polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘paskud’

„Komu bije ząb?” by Marcin Zwoleń

In Opowiadania, Różne, różniste on 16 lipca, 2021 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNiedobroliterkowe annały wspominają, że Marcin Zwoleń już kiedyś u nas publikował. Czy to prawda, czy nieprawda… Warto sprawdzić. Warto też przeczytać jego najnowsze opowiadanie. I to niezależnie od aury za oknami.


KOMU BIJE ZĄB?
(HISTORIA ZAWIERA LOKOWANIE PRODUKTU)

W dniu moich pięćdziesiątych urodzin przestały rosnąć mi paznokcie. U rąk i nóg. Zaczęły za to rosnąć zęby. Pożytku z tego nie było żadnego. Jedynie same utrapienia. Paznokcie pal licho, nie musiałem przynajmniej ich obcinać, no ale zęby. To już była spora udręka. Przerośnięte kły kaleczyły moje wargi, a długie siekacze i trzonowce nie pozwalały zamknąć ust. Wyglądałem jak krzyżówka królika z tygrysem szablozębnym.

Niestety, żaden stomatolog nie był w stanie mi pomóc i zaradzić czegokolwiek na tę przypadłość. Pozostawiony sam sobie z problemem sięgnąłem więc po domowe narzędzia pierwszej pomocy: pilniki, obcęgi, dłuta, kombinerki. Korzystałem z nich na wszelkie możliwe sposoby. Moje zęby doświadczały zbiegów raczej mało zbliżonych do tych z gabinetów dentystycznych. Piłowałem je, obcinałem, miażdżyłem, a one pomimo zadawanych im tortur wciąż nieprzerwanie odrastały na nowo.

Ostatecznie zostałem zmuszony stworzyć harmonogram dnia, którego elementarną częścią stały się zmagania z zawartością mojej żuchwy. I tak podczas porannej toalety, kiedy inni w pośpiechu szczotkowali swoje zęby, ja w pośpiechu swoje piłowałem pilnikiem do metalu. Parę godzin później, w czasie popołudniowej przerwy w pracy dyskretnie przycinałem je obcęgami w biurowej toalecie. Natomiast tuż przed snem dopełnieniem dnia upływającego pod hasłem: „I ty zrób coś dla swoich zębów”, swoistym gwoździem programu było wyrywanie kombinerkami co potężniejszych egzemplarzy, które i tak kiełkowały już o poranku. Właśnie w ten sposób mijały dni podporządkowane rosnącym nieustannie zębom. Aż do pewnego październikowego popołudnia.

Akurat tamtego dnia wychodząc w pośpiechu do pracy zapomniałem zabrać ze sobą czegokolwiek do przycięcia uzębienia. Po kilku godzinach w czasie drogi powrotnej czułem już, że przede wszystkim kły znacznie urosły i zaczynają wbijać mi się w wargi. Jak najszybciej musiałem dotrzeć do domu i temu zaradzić.

Pierwszym, co nagle wytrąciło mnie z myślomarszu, był histeryczny kobiecy krzyk płoszący wróble z parkowych klombów. Chwilę później dołączył do niego dziecięcy szloch mogący zmiękczyć najtwardsze serca. Wrzask powtórzył się, a następnie rozległ się tubalny męski głos: „Göring! Zostaw!”. Wiedziony czarnymi myślami rzuciłem się bez zastanowienia w kierunku skąd dochodziły odgłosy rozgrywającego się dramatu. W sąsiedniej alejce pomiędzy rosłymi topolami działy się dantejskie sceny. Szarobury owczarek o ewidentnie niemieckich manierach, uczepiwszy się paszczą czerwonego płaszcza kilkuletniej dziewczynki, za żadne skarby nie chciał go puścić. Mimo usilnych szarpnięć za smycz i pokrzykiwań właściciela, bestia zawzięcie tarmosiła okrycie dziecka. Wokół tego wszystkiego dreptała rozdygotana staruszka, niezdarnie okładająca psa laską, który nic sobie robił z padających na jego grzbiet razów.

Nie było innej opcji, aby nie dopuścić do katastrofy musiałem działać. Prowadzony instynktem, zareagowałem w okamgnieniu. Dopadłem do psa i nie myśląc wiele, wbiłem wyrośnięte kły w jego ogon. Do unoszącego się ponad koronami drzew dziecięcego płaczu, babcinych pisków i męskiego krzyku dołączył psi skowyt. Zwierz, kiedy tylko poczuł na własnej skórze, jak smakują ostre zęby, odstąpił od ataku, wypuścił materiał z pyska, po czym ciągnąc za sobą pana, rzucił się do ucieczki.

Już następnego dnia prasa rozpisywała się rozlegle o całym zajściu. Gazety na wyścigi zamieszczały co bardziej chwytliwe tytuły: „Szczęki zapobiegły tragedii”, „Człowiek pogryzł psa”, „Czy te zęby mogą kłamać?”. W krótkim czasie zrobił się wokół tego medialny szum. Dziennikarze, gdy tylko zwietrzyli temat, starali się go wycisnąć do ostatniej kropli; artykułom o mnie nie było końca. Reszta poszła już gładko jak lawina w Davos. Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle zaczęły pojawiać się zaproszenia do radia i telewizji, wywiady, sesje fotograficzne oraz bankiety. Byłem rozchwytywany, każdy chciał mnie poznać, stałem się dobrem luksusowym.

Wkrótce moim przypadkiem zainteresował się świat medycyny. Anomalia, która przypadła mi w udziale, była nie lada wyzwaniem. Konsultacje w gronie wybitnych autorytetów, liczne sympozja i wykłady stały się chlebem powszednim. Nie zmieniło to jednak stanu rzeczy, mimo podejmowanych różnorakich prób problem nie znikał i nic nie wskazywało, że tak się stanie. Nie było innego wyjścia, jak tylko dalej kroczyć z nim przez życie.

I właśnie w owym momencie pojawiło się wybawienie. Coś, co ewidentnie musiało się wydarzyć. Kwestią czasu było, kiedy fala popularności wyniesie mnie na głębokie wody wielkiego biznesu. Otóż z propozycją współpracy zgłosiła się firma reprezentująca branżę zoologiczną. Miałem zostać twarzą produkowanych przez nich ścieraków do korekty zgryzu u gryzoni. Lukratywny kontrakt skusił mnie natychmiast i bez wahania go podpisałem.

Od tamtej pory obroty firmy wzrosły kilkukrotnie, a i ja nie narzekam. Oprócz smakowitego procentu od zysków mam zapewniony dożywotni zapas produktu, dzięki któremu kontroluję moją przypadłość. Bowiem nic tak jak ścierak marki „Papushka” nie jest w stanie skutecznie zadbać o długość uzębienia. Z czystym sercem oraz krótkimi zębami szczerze polecam.

„Jolo Szpilorek i Szczegóły” by Zeter Zelke

In Opowiadania on 26 czerwca, 2021 at 8:00 am

Paskud Kryminalny

Agresje są rozmaite. Od psychicznych, poprzez auto, na mikro skończywszy. Któż by pomyślał, że tego tyle jest! Kto by się w tym wszystkim połapał? Ano – profesjonał. Ten nie ma wyboru i znać się na detalach musi. Dzisiaj świętujemy Międzynarodowy Dzień Pomocy Ofiarom Tortur. Dzień, którego Szpilorki z zasady nie świętują. Gdy kończą, zwykle nie ma już komu pomagać. Lecz jeśli sądzicie, że torturowany nie może mieć ostatniego słowa, toście w błędzie. Zeter Zelke specjalnie dla Was naraziła żywot – czyj, to tajemnica Paskudnego Dworu – złapała Jolo za fraki i namówiła, aby podzielił się historią z morałem.  

Przy okazji przytulamy do Paskudnego Serca i Oka [PSiO!] wszystkich Was, którym kiedyś źle się zadziało. Ale tylko dzisiaj. Wierzymy bowiem, że co nas nie zabija, to nas wzmacnia. Wystarczy spojrzeć na Jednookiego. Wygląda, jak wygląda; jego bliskość to ból nerek i trwoga. Mimo to jakoś dajemy radę. I my, i on. Wy też dacie.


Jolo Szpilorek ⸸

i

Szczegóły

by

Zeter Zelke

 

Życie płatnego zabójcy nie jest łatwe. A życie asasyna wychowywanego od dziecka, by zabijać, to już w ogóle. Z drugiej strony, jeżeli rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i babcie, kuzyni i kuzynki, wujkowie i ciocie siedzą w tym samym fachu, wtedy bywa lżej. Pod warunkiem przebrnięcia przez mordercze treningi i szkolenia. Ale czy człowiek kiedykolwiek przestaje się uczyć? No właśnie. Więc wracamy do punktu wyjścia – życie płatnego zabójcy to ciężka orka.

 

Prawdziwe oddanie dla profesji znać po tym, że jej adept nie grymasi, nie szuka dróg na skróty, nie zrzuca ciężaru odpowiedzialności na cudze barki. Wykazuje inicjatywę. A nikt nie jest bardziej oddany zawodowi niż Jolo. Ten wybitny specjalista wychodzi z założenia, że jak coś trzeba zrobić dobrze, najlepiej zabrać się do tego własnoręcznie. Podejście perfekcjonisty.

 

Ostatni kontrakt wymagał użycia materiałów wybuchowych. Jolo wraca do domu umazany od stóp do głów krwią. Nie swoją. Po powrocie do rodzinnej rezydencji w Calesonach od razu wchodzi pod prysznic. Odświeżony i czyściutki jak pupcia niemowlęcia, nie wykazuje najmniejszego zdziwienia, dostrzegając na stole swojej prywatnej kwatery kolejne zlecenie. Znać tata wpadł na krótko, by przekazać papierzyska. Zanotowawszy, że syn oddaje się ablucjom, pozostawił je na widoku, z krótką, odręcznie napisaną notatką: „To coś dla ciebie”. Jolo podnosi kontrakt do oczu, by zapoznać się z detalami. Im dalej brnie w treść, tym wyżej unoszą się lekko wyregulowane łuki jego brwi. Szpilorki za standardowe zabójstwo wołają milion kafeli. Nowe zlecenie opiewa na ich pięć. Nie dziwota, biorąc pod uwagę wymagania.

 

Klientka to nadziana aktorka, sława sceny filmowej Starego Jorka. Jolo, jako człowiek znojnej pracy, nie dysponuje czasem na podążanie za każdym trendem w popularnej kulturze. Lecz nawet on słyszał, że gwiazda niedawno się zaręczyła. Cóż, dostała kosza na tydzień przed ślubem i nie przyjęła tego najlepiej. Wobec czego następnym celem elitarnego zabójcy jest Ferdynand Mrozowąs. Ten sam, który wzgardził wdziękami mściwej piękności. Na tym nie koniec. Artystka załączyła długą listę tego, co powinno przydarzyć się niewiernemu mężczyźnie przed śmiercią; od wyrecytowania wierszyka jej autorstwa począwszy, poprzez szereg drobiazgowo opisanych nieprzyjemności, na umieszczeniu w czole zdrajcy specjalnie przygotowanej na tę okoliczność kuli skończywszy.

 

Dobre pół godziny Jolo poświęca planowaniu, w jakiej kolejności przeczołgać Mrozowąsa przez wymienione w kontrakcie tortury. Na sercu leży mu nie tylko własna efektywność. Trzeba wziąć poprawkę na wytrzymałość ofiary. Lista jest długa; ludzkie ciało zaś podlega ograniczeniom. Jeśli Ferdynand ma przed wyzionięciem ducha przetrwać to, co widnieje na piśmie, asasyn potrzebuje strategicznego podejścia. Niewykluczone, że przyjdzie zmodyfikować wstępny zamysł, jeśli wiarołomca okaże się wątlejszej postury, niż na to wskazują jego fotki znalezione w Sieci. Nie od dziś wiadomo, że celebryci lubią podretuszowywać domniemane skazy w swoim wyglądzie. Co z tego, że Mrozowąs wygląda na zdrowego faceta, z mięśniami gdzie trzeba, jeśli padnie na zawał lub dostanie epilepsji na sam widok palnika? Jolo pozostawia margines na zmiany.

 

W zbrojowni znajduje pistolet powtarzalny o właściwym kalibrze dla specjalnej kuli. Następnie wodzi palcem po liście klientki i dobiera kolejno: młotek, szpikulec do lodu, paralizator, palnik, igły, gwoździe, nóż militarny oraz petardę. Po tę ostatnią udaje się do młodszego rodzeństwa. Dzieciaki zazwyczaj chomikują jakieś fajerwerki po Nowym Roku. A jeśli nie, zawsze pozostaje babcia od strony mamy – Klementyna. Babcia specjalizuje się w pirotechnice.

 

Na liście widnieje parę niestandardowych rekwizytów; w te zaopatrzy się po drodze do rezydencji Ferdynanda.

 

Ostatnia rzecz – kamera. Siła ucieka z ręki Jolo na samą myśl, by tachać dodatkowo sprzęt do uwieczniania jego profesjonalizmu. Przeto wstępuje do pracowni Zulki w nadziei, że technicznie uzdolniona siostra zaradzi temu kłopotowi. Zulka, jak jej starszy brata, ma czarne włosy, tylko woli je nosić znacznie krótsze, sterczące na wszystkie strony świata. Szczuplutka dziewczyna, zielonooka i zwykle pogodnego nastawienia. W jej nosie, brwiach, wargach i języku błyszczą kolczyki. Na lewej łopatce kazała sobie zrobić trójwymiarowy tatuaż z ważką. To ekscepcjonalna, precyzyjnie wykonana dziara. Jolo często łapie się na tym, że próbuje owada strzepnąć. Podobnie jak on, Zula pracuje niemal bez przerwy. Obok Jolo, to drugi tak zarobiony Szpilorek. Na jednym z kilkunastu monitorów asasyn widzi obraz z jej drona. Kontrolowana przez zabójczynię ich chmura śle pociski w ślad za uciekającymi członkami szajki przestępczej. Wygląda to niemal jak gra komputerowa.

 

Przedłożywszy zwięźle swoje życzenie, Jolo otrzymuje od siostry tak zwanego bąka. Bąk jest miniaturową kamerą umieszczoną w żelaznym koszyczku ze śmigłami. Ustrojstwo widzi i słyszy to, co widzi i słyszy głowa, nad którą się unosi. Tak przygotowany, Szpilorek rusza pod adres, który wskazała zleceniodawczyni. Według jej słów, o ile eks nie pracuje na planie filmowym, przebywa w spokojnej, podstarojorskiej miejscowości Odchyleniec, gdzie mieści się jego pokaźna rezydencja. Zacisze słynie z porastających je jabłoni oraz wiśni. I z tego, że znajduje się tam tylko jedna willa. Przed wyruszeniem w drogę skrytobójca dokładnie ogląda plan architektoniczny budynku. Rzuca mu się w oczy informacja o wytłumionym akustycznie pokoiku. Nada się jak nic.

 

 

W tym fachu nieszczęście jednej strony oznacza szczęście drugiej. Jolo szykuje się na godziny ślęczenia między kwitnącymi drzewami Odchyleńca, wypatrując celu; tymczasem Ferdynand zrobił sobie dzisiaj wolne. Wyśmienicie. W pokaźnym domostwie Mrozowąsa pracuje garstka ludzi: ktoś do koszenia trawnika, ktoś do dbania o kwiaty ogrodowe, sprzątaczki i kucharz. Poza tym najbliższa rodzina, która akurat wybyła na wakacje. Jolo nie posiada się z radości.

 

Nie mitrężąc, zakrada się do rezydencji. Ferdynand korzysta z kąpieli słonecznej, rozłożony na leżaku przy basenie. Jolo przykłada mu szmatkę z chloroformem do twarzy. Gdy tamten wiotczeje, zaciąga go do sypialni na drugim piętrze. Tu ponoć rzadko kto bywa z uwagi na specjalne przeznaczenie pomieszczenia. Dedykowane zabawom, którym często towarzyszą ekstatyczne zawołania do samego Boga, zostało wymoszczone wygłuszającym materiałem. Czegóż chcieć więcej? Zabójca zamyka drzwi na klucz i zasuwa firany. Gdy aktor przychodzi do siebie, siedzi już na krześle – związany i zakneblowany.

 

Pierwszy punkt programu: Jolo staje przed Ferdynandem wyprostowany jak struna. Nad jego głową wisi bąk i wszystko nagrywa. Skrytobójca wydobywa wiersz klientki, odkasłuje, przeczyszczając gardło, po czym sumiennie recytuje, podkręcając intonację, gdzie trzeba:

 

Wiarołomny, suczy synu,

Myślisz, że można tak szargać mą czcią?

Wysyłam k’tobie asasyna,

Co zmyje potwarz twą krwią!

 

Ferdynand marszczy brwi, spoglądając z niedowierzaniem na Jolo. Jeszcze sądzi, że to jakiś nieśmieszny żart; uważa, że to głupia aktorska inscenizacja zorganizowana przez zgorzkniałą eksnarzeczoną. Szybko rewiduje wnioski, gdy Jolo pochyla się, by odkryć przed nim zawartość swojej walizeczki z narzędziami. Mrozowąs blednie w oczach; robi się biały jak ściana. Uświadamia sobie, że to nie przelewki. Usiłuje się wyrwać, szamocze się w więzach – nie wie, że zadzierzgnął je najlepszy z najlepszych. Nie wie, że jego wysiłki są daremne.

 

Swoim zwyczajem, Szpilorek przy pracy niewiele mówi. Właściwie to milczy jak zaklęty. Pomyślałby kto, że odczuwa przyjemność, gdy ostrożnie, niemal z rewerencją, wyjmuje narzędzia i układa je na jasnoróżowej pościeli mahoniowego łoża w równym rządku. Niewykluczone, że tak właśnie jest. Jednakże rodzice powtarzali mu, iż podniecanie się fuchą to niezdrowy symptom świadczący o niefachowym podejściu. Stąd, jakkolwiek niesłychanie to zabrzmi, Jolo nie czerpie zbyt wielkiej radości z roboty, która drenuje siły jak żadna inna. By ulżyć swej ciężkiej doli, szuka satysfakcji, gdzie tylko może. Na przykład w pedanterii; na przykład – w przywiązywaniu wagi do szczegółów. W obserwowaniu jak nieuchwytne założenie przeistacza się w fakt. Trochę jak gdy pisarzowi w umyśle wykluwa się pomysł na fabułę – wisi toto gdzieś w przestworzach wyobraźni, aż puf! – realizuje się pod postacią tekstu. Skończone dzieło niekiedy wygląda lepiej, a niekiedy gorzej od wstępnego szkicu, ale zawsze fajnie porównać efekt z zamierzeniem. Ten konkretny specjalista bardziej ceni sobie planowanie akcji niż ją samą. Jest ona jedynie zwieńczeniem skrupulatnych przygotowań.

 

Punkt drugi programu, a zasadniczo przerywnik, to paralizator. Jego ukąszenie ma sygnalizować przejście do kolejnych etapów. Jolo ustawia urządzenie na średnią moc i posyła wiązkę w bok Ferdynanda. Tamten podskakuje na krześle jak ryba na rozgrzanej patelni, przygryzając szmatkę.

 

Punkt trzeci na liście: Asasyn wybija Mrozowąsowi stawy w rękach i nogach. Barki, łokcie, nadgarstki, kolana, kostki – padają ofiarą precyzyjnych zamachnięć. Dzięki doświadczeniu oraz ciągłemu pogłębianiu wiedzy z zakresu anatomii ludzkiego ciała Jolo wie, jak uderzać, by zbytnio nie bolało. A już na pewno, aby cierpienia nie przeładowały neuronów i delikwent nie stracił przedwcześnie przytomności.

 

Kolejna wiązka z paralizatora i Jolo chwyta szpikulec do lodu, przechodząc do punktu czwartego. Wykłuwa na klatce piersiowej Mrozowąsa słowa: Jestem gejem. Przy tej sposobności Szpilorek wspomina swojego informatora, który okazjonalnie bywa też partnerem w zbrodni – Donalda Dafiego. Dafi również woli zabawiać się z chłopcami, lecz nade wszystko – uwielbia brać udział w krwawych walkach w nielegalnych podziemnych ringach. Asasyn nie może pozwolić sobie na preferencje w tym zakresie. Zdarza się, że jego misje wiodą go przez łóżka różnych indywiduów. Musi być doskonałym kochankiem dla nich wszystkich, żeby dotrzeć tam, dokąd dotrzeć trzeba. Zabawne, jak umysł dryfuje ku rozważaniom rozmaitym, kiedy jednocześnie jest się skupionym na pracy. Jolo wraca na ziemię; przeciera ukończony napis wodą utlenioną. Czerwone litery spieniają się bielą i wkrótce zaczynają przysychać. Bąk daje nura znad jego głowy, coby zaproponować ujęcie z boku i z bliska.

 

Punkt piąty to przypiekanie pięt żywym ogniem. Szpilorek odpala palnik. Teraz związany mężczyzna odnajduje pokłady sił, o których istnieniu nie zdawał sobie sprawy. Wierci się, podskakuje na krześle, przygryza knebel, wydaje stęki i jęki. Próbuje błagać o litość lub – na tym etapie – szybszą śmierć. Pot zbierający się na jego czole już od jakiegoś czasu, leje się strumieniami, jakby ktoś odkręcił kran. Jolo odchyla krzesło wraz z szamoczącym się aktorem i podpala mu podeszwy stóp. Wkrótce sypialnię wypełnia smród palonego mięsa. Przydałoby się otworzyć okno, ale Jolo nie zaryzykuje. Jeszcze swąd zaalarmuje służbę, a on nie potrzebuje komplikacji. Cierpi niedogodności razem z Ferdynandem. Oto moment, gdy pomiędzy oprawcą a ofiarą nawiązuje się nić porozumienia. Właśnie w takich sytuacjach powstają zalążki syndromu szokhełmskiego, kiedy w torturowanym rodzi się sympatia dla torturującego.

 

Po tej operacji cel jest mocno oszołomiony i ogłupiały z bólu. Zdaje się, że nawet nie zauważa, gdy Jolo uwija się z szóstym punktem programu, wymierzając mu dokładnie dziewięć ciosów nożem wojskowym w losowe miejsca na ciele. Dokładnie tyle, ile liter zawiera zwrot kocham cię. Morderca bodzie tak, by nie przebić witalnych organów. Na tym bowiem nie koniec.

 

Na pozycji siódmej plasują się gwoździe i igły. Klientka żąda, aby ukoronować nimi Mrozowąsa, toteż Jolo delikatnie wbija ostre końce w jego czaszkę, postukując młoteczkiem. Bąk nagrywa z profilu; później zapodaje ujęcie z dystansu, furkocząc z cicha.

 

Petarda, jako druga najgłośniejsza po strzale, zostaje na później. Co z tego, że ściany pomieszczenia ponoć wyposażono w dźwiękoszczelne materiały? Jolo nie uczestniczył w jego budowie. Nie przetestował jakości wytłumienia, a przezorny zawsze ubezpieczony. Chociaż gwałtowna ucieczka z miejsca zdarzenia dla skrytobójcy to nie pierwszyzna, Jolo woli je opuszczać niespiesznie, na pełnym luzie. Taki jest kompetentny.

 

Porzuca na moment Ferdynanda. Czas zająć się punktem ósmym – dmuchaną lalą. Jolo nie zabrał pompki, więc napełnia ją powietrzem z własnych płuc. Są silne. Potrafią utrzymać go przez piętnaście minut pod wodą. Daje radę. Kiedy gumowa seks zabawka nabiera kształtów, Szpilorkowi kręci się w głowie. Przysiada na łożu i przeczekuje zawroty. Przypadkowo spogląda Ferdynandowi w oczy. Tamten patrzy na niego jak człowiek pogodzony z losem, który jednak nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W kontrakcie stoi, czarno na białym, by gumową lalkę ucharakteryzować na płeć męską. Jolo sięga po garść długich baloników i niczym magik z obwoźnego cyrku nadmuchuje je i skręca w kształt przypominający prącie z jądrami. Prezentuje je oku kamery bąka, po czym przylepia taśmą klejącą do podbrzusza zabawki. Domalowuje jej mazakiem wąsy, kozią bródkę; stawia kilka kresek mających odwzorowywać owłosienie na nogach. Następnie zarzuca lali perukę na skalp i układa na jasnoróżowej pościeli.

 

Szpilorek wyciąga rewolwer. Sprawdza, czy specjalna kula siedzi jako pierwsza w bębnie. Aż wreszcie sięga po tę przeklętą petardę – punkt dziewiąty programu. Jolo nie jest wścibski. Nie interesują go pobudki klientów, niemniej ma podejrzenie graniczące z pewnością, iż ta raca coś symbolizuje. Kryje się za nią jakaś historia, znana tylko tym dwojgu.

 

Potrzymasz, czy muszę ci okleić dłonie? – pyta, prezentując rakietkę.

 

Ale Ferdynand ledwo wiąże wątki. Nie rozumie, co się do niego mówi. Świadomość przychodzi i odchodzi. Mężczyzna czepia się jednej jedynej myśli niczym ostatniej deski ratunku. Ledwo żyje nadzieją, której obietnica spełnienia wreszcie odda go zaświatom.

 

Widząc, że na komunikację już za późno, Jolo z westchnieniem wsadza Mrozowąsowi petardę w dłonie. Oblepia je taśmą klejącą. Wystaje sam lont. Następnie podpala go i przechodzi w odległy róg sypialni. Petarda wybucha, zamieniając ręce związanego w krwawą miazgę. Skrytobójca wachluje cuchnące siarką powietrze. Oswabadza zmaltretowane ciało z więzów. Tamten, rozgorączkowany i pobladły, kiwa głową. Daje słabe znaki, aby zabójca się zbliżył. Jolo kalkuluje, że człowiek stoi już niemal obiema nogami w grobie. Nie należy spodziewać się po nim niebezpiecznych zagrań. Wyrywa przeto knebel z jego ust i nachyla się. Mrozowąs szepcze mu coś do ucha. Szpilorek przytakuje, z poważną miną elitarnego złoczyńcy. A potem rzuca Ferdynanda na łoże obok gumowej lalki. Podrywa rewolwer. Punkt dziesiąty – strzał w sam środek czoła – kończy męki aktora. Robota wykonana z precyzją zegarmistrza. Bąk-kamerzysta opada Jolo na dłoń i ląduje w kieszeni. Pora się zbierać.

 

Jolo wcale nie zaskoczyło to, co tuż przed śmiercią szepnął mu na ucho Ferdynand. Nie pierwszy raz przydarza mu się coś podobnego – propozycja zemsty zza grobu. Mrozowąs bowiem podał mu namiary na zasobnego człowieka, który chętnie pomści jego śmierć. Zgodnie z regułami Szpilorków, Jolo poczeka, aż klientka uiści pełną kwotę. Następnie skonsultuje z głową rodziny, czy udać się pod wskazany adres z ofertą usługi wyrównującej rachunki. Ojciec, Wincenty, rzadko podejmuje takie decyzje sam. Zwykle towarzyszy mu małżonka, Honorata. Mama Jolo zaś wykazuje pazerność na kasę, nawet jeśli Szpilorki opływają w bogactwa, których nie spożytkuje parę następnych pokoleń, gdyby bardzo się starały. Innymi słowy: kolejny kontrakt ma jak w banku.

 

Biorąc pod uwagę okrutny zawód, do którego okrutnymi metodami przygotowywano go od kołyski, Jolo lubi myśleć o sobie nie jako o człowieku, lecz jako o narzędziu. Czuje dokładnie tyle, ile czułby pistolet lub siekiera wciśnięta w czyjąś dłoń – nic. On jest jeno morderczym przedłużeniem ramienia swoich mocodawców. Robi, co uczyniliby oni sami, gdyby nie brakowało im odwagi, zdolności bądź odpowiednio wyposażonego zaplecza. Bóg wie, jak wielu Kainów snuje się po świecie, jak wielu pragnie wykończyć bliźniego, czasem z błahych powodów, i jak wielu skłania się słono zapłacić za czyiś ostateczny upadek. Niemniej Jolo nie pozbawiono błyskotliwego umysłu. Ten podpowiada mu, że Wszechświat bywa sprawiedliwym sędzią. Skoro on jest tylko kosztowną bronią na usługach innych, rzadko kiedy złość wyładowuje się na nim. Zabójca już dawno zauważył, że jego ofiary zwykle orientują się, kogo naprawdę należy winić za ich nieszczęście i, o ile dysponują środkami, chwytają okazję, by odpłacić się inicjatorom ich tragedii pięknym za nadobne. Dokładnie tak, jak uczynił to Ferdynand.

 

Jakież to szczęście, że z niektórymi narzędziami da się dogadać. Skoro o narzędziach mowa, Jolo lubi sobie wyobrażać, że jest mieczem. I że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

⸸⸸⸸

„Jolo Szpilorek i Zasady” by Zeter Zelke

In Opowiadania on 13 czerwca, 2021 at 6:00 am

Paskud KryminalnyPowiedzmy uczciwie, rady – zwłaszcza dobre, są niezwykle cenne. Tymczasem nie wszyscy są skłonni się do tego przyznać. Weźmy na przykład Paskuda. Gdy któryś z dworzan Jednookiego szepnie mu dyskretnie na ucho, że nie wypada zjadać smarków, najczęściej dostaje odpłatę w postaci plwociny w oko, co w paskudnym narzeczu oznacza: „Zjeżdżaj, czytam”. Na szczęście nie wszyscy są tak niewdzięczni. Dziś świętujemy Dzień Dobrych Rad, toteż poradzimy, by męska części odbiorców przytuliła przyrodzenie i rzekła mu, iż tekst, który Zeter Zelke proponuje poniżej, to tylko fikcja literacka i nie ma się czego bać. Przynajmniej tak długo, jak długo Jolo nie dostanie na was kontraktu. Zapraszamy do brania przykładu ze Szpilorka, który o radę zapytać się nie boi.


Jolo Szpilorek ⸸

i

Zasady

by

Zeter Zelke

Życie płatnego zabójcy nie jest łatwe. A życie asasyna wychowywanego od dziecka, by zabijać, to już w ogóle. Z drugiej strony, jeżeli rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i babcie, kuzyni i kuzynki, wujkowie i ciocie siedzą w tym samym fachu, wtedy bywa lżej. Pod warunkiem przebrnięcia przez mordercze treningi i szkolenia. Ale czy człowiek kiedykolwiek przestaje się uczyć? No właśnie. Więc wracamy do punktu wyjścia – życie płatnego zabójcy to ciężka orka.

Jolo nie posiada preferencji co do misji. Szpilorki z Caleson często się specjalizują, lecz nie Jolo – on jest wszechstronny. Przez tę uniwersalność i metodyczne podejście stał się oczkiem w głowie rodziców, co napawa go dumą. Jolo nie obnosi się z uczuciami. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że ich nie ma. Złudne wrażenie. Ten zimnokrwisty morderca robi się emocjonalny i miękki jak pluszowa zabawka, jeśli chodzi o dobro rodziny. Kiedy Szpilorki jeden po drugim wykręcają się od podjęcia zlecenia, zawsze można liczyć na to, że przyjmie je Jolo. Uczyni to z miłości do krewnych; z potrzeby zachowania nieposzlakowanej opinii familii. Dlatego to on ugania się za pedofilem, za którym żaden inny Szpilorek uganiać się nie chce.

Odnalezienie celu zajmuje mu cztery dni. Tańsza konkurencja nie potrafiła ustalić miejsca przebywania zboczeńca, dysponując pełnymi dwoma miesiącami. Klient się zniecierpliwił i sięgnął głębiej do kiesy. Jolo prędko udowadnia, że ciężki szmal wydany na Szpilorków to najlepsza inwestycja życia – by tak rzec. Oto dlaczego nie warto oszczędzać na jakości. Koniec końców, skąpcy często płacą podwójnie za to, na co wcześniej żałowali grosza.

Przykładem rzeczony klient: polityk z tłustym portfelem, któremu pedofil zbałamucił i zgwałcił dwunastoletniego synka. Misją Jolo jest wymierzenie sprawiedliwości. Klient życzy sobie, aby przed śmiercią dewianta wykastrować, a jego przyrodzenie dostarczyć do biura zleceniodawcy. Z tego względu asasyn zaopatrzył się w niewielką, przenośną lodówkę. Jako profesjonał w każdym calu, Jolo wie, że proces powinien nagrać. Na wypadek, gdyby pojawiły się wątpliwości co do tego, czyje jądra znajdą się wkrótce w pojemniku. Niby klient – nasz pan, ale niekiedy zdarzają się cwaniacy, którym się widzi, że uda im się wyrolować Szpilorka. Po wykonanej robocie próbują wykręcić się od zapłaty za usługę bądź zejść z ustalonej ceny. Jest to szczególnie prawdziwe w przypadku dusigroszów. Na szczęście Jolo postępuje zgodnie z zasadami. Zawsze. Zasady – z nimi człowiek nigdy się nie zgubi, nigdy nie da się zrobić w bambuko.

Każdą pracę Jolo wykonuje w oparciu o reguły. Jedna z nich głosi, że zleceniodawca winien mieć pewność, iż kontrakt uhonorowano zgodnie z życzeniem. To generuje dowody, bowiem najprostszym sposobem na udokumentowanie akcji są fotki: „przed”, „w trakcie” i „po”, tudzież nagranie. Inna zasada – ta wyryta w umyśle i wykarbowana na plecach zabójcy batami podczas szkoleń – przestrzega przed pozostawianiem śladów. Dlatego Jolo towarzyszy klientom podczas zapoznawania się z materiałem, by później go własnoręcznie zniszczyć. Najgorzej, kiedy nie chcą oglądać. A bywa, że nie chcą. Najczęściej nie chcą. Lecz te sytuacje też regulują ustalenia.

Pedofil, Walenty Maciorka, poczuł pismo nosem w chwili, gdy uzmysłowił sobie, czyją progeniturę rozprawiczył. Instynkt podszepnął mu: schowaj się, przeczekaj. Wobec czego zaszył się w hospicjum dla psychicznie chorych w Starym Jorku. Dni spędza, śliniąc się na skrupulatnie monitorowanym oddziale dla osób z załamaniami nerwowymi oraz o tendencjach samobójczych. Udaje pacjenta z depresją pourazową, którego zgwałcił pies sąsiada, podczas gdy sąsiad patrzył. Jolo pozyskał te dane jeszcze tego samego dnia, w którym cel odszukał. W wyciągnięciu szczegółów od personelu medycznego pomogła mu charyzma i nieodparty wdzięk, a także doświadczenie. Dobry skrytobójca dysponuje szeroką paletą alter ego, które przyobleka zależnie od okoliczności. Dla aktualnego zlecenia Jolo przyodziewa fartuch lekarski i przyjmuje tożsamość Lucjana Dobruszko, psychiatry. Członkowie personelu doktora nie znają. Lecz wystarczy, że wymienia z nimi parę zdań i nie pragną niczego innego, jak poznać go bliżej. Przekazują mu każdą informację, o jaką poprosi. Jak również składają oferty, o które nie prosi – bez względu na płeć. Jolo jest taki dobry w tym, co robi.

Dzień poświęca na bliższe zapoznanie się z rozplanowaniem przestrzennym hospicjum; w szczególności z oddziałem, na którym ukrywa się Maciorka. Na miejsce egzekucji wybiera znajdujący się na tyłach ogródka spacerowego magazyn rupieci. Pomieszczenie służy do złomowania narzędzi ogrodniczych, zużytych zabawek relaksacyjnych oraz zdewastowanego sprzętu do ćwiczeń kardio. Jolo zawczasu rozgarnia graty, przygotowując dostatecznie dużo wolnej przestrzeni dla swoich potrzeb. Według jego estymacji jutro wieczorem opuści szpital, unosząc w lodówce genitalia Walentego. Wykonuje jeszcze jeden rekonesans, aby utwierdzić się w przekonaniu, że wybrał słusznie. Resztę czasu poświęca na obserwację obiektu zainteresowania z dystansu. Jak również na ignorowanie zalotnych spojrzeń pielęgniarek i lekarzy.

Z nastaniem świtu Jolo przeistacza się w cień Walentego. Dyskretnie towarzyszy mu wszędzie, kibla nie wyłączając. Wieczorem pacjenci kładą się spać. Zabójca czeka, aż Maciorka na oczach personelu zniknie w swoim pokoju, by zgodnie z grafikiem złożyć głowę do snu. Wybija godzina ósma w nocy. Asasyn wślizguje się do kwatery pedofila i ogłusza go uderzeniem łokcia w bok głowy. Walenty pada nieprzytomny, niemal bezgłośnie, jakby go nie było. Jolo wykrawa dziurę w siatce zasłaniającej okno, otwiera je i wytacza przez nie Walentego. Sam wyskakuje przez nie z gracją; cicho jak kot. Rozgląda się czujnie. Wokół ani żywej duszy. Zarzuca sobie bezwładne ciało na barki i przemyka z nim przez ogródek do graciarni. Tam stoi silna lampa, krzesło, liny, lodówka oraz walizeczka z morderczymi utensyliami.

Jolo zamyka się wraz z celem, blokuje drzwi i zasłania okna. Wpycha Maciorce knebel w usta i przywiązuje go do krzesła. Zdejmuje fartuch lekarski, odsłaniając przylegający do ciała, granatowy golf i proste, czarne dżinsowe spodnie. Związuje krucze włosy w kitkę granatową gumką. Naciąga na dłonie lateksowe rękawiczki – czarne. Sięga do walizki, by w pierwszej kolejności wyjąć stojaczek dla kamery. Sprawdza kąt, centruje obraz na Walentym i odpala nagrywanie egzekucji – dowód dla kontraktodawcy. Następnie wyciąga zestaw noży oraz detergent. Jolo lubi czystość. Myśl o złożeniu do walizki zakrwawionych narzędzi wzbudza w nim lekką odrazę. Woli wyczyścić ostrza z krwi i innych płynów ustrojowych na miejscu, a potem poprawić już w domu. Tak po prawdzie, Jolo jest perfekcjonistą; ten pierwszy raz w zupełności wystarcza. Zazwyczaj.

Walenty Maciorka dochodzi do siebie – spętany i roznegliżowany od pasa w dół, z fiutem wywalonym z gaci. Wierci się, stęka, jęczy. Próbuje komunikacji. Usiłuje poprzez żałosne dźwięki zmiękczyć serce oprawcy o przystojnej twarzy, która nie wyraża żadnych emocji. Jolo zazwyczaj nie wikła się w konwersacje z ludźmi, których zamierza zabić. Babcia zawsze mu powtarza: jedyne, na co ofiara liczy, otwierając usta, to oddalenie od siebie śmierci, odsunięcie jej w czasie. A czas to pieniądz. Nie warto słuchać błagań i obietnic. Trzeba zamknąć na nie uszy. Jolo szanuje swoich dziadków; wie, że ich mądrość jest niezmierzona. Ich uwagi, sugestie i podpowiedzi ceni sobie bardziej niż złoto. Dlatego niezwłocznie przechodzi do rzeczy.

Kastracja zajmuje chwilkę. Dla lepszego wytłumienia dźwięków asasyn zakrywa usta Walentego dłonią. Maciorka wyrywa się i szamocze, lecz Jolo jest silniejszy, niż na to wygląda. Bez kłopotów przytrzymuje go na krześle jedną ręką, podczas gdy drugą dokonuje zabiegu. Krew tryska ze świeżej rany jak woda ze zdewastowanego hydrantu. Zabójca kontraktowy podnosi członek, pokazuje do kamery, obraca między palcami. Ostatecznie deponuje prącie w lodóweczce. Lód momentalnie zmienia barwę ze śnieżnobiałej na szkarłatną. Walenty wykrwawia się szybko; rubinowa kałuża pod krzesłem rozrasta się z sekundy na sekundę. Bladym ciałem targają konwulsje. Trzymanie go dłużej przy życiu nie ma sensu. Jolo wydobywa skalpel i jednym wprawnym ruchem przebija pedofilskie serce. Walenty Maciorka umiera. Jolo gasi lampę.

Tymczasem w cichej rupieciarni rozlega się odgłos rozsuwania gratów. Asasyn mruży powieki i przebija półmrok wzrokiem. Spod zwału zużytych przedmiotów wydobywa się blady jak ściana, chudy chłopaczek z podkrążonymi oczami.

Cholera – myśli Jolo. – Świadek. Nie jest zadowolony. Jedna z zasad głosi, by konkludować robotę niezauważonym, nawet jeśli zleceniodawca żąda medialnego morderstwa. Skrytobójca posiada skryto w nazwie nie bez przyczyny. Jolo rzadko daje się podejść, nie wspominając o przyłapaniu na gorącym uczynku. Lecz znajduje się też w wariatkowie. W takich miejscach wszystko jest prawdopodobne. Czego dowodzi to, co następuje w dalszej kolejności.

Ku zdziwieniu Jolo chudy jegomość nie drży, nie błaga o litość. Ba! Wyciąga rękę w uspokajającym geście. Zachowuje się, jakby pragnął zabójcę powstrzymać przed zlaniem się z nocą. Dlatego Jolo milczy, stoi i patrzy, kalkulując, co czynić. Najprościej byłoby zabić podpatrywacza. Niemniej stałoby to w sprzeczności ze złotą zasadą Szpilorków, która głosi, by nie kończyć tych, za których nie zapłacono. Usuwanie ludzi niebędących celami może okazać się kontrproduktywne, jak również wygenerować realne straty. Nie obce historii są wypadki, gdy ktoś doszedł od pucybuta do milionera. Eliminując przypadkowe osoby, istniało ryzyko, że Jolo wyeliminuje potencjalnego klienta, przyszły cel tudzież źródło informacji. Poza tym zostawianie po sobie ponadprogramowych trupów jest po prostu w złym guście. To niefachowe. Tak postępują amatorzy. Jolo jest zaprzeczeniem amatorszczyzny. Co prawda, zdarzają się wypadki przy pracy. Zdarzają się sytuacje podbramkowe. Zasady szczegółowo określają, kiedy wypada sprzątnąć niezakontraktowaną osobę. Jednak tego, z czym mierzy się obecnie, nie regulują żadne kodeksy postępowania. Staje się to tym bardziej oczywiste, gdy podglądacz otwiera usta:

– Pan poczeka! Pan nie ucieka!

Jolo podnosi pytająco czarną brew. Wszak stoi, jakby zapuścił korzenie, gdy tylko się zorientował, że w graciarni zamiast dwóch osób są trzy. A właściwie były.

Widząc, że skrytobójca milczy i nie daje w długą, młodzieniec wzdycha z ulgą.

– Czy zrobiłby pan dla mnie to samo? – Chłopak wskazuje na wykastrowanego Walentego z dziurą po skalpelu w klatce piersiowej.

Jolo przekrzywia głowę na bok, zastanawiając się, czy się nie przesłyszał.

– Mam ci odciąć jaja? – pyta. Jego monotonny głos nie zdradza, jak wielce jest zdziwiony. A jest zdziwiony niebotycznie.

– Uch, nie. – Chłopak potrząsa gwałtownie głową. – Widzi pan, jestem po ośmiu nieudanych próbach samobójczych.

– Ach. – Jolo wreszcie pojmuje. Dochodzi do wniosku, że takiego świadka może oszczędzić. Przy odrobione szczęścia wkrótce sam się wykończy.

Asasyn pochyla się, by pozbierać i odkazić narzędzia. Przegląda nagranie z kamery; upewnia się, że jest dobrej jakości. Oszacowuje pomieszczenie po raz ostatni. Konstatuje, że pora się zmywać. Chwyta lodówkę, chwyta walizkę, wciąż ignorując niespełnionego samobójcę. Tamten stoi przed nim zgarbiony, ze skromnie złożonymi z przodu rękoma.

Pacjent zauważa, że Jolo wychodzi na ogródek. Rzuca się za nim.

– Proszę! – błaga. – Sam próbowałem, lecz zawsze coś mi się nie udawało.

Jolo nie odpowiada; przyspiesza kroku.

– Pan jest zabójca. Co to dla pana za kłopot? Jedno machnięcie nożem. W serduszko albo tu. – Młodzieniec przesuwa sobie kciukiem po gardle, wydając adekwatny dźwięk.

Szpilorek nie zaszczyca go spojrzeniem, maszerując przed siebie pewnym krokiem fachowca. Chłopak zaciska pięści. Widząc, że prośby nie skutkują, sięga po groźby:

– Widziałem twoją twarz! – Celuje w Jolo oskarżycielko palcem. – Powiem im wszystko, wszystko! Opiszę cię ze szczegółami.

Tego Jolo już nie potrafi pozostawić bez odpowiedzi. Odwraca się, by zgromić świra jasnozielonym wejrzeniem swych ogromnych oczu. Pacjent przypada mu do kolan, szorując własnymi po chodniku. Chwyta go za ramię dźwigające lodówkę z przyrodzeniem Maciorki. Jolo nieco się pochyla pod wpływem dodatkowego obciążenia.

– Błagam! – szepcze chłopak, niemal płacze. – Jestem taki zmęczony. Osiem prób samobójczych. Osiem! Zlitujże się, człowieku! Sam widzisz, że mam do tego dwie lewe ręce.

Jolo wzdycha wewnętrznie. Niechcący pogwałcił zasadę skrytości. To samo przez się sprawia, że czuje się źle. Tymczasem natręt oczekuje, by złamał dla jego zachcianki kolejną regułę zakazującą zabijania niezakontraktowanych indywiduów. Cóż z tego, że tamten sam prosi o szybki koniec. Jolo jest płatnym mordercą, a nie jakimś miłościwym wolontariuszem rozdającym śmierć na lewo i prawo jak cukierki. Młodzian chlipie mu w rękaw granatowego golfu, podczas gdy asasyn rozważa opcje.

Co zrobić, gdy nie wiadomo, co robić? Ano, gdy jest się w kropce, najlepiej skonsultować sprawę ze starszymi – mądrzejszymi. Jolo przeto odstawia walizkę i dzwoni do dziadka od strony taty, wciąż zgięty wpół jak scyzoryk. Młodzian wszczepił się w niego niby obca narośl, niczym rzep, i nie zamierza odpuścić. Jolo odczekuje parę sygnałów, aż senior odbiera. Po drugiej stronie słychać wrzaski i elektryczny jazgot. Jolo czuje ukłucie winy. Niepokoi dziadka podczas znojnej harówki. Z drugiej strony, chociaż nie są tani, Szpilorki to wielce zapracowana familia. Ciężko utrafić krewniaków w ich czasie wolnym. Jolo sam nie pamięta, kiedy ostatnio zorganizował sobie wakacje.

Dziadek Szymon wita wnuczka, pyta o zdrowie i o przyczynę telefonu. Jolo wyjaśnia w paru słowach swój ambaras. Następnie prosi o radę. Jak postąpić w sytuacji, gdy zasady wchodzą ze sobą w konflikt: nie zabijaj za darmo versus: nie zostawiaj świadków? Szymon słucha uważnie, pomrukuje, chrząka. Zastanawia się. Pragnie pomóc wnuczkowi uczciwie, daje sobie dłuższą chwilę do namysłu. Po drugiej stronie słychać „paf” i ktoś przestaje krzyczeć. Później cztery żwawe kroki, trzask, i prąd przestaje płynąć. Gdy dziadek znów się odzywa, jego głos jest wyraźniejszy, jowialny. Znać, dobry dzień w pracy.

– Widzisz, chłopcze, z tymi zasadami to trochę jak z prawem. Wyroki wydawane są albo zgodnie z jego literą, albo zgodnie z jego duchem. Znając ciebie, mój drogi, jesteś formalistą. Postępujesz raczej z literą zasad, nie próbując interpretować ich sensu. Postaraj się przeto zrozumieć ich ducha.

– Ducha? – Jolo przekrzywia głowę na bok, wciąż spozierając z góry na niefortunnego samobójcę.

Młodzian nie pozwala pozbawić się złudzeń, że wreszcie uśmiechnęło się do niego szczęście. Niewykluczone, że tak właśnie się stało. Wszystko w rękach dziadka Jolo.

– Duch zasad Szpilorków, chłopcze, ma dwa cele. Ochronę naszych tyłków oraz zagwarantowanie, że biznes będzie się gładko kręcił. Nie da się spisać instrukcji postępowania tam, gdzie istnieje ryzyko wystąpienia wielu losowych zdarzeń. Kiedy się wahasz, zadaj sobie pytanie, czy to, co zamierzasz uczynić, stoi w sprzeczności z duchem zasad. Jeśli nie, świat się nie zawali, gdy je nieco nagniesz.

– Rozumiem. Dziękuję.

Jolo chowa komórkę do kieszeni i wyszarpuje rękę z kleszczowego objęcia chuderlaka.

Tamten kwili i splata ramiona wokół jego nóg, przytulając policzek do kolan zabójcy. Gdzieś po drodze nieszczęśnik zdążył zalać się łzami. Drży na całym ciele, dygocą mu barki. Usta szepczą gorączkowe: „Proszę, proszę, proszę”.

– Wstań – rozkazuje Jolo, rozgrzewa nadgarstki i strzela knykciami.

Anorektyczny młodzian dźwiga się na nogi. Kolana też mu dygoczą. Jest dobrej myśli; wierzy, że wreszcie ktoś zdmuchnie płomień życia, który sam usiłował zdusić – bezskutecznie – aż osiem razy. Nawet nie podejrzewa, że łaskawy los rzucił mu na spotkanie najlepszego z najlepszych w te klocki. Długie oczekiwanie i męki wielu niepowodzeń wreszcie owocują obietnicą spełnienia.

Asasyn odstawia lodówkę i wyciąga do chłopaka dłonie. Gest prawie ojcowski; jakby chciał go objąć; jakby chciał go przywitać w imieniu Kostuchy. Pacjent wzdycha, szloch urywa mu się z piersi. To piękny moment. O tym marzył. Noc rozpostarta nad nim, cisza wokół niego. Jedynie świerszcze grają w trawie. Delikatny zapach dzikiej mięty wymyka się spośród cieni. Gdy dłonie Jolo dotykają jego policzków, młodzian zamyka oczy. Sekundę później chrupią kręgi szyjne. Muzyka się urywa. Zapada ciemność. Chłopak pada na zroszoną trawę ze skręconym karkiem. Jolo odwraca się na pięcie i rusza dostarczyć klientowi dowody swojego profesjonalnego nastawienia.

Jolo mógłby nazwać bezpłatną usługę miłosiernym doręczeniem eutanazji. Zainkasowałby dobry uczynek na sumieniu. Gdyby Szpilorek dbał o dobre uczynki. Nie przechodził przez piekło rygorystycznych szkoleń i morderczych treningów wytrzymałościowych dla działalności charytatywnej. Abstrahując od tego, że Jolo nie ma sumienia. Co zaś ma, to motywację do rozważań nad duchem zasad. Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, by interpretować je w ten sposób. W głębi serca czuje, że woli postępować zgodnie z ich literą. Tak łatwiej. I pewniej. No, chyba że napatoczą się okoliczności, których żadne reguły nie przewidzą. Lecz nawet wtedy, o ile istnieje taka sposobność, najlepiej po prostu zapytać o radę zaufaną osobę. Kto bowiem pyta, nie błądzi.

⸸⸸⸸

„Wredny gnój” by Zeter Zelke

In Opowiadania on 3 czerwca, 2021 at 6:00 am

Kotopaskud

Etykieta to podstawa dobrego wychowania. Nawet na Paskudnym Dworze panują obyczaje, które należy szanować. Na przykład pluć można jedynie po pierwszej po południu aż do godziny po zachodzie słońca. O nadużywaniu języka nie wspomnę. Do tego potrzebne jest zezwolenie na piśmie, podpisane przez samego Jednookiego. Aby kogoś sflugać powód winien być istotny, a nie takie tam – bo komuś się czyiś zgryz nie podoba. Nawet nie podejrzewacie, jakie tu żelazne zasady panują. Prawie jak w wojsku. Wszak pozory to podstawa.

Albowiem dziś świętujemy Dzień Savoir-Vivre, Zeter Zelke przynosi Wam w darze Filipsa; jego kulturalną osobę. Bo od kogo lepiej uczyć się zasad dobrego wychowania, jak nie od najczystszych i najschludniejszych czworonogów? No, chyba że nastąpią pewne komplikacje…

 

Wredny gnójby Zeter Zelke

Filips nie był rasowy, co nie oznaczało, że poskąpiono mu manier. Jak na kulturalnego kota przystało, cechowała go czystość, schludność i nawyk lizania futerka co najmniej dwa razy dziennie. Stąd niebotyczne zdziwienie, by nie rzec – szok poznawczy, gdy pewnego wieczoru natknął się na kupę. Swoją własną. Tę samą, którą parę godzin wcześniej – z zachowaniem wszystkich zasad dobrego wychowania – skrzętnie zakopał w ogródku, za żółtą lilią w brązowe ciapki.

Na domiar złego w gównianym depozycie tkwiło kiełkujące nasionko.

W porządku. Jakiś zwierz wpadł do ogrodu i rozorał jego dziką toaletę. Stolec wyfrunął z ziemi i jego fragment wylądował na ganku domostwa Rosołków, a po drodze przylepił jakąś wschodzącą wegetację. Filips machnął na to łapką. Odruchem wyuczonym zasypał smród powietrzem, zrobił w tył zwrot i wrócił do kuchni, żeby dopchnąć karmą wolną przestrzeń w żołądku. Aby mieć co zakopywać następnego dnia. Wydarzenie nosiło znamiona nietypowego, owszem, ale nie zamierzał zaprzątać sobie tym głowy. Zbiegi okoliczności przecież się zdarzały. Raz przymknie oko.

Lecz nie drugi. I nie trzeci.

Gdy trzeci wieczór pod rząd odnalazł fragment swojego kloca wydłubany z miejsca, któremu go powierzył, Filips jął urastać w podejrzenia. Ten kał, podobnie jak dwa poprzednie, udekorowano wzrastającym nasionkiem. Tego nie wypadało już nazywać osobliwym, acz niefortunnym przypadkiem. To była wojna. Do tej pory do rudzielca uśmiechało się szczęście. W pierwsze gówno wdepnął pan Rosołek i nawet tego nie zauważył. Niniejszym zdejmowało to z Filipsa prawo własności do odchodów. Wszak mogły należeć do kogokolwiek; nikt nie udowodniłby mu winy. Drugiego dnia padało i deszcz zmył wydaliny. Ale trzecią kupę sprzątnęła pani Rosołek, częstując pupila słowami nagany. Aż się Filipsowi futerko na grzbiecie zjeżyło. Ktoś życzył mu źle. Ktoś chciał skłócić go z opiekunami. Takiego wała jak okolica cała! Filip postanowił namierzyć mąciwodę i jeśli okazałby się dostatecznie mały – zjeść.

Kiedy dnia czwartego Filipsa przycisnęło, podreptał do ogródka sprężystym krokiem, wykopał płytki rowek, załatwił potrzebę i przysypał ją zielskiem, tworząc kopczyk. Następnie zajął strategiczną pozycję w krzakach po przeciwległej stronie, przyczaił się i obserwował. Minęła godzina, dwie, trzy. Filips walczył z sennością, która zaatakowała wyjątkowo zapalczywie w momencie, gdy na jego przyczółek padły rozkosznie cieplutkie promienie letniego słońca. Może przymknął powiekę. Może na chwilkę. Ale tyle wystarczyło, by ocknął się od okrzyku pana Rosołka, który o mały włos nie wtarabanił się w koci ekskrement.

– Dzieje się z nim coś złego. – Pani Rosołek załamywała ręce. – Przez tyle lat żadnych kłopotów, a teraz to. Zachorował? Nie powinniśmy pojechać z nim do weterynarza? A jeśli coś mu dolega?

Zaszeleściło po jego lewej. Filips nakierował tam uszy. Wkrótce za uszami powędrował łepek. Majtnął cienki ogonek i coś czmychnęło do garażu. Poza robalami i przygodnymi gośćmi bytował tam tylko jeden stały lokator. A więc to tak! Tak właśnie kończyło się okazywanie litości. Powinien już dawno wygryźć tę mysią rodzinę co do sztuki. Ale nie, ruszyło go sumienie i jedną oszczędził. I oto teraz myszka-weteranka, Piskunka, tak mu się odpłacała za jego wspaniałomyślność.

Szorując brzuchem po trawie, z wąsami przy samej ziemi, Filips przeczołgał się w kierunku niegdysiejszej areny wojennej. Zawieszenie broni trwało dwa lata; wyglądało jednak na to, że wraz z jego gównem odkopano topór wojenny. Pan Rosołek zwyczajowo pozostawiał drzwi garażowe niedomknięte. U progu widniała mała szczelina. Nie od dziś wiadomo, że gdzie się wciśnie kocia głowa, tam wejdzie i reszta.

Filips wpadł do pomieszczenia, majtając wściekle ogonem. Podreptał do nory Piskunki i wymruczał złowieszczo:

– Twój czas się dopełnił, zdradliwa konfidentko. Wyłaź!

O dziwo, Piskunka wyszła. Stara, z siwiejącym futerkiem, bez jednego oczka, z naderwanym uszkiem i wieloma bliznami, które Filips pozostawił na jej ciele. Tradycyjnie wygłosiła tę samą przemowę, jaką go raczyła za każdym razem, gdy się spotykali:

– Ty… – pisnęła, a w jej głosie zadźwięczała odległa, żałobna nuta niosąca ponure wspomnienia okrutnych czasów. – Zabiłeś mi mamę i tatę, zabiłeś dziadków i dzieci…

– Daruj sobie farmazony – zezłościł się Filips. Po tylu latach znał jej powitanie na pamięć. Zresztą, nikt nie musiał mu przypominać jego dokonań. Kot wskazał myszkę pazurem. – Dlaczego wykopujesz moją toaletę z ogródka? Gadaj!

Myszka przekrzywiła łepek i zamrugała jedynym okiem.

– A po cholerę mi twoja toaleta? – zapytała dorzecznie. – Ledwo trzymam się na nogach, rudy zbóju. Ledwo serek do noska podnoszę. Czy te łapki są zdolne wykopać cokolwiek? – Uniosła malutkie, chude przednie kończyny i pokazała mięśnie; tudzież ich zanik.

Ten argument nieco ostudził wojowniczy zapał futrzaka.

– No dobra – rzekł. – Powiedzmy, że ci wierzę. Przychodzi ci do głowy, kto to może robić?

– Ja? Mam pomagać tobie? Tobie, który zabiłeś mi mamę i tatę, zabiłeś dziadków i…

– Posłuchaj. Umówmy się, że zapłacę serem za współpracę. Potrzebuję dorwać drania, zanim zrujnuje mi reputację.

Stanęło na tym, że Piskunka wyciągnie pomocną łapkę w zamian za dostawę sera na żądanie. Jakby Filips nie odpalał jej już regularnie resztek ze stołu Rosołków. Ale ponieważ był dobrym kotem o szczerozłotym sercu, przystał i na ser na żądanie, jak również na bonusy w postaci sianka czy aromatycznej trawy, aby weteranka mieszkała sobie wygodniej w dziurze.

Kolaboracja przyniosła owoce już następnego dnia. Według raportu myszki, za odkopywanie gówien odpowiadał domowy skrzat. Pojawiał się równo o drugiej po południu, więc tym razem Filips zadbał o to, by nie przysnąć. I faktycznie – przy jego świeżo usypanym kopczyku znikąd zmaterializował się drobny hultaj, tak niewielki, że kocur schrupałby go jednym kęsem. Skrzat nosił zielony komplet: koszulkę polo z krótkimi rękawami i napisem „Szanuj zieleń”, krótkie spodenki, butki z zadartymi noskami, podkolanówki oraz czapeczkę z koniczynką. Poza tym szpanował hipsterską rudą brodą i krzaczastymi brwiami. O barki opierał łopatę, a w ręce trzymał worek z nasionami. I jakby nigdy nic, wziął się za rozkopywanie Filipsowej latryny.

Rudzielec przełączył się na tryb cichobieżny i zaszedł zbója od tyłu. Tamten zdążył odsłonić depozyt i jął przygotowywać się do jego ćwiartowania. Filips opadł niżej, wypiął kuper, kręcił nim, kalibrował, obliczał trajektorię, aż wreszcie złożył się do skoku. Hycnął zgrabnie i w okamgnieniu obalił złoczyńcę na trawę, przyszpilając go do ziemi.

– Już po tobie, wredny gnoju! – oświadczył, oblizując złowróżbnie wąsy.

– Ale o co ci chodzi, czworonogu?! – jęknął skrzat.

– Wyciągasz z ziemi, co tam zostawiam i sprawiasz, że wyglądam na niechluja! To niesłychane, aby moje kloce walały się po posesji. Przez ciebie grozi mi wizyta u weterynarza.

– Ja tylko zasadzam nasionka niezapominajek, konwalii i krokusów – bronił się tamten. – Co poradzę, że najlepiej rosną posadzone bezpośrednio w ekskrementach?

Filips zmrużył powieki, zaburczało mu w brzuchu. Jak tu uświadomić natrętowi, że Filips to nie jedyny kot na osiedlu. Ba! Że nie jest jedynym stworzeniem, które pozostawia po sobie nawóz. Chyba że skrzat łgał. Ale kotu nie spieszno było bawić się w detektywa. Znowu zaburczało mu w brzuchu.

– Nie chce mi się z tobą gadać – oznajmił. – Po prostu cię zjem. I problem z głowy.

Pochylił się, otwierając pyszczek i błyskając zębami. Skrzat wierzgnął, zasłonił twarz ramionami i zawołał:

– Czekaj, czekaj! Przecież możemy się dogadać. Powiem ci, kto polecił mi twoje produkty.

– A więc jednak ktoś cię tu nasłał – stwierdził Filips z kłami tuż przy rudej brodzie. Warto jednak posłuchać skrzaciego wyznania. Na wypadek, gdyby ten tajemniczy ktoś zapragnął mu bruździć w przyszłości jeszcze bardziej.

– Odkąd ludzie i zwierzęta żrą przetworzone żarcie, kiełki nie wschodzą tak ładnie jak drzewiej – rozpoczął swą perorę zielony ludek. – Ziemia zanieczyszczona, pełno pestycydów, hormony w wodzie, po prostu syf. Jam jest oddany tradycji. – Skrzat wypiął dumnie pierś, na tyle, na ile zdołał unieść przygniatającą ją, kocią łapę. – Moje powołanie to sadzić nasionka w najlepszej ziemi; użyźniać je najlepszym nawozem. Nie bez powodu me kwiatuszki są po stokroć piękniejsze od badyli innych skrzatów.

Filips majtnął niecierpliwie uchem.

– Przejdź do konkretów – zażądał. – Czas mi się nie koci.

– Dowiedziałem się, że gdzieś tutaj otwarto sklep z dziwnymi rzeczami.

– Sklep Purpurka?

– No nie wiem, koleś wygląda dość blado.

Kot westchnął. Purpurek był kosmitą, który za namową Filipsa otworzył na osiedlu sklep z różnościami. Z uwagi na jego purpurową skórę, Filips poradził mu, aby maskował ją talkiem czy innym make-upem. Wyglądało na to, że Purpurek przedobrzył. Rudzielec zanotował w pamięci, by go odwiedzić i sprawdzić, jak sobie radzi. Tymczasem skrzat kontynuował:

– Więc wpadłem do niego. Mówię, ktom zacz, czym się param i jaki gnębi mnie kłopot z zanieczyszczoną glebą. Pytam, czy oferuje coś do jej uzdatniania. A on na to, że nie, ale wie, kto dobrze je. Tym sposobem dotarłem do ciebie.

– Nie możesz wykopywać i rozrzucać mych gówien, jak ci się podoba – rzekł Filips. – Jeszcze mi zabronią wychodzić z domu lub, gorzej, oddadzą do schroniska i wtedy obaj pożałujemy. Jeśli natychmiast nie przestaniesz, udowodnię cię, że istotnie dobrze jem. – Filips uśmiechnął się paskudnie, wyszczerzając kły.

I wtedy skrzat zalał się łzami. Począł łkać tak zawiesiście, że kota na moment zamurowało. To nie był płacz kogoś, kto obawiał się o życie. To był płacz kogoś okropnie zmęczonego.

– A, w dupie z tym. – Skrzat chlipnął. – Zjedz mnie.

Filips aż się zakolebał, zdejmując łapkę z mikrusa. Ten ani drgnął. W dalszym ciągu leżał, rozciągnięty na trawie, oczekując na swój koniec.

– Wszystko zanieczyszczone, wszystko zatrute! – Westchnął łzawo. – To już nie ta sama ziemia. Jedna wielka walka z wiatrakami. Teraz to widzę; w momencie śmiertelnego zagrożenia. Jest, jak powiadają: na sekundę przed śmiercią rozjaśnia się w głowie. Moje nasionka – sięgnął po woreczek i przygarnął go do piersi – nigdy nie wzejdą tak bujnie, jak zwykły wschodzić.

Przez chwilę Filips się zastanawiał, czy przejąłby depresję skrzata, gdyby go zjadł. Wiedział, że nie, ale mimo to postanowił nie ryzykować.

– Dlaczego po prostu się nie przebranżowisz? – zapytał. – Purpurek ucieszyłby się z pomocy.

Kosmita prowadził sklep z dziwnościami, sam będąc dziwnym, więc domowy skrzat idealnie się wpisywał w profil działalności.

– Powiedz, że ja cię polecam – dodał kot. – Na pewno cię przyjmie.

Skrzat z ociąganiem pozbierał się z trawy, wycierając cieknący nos ramieniem.

– Może masz rację. – Wciągnął gluta z powrotem do dziurki. – Czasy się zmieniły, bez względu na to, jak bardzo starałem się odsunąć od siebie tę myśl. Pójdę do Purpurka. Bywaj.

– Tylko pamiętaj! – przestrzegł Filips na jego odchodnym. – Jak znowu cię tu złapię ze szpadlem, zjem bez ostrzeżenia.

I tak się rozstali. Okaże się, czy uczynił dobrze, ponownie okazując miłosierne serce. Trochę wody w rzece upłynie, zanim zreperuje swą zszarganą reputację czyścioszka. Planował już rzucać się Rosołkom do oczu z poranną i wieczorną toaletą, aby nie wątpili, że z pupilkiem wszystko w porządku. Zamierzał wręcz wstąpić do domowej kuwety, nieużywanej od dawien dawna, z gracją, nóżka za nóżką, załatwić się schludnie i skrupulatnie przysypać smród żwirkiem.

Wtedy otworzyły się drzwi do domu i wyszła pani Rosołek. W jednym ręku trzymała smyczkę, a w drugim kontener.

– Filips, kici, kici! – zawołała słodkim głosem. – Chodź, kochanieńki, pojedziemy do lekaaarzaaa.

Kłopot z weterynarzami, skonstatował Filips, polegał na tym, że wizyta u nich rzadko kończyła się bez strzału w kuper. Zawsze coś znaleźli; zawsze zaistniał jakiś powód, by wbić igłę w zad. Nie pomogłoby nawet to, że Filips w głębi duszy był najczystszym, zadbanym, niepokalanym, najbardziej rygorystycznie przestrzegającym zasad savoir-vivre kotem.

Pani Rosołek namierzyła go obok krzaków. Filips dał w nie głębiej nura, wdeptując przy okazji w to, czego nie posprzątał skrzat-fleja. Szlag! – pomyślał. Zaprawdę żaden dobry uczynek nie obywa się bez kary.

Morskie opowieści bosmana Barnaby by Korneliusz Chwaliborski

In Opowiadania on 9 stycznia, 2021 at 7:05 pm

Morze to niebezpieczne miejsce. Ogrom otaczającej człowieka wody może doprowadzić do szaleństwa. Ale bycie żeglarzem ma też swoje plusy. Ruchanie dziwek w portowych tawernach, poznawanie nowych miejsc, przeżywanie niezliczonych przygód – to tylko część z nich.

A propos przygód: otóż, niejaki Korneliusz Chwaliborski chciałby przedstawić bywalcom Niedobrych Literek kilka morskich opowieści, zasłyszanych od niejakiego wilka morskiego imieniem Barnaba. Barnaba ów niejedno widział, z niejednego chleba piec jadł i sam sobie sterem, wędkarzem, rybą, spławikiem i płetwą… No, jakoś tak w każdym razie.

Żeby nie przedłużać, zapraszamy do lektury.

Czytaj resztę wpisu »

Recenzja powieści „Człowiek, który zniknął. Deus Ex Machina” by Kornel Mikołajczyk

In Recenzje książek i publikacji BIZARRO on 8 października, 2020 at 6:00 am

Wiele jest i było wizji przyszłości. Jednym jawi się ona jako coś wspaniałego. Czas miłości, pokoju i wzajemnego szacunku. Bez zła, głodu i cierpienia. Inni twierdzą, że wręcz przeciwnie. Czekają nas same nieszczęścia. Braki żywności, choroby, wojny, a finalnie regres ludzkości do epoki kamienia łupanego.

Jak na razie, wbrew przepowiedniom wieszczów z poprzednich stuleci, jako gatunek mamy się całkiem nieźle. Z każdym dniem nas przybywa, powstają coraz to nowsze wynalazki mające ułatwić nam życie.

Teraz pozostaje tylko zadać pytanie, do czego to doprowadzi? Czy wraz z rozwojem technologicznym rozwiniemy się także mentalnie? Czy faktycznie znikną nękające nas bolączki? Może przestępczość zostanie zredukowana do zera? Zamiast na pędzie do władzy i bogactwa skupimy się raczej na rozwoju duchowym?

Po lekturze najnowszej powieści Kornela Mikołajczyka pod tytułem „Człowiek, który zniknął. Deus Ex Machina”, śmiem wątpić, że kiedykolwiek wzniesiemy się ponad to, co serwujemy sami sobie do tej pory. Świat jest szambem i pozostanie szambem. Nieco nowocześniejszym, z bajerami typu cyfrowe sterowanie odprowadzaniem ścieków, monitorowaniem składu fekaliów, kolorowym wyświetlaczem, ale z wciąż płynącym w kanałach jednym i tym samym gównem.  Można w tym momencie zacytować klasyka: „War. War never changes”. Tak samo jak my.

Czytaj resztę wpisu »

„Zbrodnia i kara” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 6 września, 2020 at 6:00 am

Życie meksykanina do łatwych nie należy. Od leżenia dupa boli, od bójek gęba, a od naciskania spustu palec wskazujący. Łatwo jest w tym kraju stracić życie, bo ludzie tutaj wyrywni i pozbawieni sumienia. No tak, śmierć sprawa prosta. Ale co dalej? Co z duszą, która wyrywa się z ciała poszatkowanego ołowiem? A to już zależy, jakim człowiekiem był ochłap mięsa leżący teraz w kałuży własnej krwi.

Maciej Żołnowski w swoim opowiadaniu przedstawia nam wizję świata przed, w trakcie i po zgonie. I to zgonie nie tylko alkoholowym, ale tym jak najbardziej ostatecznym. Zapraszamy więc do czytania, bo lektura to miła i ciekawa. No dobra. Trochę skłamaliśmy. Miło nie będzie. Ale ciekawie z pewnością.

Czytaj resztę wpisu »

Z dzienniczka borówkarza, czyli o łowcach miodu i ambrozji by „Maciej Żołnowski”

In Opowiadania on 11 sierpnia, 2020 at 11:11 am

Mamy lato. A jak jest lato, to wiadomo. Wakacje, urlopy, wypady, wycieczki, wyloty, podchody i gody. Wszystkiego po trochu. Pora ta charakteryzuje się także wysypem owoców wszelakich. Nic tak nie cieszy i nie relaksuje, jak ich zbieranie. Jagody, maliny, jeżyny, poziomki, borówki… A do tego wszystkiego słońce, piwo i szorstka męska przyjaźń. Plus góry. I bez podtekstów, bo tych tu nie znajdziecie. A zamiast szukać na siłę, lepiej przeczytajcie, bo to stary Niedobroliterkowy wyjadacz napisał. Maciek Żołnowski, jakby kto nie wiedział. I jak nie wiedział, to już wie. Bajo-bogno i do tyłu. Q chwale.

Czytaj resztę wpisu »

„Na domowej kwarantannie” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 8 czerwca, 2020 at 6:00 am

niedobreliterkitxt

Najnowszy tekst Macieja Żołnowskiego… Jest po wielokroć złożony! Czym tedy jest? Opowiadaniem? Scenariuszem do krótkiego filmu? Skeczem dla trup kabaretowych pozbawionych natchnienia? Parodią na COVID-ową rzeczywistość, która wchodzi w czołowe zderzenie z jednym z aspektów naszej jakże skomplikowanej mentalności? A może listą potencjalnych teorii na temat? Ha! Zdaje się, że jest tym wszystkim, bo dlaczego nie? Wszak to Dwór Paskuda – tu nie takie rzeczy się działy/dzieją/dziać będą! Tedy, jeśli wirusowe tematy jeszcze wam nie zbrzydły bądź zbrzydły do tego stopnia, że potrzeba wam detoksu właśnie w tym aspekcie, Maciej Żołnowski wyciąga do Was pomocne Niedobre Literki. Ta-dam!

 

Na domowej kwarantannie. Łańcuszek wypadków kryminalnych w dialogi ujęty.

Albisia do epidemiolożki ze Stacji Sanitarnej (drabbelek)

– Halo? Czy tu Stacja Sanitarna? Jest sprawa. Mamy w domu psa, który musi robić siku, a nikt się z nami nie kontaktuje. Policji u nas nie było. Czy my aby na pewno jesteśmy na kwarantannie? Tak, z Anglii. Ach, nie figurujemy na liście. To co zrobić? Nie przyjaźnimy się z sąsiadami, nikt się nami nie interesuje, a do gminy dodzwonić się nie da, no ludzie! Czyli mówi pani, że z psem wychodzić można? Nie mamy ogrodu, mieszkamy w bloku. A na kogo się powołać, jak policja złapie? Nie potrafi pani powiedzieć. Ochrona danych i ciepłych posad. Żegnam, w takim razie!

Romuś do Albisi (dribbelek)

– I co? Czego się dowiedziałaś? Mamy tę kwarantannę czy nie?

– Mówi, że możemy wychodzić z domu, ale nie za często.

– Co to znaczy: nie za często? A co, jak mnie nakryją? Jak będę się tłumaczył? Przecież do Polski wróciliśmy po piętnastym marca, więc musimy stosować się do zasad.

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria spiskowa numer jeden?

– Teoria numer jeden głosi, że to iluminaci, złaknieni wiedzy na nasz temat, dążą do wyrugowania pieniądza z obiegu i zastąpienia go jakąś formą płatności bezgotówkowej. Zadowalają ich transakcje przeprowadzane za pomocą kart bankomatowych oraz wszelkie inne sposoby śledzenia tego, co robimy z forsą.

Romuś do Blondi (dribbelek)

– Halo? Ja w sprawie ogłoszenia, które znalazłem w gazecie: „Pilnie potrzebny sprzątacz”. Czy nadal szuka pani pracownika? Pewnie, że jestem robotny. A na kiedy możemy się umówić? Na wtorek? Nie ma problemu. A gdzie? Na Racławickiej? Tak, szefowo, wiem, gdzie to jest. No to ustalone. Wtorek, godzina jedenasta. Dzięki, pozdrawiam!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria spiskowa numer dwa?

– Teoria numer dwa głosi, że za całe zło odpowiada coraz powszechniejszy standard sieci komórkowej, a dokładniej – mobilna technologia piątej generacji, która emituje silne promieniowanie szkodliwe dla ludzi. Stąd właśnie wziął się koronawirus. Albo inaczej: COVID-19 jest tutaj tylko i wyłącznie zasłoną dymną.

Romuś do Olgi (dribbelek)

– Zdrawstwujtie! Ty rabotajesz?

– Da, eto moj paslednij dień. Ja Olga. Mużesz do mnienia mówić pa polski? A ty kto?

– Romuś zowut. Przyszedłem spotkać się z szefową w sprawie pracy na Racławickiej.

– Ana za chwilku prichadzi. Pajdom sa mnoj. Ja wsie tiebie pokażu.

– Wot twoj boss.

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria numer trzy?

– Teoria spiskowa numer trzy głosi, że wszystkiemu winne są chciwe koncerny farmaceutyczne, które już rozpoczęły wyścig po nową szczepionkę. Niewykluczone, że wspomniana szczepionka została dawno wymyślona, a wirus celowo wypuszczony z laboratorium. Chorzy i cierpiący gotowi są zapłacić firmom każdą cenę za upragnione remedium.

Romuś do Blondi (dribbelek)

– Witam, szefowo!

– W sprawie pracy?

– W sprawie.

– A umie szybko obracać miotłą?

– Ja? Umiem.

– A gdzie mieszka?

– Na Żółwiej.

– Od kiedy chce poruchać sobie mopem?

– Od zaraz, jak tylko skończy mi się kwarantanna.

– Masz kwarantannę? To co tu, kurwa, robisz? Won!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest spiskowa teoria numer cztery?

– Teoria numer cztery głosi, że wirus nie pojawił się samoistnie, lecz został wynaleziony w Rosji, Chinach albo Stanach Zjednoczonych. Jedno imperium (komunistyczne) zamierzało wykończyć drugie (kapitalistyczne) lub na odwrót, a cała sytuacja po prostu wymknęła się spod kontroli i przeistoczyła w nieokiełznaną pandemię.

Smerfy do Albisi (dribbelek)

– Halo! Tu policja!

– Naprawdę? Przypomnieliście sobie, panowie, o nas?

– Jak widać.

– Po dziesięciu dniach kwarantanny? Bo wcześniej nikt tu nie przyłaził.

– Dopiero od dziś znajdują się państwo na liście. Wszyscy domownicy obecni? Romuald?

– Jestem.

– Aldona? Pani podejdzie do okna i pomacha. Dziękujemy za współpracę!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Doktorze Google, powiedz przecie, kto najprzystojniejszy na świecie i jak brzmi teoria piąta?

– Teoria piąta głosi, że Ziemia jest przeludniona i należy ją jak najszybciej poddać kuracji depopulacyjnej. Po co pozwalać na egzystencję wszystkim, byle jak i byle gdzie, skoro mogą żyć ci nieliczni, na dodatek wieść high life.

Romuś do Blondi (dribbelek)

– Słucham szefowo?

– Złamałeś kwarantannę! Olga świadkiem. Zapłacisz za to. Doniosę na ciebie!

– Okej, zapłacę. Ile?

– W Anglii pracowałeś, powiadasz? W takim razie: co łaska, ale nie mniej jak pięć tysiaków.

– O ty, kurwo!

– Nie przypominam sobie, żebym taki zawód uprawiała. Zapraszam, palancie. Nie zapomnij forsy!

Blondi do Smerfów (dribbelek)

– Halo, policja? Chciałabym złożyć zeznanie. W razie gdyby mi się coś stało, proszę zwrócić szczególną uwagę na jednego typa spod ciemnej gwiazdy. Nazywa się Romuald Parszywy i mieszka na Srakatej… Pstrokatej! Straszna menda i kanalia. Złamał kwarantannę i groził, że jak na niego doniosę, to mnie zabije. Panowie, boję się!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria spiskowa numer sześć?

– Teoria spiskowa numer sześć głosi, że plan depopulacji zagwarantuje bogaczom i innym Billom Gatesom czyste powietrze oraz raj ekologiczny na Ziemi. Bowiem przeżyją wyłącznie nieliczni, pozostałych zaś zastąpią bardziej lub mniej rozumne maszyny, sztuczna inteligencja. Te najinteligentniejsze mogłoby nawet współegzystować z rasą ludzi-panów.

Smerfy do ekspedientek (dribbelek)

Wydział Kryminalny! Czy znają panie tego gostka? Chudy, około trzydziestki. Czy pojawił się dwudziestego? Kupował, płacił?

– Ja go znam: Romuś… Romeczek… tak jakoś.

– Kamery działają? Chcielibyśmy obejrzeć nagranie z „Big Brothera”.

– Spójrz! Jednak złamał kwarantannę, obywatel-naiwniak. Myślał, że koronawirus jest jego największym problemem W PAŃSTWIE PRAWA!