am

Drodzy moi, drodzy mili! Jak licznie żeście przybyli! Jeśli chcecie wiedzieć czemu, zaufajcie Paskudnemu: uciekajcie do kazamat, na Literkach mamy dramat. Ekhem… Maciej Żołnowski ma wiele oblicz (o jego kolorach i ich odcieniach nic nie wiemy, zatykamy uszy i lalalujemy!). Wiemy, że Maciej ma coś wspólnego z robotą na packingu, magicznymi elementami odzieży oraz na pieńku z odkurzaczami, ale nikt nie podejrzewał, że wyjdzie z niego dramaturg. Przyznajcie, pewnie dawno zapomnieliście, co to didaskalia, akty, sceny i inne Antygony. Czy ktoś jeszcze docenia, jak zacny to gatunek? Czy ktoś?! Tutaj zaś nie dość, że dramat, to jeszcze apoteoza. I to nie byle jaka i nie byle czego. Radujcie się, wielbiciele trunku o kolorze bursztynu! Czas waszej chwały nastąpił w antycznym stylu!

Czytaj resztę wpisu »

„Czarne Skarpetki” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Luty 4, 2019 at 6:00 am

Dzisiaj będzie o wielu rzeczach. O chodzieniu. O myśleniu magicznym. O silnych przekonaniach i co z tego wynika. O tym, czy jogging faktycznie jest zdrowy. O sąsiadach. O pierwszych objawach paranoi. A może po prostu o skarpetkach, które można potraktować jako kwantyfikator ogólny dla garderoby o specjalnych właściwościach. Maciej Żołnowski po raz kolejny udzieli nam w języku kwiecistym symbolicznej opowieści tylko z pozoru dziwnej treści. Jak wiele lotnej myśli może zawierać opowiadanie tak niedługie, przekonacie się poniżej. Nic nie jest pewne, oprócz tego: skarpetki już nigdy więcej nie będą takie same!

Czarne skarpetki

Mam pecha albo i nie – w zależności od tego, jakiego koloru są moje skarpetki. Wytłumaczę to dokładniej. Czarne oznaczają brak szczęścia, różnobarwne – większy lub mniejszy uśmiech losu. Dziś lekkomyślnie założyłem te pechowe, te cholerne. Przez cały dzień nic złego się nie działo, ale – do czasu!

Podczas wieczornego truchtu po zaułkach Czarnego Lasu, w możliwie najbardziej oddalonym od cywilizacji zakątku mojego miasta, zorientowałem się nagle, że ktoś lub coś za mną gna. Dotarła do mych uszu odrażająca fala sapania, pochrapywania, pomlaskiwania, a nawet coś w rodzaju parskania czerkieskiego rumaka w pełnym galopie. Bojąc się to sprawdzić, w myśl zasady „nie oglądaj się, bracie, za siebie, jeśli nie musisz”, zdołałem jedynie przyśpieszyć. Uff! Przez jakiś czas zachowywałem bezpieczny dystans, ale kiedy minąłem jedyną, a na dodatek niepewnie pełgającą latarenkę – wszystko się zmieniło na moją niekorzyść. Lampa zaczęła rzucać cień, czarny i wredny, który zdawał się rosnąć z każdą chwilą w miarę oddalania się od źródła światła, a obraz intruza nabierał coraz bardziej realnych i demonicznych kształtów – i to nie tylko w mej wyobraźni. Pędziłem ile wlezie i prawie już wypluwałem płuca, gdy nagle kroki za moimi plecami zupełnie ucichły. Przystanąłem, odczekałem chwilkę, zebrałem się w sobie i w końcu obejrzałem za siebie. A tam nie było już nikogo ani niczego prócz wieczornych mgieł. Kontynuowałem następnie trening w bardziej bezpiecznej – jak mi się wtedy zdawało – części lasu.

Wtem na horyzoncie ujrzałem niewyraźną poświatę. Był to odwrócony sierp księżyca. Na jego tle zamigotała znajoma sylwetka młodego mężczyzny z pochyloną głową, około dwudziestki, trzydziestki (czterdziestki?), maszerującego naprzód i poruszającego rękoma (trzymanymi razem i blisko tułowia), raz na lewo, a raz na prawo, raz na lewo, a raz na prawo.

Jezus Maria! Zombie! – pisnąłem przez zaciśnięte zęby.

Zzzzzzz – odpowiedział mi puchacz tak efektownie, że aż mnie normalnie zmroziło.

Zzześć! – odezwała się zzznienacka tajemnicza postać. – Nie poznajesz zzząsiada zzzpod zzzwójki? To ja, Marian Zzząbek.

Zzzzzzz – odpowiedział puchacz Marianowi i zrobił to powtórnie efektownie i zjawiskowo. W ten sposób zmroziło mnie po raz drugi i jakby mocniej, można powiedzieć dotkliwiej albo chłodniej.

Zzzajętyś jest? A ja se ćwiczę zzzwyczajnie chód-marszobieg. 

Ćwiczył se zwyczajnie chód-marszobieg, rozumiecie? Czub zwyczajny postępujący i cymbał złośliwy kroczący-majaczący! Ludzie tak teraz ćwiczą, trzymając łapki złączone, główki zaś pochylone. No co, nie wiedzieliście? Do parków i Czarnych Lasów nie chodzicie? I wyglądają przy tym jak emerytowani kosmici – eks-admirałowie obcych flotylli.

Ugryzłem się w język. Widocznie jego nazwisko tak na mnie podziałało, poraziło mnie i wściekle pogryzło (niektóre nazwiska powinny nosić kaganiec). Marian zauważył moje zmieszanie i chciał coś jeszcze powiedzieć, zzzagadać znaczy się, ale nie zdążył. Było mi tak straszliwie głupio, że zabrałem się z powrotem do domu, po prostu i bez słowa.

Wcześniej zdążyłem obiecać sobie w duchu, że już nigdy, przenigdy nie założę tych plugawych, nadszarpniętych zzzębem czasu i na dodatek jeszcze dziurawych skarpetek koloru smoliście czarnego z czarnymi plamkami – pozostałością po soku z czarnej porzeczki ze spiżarni cioteńki Gertrudy Zmory ze wsi Zaraza, zzzzzz… Nawiasem mówiąc: zdaje się, że to gdzieś na Podkarpaciu, no nie? Ale głowy nie daję; oj, głowy nie daję.

„Robota na packingu” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Grudzień 4, 2018 at 10:32 am

Ponoć praca wzbogaca. Hm, są na ten temat różne teorie. Jedna z nich głosi, że robota to głupota, inna, że pracuj, pracuj, a garb sam ci wyrośnie… W niedobroliterkowej redakcji również zdarzają się sprzeczne ze sobą opinie. Taki Paskud na przykład uważa, że gdyby za pracę dostawał godziwe wynagrodzenie, choćby w dukatach, to mógłby czasem coś dłubnąć. A że nie dostaje, to mu się nie chce nawet opróżnić kuwety naszemu szczurkowi. Efekt jest taki, że do siedziby redakcji zaglądamy z rzadka, i szybko wypadamy, przyduszeni mieszaniną zapachów przyprawiającą o zawroty głowy, tudzież odruchy… wiecie jakie. Na szczęście pewne prace da się wykonać zdalnie, tak więc szczerze zachęcamy was do przeczytania najnowszego, robotniczego opowiadania Macieja Żołnowskiego. Jest fajne, pouczające i na czasie, hej!

Robota na packingu

Siedzę przy kominku i czytam na głos bajkę o kocie w butach. Ciapka to uspokaja, więc powtarzam mu ją do znudzenia. Przestał miauczeć i teraz tylko mruczy, ja tymczasem dożywiam się kanapką z serem i szynką z psa. Żartowałem! Kanapkę mam z szynką, którą zakupiłem na stoisku mięsnym w pobliskich delikatesach.

Za oknem jesień, niedobłysk miesiąca, już dawno po zmierzchu. Wicher zuchwale miota opadłym z drzew listowiem, a po okolicy snują się mgły nadobne, których obecność wyczuwam niemalże podskórnie. W pewnej chwili dzwoni telefon, który mnie wybudza ze swego rodzaju letargu.

– Co? Praca na packingu? Aha, a kiedy? Od zaraz? Co? Znowu „Eat and Goth”?

 

Wychodzę na dwór. Sceneria jak z horroru niewyśpiewnego i niewysłowionego. Od razu widać, ile mógłbym stracić, gdybym nie zdecydował się na nockę. Biedny mruczek będzie musiał poczekać na dokończenie swojej bajanki. Wichura wymiotła wszystkich i zapędziła do domostw, a sama panoszy się na opustoszałych ulicach niedoumarłej mieściny. Egipskie ciemności zdążyły się już całkiem zadomowić na upiornym cmentarzysku, przez które przyszło mi wędrować. Tu i ówdzie rozlega się chóralne zawodzenie nocnych ptaszydeł, jakichś lotnych niepochwycień, wiatr wygrywa najwyśmienitsze partie ornamentalne i nie stroni od dysonansów w pochodach. Czarne, nieoświetlone nagrobki-punkciki wyrastają gdzieniegdzie z ziemi niczym kolejne nuty „Requiem” spod ręki konającego Mozarta (ale Mozart – to już historia)…

Za masywną bramą miejscowego Hadesu czeka służbowy aston martin, który zawiezie do pracy mnie oraz podobnych do mnie lunatyków, których są setki, i którzy nie lękają się nocy zachwiewu. Wsiadamy i ruszamy, twarzy kierowcy nie znamy i nigdy nie poznamy. Po kwadransie takiej komfortowej jazdy w oddal poprzez góry i lasy, bezpola i bezlasy wylewamy się, wszyscy jednocześnie, z opasłych, ciemnych niczym czarna msza limuzyn przed wrotami labiryntowego zamczycha, którego zimne wnętrza zostały specjalnie zaadaptowane na potrzeby korporacji. Koniec jazdy oznacza koniec luksusów!

 

Punktualnie melduję się, podpisując listę obecności. Czyżbym podpisywał cyrograf? W szatni zakładam na siebie niebieskie kombinezony, jeden, drugi oraz trzeci, bo w środku zimno jak cholera, więc wypada ubrać się na cebulkę. I czapkę na zagąszcz kędziorów zaciągam, a na tę czapkę siatkę ochronną, aby mi włos z głowy nie spadł i broń Boże nie wylądował w jednej z kanapek z serem i szynką. Albo serem i pomidorem. Albo serem i jajkiem, albo serem i czymś innym, równie znośnym, na przykład: Azorem. Okej, ponownie żarcik!

Idealna dla kanapek, nie dla pracowników, temperatura wynosi mniej niż pięć stopni Celsjusza, ale też nie mniej niż zero. Podczas pierwszych godzin nocnej zmiany chłód nie daje się jakoś specjalnie we znaki. Dopiero po paru godzinach spędzonych w chłodniach, ręce grabieją i robi się niefajnie, a człowiek zaczyna marzyć o herbacie i pauzie od poziąbu. I rzecz jasna: nie chodzi tutaj o ice tea.

Wszyscy pracownicy, starzy i nowi, bliżsi mi i dalsi oddaleńcy, są już gotowi i stają na swych miejscach. O pełnej godzinie rozlega się przeciągły dzwonek, a właściwie buczek. Słychać praszczęk startujących maszyn, łożysk, pasków klinowych i łańcuchów. Zaczynają obracać się zębatki z odwrzaskiem. Taśmociąg rusza z kopyta, my wraz z nim. Tempo pracy jest, powiedziałbym, rześkie. Czujemy się orzeźwieni i nawilżeni niczym atleta podczas wyczerpującego, wieczornego treningu.

Robota wygląda na ciekawą (aha, akurat). Jedna osoba podaje kartonowe boksy, druga pakuje do nich kanapki, trzecia zamyka i odkłada gotowe paczki z żarciem na bok, zmyślnie układając je na palecie: jednej, drugiej, trzeciej; a później kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej; kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej; kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej. Wszystko to łatwe i proste tak w ogóle, a w szczególe – żmudne i niespecjalnie przyjemne. Ot, praca jak praca, co wpisuje się w cały wielki praznój człowieczy!

Od czasu do czasu korzystamy z pomocy „nowych”. Boże, co byśmy bez nich zrobili?! Ucinamy im palce u rąk i nóg, a oni nawet nie pisną. I wkładamy je do kanapek delikatesowych, zwanych od tego momentu soczystymi delicjami, wyborowymi sandłidżami oraz specjałami pretty little thing. Krew tryska – podłoga śliska! Jakiś bezzębny Szkot walczy z mopem. Porządne chłopisko – myślę – bystre, zaradne, a jak trzeba, to i przewidujące. To się chwali, tak trzymać, all right! Prawie językiem tę podłogę liże, bo zębów, jak się powiedziało, nie ma.

Spostrzegam w międzyczasie, jak jedno wielgachne Murzynisko o twarzy anioła w negatywie odrąbuje sobie kawał łapska toporkiem szwedzkim z Chin (twardziel nawet nie zawyje, niezawyjec), a następnie stara się to odrąbane, hm… mięcho wtrynić na siłę do pudełka. No i proszę! To się nazywa… nie wiem, jak to się nazywa. Inni mu w tym pomagają, odczuwając nierasistowski przeżal i współczucie. Też się dla zakładu poświęcają, a co! W naszej fabryce kanapek pracownicy dają z siebie wszystko, całego siebie ofiarowują… oczywiście w rozsądnych znikomkach czasu. Nie od razu, jakby tego oczekiwali od nas nasi kochani szefowie-superwajzery, pilnujący, wszechwiedzący, wszechwidzący i patrzący nam ufnie z największym możliwym zaufaniem na nasze, odrąbane lub całe, ręce. I wszędzie te kamery CCTV, wszędzie to węszenie nieposkromione, wszędzie donosy-komplejny, wszędzie, na każdym kroku jakieś reguły, przepisy, normy czy zasady! Po co, się pytam. Po co, po co!? Przecież my tutaj wszyscy bezgranicznie sobie ufamy, no nie?

Mimo trudów i znojów czas płynie zadziwiająco wartko, niczym strumienie palinki w żyłach pasterzy podkarpackich. Została tylko godzina do pierwszej i jedynej przerwy, która jest oczywiście niepłatna. Dostrzegam kątem oka starego Rumuna o imieniu Radu, co zwyczajnie stracił głowę dla naszej wspólnej, robotniczej sprawy, i któremu cała kolejność cyklu produkcyjnego się pokiełbasiła. Miał odciąć, zapakować w kartony i wysłać w daleki świat najpierw nogi, później ręce, a dopiero na sam koniec pozostawić do oberżnięcia górną część swojego ciała. Ale debil pomylił kolejność i swój zbłąd zaczął od głowy. Nie powiem, kto tutaj jest bez mózgu, ale Radu jaja ma na pewno! Błąkał się teraz, obijając nieestetycznie tynk ze ścian, niczym błędny rycerz z tytułowego „Jeźdźca bez”… bezsensu, bez czerepu i wierzchowca, a nawet bez zwykłego, najzwyklejszego na świecie konika na biegunach z demobilu holenderskiej armii. Wreszcie usłużyli krajanowi, przybyli z końca hali, kompani z Transylwanii, którzy przyszli mu z pomocą i całym tabunem wyciągnęli biedaka z opresji. Ich widocznie krwawe sprawy, tak jak i mnie, za bardzo nie przerażały. Jęli trzymać dziadka-rozbryzgańca w okolicach podudzia i odwracać, i obracać nim do góry nogami, co spowodowało w efekcie, iż płynna jucha, niczym sos cumberland, rozlała się szeroką, purpurową rzeką po całej kanapkowej strawie. I o to chodziło!

Był tam taki jeden smutak – Rusek Dimitri, prawdziwy pies na robotę i potworny lizus, który przez cały czas dwoił się i troił, dwoił i troił. A dzisiaj… no po prostu wyszedł z siebie, zdarł z ciała skórę i stanął obok niej, cały przy tym poraniony, że niby taki purpuracik… i tentego. Taki pracownik – toż to skarb, prawdziwy diament, na dodatek jeszcze: „Krwawy”. Aż niektórych trafił szlag i krew troista zalała z zazdrości, w ramach rywalizacji pracowniczej, zdrowej i dobrej, bo któż by nie chciał być na jego miejscu, w jego skórze, któż by nie chciał wieść prym wśród przodowników i przodowniczek. Potem zrezygnowany Dimitri powiesił skórę obok kurtek zimowych i płaszczy jesiennych w przyzakładowej szatni, obsługiwanej przez Trzaśniętego Rysia, bo – jak się okazało – od naskórka w strawie kanapkowej bardziej jednak była zdatna skórka od ogórka. Chciał zabłysnąć kak zvezda, ale niestety jego wysiłek okazał się zbyteczny, menadżerom firmy zaś nie spodobała się ruska samowolka i beznamysł.

Tak ogólnie, to w naszej firmie fajnie jest. Atmosfera zabójcza – też dobra, trochę góralska, a trochę górska, czy raczej wysokogórska. I można sobie pogadać o dupie Maryni podczas przerwy, czyli tak, jak właśnie teraz to robimy w trójkąciku:

Johnny: Anet, czy słyszałaś o tym seryjnym mordercy, którego ostatnio złapali?

Mimo: Zaczekaj, Johnny. Anet, chcesz kanapeczkę?

Johnny: Poćwiartował żonę i nigdy nie znaleźli jej ciała. Masakra!

Mimo: …czyli chcesz z serem, tak? Masz. Uuu, mniam, mniam!

Anet: Och, fantastik, Johnny!

Johnny: What do you mean: fantastic!? Chyba żartujesz, Anet? Poćwiartował ją, ale wiemy, że tak właśnie zrobił tylko dlatego, że sam o tym opowiedział policji.

Anet: Och, sorki, Johnny. W takim razie niefantastik!

 

W naszej firmie wszystko jest fantastik. Można pałaszować do woli, ile wlezie, ile uda nam się później z tego strawić, no bo trawienie i spalanie nocnych pokarmów jest ważką pośród spraw najwyższej wagi. Oczywiście jemy tylko podczas przerwy, wyłącznie w stołówce, w ustach mając szczery bezśmiech, i jednie to, co nam dają. A dają oczywiście kanapki, to jest łaskę ich dosiężenia. I trzeba szybko wszystko wszamać i wracać do roboty. Ani jednostki szamanie, ani też sama jednostka nie są aż tak istotne, jak szamanie wielu, połączonych wspólnym korytem, jednostek, stanowiących grupę wszamaczy. I nawet nazwa „Eat and Go” sugeruje rotację personelu i pewną przechodniość wszystkiego, co nas tutaj otacza. Ludzie przecież przychodzą i odchodzą, odchodzą i przychodzą, jak te ofoliowane kanapki na taśmociągu, a firma trwa i musi trwać w bezczasie! Tak oto wegetujemy w zaczarowanej krainie, pięknej pięknością tysięcy reklam i filmików, w której ludzie rozmnażają się jak króliki, a żyją, żrą i śmierdzą, tak jak szczury, i wszystko znajduje się over the rainbow, jakby wisiało na jakiejś pętli utkanej z samych jaskrawych (czytaj: wesołych) kolorków.

 

Po robocie czarny aston martin odwozi mnie i do mnie podobnych nocnych marków z powrotem w znany mi świat z mży i mgły. Z wolna świta, nocy cichanka w bezbyt się obraca, i mruczek zdążył się już zapewne porządnie wylulkać. Podkładam nieco trzaseczek do kominka, by podtrzymać płomu czar, i zapadam w drzemankę.

Śni mi się, jak noga za nogą, sukcesywnie i po kawałeczku gubię części ciała na rzecz kanapek, które – odpowiednio wzbogacone o smak uszek, paluszków, wątróbki i nerek – trafiają w różne, różnorakie zakątki świata całego za sprawą samolotów linii British Airways. Wiem, bo nie jestem idiotą, a to jest sen świadomy i nie – żaden inny, że prędzej czy później moje rojenie się ziści i że w końcu wyląduję gdzieś, sproszkowany, sponiewierany, przekręcony i przetrawiony, na plaży w Tahiti albo Bora-Bora za sprawą nocnej fuchy, którą mam, bo życie trwa i musi trwać. Albo i nie! Ole!

 

„Krwiożerczy odkurzacz atakuje” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Październik 19, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPewnie niejednemu z nas zdarzyło się wkurzać na urządzenia domowe. A to czajnik się spalił, piekarnik nie zadziałał tak jak trzeba, mikser postanowił się nie włączyć, bądź w maszynce do golenia stępiły się ostrza. Co wtedy robimy? Cóż, ubliżanie zepsutym urządzeniom należy do najłagodniejszych metod wyładowania frustracji, o innych wspominał nie będę, bo strach.

Myślimy wtedy, że to złośliwość rzeczy martwych. Ale czy są one tak naprawdę martwe? Co by było, gdyby jednak okazało się, że mają one duszę i swój wewnętrzny świat? A co gorsza, że są żądne naszej krwi? O tym przeczytacie w opowiadaniu Macieja Żołnowskiego. Niedobre Literki zapraszają (i przestrzegają!).

Czytaj resztę wpisu »

„Pivovar – Morskie Oko. Akciová společnost” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Wrzesień 14, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtLato w pełni. Słońce w zenicie. A piwo w lodówce. To chyba dobra okoliczność przyrody by poświęcić łyk czasu na lekturę tekstu, który – nomen omen! – z piwem ma coś wspólnego, chociażby tytularnie. No i jeszcze kusi w języku naszych południowych braci, którzy – jakżeby inaczej – na robieniu doskonałych browarów znają się prawie tak dobrze, jak my na polityce.

W imieniu Macieja Żołnowskiego zapraszamy Was na tekst o tytule przydługim, wiele obiecującym… ale wcale nie lepszym niż zawartość. Poniżej coś dobrego, nie tylko na wakacje czy – dla tej ciut bardziej pechowej części braci studenckiej – kampanię wrześniową! Miłej lektury!

Czytaj resztę wpisu »