polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘maciej żołnowski’

„Robota na packingu” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Grudzień 4, 2018 at 10:32 am

Ponoć praca wzbogaca. Hm, są na ten temat różne teorie. Jedna z nich głosi, że robota to głupota, inna, że pracuj, pracuj, a garb sam ci wyrośnie… W niedobroliterkowej redakcji również zdarzają się sprzeczne ze sobą opinie. Taki Paskud na przykład uważa, że gdyby za pracę dostawał godziwe wynagrodzenie, choćby w dukatach, to mógłby czasem coś dłubnąć. A że nie dostaje, to mu się nie chce nawet opróżnić kuwety naszemu szczurkowi. Efekt jest taki, że do siedziby redakcji zaglądamy z rzadka, i szybko wypadamy, przyduszeni mieszaniną zapachów przyprawiającą o zawroty głowy, tudzież odruchy… wiecie jakie. Na szczęście pewne prace da się wykonać zdalnie, tak więc szczerze zachęcamy was do przeczytania najnowszego, robotniczego opowiadania Macieja Żołnowskiego. Jest fajne, pouczające i na czasie, hej!

Robota na packingu

Siedzę przy kominku i czytam na głos bajkę o kocie w butach. Ciapka to uspokaja, więc powtarzam mu ją do znudzenia. Przestał miauczeć i teraz tylko mruczy, ja tymczasem dożywiam się kanapką z serem i szynką z psa. Żartowałem! Kanapkę mam z szynką, którą zakupiłem na stoisku mięsnym w pobliskich delikatesach.

Za oknem jesień, niedobłysk miesiąca, już dawno po zmierzchu. Wicher zuchwale miota opadłym z drzew listowiem, a po okolicy snują się mgły nadobne, których obecność wyczuwam niemalże podskórnie. W pewnej chwili dzwoni telefon, który mnie wybudza ze swego rodzaju letargu.

– Co? Praca na packingu? Aha, a kiedy? Od zaraz? Co? Znowu „Eat and Goth”?

 

Wychodzę na dwór. Sceneria jak z horroru niewyśpiewnego i niewysłowionego. Od razu widać, ile mógłbym stracić, gdybym nie zdecydował się na nockę. Biedny mruczek będzie musiał poczekać na dokończenie swojej bajanki. Wichura wymiotła wszystkich i zapędziła do domostw, a sama panoszy się na opustoszałych ulicach niedoumarłej mieściny. Egipskie ciemności zdążyły się już całkiem zadomowić na upiornym cmentarzysku, przez które przyszło mi wędrować. Tu i ówdzie rozlega się chóralne zawodzenie nocnych ptaszydeł, jakichś lotnych niepochwycień, wiatr wygrywa najwyśmienitsze partie ornamentalne i nie stroni od dysonansów w pochodach. Czarne, nieoświetlone nagrobki-punkciki wyrastają gdzieniegdzie z ziemi niczym kolejne nuty „Requiem” spod ręki konającego Mozarta (ale Mozart – to już historia)…

Za masywną bramą miejscowego Hadesu czeka służbowy aston martin, który zawiezie do pracy mnie oraz podobnych do mnie lunatyków, których są setki, i którzy nie lękają się nocy zachwiewu. Wsiadamy i ruszamy, twarzy kierowcy nie znamy i nigdy nie poznamy. Po kwadransie takiej komfortowej jazdy w oddal poprzez góry i lasy, bezpola i bezlasy wylewamy się, wszyscy jednocześnie, z opasłych, ciemnych niczym czarna msza limuzyn przed wrotami labiryntowego zamczycha, którego zimne wnętrza zostały specjalnie zaadaptowane na potrzeby korporacji. Koniec jazdy oznacza koniec luksusów!

 

Punktualnie melduję się, podpisując listę obecności. Czyżbym podpisywał cyrograf? W szatni zakładam na siebie niebieskie kombinezony, jeden, drugi oraz trzeci, bo w środku zimno jak cholera, więc wypada ubrać się na cebulkę. I czapkę na zagąszcz kędziorów zaciągam, a na tę czapkę siatkę ochronną, aby mi włos z głowy nie spadł i broń Boże nie wylądował w jednej z kanapek z serem i szynką. Albo serem i pomidorem. Albo serem i jajkiem, albo serem i czymś innym, równie znośnym, na przykład: Azorem. Okej, ponownie żarcik!

Idealna dla kanapek, nie dla pracowników, temperatura wynosi mniej niż pięć stopni Celsjusza, ale też nie mniej niż zero. Podczas pierwszych godzin nocnej zmiany chłód nie daje się jakoś specjalnie we znaki. Dopiero po paru godzinach spędzonych w chłodniach, ręce grabieją i robi się niefajnie, a człowiek zaczyna marzyć o herbacie i pauzie od poziąbu. I rzecz jasna: nie chodzi tutaj o ice tea.

Wszyscy pracownicy, starzy i nowi, bliżsi mi i dalsi oddaleńcy, są już gotowi i stają na swych miejscach. O pełnej godzinie rozlega się przeciągły dzwonek, a właściwie buczek. Słychać praszczęk startujących maszyn, łożysk, pasków klinowych i łańcuchów. Zaczynają obracać się zębatki z odwrzaskiem. Taśmociąg rusza z kopyta, my wraz z nim. Tempo pracy jest, powiedziałbym, rześkie. Czujemy się orzeźwieni i nawilżeni niczym atleta podczas wyczerpującego, wieczornego treningu.

Robota wygląda na ciekawą (aha, akurat). Jedna osoba podaje kartonowe boksy, druga pakuje do nich kanapki, trzecia zamyka i odkłada gotowe paczki z żarciem na bok, zmyślnie układając je na palecie: jednej, drugiej, trzeciej; a później kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej; kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej; kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej. Wszystko to łatwe i proste tak w ogóle, a w szczególe – żmudne i niespecjalnie przyjemne. Ot, praca jak praca, co wpisuje się w cały wielki praznój człowieczy!

Od czasu do czasu korzystamy z pomocy „nowych”. Boże, co byśmy bez nich zrobili?! Ucinamy im palce u rąk i nóg, a oni nawet nie pisną. I wkładamy je do kanapek delikatesowych, zwanych od tego momentu soczystymi delicjami, wyborowymi sandłidżami oraz specjałami pretty little thing. Krew tryska – podłoga śliska! Jakiś bezzębny Szkot walczy z mopem. Porządne chłopisko – myślę – bystre, zaradne, a jak trzeba, to i przewidujące. To się chwali, tak trzymać, all right! Prawie językiem tę podłogę liże, bo zębów, jak się powiedziało, nie ma.

Spostrzegam w międzyczasie, jak jedno wielgachne Murzynisko o twarzy anioła w negatywie odrąbuje sobie kawał łapska toporkiem szwedzkim z Chin (twardziel nawet nie zawyje, niezawyjec), a następnie stara się to odrąbane, hm… mięcho wtrynić na siłę do pudełka. No i proszę! To się nazywa… nie wiem, jak to się nazywa. Inni mu w tym pomagają, odczuwając nierasistowski przeżal i współczucie. Też się dla zakładu poświęcają, a co! W naszej fabryce kanapek pracownicy dają z siebie wszystko, całego siebie ofiarowują… oczywiście w rozsądnych znikomkach czasu. Nie od razu, jakby tego oczekiwali od nas nasi kochani szefowie-superwajzery, pilnujący, wszechwiedzący, wszechwidzący i patrzący nam ufnie z największym możliwym zaufaniem na nasze, odrąbane lub całe, ręce. I wszędzie te kamery CCTV, wszędzie to węszenie nieposkromione, wszędzie donosy-komplejny, wszędzie, na każdym kroku jakieś reguły, przepisy, normy czy zasady! Po co, się pytam. Po co, po co!? Przecież my tutaj wszyscy bezgranicznie sobie ufamy, no nie?

Mimo trudów i znojów czas płynie zadziwiająco wartko, niczym strumienie palinki w żyłach pasterzy podkarpackich. Została tylko godzina do pierwszej i jedynej przerwy, która jest oczywiście niepłatna. Dostrzegam kątem oka starego Rumuna o imieniu Radu, co zwyczajnie stracił głowę dla naszej wspólnej, robotniczej sprawy, i któremu cała kolejność cyklu produkcyjnego się pokiełbasiła. Miał odciąć, zapakować w kartony i wysłać w daleki świat najpierw nogi, później ręce, a dopiero na sam koniec pozostawić do oberżnięcia górną część swojego ciała. Ale debil pomylił kolejność i swój zbłąd zaczął od głowy. Nie powiem, kto tutaj jest bez mózgu, ale Radu jaja ma na pewno! Błąkał się teraz, obijając nieestetycznie tynk ze ścian, niczym błędny rycerz z tytułowego „Jeźdźca bez”… bezsensu, bez czerepu i wierzchowca, a nawet bez zwykłego, najzwyklejszego na świecie konika na biegunach z demobilu holenderskiej armii. Wreszcie usłużyli krajanowi, przybyli z końca hali, kompani z Transylwanii, którzy przyszli mu z pomocą i całym tabunem wyciągnęli biedaka z opresji. Ich widocznie krwawe sprawy, tak jak i mnie, za bardzo nie przerażały. Jęli trzymać dziadka-rozbryzgańca w okolicach podudzia i odwracać, i obracać nim do góry nogami, co spowodowało w efekcie, iż płynna jucha, niczym sos cumberland, rozlała się szeroką, purpurową rzeką po całej kanapkowej strawie. I o to chodziło!

Był tam taki jeden smutak – Rusek Dimitri, prawdziwy pies na robotę i potworny lizus, który przez cały czas dwoił się i troił, dwoił i troił. A dzisiaj… no po prostu wyszedł z siebie, zdarł z ciała skórę i stanął obok niej, cały przy tym poraniony, że niby taki purpuracik… i tentego. Taki pracownik – toż to skarb, prawdziwy diament, na dodatek jeszcze: „Krwawy”. Aż niektórych trafił szlag i krew troista zalała z zazdrości, w ramach rywalizacji pracowniczej, zdrowej i dobrej, bo któż by nie chciał być na jego miejscu, w jego skórze, któż by nie chciał wieść prym wśród przodowników i przodowniczek. Potem zrezygnowany Dimitri powiesił skórę obok kurtek zimowych i płaszczy jesiennych w przyzakładowej szatni, obsługiwanej przez Trzaśniętego Rysia, bo – jak się okazało – od naskórka w strawie kanapkowej bardziej jednak była zdatna skórka od ogórka. Chciał zabłysnąć kak zvezda, ale niestety jego wysiłek okazał się zbyteczny, menadżerom firmy zaś nie spodobała się ruska samowolka i beznamysł.

Tak ogólnie, to w naszej firmie fajnie jest. Atmosfera zabójcza – też dobra, trochę góralska, a trochę górska, czy raczej wysokogórska. I można sobie pogadać o dupie Maryni podczas przerwy, czyli tak, jak właśnie teraz to robimy w trójkąciku:

Johnny: Anet, czy słyszałaś o tym seryjnym mordercy, którego ostatnio złapali?

Mimo: Zaczekaj, Johnny. Anet, chcesz kanapeczkę?

Johnny: Poćwiartował żonę i nigdy nie znaleźli jej ciała. Masakra!

Mimo: …czyli chcesz z serem, tak? Masz. Uuu, mniam, mniam!

Anet: Och, fantastik, Johnny!

Johnny: What do you mean: fantastic!? Chyba żartujesz, Anet? Poćwiartował ją, ale wiemy, że tak właśnie zrobił tylko dlatego, że sam o tym opowiedział policji.

Anet: Och, sorki, Johnny. W takim razie niefantastik!

 

W naszej firmie wszystko jest fantastik. Można pałaszować do woli, ile wlezie, ile uda nam się później z tego strawić, no bo trawienie i spalanie nocnych pokarmów jest ważką pośród spraw najwyższej wagi. Oczywiście jemy tylko podczas przerwy, wyłącznie w stołówce, w ustach mając szczery bezśmiech, i jednie to, co nam dają. A dają oczywiście kanapki, to jest łaskę ich dosiężenia. I trzeba szybko wszystko wszamać i wracać do roboty. Ani jednostki szamanie, ani też sama jednostka nie są aż tak istotne, jak szamanie wielu, połączonych wspólnym korytem, jednostek, stanowiących grupę wszamaczy. I nawet nazwa „Eat and Go” sugeruje rotację personelu i pewną przechodniość wszystkiego, co nas tutaj otacza. Ludzie przecież przychodzą i odchodzą, odchodzą i przychodzą, jak te ofoliowane kanapki na taśmociągu, a firma trwa i musi trwać w bezczasie! Tak oto wegetujemy w zaczarowanej krainie, pięknej pięknością tysięcy reklam i filmików, w której ludzie rozmnażają się jak króliki, a żyją, żrą i śmierdzą, tak jak szczury, i wszystko znajduje się over the rainbow, jakby wisiało na jakiejś pętli utkanej z samych jaskrawych (czytaj: wesołych) kolorków.

 

Po robocie czarny aston martin odwozi mnie i do mnie podobnych nocnych marków z powrotem w znany mi świat z mży i mgły. Z wolna świta, nocy cichanka w bezbyt się obraca, i mruczek zdążył się już zapewne porządnie wylulkać. Podkładam nieco trzaseczek do kominka, by podtrzymać płomu czar, i zapadam w drzemankę.

Śni mi się, jak noga za nogą, sukcesywnie i po kawałeczku gubię części ciała na rzecz kanapek, które – odpowiednio wzbogacone o smak uszek, paluszków, wątróbki i nerek – trafiają w różne, różnorakie zakątki świata całego za sprawą samolotów linii British Airways. Wiem, bo nie jestem idiotą, a to jest sen świadomy i nie – żaden inny, że prędzej czy później moje rojenie się ziści i że w końcu wyląduję gdzieś, sproszkowany, sponiewierany, przekręcony i przetrawiony, na plaży w Tahiti albo Bora-Bora za sprawą nocnej fuchy, którą mam, bo życie trwa i musi trwać. Albo i nie! Ole!

 

Reklamy

„Krwiożerczy odkurzacz atakuje” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Październik 19, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPewnie niejednemu z nas zdarzyło się wkurzać na urządzenia domowe. A to czajnik się spalił, piekarnik nie zadziałał tak jak trzeba, mikser postanowił się nie włączyć, bądź w maszynce do golenia stępiły się ostrza. Co wtedy robimy? Cóż, ubliżanie zepsutym urządzeniom należy do najłagodniejszych metod wyładowania frustracji, o innych wspominał nie będę, bo strach.

Myślimy wtedy, że to złośliwość rzeczy martwych. Ale czy są one tak naprawdę martwe? Co by było, gdyby jednak okazało się, że mają one duszę i swój wewnętrzny świat? A co gorsza, że są żądne naszej krwi? O tym przeczytacie w opowiadaniu Macieja Żołnowskiego. Niedobre Literki zapraszają (i przestrzegają!).

Czytaj resztę wpisu »

„Pivovar – Morskie Oko. Akciová společnost” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Wrzesień 14, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtLato w pełni. Słońce w zenicie. A piwo w lodówce. To chyba dobra okoliczność przyrody by poświęcić łyk czasu na lekturę tekstu, który – nomen omen! – z piwem ma coś wspólnego, chociażby tytularnie. No i jeszcze kusi w języku naszych południowych braci, którzy – jakżeby inaczej – na robieniu doskonałych browarów znają się prawie tak dobrze, jak my na polityce.

W imieniu Macieja Żołnowskiego zapraszamy Was na tekst o tytule przydługim, wiele obiecującym… ale wcale nie lepszym niż zawartość. Poniżej coś dobrego, nie tylko na wakacje czy – dla tej ciut bardziej pechowej części braci studenckiej – kampanię wrześniową! Miłej lektury!

Czytaj resztę wpisu »

„Sielsko, anielsko, żywiecko” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Sierpień 3, 2018 at 6:00 am

Jest takie powiedzenie: „Koniec języka za przewodnika”. Nie bierzmy go oczywiście dosłownie, bo chodzenie z wywalonym ozorem i kierowanie się ku jego czubkowi nie przyniosłoby nic dobrego. Co najwyżej zapewniłoby nam pobyt w pokoju bez klamek, z gratisowym kaftanem bezpieczeństwa zamiast szlafroka. Niemniej w trakcie podróży, jeśli nie chcemy się zgubić, warto zapytać o drogę. Minus tego rozwiązania jest jeden. Należy starannie wybrać osobę, u której chcemy się doinformować. Inaczej może się to skończyć tak, jak w tekście Macieja Żołnowskiego. A jak? A przeczytajcie sobie.

Czytaj resztę wpisu »

„Trawnik we krwi” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Czerwiec 29, 2018 at 6:00 am

Po raz wtóry w naszych niedobroliterkowych i nieskromnych progach pojawia się opowiadanie Macieja Żołnowskiego. Po raz wtóry, ale na szczęście nie ostatni (podpowiemy Wam po starej znajomości, że w zapasie mamy jeszcze co nieco tegoż Autora). Poniższy tekst ma nie tylko świetny tytuł, ale i tak zwany wsad – czyli całą resztę.

Nawiasem mówiąc, jako że zbliża się pora wakacyjna, niektórzy z Was zapewne wylądują w gospodarstwach agroturystycznych. Zachęcamy wszystkich do lektury, jednak tych planujących wypoczyn w tychże gospodarstwach przestrzegamy – lektura poniższego jest obowiązkowa!

Czytaj resztę wpisu »

„Butelki zwrotne…” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Maj 25, 2018 at 6:00 am

Niekiedy na nieodobroliterkowe łamy trafiają autorzy oczytani w klasyce. Kiedy indziej tacy, gustujący w literackiej pulpie… Jakby na to nie patrzyć, Paskud twierdzi, że gó… hm, znaczy, że niewiele go obchodzi co kto czyta. Ciekawsze jest to, co pisze.

Jak kiedyś stwierdził Koleś: „to jest tylko twoja opinia”… I może na tym poprzestaniemy. Dziś zapraszamy szanownych czytaczy do zapoznania się z pierwszym (na pewno nie ostatnim!) tekstem Macieja Żołnowskiego. Emocje gwarantowane.

Butelki zwrotne po piwku pięćdziesiąt groszy za sztukę

Parafraza – wariacja na temat jednego z wpisów w „Dzienniku” W. Gombrowicza

U! Cza, cza, cza… Przydarzyło mi się to przedwczoraj… Mógłbym rzec, że w pewnym sensie nic nie może się równać pozoranctwu rzekomych wyborów, przed jakimi staje człowiek, przed jakimi przyszło mi stawać… Że znalazłem się oto w sytuacji, w której humanizm zaczyna czkać, bekać, a nawet rzygać… To mógłbym zaiste rzec. Wolno mi także zadręczać się tym (albo i nie) — to właściwie wyłącznie ode mnie zależy.

Opalałem się gdzieś na plaży nad Bałtykiem, pośród tych wszystkich gór piaskowych, wydm, obfitujących w zbocza i dolinki, i pasemka – labirynt sypki i efektowny, gdzieniegdzie porosły krzaczkiem rozhuśtanym od nieustającego naporu bryzy. Byłem nieco tylko osłonięty, ale metr, może dwa ode mnie rozpoczynała się najprawdziwsza Saharę, palona słońcem i smagana biczem wichru.

Jakieś butelki zwrotne po piweczku walały się na tej pustyni, porozrzucane bez ładu i składu. I jedna z nich, nie dalej niż na odległość mego ramienia, leżała do góry denkiem. Wiatr ją przewrócił, bidulkę. Słońce piekło jej brązowawą szklistość, co było w mym odczuciu zupełnie, jakieś takie, niefajne (zwykłem, ja sam, myśleć o butelkach, jako o czymś, co zazwyczaj jest zimne, a zimne do tego aż stopnia, co i piwko, które orzeźwia i gasi pragnienie, i daje radość ciału podczas upału).

Ja, Pan Głębokie Gardło, niedostępny jej swoim ogromem, wyciągnąwszy rękę zwinąłem ją prawie ukradkiem do torby. Następnie ruszyłem ku Delikatesom Centrum, zapominając na sekundę o całym plaży żarze i Saharze.

Pani Anetko, buteleczkę proszę.

Na wymianę?

Tak, pani Albisiu, zimne proszę.

Proszę, oto reszta.

Dziękuję, pani Basiu kochana, pani Basieńko, Marysieńko najukochańsza pod słońcem.

Boże! Ileż było tych pań ekspedientek w moim dotychczasowym, mono-polowym żywocie. Ale… nie przedłużałem rytualnej konwersacji, gdyż gonił mnie czas, a czas to jest pieniądz – choćby i marne pięćdziesiąt groszy za butelkę zwrotną. No ale lepszy rydz jak nic, nieprawdaż? Zresztą to szwędactwo połączone ze zbieractwem cholernie – mówię wam – cholernie wciąga i uzależnia.

Pssssss… – ożywiła się na moment butelkowatość na widok otwieraczości.

Powróciłem rychlikiem na plażę, dzierżąc ją w dłoni, zadowolony, schłodzony, lekko tylko przymulony i pełen łaski pańskiej. Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem trochę dalej identyczną butelczynę, o obłych, finezyjnych rysach i w identycznym, niefajnym położeniu. I aż lśniła w słońcu, aż się prosiła, bym ją zgarnął i zwrócił. Nie chciało mi się ruszać… Ale — dlaczego tamtą zwinąłem, a tej nie?… Dlaczego tamta… gdy ta?… Wziąłem kijek, wyciągnąłem rękę, rozdziawiłem torbę — i bum… uszczęśliwiłem siebie. Pognałem do sklepu po nowe (co?) piwo! Boże, jak te butelkowe sprawy uzależniają, ludzkie umysły zniewalają, ulotną wizją szczęścia mamią… i, tak, uśmiechają się, uśmiechają…

Pani Renatko, Anetko, Bernadetko, buteleczkę proszę.

Na wymianę?… Panie Pijaku Jeden… Panie Ćwoku Zatracony… Panie Bezzębny Cieciu… Panie Łachmanie…

Tak, zimne proszę. Dzięki, bardzo pani dziś łaskawa, pani Lusieńko, Zosieńko, Gabrysieńko.

Choć guzik mnie to obchodzi… to i tak spytam, bom wścibska i ciekawska plotkara stara… Dobrze się pan czuje? – gruchnęła sprzedawczyni (pani Ula, Ala albo inna jeszcze Genowefa, z którą łączyła mnie magiczna więź porozumienia – ta sama, która łączy nas, pijaków ze wszystkimi ekspedientkami… zarówno w Polsce, jak i na całym świecie).

Tak, dobrze, pani Ewuniu, Kasiuniu, Izuniu.

Pssssss… – ożywiła się ma szklana przeźroczystość na widok otwieracza. I zatrzepotaliśmy oboje radośnie skrzydełkami: ja moimi, a ona swoimi, takimi, no wiecie, urojonymi.

Zaledwie to uczyniłem – u, cza, cza, cza – ujrzałem nieco dalej identycznego Żuberka, w identycznym położeniu. A słońce paliło mu denko.

Jednakże rozejrzawszy się, ujrzałem „trochę” dalej jeszcze cztery (u, cza, cza, cza!) Tatry, Tyskie, Żywce, Lechy, palone słońcem — nie było rady, wstałem w całym ogromie swoim i pozbierałem wszystkie. Poszliśmy do sklepu. Na piwo znaczy…

Please! – poprosiłem. Podziękowałem. Wyszedłem. Wróciłem na plażę.

Psssssss! – Otworzyłem. A z psykiem, z psykiem… panie. A jakże! I poczułem znów ten zew: u, cza, cza, cza!

Wtem oczom mym ukazało się zbocze błyszcząco-piekąco-piaskowe kolejnego stoku, a na nim z siedem lub osiem brązowych punkcików: butelki! Pośpieszyłem z torebeczką. Posprzątałem. I już tak sparzyłem się z losem zbieracza, tak bardzo w to zbieractwo wszedłem, że widząc opodal nowe butelki na nizinach, wyżynach, przełęczach, w wąwozach, ową wysypkę szklanych punkcików, jąłem po tym piasku ruszać się, jak opętany, z torebeczką, z torebeczką, z torebeczką!

Ale, ale… wiedziałem, to nie może trwać po wsze czasy — wszak nie tylko te wydmy, ale i całe wybrzeże Bałtyku, jak okiem sięgnąć, jest nimi usiane, więc musi nadejść taki moment, w którym powiem „dość”. Musi nastąpić ta pierwsza butelka zwrotna „bezzwrotna”. Która? Która? Aż w końcu dokonało się we mnie załamanie, gładko, nagle. Stanąłem. Pomyślałem obojętnie „no dość tego”. Rozejrzałem się dokoła. Podumałem „gorąco, trzeba wracać”. Zabrałem się. I polazłem w cholerę. A butelka, ta butelka, na której przerwałem, pozostała samotna, samiuteńka, co właściwie było mi już obojętne.

Pani Anetko, oddaję buteleczkę, proszę.

Na wymianę?

Nieee, na dziś mi wystarczy, ja już mam dobrze.

W końcu moje człowieczeństwo nieco się uspokoiło, zaś zwymiotowała pijackość i cielesność. Ale to nic… Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Przecież jutro też jest dzień. U! Cza, cza, cza!