polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘maciej żołnowski’

„O tym, jak poznałem Montserrat Caballé, żywą historię, i o tym, jak także teraz ocieram się o… historię” by Maciej Żołnowski

In Różne, różniste on 7 lipca, 2021 at 6:00 am

kwarantanna

Niedobroliterkowi żercy zapewne stęsknili się za twórczością Macieja Żołnowskiego. Niniejszym zaczynamy nadrabiać zaległości. Q chwale!

                                               


O tym, jak poznałem Montserrat Caballé, żywą historię, i o tym, jak także teraz ocieram się o… historię

Pracuję w Amazonie. Układam towar na półkach. Naprzód go skanuję, a potem rozkładam. To ciężka dziesięciogodzinna praca na nocki w systemie zmianowym. Tylko to mi pozostało: nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Ale kiedyś było inaczej. Kiedyś mieszkałem w Barcelonie, żyłem i pracowałem w wyuczonym zawodzie. I nagle nachodzi mnie wspomnienie jaśniejszych dni i przypomina się ta oto rozmowa:
– No chodźże tu! – zachęca kolega. – Zapoznam cię z Montserrat Caballé… Madame, to jest ten aranżer z Polski, o którym tyle pani opowiadałem. Wielki talent!
– O, jak miło pana poznać, sir – odpowiada sławna sopranistka.
– Znasz na pewno Montserrat. Tylko mi nie mów, że nie.
– No niestety! – zwracam się tym razem już bezpośrednio do wielkiej diwy. – Nie znam pani, madame. Przepraszam, lo siento mucho, muchísimo.
– Och, nic nie szkodzi. Teraz już się znamy, i to jest najważniejsze, prawda?
– Montserrat śpiewała z takimi sławami, jak Freddie Mercury czy Bruce Dickinson.
– …
– Naprawdę jej nie znałeś? – po krótkiej pauzie odzywa się kompan.
– Naprawdę.

***

Jestem korpoludkiem. Haruję na nocki w firmie Amazon: układam, stowuję, pickuję, magazynuję. Tylko to mi pozostało: nuda, nuda, nuda. Ale kiedyś było inaczej. No właśnie: KIEDYŚ!

„Jak spędziłem koniec dziadka” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 23 kwietnia, 2021 at 6:00 am
niedobreliterkitxt

Nikt do końca nie wie czym jest bizarro. No, może poza paskudem, ale odkąd nasz guru zaczął nosić maseczkę chirurgiczną po prostu nie sposób się z nim dogadać. Co chwila mruczy tylko, że „on to wszystko przewidział”.

Gwoli ścisłości: nie wiemy co przewidział. Czyżby wzmożone zapotrzebowanie na maseczki jednorazowe? Kiedyś, w odległej przyszłości jakiś księgowy śledczy może prześledzi jego powiązania z odpowiednimi gałęziami przemysłu i udzieli odpowiedzi na to pytanie. My zaś już dziś możemy rozważyć rozmaite oblicza literatury bizarro.

Założymy się, że Jak spędziłem koniec dziadka nie wyda się wam bardzo bizarro na pierwszy rzut oka. A jednak, zostało paskud-approved, więc podziwiajcie jak pojemne bywa bizarro, a wszystko dzięki Maciejowi Żołnowskiemu, który to dostarczył nam tego przyjemnego szorta.

Zapraszamy do lektury!

h

Jak spędziłem koniec dziadka

h

Umarł dziadziuś – żywa historia, ciekawa biografia, losy barwne, legenda rodziny. Dziewięćdziesiąt jeden lat! Piękny wiek. Pamiętam dokładnie, co robiłem, kiedy zadzwonił telefon z Baborowa z depeesu.
Odszedł i już. Dlatego czuję się bardziej aniżeli miesiąc czy dwa temu obco.
Z czego to wyobcowanie wynika? Czemu czuję się nieswojo wszędzie? W rodzinnej miejscowości, ulubionych górach, a nawet domowych pieleszach?
Pewnie dlatego, że Racławice, które były moim pierwszym gniazdkiem, zmieniły się nie do poznania w cmentarzysko bliskich, a inne miejsca są bez znaczenia i bez sensu. W związku z tym mogę być tu, tam lub nigdzie, robić to albo tamto – jest to w zasadzie nieistotne. Zobojętniałem zupełnie. Nie ma już ukochanych Racławic z dzieciństwa, i tylko to się liczy. Cudowny świat zniknął bezpowrotnie. Wiek niewinności dobiegł końca.
Dziadek opuścił nas w maju, niedawno. To wyjątkowy miesiąc, niedobry na umieranie, zresztą który jest dobry? Czemu uważam, że jest zły? Cóż… końcówka maja oznacza nadzieję. To poprzedniczka lata, kiedy w sadzie nie ma jeszcze owoców, ale zapachu kwitnących drzewek już nie ma, no w każdym razie ja ich nie czuję.
A dziś jest ten szczególny dzień, kiedy ulegam przedziwnej magii dat i cofam się w czasie. Chłopcy z Etonu – szkoły, w której pracuję – mają po naście lat. Akurat tyle miał w latach czterdziestych dziadek, który żył w zupełnie innym świecie, dawno, dawno temu. Miał tyle lat, ile ja obecnie dokładnie w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim roku, ale był inny niż ja, bardziej dojrzały. Miał piękne wąsy i silny charakter. I rodzinę na utrzymaniu. A był wynalazcą tajemniczym i na swój sposób wielkim. Nie to, co niespełniony inżynier i domorosły artysta, piszący te słowa.
Dlaczego czuję, że nigdy mu nie dorównam, tak jak nigdy nie dorównam Strawińskiemu czy Mozartowi?
Dlaczego? Pytam tak sobie zwyczajnie. Pytać każdy może.
A zatem przesuwam się na linii życia o jedno oczko. Wraz z tym oczkiem zbliżam się powolutku do miejsca, które kiedyś zajmował dziadziuś. Starsza w rodzinie jest tylko matka. Kolejny po matce jestem ja, a nic nie trwa wiecznie.
Chciałbym jeszcze napisać o mnie współczesnych, nim sam stanę się wspomnieniem. Otóż obecnie żyją na świecie inni ludzie, o innej wrażliwości, którzy posługują się bardzo brutalnym, korporacyjnym albo ulicznym językiem. Utylitaryzm antarktyczny górą! Trudno zrozumieć tę zimną nowomowę. Co by powiedział dziadziuś, gdyby przyszło mu żyć i zarabiać na chleb dzisiaj?
I wreszcie na sam koniec już malutka niespodzianka. Otóż dziadek pozostawił w spadku maszynę do przewidywania dat śmierci. Brzmi znajomo? Nie wiem, czy chcę mieć takowe urządzenie, ale nomen omen mam. Trzy miesiące w pobliżu daty urodzin danego delikwenta – to się zawsze sprawdza – plus dokładny rok, który maszyna z siebie „wypluwa”. Niestety, nie posiadam do niej instrukcji, zaś wszystkie stare szpargały – wiersze, szkice, wynalazki i święte obrazki z Brzeżan – wyrzuciłem na śmieci, czego niezmiernie żałuję.
Od tamtej pory – mamy Bogu dzięki sierpień – postanowiłem więcej się nie spieszyć, nie spieszyć z niczym, a już na pewno nie z porządkowaniem rodzinnych pamiątek. Niech pozostaną pamiątkami albo instrukcjami do innych światów i innych wymiarów. Zdążyć to się zawsze zdąży, wiadomo. Na ostatni pociąg nie spóźnimy się, nim kto inny zrobi „porządek” z naszymi rzeczami.

„Zakochany w pokoju dziko” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 10 kwietnia, 2021 at 6:00 am

kwarantannaBruno Schulz pisał o tym, że nie ma martwej materii. Pisał też, rzecz jasna, o wielu dziwnych rzeczach, takich jak ptaki dodo, klepsydry, manekiny czy cynamon. (Ten ostatni Paskud lubi najbardziej na ciabatcie ze smalcem, zakąszając ogórkiem piklowanym w pocie transwymiarowych tarantul.) Życie rodzi się wszędzie, także w pomieszczeniach pozornie nieożywionych. Dowód temu da Wam dziś jednak nie stary dobry Bruno (ach, dajmy mu już pokój), a młody i niedobry literkowo Maciej Żołnowski opowiadając o kimś, kto jest „Zakochany w pokoju dziko”. Przekonajcie się, co z tego wyniknie…

Zakochany w pokoju dziko

Od pewnego czasu mieszkam na Brochowie przy ulicy Skwarnej. Chciałbym pokrótce omówić osobliwości tego nowego, jakże dziwnego miejsca. Zacznę od niepozornej sypialenki, w której mieści się moje biuro i stoi laptop.

A więc, po pierwsze, jest tam czarne, rozbebeszone cielsko łóżka w narożniku, co kusi milionem słodkich niby nocna kochanka snów i które samo nie wie o tym, że jest wyspą, choć wiedzieć powinno, a przynajmniej mogłoby. Dalej naokoło rozciąga się gładka tafla oceaniczna podłogi, wyłożona połyskującymi kaflami w kolorze schwarz, czarnym jak Czarny Ląd. Nieopodal w rogu, tuż przy oknie, znajduje się cichy zakątek stoliczka. To idylliczne ustronie pełne wdzięku i utajonej gracji aż kłuje w oczy niezwykłą bielą wygodnego blatu-oparcia. Powabu i artystycznego rozdygotania niepozbawiony jest też fotelik z owym stoliczkiem sparowany, złączony węzłem specjalnym, prężący muskuły swe żylaste jak jakiś murzyński tancerz albo szaman podczas transu. Na środku królestwa rysuje się cytrusowy bohomaz udający dywan. Postrzępił się, wyłysiał i tak leży. Tylko leży, bo dawno już nie latał. Taki nielot musi ważyć chyba z tonę? A zza gdzieniegdzie szklanych drzwiczek Trzeciego Świata zaglądają do mnie kręte, prowadzące na wyższe partie tego ponurego domu schody czarno-białe, wijąc się harmonicznie wciąż wyżej i wyżej niby klawisze akordeonu albo wibratory kalimby. Czyżby dalej i raczej wzwyż, aniżeli wszerz rozciągać się miał jakiś miejscowy Babel? Z kolei na dalekich antypodach biurka znalazła bezpieczną przystań niepozorna lampka w kształcie małpki, która wabi motyle nocy i marne surogaty cykad, komary mianowicie. Jest też i las palmowy tapet, z palmami tworzącymi tandetny wzorek, które – odkleiwszy się gdzieniegdzie – spływają teraz efektownie od strony sufitu wartkimi kaskadami, rwącymi strumieniami, hucznymi wodogrzmotami, to z prawej, to znowu z lewej strony, przede wszystkim zaś z góry, z górnego regla pokoju o tak niezwykłym i charakterystycznym mikroklimacie wilgotnym.

I tak oto z grubsza przedstawiają się tropiki przy ulicy Skwarnej. Czytaj resztę wpisu »

„Pan Anzelm, kurz na szlaku już” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 3 października, 2020 at 6:00 am

https://niedobreliterki.files.wordpress.com/2012/10/niedobreliterkitxt-e1538804981843.jpg

Bizarro – jak wiadomo – jest takim nurtem w literaturze, który pozwala na więcej. Właściwie pozwala na tak dużo, że niekiedy człek zaczyna dostawać dziwnych myśli: Czy łyżka naprawdę nie istnieje? Dlaczego ciastko było kłamstwem? Jaki dźwięk rozlega się podczas klaskania jedną ręką? Skąd te filozoficzno-egzystencjalne zadumki? – zapytacie. Ano stąd, że znany nam z kwiecistej, plastycznej polszczyzny Maciej Żołnowski znowu pojechał grubym flamastrem po brulionie. Efektem czego dzisiaj wszyscy jesteśmy kurzami. Stańcie się toteż – na tę krótką chwilę – pyłkiem na drodze albo szlaku (znakowanym) i wejdźcie w skórę (by tak rzec, aczkolwiek można rzec bardziej dosadnie) drobnej (choć nie najdrobniejszej) części otaczającej nas rzeczywistości. Wszak, jakby na to nie spojrzeć, to paskudztwo jest wszędzie, stąd trochę uwagi mu się należy. Posympatyzujmy oraz powczuwajmy się. A przy okazji doceńmy, jaka nasza mowa śliczna! A jużci już!

Czytaj resztę wpisu »

„Poniemieckie piękno jest małą dziewczynką piszącą listy” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 20 września, 2020 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPaskud zawsze stał na straży przekonania, że tytuł czyni opowieść. W bizarro tytuł musi być bizarro. No i im dłuższy tym lepszy. Co, notabene, brzmi dość uniwersalnie, prawda?

Tekst Macieja Żołnowskiego łapie się na podium w kategorii „ten z długim„. Samo opowiadanie, dla odmiany, długie nie jest, ale ma w sobie to coś, co sprawia, że chcemy je przeczytać. Jeszcze o tym może nie wiecie, ale Wy też chcecie!

A skoro tak, to zapraszamy do lektury!

Czytaj resztę wpisu »

„Zbrodnia i kara” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 6 września, 2020 at 6:00 am

Życie meksykanina do łatwych nie należy. Od leżenia dupa boli, od bójek gęba, a od naciskania spustu palec wskazujący. Łatwo jest w tym kraju stracić życie, bo ludzie tutaj wyrywni i pozbawieni sumienia. No tak, śmierć sprawa prosta. Ale co dalej? Co z duszą, która wyrywa się z ciała poszatkowanego ołowiem? A to już zależy, jakim człowiekiem był ochłap mięsa leżący teraz w kałuży własnej krwi.

Maciej Żołnowski w swoim opowiadaniu przedstawia nam wizję świata przed, w trakcie i po zgonie. I to zgonie nie tylko alkoholowym, ale tym jak najbardziej ostatecznym. Zapraszamy więc do czytania, bo lektura to miła i ciekawa. No dobra. Trochę skłamaliśmy. Miło nie będzie. Ale ciekawie z pewnością.

Czytaj resztę wpisu »

Z dzienniczka borówkarza, czyli o łowcach miodu i ambrozji by „Maciej Żołnowski”

In Opowiadania on 11 sierpnia, 2020 at 11:11 am

Mamy lato. A jak jest lato, to wiadomo. Wakacje, urlopy, wypady, wycieczki, wyloty, podchody i gody. Wszystkiego po trochu. Pora ta charakteryzuje się także wysypem owoców wszelakich. Nic tak nie cieszy i nie relaksuje, jak ich zbieranie. Jagody, maliny, jeżyny, poziomki, borówki… A do tego wszystkiego słońce, piwo i szorstka męska przyjaźń. Plus góry. I bez podtekstów, bo tych tu nie znajdziecie. A zamiast szukać na siłę, lepiej przeczytajcie, bo to stary Niedobroliterkowy wyjadacz napisał. Maciek Żołnowski, jakby kto nie wiedział. I jak nie wiedział, to już wie. Bajo-bogno i do tyłu. Q chwale.

Czytaj resztę wpisu »

„Na domowej kwarantannie” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 8 czerwca, 2020 at 6:00 am

niedobreliterkitxt

Najnowszy tekst Macieja Żołnowskiego… Jest po wielokroć złożony! Czym tedy jest? Opowiadaniem? Scenariuszem do krótkiego filmu? Skeczem dla trup kabaretowych pozbawionych natchnienia? Parodią na COVID-ową rzeczywistość, która wchodzi w czołowe zderzenie z jednym z aspektów naszej jakże skomplikowanej mentalności? A może listą potencjalnych teorii na temat? Ha! Zdaje się, że jest tym wszystkim, bo dlaczego nie? Wszak to Dwór Paskuda – tu nie takie rzeczy się działy/dzieją/dziać będą! Tedy, jeśli wirusowe tematy jeszcze wam nie zbrzydły bądź zbrzydły do tego stopnia, że potrzeba wam detoksu właśnie w tym aspekcie, Maciej Żołnowski wyciąga do Was pomocne Niedobre Literki. Ta-dam!

 

Na domowej kwarantannie. Łańcuszek wypadków kryminalnych w dialogi ujęty.

Albisia do epidemiolożki ze Stacji Sanitarnej (drabbelek)

– Halo? Czy tu Stacja Sanitarna? Jest sprawa. Mamy w domu psa, który musi robić siku, a nikt się z nami nie kontaktuje. Policji u nas nie było. Czy my aby na pewno jesteśmy na kwarantannie? Tak, z Anglii. Ach, nie figurujemy na liście. To co zrobić? Nie przyjaźnimy się z sąsiadami, nikt się nami nie interesuje, a do gminy dodzwonić się nie da, no ludzie! Czyli mówi pani, że z psem wychodzić można? Nie mamy ogrodu, mieszkamy w bloku. A na kogo się powołać, jak policja złapie? Nie potrafi pani powiedzieć. Ochrona danych i ciepłych posad. Żegnam, w takim razie!

Romuś do Albisi (dribbelek)

– I co? Czego się dowiedziałaś? Mamy tę kwarantannę czy nie?

– Mówi, że możemy wychodzić z domu, ale nie za często.

– Co to znaczy: nie za często? A co, jak mnie nakryją? Jak będę się tłumaczył? Przecież do Polski wróciliśmy po piętnastym marca, więc musimy stosować się do zasad.

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria spiskowa numer jeden?

– Teoria numer jeden głosi, że to iluminaci, złaknieni wiedzy na nasz temat, dążą do wyrugowania pieniądza z obiegu i zastąpienia go jakąś formą płatności bezgotówkowej. Zadowalają ich transakcje przeprowadzane za pomocą kart bankomatowych oraz wszelkie inne sposoby śledzenia tego, co robimy z forsą.

Romuś do Blondi (dribbelek)

– Halo? Ja w sprawie ogłoszenia, które znalazłem w gazecie: „Pilnie potrzebny sprzątacz”. Czy nadal szuka pani pracownika? Pewnie, że jestem robotny. A na kiedy możemy się umówić? Na wtorek? Nie ma problemu. A gdzie? Na Racławickiej? Tak, szefowo, wiem, gdzie to jest. No to ustalone. Wtorek, godzina jedenasta. Dzięki, pozdrawiam!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria spiskowa numer dwa?

– Teoria numer dwa głosi, że za całe zło odpowiada coraz powszechniejszy standard sieci komórkowej, a dokładniej – mobilna technologia piątej generacji, która emituje silne promieniowanie szkodliwe dla ludzi. Stąd właśnie wziął się koronawirus. Albo inaczej: COVID-19 jest tutaj tylko i wyłącznie zasłoną dymną.

Romuś do Olgi (dribbelek)

– Zdrawstwujtie! Ty rabotajesz?

– Da, eto moj paslednij dień. Ja Olga. Mużesz do mnienia mówić pa polski? A ty kto?

– Romuś zowut. Przyszedłem spotkać się z szefową w sprawie pracy na Racławickiej.

– Ana za chwilku prichadzi. Pajdom sa mnoj. Ja wsie tiebie pokażu.

– Wot twoj boss.

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria numer trzy?

– Teoria spiskowa numer trzy głosi, że wszystkiemu winne są chciwe koncerny farmaceutyczne, które już rozpoczęły wyścig po nową szczepionkę. Niewykluczone, że wspomniana szczepionka została dawno wymyślona, a wirus celowo wypuszczony z laboratorium. Chorzy i cierpiący gotowi są zapłacić firmom każdą cenę za upragnione remedium.

Romuś do Blondi (dribbelek)

– Witam, szefowo!

– W sprawie pracy?

– W sprawie.

– A umie szybko obracać miotłą?

– Ja? Umiem.

– A gdzie mieszka?

– Na Żółwiej.

– Od kiedy chce poruchać sobie mopem?

– Od zaraz, jak tylko skończy mi się kwarantanna.

– Masz kwarantannę? To co tu, kurwa, robisz? Won!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest spiskowa teoria numer cztery?

– Teoria numer cztery głosi, że wirus nie pojawił się samoistnie, lecz został wynaleziony w Rosji, Chinach albo Stanach Zjednoczonych. Jedno imperium (komunistyczne) zamierzało wykończyć drugie (kapitalistyczne) lub na odwrót, a cała sytuacja po prostu wymknęła się spod kontroli i przeistoczyła w nieokiełznaną pandemię.

Smerfy do Albisi (dribbelek)

– Halo! Tu policja!

– Naprawdę? Przypomnieliście sobie, panowie, o nas?

– Jak widać.

– Po dziesięciu dniach kwarantanny? Bo wcześniej nikt tu nie przyłaził.

– Dopiero od dziś znajdują się państwo na liście. Wszyscy domownicy obecni? Romuald?

– Jestem.

– Aldona? Pani podejdzie do okna i pomacha. Dziękujemy za współpracę!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Doktorze Google, powiedz przecie, kto najprzystojniejszy na świecie i jak brzmi teoria piąta?

– Teoria piąta głosi, że Ziemia jest przeludniona i należy ją jak najszybciej poddać kuracji depopulacyjnej. Po co pozwalać na egzystencję wszystkim, byle jak i byle gdzie, skoro mogą żyć ci nieliczni, na dodatek wieść high life.

Romuś do Blondi (dribbelek)

– Słucham szefowo?

– Złamałeś kwarantannę! Olga świadkiem. Zapłacisz za to. Doniosę na ciebie!

– Okej, zapłacę. Ile?

– W Anglii pracowałeś, powiadasz? W takim razie: co łaska, ale nie mniej jak pięć tysiaków.

– O ty, kurwo!

– Nie przypominam sobie, żebym taki zawód uprawiała. Zapraszam, palancie. Nie zapomnij forsy!

Blondi do Smerfów (dribbelek)

– Halo, policja? Chciałabym złożyć zeznanie. W razie gdyby mi się coś stało, proszę zwrócić szczególną uwagę na jednego typa spod ciemnej gwiazdy. Nazywa się Romuald Parszywy i mieszka na Srakatej… Pstrokatej! Straszna menda i kanalia. Złamał kwarantannę i groził, że jak na niego doniosę, to mnie zabije. Panowie, boję się!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria spiskowa numer sześć?

– Teoria spiskowa numer sześć głosi, że plan depopulacji zagwarantuje bogaczom i innym Billom Gatesom czyste powietrze oraz raj ekologiczny na Ziemi. Bowiem przeżyją wyłącznie nieliczni, pozostałych zaś zastąpią bardziej lub mniej rozumne maszyny, sztuczna inteligencja. Te najinteligentniejsze mogłoby nawet współegzystować z rasą ludzi-panów.

Smerfy do ekspedientek (dribbelek)

Wydział Kryminalny! Czy znają panie tego gostka? Chudy, około trzydziestki. Czy pojawił się dwudziestego? Kupował, płacił?

– Ja go znam: Romuś… Romeczek… tak jakoś.

– Kamery działają? Chcielibyśmy obejrzeć nagranie z „Big Brothera”.

– Spójrz! Jednak złamał kwarantannę, obywatel-naiwniak. Myślał, że koronawirus jest jego największym problemem W PAŃSTWIE PRAWA!

„Szczęście obojga, czyli krótka historia siostry Ludmiły” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 16 Maj, 2020 at 6:00 am

Tak to czasami bywa, że talent objawia się w sposób różny i podłużny. A nierzadko i w całkowicie nadspodziewany. Do tego wszystkiego dochodzą też pytania natury filozoficznej. Bo czy na ten przykład utalentowanym jest pianista, czy tylko jego dłonie? Czy potrafiłyby one grać same, bez udziału reszty ciała człowieka? A gdyby doszyć nogi najszybszego człowieka na świecie innemu przeciętnemu sprinterowi, zacząłby on wygrywać zawody i bić rekordy?

A co z narządami niestandardowymi do danej czynności? Bohaterka najnowszego opowiadania Maćka Żołnowskiego wybrała inne ścieżki losu niż jej utalentowane piersi. Jak to możliwe, że stało się możliwe? I czy wiara przekreśla drogę do kariery? Czort wie, a czort ten siedzi poniżej. To czytajcie, bo czasu szkoda.

Czytaj resztę wpisu »