polskie centrum bizarro

Archive for the ‘Opowiadania’ Category

„Mundialek utopiony w farbie” by Dariusz Bednarczyk

In Opowiadania on Sierpień 14, 2019 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKlimaty futbolowe zazwyczaj są na topie, azaliż aczkolwiek czasami jest to top wyższy, czasami taki tam przeciętny topik, innym razem zaś zadziwiająco bottomowy top. Jednak sami przyznacie, że moda na futbol nigdy nie spada do poziomu zera. Niezależnie od poziomu gry zawodników, tudzież zagrań trenerów.

Dariusz Bednarczyk zapewne by się zgodził z powyższą, niekoniecznie odkrywczą tezą. Skąd to wiemy? Hmm… nazwijmy to przeczuciem, drgnięciem jelit czy SMSem z Wiejskiej. Zapewne zerknięcie do jego nowego szort-szorta o (w)dzięcznym, a nawet dźwięcznym tytule Mundialek utopiony w farbie nie przeszkodziło w procesie rzeczonej dedukcji.

Nie wydłużajmy już zatem tego wstępniaka, po prostu odeślijmy Was do lektury Mundialka – miłej lektury! Czytaj resztę wpisu »

Reklamy

„Duch żoninych cycków” by Krzysztof Sierpla

In Opowiadania on Lipiec 26, 2019 at 6:00 am

Faceci uważani są za proste stworzenia. Łatwi w obsłudze, łatwi w sterowaniu, łatwi w… I zapewne do pewnego stopnia tak właśnie jest. Opowiadanie pod wielce wymownym tytułem Duch żoninych cycków debiutującego na niedobroliterkowych łamach Krzysztofa Sierpli z jednej strony potwierdza te tezy, z drugiej stanowczo im zaprzecza.

Zaraz, zaraz – to można w te i we w te?

Otóż można. A niekiedy nawet trzeba!

 

Duch żoninych cycków

 

Pan Thomas miał żonę, ale to nie była byle jaka żona. Wielka jak szafa trójka i pulchna jak materac gąbkowy. Wielkostopa, wielkogłowa i oczywiście wielkocycna. Miał z nią dobrze. Świetnie gotowała, codziennie prała, nie tylko ciuchy, Pana Thomasa też. W łóżku była lwicą, grała na wiolonczeli i w Chińczyka, aż w końcu umarła. Położyła się do łóżka i już zeń nie wstała. Pochowano ją na pobliskim cmentarzyku, Thomas uronił wielką łzę i po wszystkich ceremoniach wrócił do domu. Wypił na tę okoliczność setkę wódki czystej wyborowej i położył się spać. Usnął szybko, twardo, chrapiąco i przyśnił mu się nad wyraz realistyczny sen, którego głównym motywem był potężny biust jego żony.

Przez większość czasu trwania owego snu uprawiał miłość hiszpańską, z uwielbienia do której słynęła jego żona. W pewnym momencie jednak cycki zaczęły go wciągać w siebie, aż w końcu pożarły całkowicie.

Obudził się zlany potem i innymi płynami ustrojowymi. Kolejny koszmar w ciągu kilku dni. W łazience paliło się światło. Usłyszał dochodzące stamtąd podejrzane odgłosy. Ostrożnie zajrzał do środka i oniemiał. W powietrzu, nad wanną unosiły się dwa wielkie cyce jego świętej pamięci małżonki. Pan Thomas przetarł oczy, widziadło jednak nie znikało. Kolejno uszczypnął się w lewy pośladek, następnie w prawy, ale złuda nadal lewitowała i wabiła do czynów nierządnych. W końcu przemógł strach przed siłami nieczystymi i pomacał jednego cycka. Był miękki, sprężysty i stawiał lekki opór – im mocniej Thomas go naciskał, tym bardziej cyc się zapierał – był to dziwny moment, niepokojąco erotyczny i podniecający. Poczuł erekcję. W pewnym momencie cycki wzięły go w dwa ognie, ścisnęły obustronnie i z łatwością uniosły w powietrze. Uniesiony, wyleciał z łazienki, przebył korytarzyk i wpadł jak bomba do sypialni. Doszło tam do scen gorszących, gdy obydwa wymiona zgwałciły go i wykorzystały nad wyraz seksualnie.

Thomas zdał sobie sprawę z faktu, iż od bardzo dawna w zasadzie uprawiał wyłącznie seks z cyckami żony, ona sama zaś nie była mu do niczego potrzebna. Tak, kochał jej piersi, a teraz znów miał okazję ich dotykać, polizać, nawet pochędożyć. Twarde sutki namiętnie całowały go po ciele, on w ramach retorsji wkładał dużo energii, by zadowolić swą nieco dziwaczną partnerkę. Całą noc pieprzył cycki, a rano okazało się, że zniknęły. Nie było ich przy nim, jak to często bywało, gdy jeszcze miał żonę. Trochę jednak za nią tęsknił.

Kolejnej nocy w jego sypialni również zjawiły się cycki. Sprawy przybrały jednak zgoła nieoczekiwany obrót. Cyce rzuciły się na niego, przycisnęły twarz do poduszki i zaczęły dusić. Nie mógł się wydostać, ogromny ciężar miażdżył mu czaszkę. Ostatkiem sił odepchnął piersiastego ducha, ale ten bynajmniej nie zamierzał odpuścić. Z sutków niewiadomym sposobem wysunęły się ostrza, i fantom znów ruszył w kierunku Thomasa. Ten wyskoczył szybko przez uchylone okno. Na szczęście jego sypialnia znajdowała się na parterze, więc nic mu się nie stało. Zdał sobie sprawę, że skończyły się przelewki. Tylko jedna osoba mogła mu pomóc; znany z telewizji i gazet wróżbita-medium Chronoplasta, pośrednik między światem duchów i ludzi. Thomas odwiedził go w jego nieco obskurnym, śmierdzącym płynami ustrojowymi gabinecie i opowiedział o duchu. Medium prawie wcale się nie zdziwił, jakby codziennie spotykał się z podobnymi przypadkami.

– I te cycki może pan normalnie dotknąć i possać? – zapytał.

– Tak, nawet ruchałem się z nimi całą noc, ale ta zabawa zrobiła się zbyt niebezpieczna i dziwaczna.

– O, to ciekawe. Musimy w takim razie działać. Na początek proszę przynieść mi bieliznę pana żony, najlepiej taką znoszoną.

– Czy to konieczne?

– Nie, ale lubię zbierać takie rzeczy. Natomiast co się tyczy ducha, to najlepiej spalić ciało. W sensie, że musi pan wykopać żonę i ją spalić.

– Ale… to może być trochę nielegalne czy coś.

– A chce pan jeszcze raz zabawiać te cholerne cyce?

– Nie.

– To rób pan, co każę. Jestem tutaj specjalistą. A za dzisiaj dwieście złotych się należy.

Thomas udał się więc na cmentarz, a z uwagi na to, że zrobił to ciemną nocą, mógł działać nie niepokojony przez nikogo. Po godzinie ciężkiej harówki dobrał się do trumny i wyważył wieko. W środku leżała jego żona, co nie było specjalnie zaskakujące. Problem był tylko jeden. Ktoś odciął jej cycki. Thomas nie wiedząc co robić uciekł prosto do gabinetu medium i opowiedział mu o swoim odkryciu.

Ten zmarszczył brwi, pokręcił głową i powiedział:

– Sprawa się komplikuje. Trzeba zlokalizować te piersi, gdyż najwyraźniej przez to, że zostały odcięte, teraz cię nawiedzają. Nie odzyskają spokoju, dopóki ich nie spalimy. Ma pan podejrzanego, który mógłby być na tyle chory psychicznie, by zbezcześcić zwłoki?

– Hmm… To może być grabarz. Pieprzony zboczeniec. Krążą plotki, że kolekcjonuje ludzkie i kościelne organy.

– Musi pan więc udać się pod jego domu i zdobyć dowody zbrodni. Jak już pan odkryje coś albo nic proszę się do mnie zgłosić. Dwieście złotych za dzisiejszą wizytę.

Thomas zjawił się pod domem grabarza i poczekał, aż ten opuści mieszkanie. Wtedy używając specjalnego rosyjskiego wytrycha uniwersalnego otworzył drzwi wejściowe prowadzące do mieszkania grabarza i wszedł do środka. Owionął go zapach naftaliny, formaliny i musztardy. Wszędzie walały się śmieci, słoiki, puszki po farbie, probówki, wkładki domaciczne i inne tym podobne rzeczy. Facet najwyraźniej dostał fioła na punkcie chomikowania, co nie wykluczało, że miał odchyły także w innych kwestiach. Thomas udał się do piwnicy, gdyż przeczuwał, że właśnie tam znajdzie najstraszniejsze rzeczy i dowody winy, ale co dziwne nie odkrył w zasadzie nic więcej niż pajęczyny, kurz i szczurze odchody. Zupełnie jakby grabarz nie zaglądał do środka od dłuższego czasu. A może czegoś się bał?

Nagle z ciemnego kąta wysunęła się widmowa ręka, rytmicznie podrygująca jakby dokonując aktu niewidzialnej masturbacji. Thomas natychmiast stamtąd uciekł. Wyglądało na to, że grabarza również dręczyły wyrzuty sumienia, objawiające się jak najbardziej realnymi fantomami i omamami. Thomas udał się więc do gabinetu medium, ale zamiast niego na fotelu siedziały odcięte cyce jego żony, a ktoś pomazał ściany krwią i fekaliami.

Po chwili Thomasa otoczyły kompletne ciemności, a gdy się rozwiały, znów leżał na swoim łóżku. Obok niego leżała żona, chrapiąc rozgłośnie. Czyżby to był tylko sen? Niezwykle realistyczny, pełen erotyki, przerażający, ale jednak sen? Thomas otarł czoło i popatrzył na leżące obok ciało. Dotknął ją dla pewności – była miękka i podniecająca. Począł ją macać dalej, oczywiście wyłącznie po to, by upewnić się, że nie śni dalej. Chwycił ogromne cyce w obie ręce i nagle odezwały się doń zduszonym, piskliwym głosem.

– Ej, bo mnie udusisz!

Pan Thomas zamarł, znów pot ciurkiem spłynął mu po karku. Szybko, błyskawicą wyskoczył z małżeńskiego łoża i pobladły ze zwiędłym nagle prąciem, wpatrywał się w chrapiącą żonę otępiałym wzrokiem. Ciało przestało oddychać, zamgliło się, straciło na ostrości i powoli rozpłynęło w powietrzu. Uwolnione od balastu żony, cyce uniosły się w powietrzu i rzuciły gwałtownie na Thomasa. Wymiona zaatakowały mu krocze, z baloniastych piersi wysunęły się ostre jak brzytwa, srebrem lśniące, potworne zębiska. Ewidentnie zamierzały pozbawić biedaka męskości.

Znów obudził się z krzykiem. Zerwał z łóżka i cały rozdygotany chciał uciekać gdzie pieprz rośnie, gdy zorientował się, że w sypialni jest całkiem sam. Na łóżku znajdowała się tylko skłębiona pościel, ewidentnie na skutek nocnych jego poczynań. Chwilę się wpatrywał, czy gdzieś nie czai się potężny biust jego żony, ale panowała martwa cisza, a sypialnię wypełniał delikatny brzask poranka.

Już prawie uspokojony zaległ z powrotem na małżeńskim łożu i próbował usnąć. Popadł w jakieś majaki nierzeczywiste, splątane obrazy, które przewalały mu się przez głowę, niczym miękkie wodospady, ale nie wody, a raczej czegoś na kształt różowego kisielu.

Obudził się cały w kisielu. Nad nim unosiły się złowieszcze wymiona, szczerzące szablaste uzębienie. Nie przejął się nimi wcale, ponieważ zdiagnozował u siebie kolejny wykwit senny. Pytanie, dlaczego non stop śni mu się mniej więcej to samo? Jak stwierdzić, czy rzeczywiście śni, czy to co uznaje za sen, nie jest faktyczną jawą? To ważna kwestia, bo jeśli to co teraz się dzieje, nie jest snem, to grozi mu wielkie niebezpieczeństwo – prawdopodobna kastracja. Trochę zbyt wiele do stracenia. Czy nie lepiej, na wszelki wypadek, uznać te rojenia za prawdziwe i salwować się ucieczką? Jeśli to sen, to tak czy owak nic mu nie grozi, ale jeśli nie sen, ucieczka jest jak najbardziej trafnym posunięciem. Czyli, nie ma co analizować tej sytuacji, trzeba wypierdalać jak najdalej!

Tak też zrobił. Wybiegł z domu na ulicę w samych majtkach. W lekko rozświetlonej promieniami budzącego się słońca okolicy nie znalazł żadnego znajomego punktu. Znajdował się gdzieś indziej, jakby przejście przez drzwi stanowiło swoisty teleport. Dostrzegł jednak nadciągające cyce, więc pobiegł przed siebie. Miał wrażenie, że to co się dzieje, jest karą za jego miłosne ekscesy i seksualne dewiacje.

Thomas miał już tego wszystkiego dość. Jego życie stało się nieznośne. Niewiedza, co jest snem, a co jawą, całkiem go rozbiła. Bo jeśli to, co aktualnie się dzieje, jest rzeczywistością, to on woli umrzeć, czyli wyrwać się z tego zaklętego kręgu. Tylko gdzie trafi po śmierci? Czy ta inna rzeczywistość będzie mniej groteskowa?

Biedak długo nad tym dumał i nie mógł się zdecydować, którą rzeczywistość ma wybrać. I tak duma do tej pory w którymś z zakładów dla psychicznie chorych.

„Adam, muchomory, gałeczka, esesmany” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Lipiec 6, 2019 at 6:00 am

Dziś będzie długo i na temat. Czy raczej na tematy (mroczne/złe/groźne i niegroźne). Wiele różnych tematów porusza bowiem w swoim najnowszym opowiadaniu Maciej Żołnowski. Maciej, jak na niego przystało, serwuje jazdę nie tylko bez trzymanki i z górki, ale jeszcze wspomaganą pewnymi specyfikami „medycyny” ludowej. Jeśli zatem macie ochotę skosztować nowostarych treści, podanych w sosie z muchomorów (i przeżyć!), mocno zapraszamy!

    Adam, muchomory, gałeczka, esesmany

Nie wiem, jak to się zaczęło. Komuś się zachciało i o tym pomyślał, ktoś inny myśl tę podłapał, tak, jak łapie się biegunkę albo grypę żołądkową, a następnie wypowiedział na głos. Po prostu obaj pewnego razu postanowiliśmy spróbować prastarej słowiańskiej magii i wywędrować gdzieś daleko za Siedem Gór i Rzek w celu odnalezienia rzeczonej pięcioliterowej, o której mowa w toku dalszym i bliższym opowiastki. Wystarczyło ją tylko pokroić w plastry, ususzyć i poporcjować. A efekt-odlot murowany!

Ale najpierw należało ją zdobyć, a właściwie – znaleźć, gdyż nasza ambicja nie pozwalała nawet myśleć o możliwości pozyskania grzybków halucynogennych via Internet, na przykład przez eBaya. Zresztą mieszkaliśmy w Carpathian Mountains, górach, z tymi wszystkimi grotami, pieczarami, pieczarkami, opieńkami, niedźwiedziami, rysiami, kunami, tchórzofretkami i cholera wie, czym jeszcze. To tutaj żyli Janosik z Jurandem ze Spychowa, ale to raczej stare dzieje, nie ta bajka. (Co do Juranda, to nie jestem pewien, gdyż zawsze mi się myli Biskupia Kopa z Kupą Szkopa i gdzie leży Krym, a gdzie Rzym. A Janosik? On nie nasz, nie mój ci on, cudzoziemski gość, więc też tak jakby się nie liczy). Było więc grubo, przaśnie i trochę strasznie, co zaś to wszystko oznacza, to się rozumie już samo przez się. Powiem jedno: ADRENALINA!

Rzekło się, że mieszkamy w górach. Tak naprawdę tylko ja mieszkam. Lecz kumpel najlepsiejszy bywa tutaj dość często, jadąc z Krakowa przez Rzeszów, Puck i Ostrawę… do Gdańska! Bawi w domu letniskowym swoich staruszków z kuną dochodzącą-dozorującą na poddaszu. (Musi się bawić ostro fest, skoro myśląc o Bałtyku wali centralnie na południe. Poza tym kunowate strasznie, ale to strasznie w nocy harcują. Trzeba więc naprawdę solidnie się znieczulić, ażeby choćby myśleć o spaniu na takim zakunionym poddaszu. Ot, taka dygresja).

Tamtego roku warunki środowiskowo-obiektywno-subiektywne były spoczko. Te pogodowe zresztą też: koniec lata, koszmar minionego lata, właściwie jakoś tak bardziej środek jesieni, w każdym razie – jeszcze nie zima. Pamiętam, że przez cały dzień studiowałem wraz z Adamem mapę Górek i okolic Brennej, a przez kolejne pół zapoznawałem się z tym, jak w ogóle grzybki wyglądają, bo wstyd się przyznać, ale nie wiedziałem wtedy nic a nic na ich temat. Pojęcia bladego nie miałem, że mają długie, smukłe ogonki, szpiczaste kapelusiki z małą brodawką pośrodku i że rosną z dala od lasu na podmokłych łąkach i pastwiskach, kompletnie zasranych baranim, tudzież końskim łajnem. Jeśli ktoś szuka ich w lesie, to traci czas.

Wziąłem do ręki mapę i zacząłem rozglądać się za upragnioną polanką, szperałem też w wewnętrznym CPU – w kłębowisku swych myśli, gdyż pamięć miałem niezgorszą. O dziwo Pogórze Cieszyńskie, już całkiem prawie zabudowane i zurbanizowane, nie grzeszyło jakąś oszałamiającą ilością terenów trawiastych o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu. Nie istniały tutaj żadne osławione przestrzenie wolności, czy czegoś tam. Stepów krymskich byś, bracie, nie uświadczył, no chyba, że w szkolnej bibliotece góreckiej. Hale znajdowały się co prawda w samych górach, ale to były hale, a myśmy poszukiwali łąk zwyczajnych, niczym niewyróżniających się spośród wielu innych, oprócz tego, iż znajdować się miały na gruntach podmokłych i żyznych aż do bólu (głowy).

Nastał dzień zbioru, na który obaj tak bardzo czekaliśmy. Spotkaliśmy się na mostku przy Szpotawickiej, zrobionym na równi z korników, glizd oraz drewna. Zabrałem z domu mapę plus pusty słoik na łysiczkę. Mapa była laminowana, a słoik: szklany, litrowy. Tak: LITROWY! Pustka z niego mogłaby spokojnie wypełnić mój zakuty łeb, gdyż gotowałem się na nie wiadomo jaki sukces. Boże, jak mogłem być tak potwornie głupi i zakładać, że znajdę cokolwiek, i to za pierwszym razem. Już planowałem atrakcyjny dla podniebienia sposób konsumpcji upragnionego towaru.

– Czy grzybki zjem z waflem „Grześkiem” czy z „Pawełkiem”? Czy raczej z jogurtem „Pawlaczkiem”? Nieeee! Najlepiej, jak od razu popiję wszystko mlekiem! Chociaż nie, to by oznaczało kłopoty. Praczka mogłaby mieć potem sporo roboty.

W taki oto sposób dawałem upust swojej arogancji połączonej z naiwnością i niewiedzą.

Adaś tymczasem zachowywał się w sposób bardziej wstrzemięźliwy. Nie czekał na odroczoną w czasie niespodziankę, tylko otworzył ją z psykiem i udał się od razu do sklepu po następne zimne z lodówki.

– To, że piwo jest z lodówki, wcale nie oznacza, że jest zimne, no bo przecież mechanizm chłodniczy może być wyłączony albo popsuty, co nie? – zagaił filozoficznie. – Skusisz się, Macieju?

– W życiu! Szlag! Nie po to tutaj przyłaziłem taki kawał w ten mglisty i parszywy czas.

A jednak dałem się namówić na jedno rozruszanie wewnętrznych trzewi, przygotowanie narządów trawiennych i zaostrzenie apetytu przed konsumpcją. Nie wiem, co mi po głowie chodziło. Chyba miałem zamiar zbierać te łysiczki i od razu też je wcinać w ramach obiadokolacji.

Za sklepem znajdowała się prowizoryczna ławeczka dla stałych bywalców i być może warto coś o niej opowiedzieć tak pokrótce. No więc, cóż, nie chcieliśmy dudlić niczego na miejscu, lecz woleliśmy wziąć na wynos, ale tak czy owak musieliśmy przechodzić obok tej właśnie ostoi folkloru i góralskiej muzyki. Oczywiście zostaliśmy zaczepieni przez słynnego w całej wsi pana Henia, czy jak mu tam było, człowieka bardzo, bardzo przedsiębiorczego:

– Ej, chłopaki! Nie dalibyście no złotówki na chleb?

Na chleb mu dałem, bo to jest dobra i smaczna zagrycha do… Po minucie ujrzałem, jak pan Heniu, czy jak mu tam, wychodzi zadowolony ze spożywczaka z samym tylko halnym w dłoni. Kozacki gość!

– A gdzie zakąska? Gdzie chlebuś? – Aż chciałem zapytać, ale koniec końców dałem spokój. A niech mu na zdrowie wyjdzie, nadmiar i tak wyleje.

Na odchodne, usłyszeliśmy jeszcze jego ochrypły głos. Brzmiał niczym monolog wewnętrzny jakiegoś natchnionego mędrca:

–  Ej, ta pogoda jest jak kobita. Bywa zmienna. Czasem pada deszczyk, czasem nie. Niekiedy zalega śnieg i świeci słonko, innym razem mgły gęste snują się po okolicy i nic, ale to nic kompletnie nie widać, w dupę jeża! Latem bywa na ogół urokliwie. Jesień pełna jest melancholii i zadumy. A zima? Lepiej nie mówić! Smuci się, bo przyszło jej zimą być. I choć pory roku są oficjalnie cztery, to aury tak naprawdę mamy dwie: tę dobrą i tę bardzo dobrą. Aura jest jakaś zawsze, panie, wiadomo. Tylko że może ona być, tentego, albo chmielna (wtedy, kiedy umieramy z pragnienia), albo żytnia (wtedy, kiedy męczy kac, jest mroźno, a my umieramy z przepicia). Ej, ta pogoda, ta pogoda!

Po godzince od wyjścia z domu stanęliśmy niczym te bure szaraki na ciemnozielonej łące (na mapie miałem ją opisaną jako „Marchewkowe Pole” albo raczej „Polo Marchew” czy jakoś tak). Gdybyśmy postali na niej jeszcze przez chwilę, pewnie zacząłbym śpiewać: „na zielonej łączce pasły się zające”. Była pusta i wodą zlana, a dalej rozpościerał się las. Deszcz padał albo nie, i tak wszystko było zawilgocone i parowało.

Padłem na kolana jak jakiś muzułmanin, nosem przycupnąłem do gleby i zacząłem okładać teren oraz poszczególne kępy, niebędące posłankami o imieniu Beata, i jąłem przeczesywać pojedyncze kłosy trawska, gdyż nie chciałem tracić cennego czasu, którego sporą część i tak już zmitrężyłem pod monopolowym. Adaś musiał mieć ze mnie niezły fun, albowiem stał z boczku i z uśmiechem politowania przyglądał mi się z góry, nie brudząc sobie rączek, które notabene miał zajęte.

Tylko ja zbierałem naprawdę, a ten, co się opierdzielał, zaabsorbowany był otwieraniem trzeciego browca dla fachowca, leniwca, tankowca. Ja rozumiem, że jeśli się coś odkapslowało i z tego czegoś zaczynają uchodzić nachalnie gazy, to chyba nie poprzestaje się na zadumie nad samą impresją bąbelkową, którą by można było zatytułować – dajmy na to tak – „Portret z kolegą, otwieraczem, pustym słoikiem na łysiczkę oraz mgłami nadobnymi unoszącymi się gdzieś w tle – scena alegoryczna, zbiorowa pędzla Hesusa van Boha”.

– Gdzie jesteście, małe kurduple!? Ukażcie no się! Już ja wam pokażę! I ogonki z dupy powyrywam! – wykrzykiwałem na cały głos. – Nie ma łysiczek, kurna, no nie ma!

Końcówka września, aura odpowiednia, wilgotność taka, że można by scyzorykiem powietrze kroić jak gąbkę albo inną galaretowatą meduzę, miejscowe barany też się posra… postarały i wszystko dokumentnie zapaskudziły. I co z tego, skoro te wypierdki nie chciały się dać znaleźć. Może coś źle robię? Mówię o sobie, bo Adaś tylko stoi i zachowuje się pasywnie, głupkowato się przy tym uśmiechając.

Trzeba mieć wiarę, wiarę i nadzieję. Głowa do góry! Wiara to podstawa, nadzieja też. Jest jeszcze miłość, ale ta została u mnie na kompie ze stałym dostępem do curvage.org. Czasem chodzę do kościoła, to wiem, co w trawie piszczy i w ogóle znam się na cnotach teologalnych. Może łąka jest jakaś nie teges, nieodpowiednia, trefna, nie taka, jaką ją Bóg stworzył i jaką łąka o tej porze roku być powinna, nie ma tego czegoś, co mają inne, te zagrzybione i zasrane. Ale czego nie ma? Czego!? Oto i tajemnica, zagadka jak z dobrego, szwedzkiego kryminału. No może nie z kryminału, ale jednak wciąż zagadka.

–  Zdaje się, że ta trzaśnięta babka Jaga, co żeśmy ją spotkali przed chwilą, jak szliśmy, była tu dziś rano i wszystkie grzyby sprzed nosa nam sprzątnęła. Jak myślisz, Macieju? – filozoficznie wypowiedział się Adaś, za jednym razem rozprawiając się ze zbiorem zdarzeń możliwych z potencjałem ogromnego nieprawdopodobieństwa.

Kurduple występowały całymi rodzinami, najczęściej w skupiskach po kilkanaście sztuk. Nieskończenie długaśny ogonek sam wychodził z ziemi, jak się ciągnęło za mały kapelusik, nabrzmiały od psylocybiny. Kolorek wahał się od brązowego aż po herbaciany, lurowaty. I można je było łatwo pomylić z pospolitymi psiakami oraz przydrożnymi twardzioszkami, nawiasem mówiąc również psiakami. A wrzesień, ach, ten wrzesień, z tak typowymi dla siebie porannymi przymrozkami i przecudownym babim latem, był dla kurdupli miesiącem wprost wyśnionym, wymarzonym. Do tego jeszcze te wiecznie nienażarte owce i barany, pasące się tu, ówdzie, wszędzie.

Szukałem dalej, nie chcąc i nie mogąc uwierzyć, że może ich nie być. Na szczęście, jak wychodziłem z domu, zabrałem ze sobą cztery sproszkowane gałeczki muszkatołowe, które teraz mogły nieco osłodzić czas porażki. Miałem już wcześniej do czynienia z halucynogennymi nasionami i wiedziałem, że ich goryczka średnio nadaje się do ulepszania smaku czegokolwiek. Na szczęście w pobliżu znajdował się ów sklep z ławeczką, gdzie można było w razie „wu” zaopatrzyć się w jogurt i to z nim, w wersji pitnej, wespół w zespół dokonać aktu konsumpcji wspomnianej gały.

Tymczasem kształty powoli rozpływały się w wieczornej mgle, wszystko się rozmywało i wymykało zmysłowemu oglądowi rzeczy, robiło się coraz szarzej i szarzej, a trawa nabierała brunatnego, jednobarwnego, zajebistego odcienia. Nie było innej rady – wstałem i otrzepałem portki z rosy, Adaś dokończył piwo, a potem obraliśmy jedynie słuszny kurs na sklep.

Przed monopolowym doszedł do naszych uszu znajomy, chrapliwy głos żula:

– Niedźwiedź szedł szlakiem, widziałem. Kamera monitoringu go uchwyciła. Szedł drogą, a nie chaszczami. Nie to co ja. A co sobie będzie życie utrudniał, spryciulek!

Myślę sobie: „o nie, tylko nie pan Heniu”. A jak nas spostrzegł, natychmiast spauzował i przeszedł do sedna spraw poważnych:

– Ej, chłopaki! Nie dalibyście no złotówki na chleb?

Na chleb mu dałem, bo to jest dobra i smaczna zagrycha. Na efekt swojego hojnego gestu nie musiałem długo czekać, bo po minucie ujrzałem, jak wychodzi ze sklepu z zimnym halnym. „Gdzie zakąska?”, tym razem nie myślałem nawet pytać. Niech mu na zdrowie wyjdzie, a nadmiar wypryska.

I my także zakupiliśmy parę browców (nie, nie halnych) i kilka jogurtów w płynie, czyli takich trochę, no, bardziej jakby mlecznych, mniej serowych. A potem udaliśmy się w ciemny las, pamiętając rzecz jasna, że czołówki mamy schowane w plecakach razem z resztą ekwipunku i innego badziewia. Zamierzaliśmy przejść się trawersem myśliwskim, który znaliśmy z opowiadań starego myśliwego, Zbycha Rogali, a który nie był nawet zaznaczony na mapie, albowiem życie pełne jest tajemnic, nie? Na odchodne usłyszeliśmy jeszcze kolejny monodram henrykowski (i pomyślałem nawet, że ktoś się tutaj z nas nabija):

–  Idę na czworakach. Brodzę w śniegu, głębokim, nieubitym; w śniegu jakby ze snu Królowej Zimy. Staram się, panie, przejść góry, minąć zaspy, równomiernie rozkładając ciężar ciała na dwie, a nie na jedną parę kończyn. Ale to nic kompletnie nie daje i oczywiście cały grzęznę po pas. Gubię bochenek chleba oraz mój ulubiony, nieodzowny podczas takich eskapad, otwieraczyk do piwa, które wylatują niezauważenie z niedomkniętego plecaka. Zakopuję się w śnieżnej zaspie i ostatecznie podejmuję decyzję o odwrocie – mniemam, że słuszną! A cóż mam począć innego?! Oj, nie dla mnie jest ta oto Hala Czworaka, na czworaka nie zdobyta. Nie dla mnie!

Szliśmy długo. Nie przypominam sobie, abyśmy wcześniej kiedykolwiek tamtędy wędrowali. Niby ta sama wieś, a jednak wszystko się różniło od Górek, które znaliśmy: inni ludzie, inna aura, inna energia miejsca.

Wymieniliśmy między sobą jedno, dwa spojrzenia porozumiewawcze. I już wiedzieliśmy, że sytuacja dojrzała do tego, ażeby zaaplikować sobie jogurcik z gałeczką, jogurcik muszkatołowy. Boże! W życiu nie piłem czegoś równie ohydnego, choć znałem przecież od podstawówki smak piwnej goryczki. Miałem wcześniej raz tylko do czynienia z roślinką Myristica fragrans i pamiętam, że byłem po niej strasznie pobudzony, rozweselony i kreatywny (pamiętam też, że mi stanął, ale nie będę się może chwalił takim detalem). Nie sądzę, aby zachował się jakikolwiek, choćby i najmniejszy ślad mojej fazowej kreatywności: jakiś wierszyk albo piosenka. Cokolwiek!

I tak szliśmy, rozmawialiśmy, piliśmy, nie przystawaliśmy ani na sekundę. Być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybyśmy nie doprawili się Adasiowymi muchomorami, zabranymi z domu. Nie przypuszczałem, jak bardzo się ucieszę z wysuszonej niespodzianki, a niespodzianek życie pełne jest, nieprawdaż? Powoli stawało się jasne, skąd na twarzy mojego najlepsiejszego od samego rana rysował się uśmiech od ucha do ucha i od psyka do łyka.

Efekt przyjęcia gałeczki mógł być zauważalny po upływie trzech godzin. Na skutki pożarcia grzybów nie trzeba było znowu aż tak długo czekać. W pewnym momencie Adaś postanowił sprawdzić, czy znalazł się już pod ich magicznym wpływem. Nie wiem, czego oczekiwał. Czy myślał, że wykona, ot tak, z marszu, rytualny taniec wedyjski, niczym po wypiciu soma? Nie wiem. Skończyło się na zaczepieniu przypadkowo napotkanej i Bogu ducha winnej wieśniaczki, walnięciu jej w twarz ostrym pytaniem i zgwałceniu (w)śródnocnej ciszy… znaczy się, pogwałceniu nocnej ciszy:

– Hello! Pani Jago, a daleko jeszcze na Jaworową?

– Boże, jak to daleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeko!!! Ja raz tam była i już w życiu nie pójdę!!!

– A czy widziała pani Jaga UFO? – rzuciłem z głupia frant, starając się zmienić temat na bardziej lajtowy, gdyż zauważyłem pewne oznaki zaniepokojenia, wypisane na babcinej facjacie.

– Zdrowaś Maryjo! Ja żem widziała. U nas co drugi dzień ląduje, panocku.

– Aha! To z Bogiem! – Przyjąłem, zrozumiałem, osiągając trzy stany jednocześnie: nirwany, katharsis i kompletnego uchachania się, o, dżizas!

Potem rzuciłem do Adasia, nie zatrzymując się ani nie korygując tempa marszu, który powoli stawał się marszem-transem:

– Stary, masz jeszcze te muchomory? Dawaj!

Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego razu z gałką. Po miesiącach wczytywania się w relacje internautów dotyczące jej przyjmowania, postanowiłem w końcu udać się do Leclerca po cztery opakowania orzeszków firmy Kotanyi. Nie były drogie: zapłaciłem niecałe dwa zeta za jedno opakowanie, w którym znajdowały się dwie niezmielone sztuki. Następnie wróciłem do domu, starłem je, zalałem zimną wodą i wszystko razem dokładnie wymieszałem. Jadłem, zapijając goryczkę słodyczą przesłodzonej aż do bólu pepsi. Generalnie: smak jest niefajny, ale w życiu bywają też i gorsze rzeczy, na przykład aviomarin. A oto, co pisze jeden z internautów, którego doniesienia są poniekąd zbieżne z moimi własnymi spostrzeżeniami.

 

Godzina dwudziesta. Rozpoczyna się jazda. Odczucia podobne, jak po trzech harnasiach albo czterech buchach marihuany.

Godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści. Faza jak na zjaraniu się, śmiechawa, gastro, słuchanie muzyki wkrętowej. Moje oczy są czerwone i przymrużone. Występuje ospałość przeplatana z poczuciem mocy oraz dziwnymi ruchami w rytm muzyki. Zwiększone libido – idę w astralu obrócić jakąś panienkę, a kto mi zabroni?!

O godzinie dwudziestej drugiej minut pięć poczyniłem kilka interesujących spostrzeżeń. Pierwsze – takie, że jestem za bardzo zmęczony, ażeby – przepraszam za szczerość – spuścić się w… i tak dalej. Drugie – że film, który oglądałem na kompie i na który tak czekałem, okazał się produkcją amatorską z odrobiną artyzmu. Trzeba przyznać, że aktorka grająca główną rolę była przecudną kobietą, z którą mógłbym uprawiać seks przez cztery piąte swojego życia, no a resztę przeznaczyłbym na jedzenie, spanie oraz oczywiście ćpanie. Ostatni, optymistyczny wniosek jest taki, że orgazm i niespełnienie pozostawię sobie na deser.

Dwudziesta druga trzydzieści. Umysł jest przyciemniony, ukierunkowany na jakąś wybraną rzecz. Skupia się na jednej czynności i łatwo rozprasza. Przestała mu się podobać muzyka. Wycisza się. Rozmywają się literki na klawiaturze komputera.

O dwudziestej trzeciej odpalam playera. Leci Nirvana. Każdy najdrobniejszy kwant mojego jestestwa przeżywa swój autonomiczny orgazm. Czuję, że może być już tylko piękniej.

Ranek. Obudziło mnie zapalone słońce. To Bóg włączył światło gdzieś na wschodzie. Nie ogarniam chwilowego nieprzystosowania błędnika. Otwieram oczy, ale obraz jest rozmazany, a wszystko dokoła wibruje. Światła mnie rażą okrutnie i jestem jakiś odrealniony. Pięć, sześć orzechów na pierwszy raz to chyba za dużo. Czuję, że totalnie nie panuję nad swoimi odruchami, na dodatek mdli mnie. Rezygnuję z pójścia do kibelka i usiłuję się zdrzemnąć.

Dziesiąta – dwunasta. Sny są cholernie, ale to cholernie realne, takie, jakich jeszcze nigdy nie miałem. Spałem dziś od piątej do trzynastej jak zabity, ale snów, tych właśnie, nie zapomnę do końca życia – te barwy i kształty, te niematerialne światy i istoty. Czułem smak leśnych owoców, zrywanych prosto z krzaczków. Na drzewach rosły poziomki wielkości dyń, a ja te poziomki-giganty zbierałem. Lekkie, soczyste i miękkie, jak chmurki. Po prostu pyszota! To były takie fantazjo-wizje w cukierkowych kolorkach, z których nie chciałem się za nic obudzić. Całą moją obecną rzeczywistość przenikają cuda z tych przepięknych marzeń nocy, bo oto stałem się tym, co uzyskał wyższą świadomość i śni swoje własne życie, aby – w odpowiednim momencie, który niewątpliwie nastanie – zbudzić się po Aktywnej Stronie Nieskończoności. Jam jest gwiezdnym pyłem tejże Przenajświętszej Nieskończoności. Jestem, który jestem. 

I tak gałeczka dała mi właściwie dwa dni fazowania i dzień schodzenia, a post factum zagwarantowała dokładnie takie uczucie, jak na mocnym kacu (na mocnym, ale da się przeżyć). Może kiedyś, jak będę miał minimum cztery dni wolnego, spróbuję zaszaleć raz jeszcze. Wezmę pięć orzechów i zacznę wszystko odpowiednio wcześniej – powiedzmy – o dwunastej w południe najpóźniej.

A teraz czas na małe podsumowanko. Oto pozytywy: euforia, radość, filozoficzne rozkminy i ogólnie chillout, halucynacje, omamy, łatwość wkręcania najrozmaitszych jazd. Gałka okazuje się jedną z ciekawszych substancji pochodzenia roślinnego, z jaką się zetknąłem, godną polecenia zwłaszcza artystom (tym, którzy chcą uzyskać wgląd w Istotę Wszechrzeczy). Jest migotliwie schizofreniczna i daje namiastkę spokojnej ekstazy umierania, a także uczucie deformacji przestrzennej związanej z wielowymiarowością ludzkiego ciała. Jej głębokie oblicze rozpościera się na nieskończenie wiele podprzestrzeni wewnętrznych umysłów, które posiadam.         

 

Tak ogólnie, to naprzód wydarzyła się gałeczka, jogurcik i spora śmiechawa, grzybki pojawiły się dopiero później, pod sam koniec uczty i poszły na tak zwany drugi ogień. Teraz wszystko stawało się proste, życie stało się łatwe i przyjemne, a czerwonawe z kropeczkami wystarczyło tylko pogryźć, pogryźć, popić, jak w tej reklamie tabletek na ból głowy, z podłożonym głosem Krystyny Czubówny, o ile dobrze pamiętam. Durnowate anegdoty umilały wspólne wędrowanie: raz nawijał Adaś, raz ja. On zaczął. Zawsze zaczynał. Zawsze miał dużo do powiedzenia, tak jak dzisiaj:

–  Facet odśnieża ulicę i zaczyna na mnie wrzeszczeć: „Halo! A coś ty mi, Wacuś, tyle śniegu nawalił, co?”. No to ja do niego: „Panie, to nie ja, to Bóg we własnej osobie! Zima miała być sroga, tak czy nie? No tak! I jest! A wiesz pan, że Bóg nigdy, przenigdy nie nawala?”. Rozumiesz? Nie nawala, ha! Dobre, co?

–  Dobre. A posłuchaj tego. Mówi mi jedna, napotkana na szlaku babka: „Uważaj na dziki, leśniczy ostrzegał”. „Okej, będę ostrożny”… i idę dalej. W ciągu godziny wdrapuję się na, jak mu tam, Gronia. Patrzę, kurna. Oczom nie wierzę. A tam stoi ta tak zwana niespodzianka. Ale, w mordę jeża, coś mi się nie zgadza: kolorek jakby nie ten i w ogóle. Okazuje się, że to wietnamska zwisłobrzucha. Zagrodziła drogę. Koszmar! Muszę klaskać, ażeby łaskawie mnie przepuściła. A to świnia!

I tak miluśko czas płynął, a my wraz z nim; gadka, szmatka. Tymczasem Górki są już za nami. Wstępujemy w wilgotną, cichą otchłań lasu, niczym w niezbadane głębie tajemniczej groty, i żegnamy z zachodzącym z wolna słońcem, pozostawiając za sobą, niby Cieśninę Nadziei, niewielką poświatę w miejscu, w którym normalnie, przy ładnej pogodzie winna się owa gwiazdka na niebie znajdować. Idziemy gęsiego, gdyż wąska ścieżka, z gęstym baldachimem utkanym z krzewów i drzew, nie pozwala nam na zbyt wiele. Wonne rośliny… nie tyle nie drapią, co raczej muskają delikatnie i jakby z uczuciem nasze twarze i dłonie. Nie kaleczą nas. Cóż za wspaniałe doznanie! Pięknie jest. Nawet ziemia zdaje się oddychać pełną piersią, co czyni powoli i rytmicznie, a my – wraz z nią. Następują – kolejno – wdech i wydech. Wdech i wydech. Dopiero teraz – tak naprawdę – rozpoczyna się leśna przygoda, aventura, swoisty taniec modrookich wędrowców z oceanem zieleni na tle kipiących wściekle mgieł, które układają się w potężne i rozbuchane nurty zdradzieckie. Czy potrafisz to sobie wyobrazić?

Przedstaw sobie, że jesteś Adamem albo Maćkiem. Brodzisz wśród najprzeróżniejszych odcieni barw złamanych, bieli, czerni, szarości, kolorów ziemi. Ty – idziesz jako pierwszy. Kolega pozostaje z tyłu, zaraz za tobą. Będziecie się posuwali naprzód, żwawo przy tym maszerując. Dobry nastrój nie opuści was jeszcze przez pół godziny. Co stanie się potem? Lepiej nie mówić. Po drodze natkniecie się na kilka osobliwości (nie, nie przyrodniczych: salamandry plamistej z całą pewnością nie ujrzycie). Pierwszą będzie stara, zardzewiała tabliczka z napisem: „Zakaz wstępu” w języku niemieckim. Zignorujecie ją. Pomaszerujecie dalej. Drugą osobliwostką będzie monumentalna ambona myśliwska z drabiną o trzydziestu siedmiu szczeblach. Trzydzieści siedem to fajna liczba. Nie sądzę, aby mogła przynieść któremuś z was szczęście, za późno na takie rozwiązania. Weszliście na ziemie dla żywych zakazane, pilnowane przez samego diabła, na których strach tylko panuje i mrok, a jedyną wierną towarzyszką smutku pozostaje śmierć.

Ale ciekawość silniejsza jest od lęku, kiedy się widzi to, co ty teraz. Wchodzisz więc, bohaterze, na ambonę, na sam jej czub. Wchodzicie jak najlepsiejszy z najlepsiejszym, razem, jak na przyjaciół przystało. Ty – znajdujesz się z tyłu, kolega – kilka szczebli przed, a właściwie nad. Spoglądasz w górę, ale go nie widzisz. Mgła połknęła „mięcho” albo niefortunnie spadł w czeluść piekła, gdy ty zajmowałeś się niepatrzeniem i niewidzeniem. A być może wszystko ci się pomieszało i wcale nie właził. Czyżby pozostał na ziemi i czekał tam na ciebie? Przekonasz się, jak będziesz na samym szczycie. Albo na samym dole. I tu pojawia się problem – idziesz i idziesz, droga się wciąż wydłuża, a celu jak nie było, tak nie ma. Sen to jest czy jawa?

(Czytałem kiedyś opowiadanie o człowieku, który jeździł koleją dla samej przyjemności podróżowania, ot tak, bez celu. Dosłownie wpadał w trans i – niczego nie pamiętając – wsiadał na jednej, a wysiadał na innej, dalekiej stacji, kompletnie przy tym nie rejestrując momentu wybycia z domu. Nie myślał, skąd ani dokąd, ani za co jedzie. Ale jedno wiedział na pewno: to mianowicie, iż chce uczestniczyć w podróży, ruchu z punktu A do punktu B właśnie w imię tegoż ruchu. Marzył, by takowa voyage, journey, viaggio, Reise trwała całą wieczność).

Ale to była tylko zmyślona opowiastka, jakaś kolejarska gawęda. Tymczasem sytuacja z nieskończenie wysoką amboną, wybujałą jak toskańska winorośl, stawała się z wolna rzeczywistością – dziwną, przerażającą, zaskakującą, nieprawdopodobną, ale jednak rzeczywistością. Można by nawet zaryzykować twierdzenie: „to twoja własna historia, twoje życie i twój problem”.

Spoglądasz tymczasem w dół. Pod przerzedzającą się z wolna zasłoną, która spowiła ziemię gęstą melancholią, na moment zwraca na siebie uwagę ruch. Ciekawe. Dwa cienie, z których jeden wygląda na widziadło kobiety, drugi zaś – tak jakoś bardziej znajomo, zeszły się w jeden, potrwały w ten sposób przez chwilę, a następnie razem gdzieś odpłynęły w grobowym milczeniu, pozostawiwszy na pastwę rozczapierzonego lasu ciebie i tę twoją wyniosłą ambonę.

Zbiegasz. Zstępujesz. Z drabinki złazisz. Stopą glebę wymacałeś. Drżenie rąk i nóg starasz się opanować i sytuację chcesz zrozumieć. Rozglądasz się bacznie. Nikogo naokoło, nic, tylko ta bezczelnie rozwrzeszczana, rozdarta na całą japę mgła, z morduchną przecudnie zrytą jak u mumii. Chce ci się wyć, ale cisza jest – bo być musi – bezwzględna, bardziej lękotwórcza i świetnie nadaje się do konwencji horroru. Co tu dużo gadać – ta dojmująca aura stała się teraz jeszcze bardziej dojmująca.

W ciemnościach odnalazłeś wąską, błotnistą ścieżkę, na którą wstąpiłeś, aby odszukać Adama lub jego namiastkę, surogat najlepsiejszego czy choćby jego cień. W ten sposób natrafiłeś na te niby widmowe ruiny łaźni, całkiem zresztą realne, materialne, namacalne, do poziomu półpiętra w ziemi zakopane, zagrzebane. Otworzyłeś zardzewiały właz i wszedłeś do środka, schodami w dół – pierwsze drzwi na lewo.

Twym oczom ukazał się widok kilku żałosnych kabin z natryskami i coś jeszcze. Światła. Wiele świateł. Zamigotały tak potwornie i złowieszczo. Nastraszyłeś się. Struchlałeś. Zwątpiłeś. Teraz się zastanawiasz, skąd, u licha, w tym czarnym lesie halogeny, hologramy, zwodnicze omamy. Oto dane są zimne, szpitalne żarówy, jak w zaułkach pipidówki. Ach, i jeszcze całe okrągłe zero obecności tego, którego szukałeś.

Przez głowę przelatuje ci szalona myśl, lotem błyskawicy, runy sig, a ty zaczynasz postępować co najmniej dziwacznie. Wchodzisz do jednej z kabin i odkręcasz kurek z wodą, w ubraniu! Zamykasz oczy. Łepetynę zadarłeś. Orzeźwienia oczekujesz. Relaksu. Chwili ciszy w dziwnej ciszy, pełnej napięcia i wyczekiwania, ciszy dookolnej, piekielnej, cmentarnej, grobowej, która tu panuje, króluje. Jest albo jej nie ma.

Bam! Właz trzasnął, hałasnął. Zatrzasnął się. Z tobą w środku! A woda? Co z nią? Gaz jest za to. Leci. Ulatnia się. Uchodzi. Ach, to ci źli ludzie w mundurach! Fałszywy prysznic dostałeś od nieludzi! Taki ci prysznic zafundować raczyli. Ale ktoś za to zapłaci, oj, zapłaci! A kto? Hitler? On nie żyje. Zapłaciłby, gdyby żył? Nie wiem. A za wodę? Tak, za gaz i wodę…

W kabinach obok zamigotały tymczasem widziadła poharatanych osobników płci męskiej, trochę przypominające zombiaków, ale ty, na szczęście, nie zdołałeś tego zauważyć, więc ci o tym mówię, uświadamiam cię. Niby się to ichniejsze pokiereszowanie jątrzące wyczuwało na kilometr albo i dwa, a jednak, gdy spoglądało się pod światło pełgających halogenów, nie było tam nikogo. Rozumiesz? Nikogo!

Nagle potężna, kosmata, umorusana czymś lepkim łapa pociągnęła cię mocno za ramię i prawie na siłę wydobyła z zaświatów. Tak zwana Opatrzność… Tym razem ręka Boga okazała się mieć ziemskiego właściciela i należeć do Adama, którego szukałeś.

– Stary – mówisz mu – tak się cieszę, że to ty! Opowiedz mi coś, ażebym przestał się bać.

– Lasek Snowaniec. W miejscu, w którym droga łączy się z wąską ścieżką coś na mnie lezie. Myślę sobie: „oho; nie wiem, co to jest, ale dupą kręci fest”. Okazuje się, że zaskoczyłem borsuka. Ja jego, a on mnie. Odszedł bez słowa i żalu, kręcąc zadkiem jak Beyonce. Teraz twoja kolej.

– „Przepraszam, szukam ustronnej drogi, zna pan taką?” – zagajam pewnego turystę. „A co, chcesz się zabić?” – pyta zaintrygowany. „Dziś nie, za ładnie jest”. A on mi na to: „Fajny masz ten pojemnik na gorzałę”. „Ee, to tylko futerał na puzon, pusty na dodatek”.

Ty i Adaś znowu razem! Wspólnie wyskoczyliście na zewnątrz, zziajani, zmasakrowani, zamroczeni. Gaz szczęśliwie pozostał w gazowni, Tauronie i pod prysznicami, tymi pod ziemią (mój Boże, jest taki drogi i mało kaloryczny, o wiele za drogi).

A tymczasem na dziedzińcu trwa właśnie apel. Esesmani prężą się jak indory: wciągnięte i schowane brzuchy, głowy lekko odchylone do tyłu, oczy skierowane ku niebu, czapki założone przepisowo i starannie, mundury schludne jak cholera. Słowem: typowo niemiecki Ordnung. Wszystkim znany jest taki obrazek już choćby z samych filmów: polskich i zagranicznych, dokumentalnych i fabularnych.

Spóźnialscy otrzymują baty: kolbą karabinu w łeb, ale nie za mocno, tak tylko, ku przestrodze pozostałych. Trzeba być punktualnym! Apel to apel, nie jakieś party przy świecach.

Tracisz przytomność i lądujesz na pryczy w jednym z baraków, gdzie śnią ci się muchomory oraz to, jak pewien internauta o nich nawija (to jego pierwszy raz, właśnie wtedy stracił dziewictwo – zagrzybił się):

 

W pracy się okazało, że skończyły się materiały i już o dwunastej byłem wolny. Od razu przez myśl mi przeleciały muchomorki, ale sam jeść nie będę, a kumpel zajęty. Jakiś czas potem dostaję esemesa: Jo ziom, i jak tam, wysuszyły się, bo ja już w domu, i mam na nie ochotę.

Na chacie u kumpla… Rodzice i młodszy brat w pobliżu. Siadamy przed kompa. Trochę muzyczki, gadamy, partyjka w q-trzy. Jedno, drugie spojrzenie.

– Masz te grzyby?

– Mam.

– Wcinamy?

Po zjedzeniu mogą wystąpić nudności – mówię mu o rzeczach, które przeczytałem na hyperrealu i erowidzie. Nie obchodzi nas to! Wchrzaniamy, a potem postanawiamy jechać rowerami do mnie. Do mnie nie dojeżdżamy. Jako że obaj bardzo lubimy kosza, widząc znajomych koszykarzy na boisku podbijamy do nich z chęcią gry dwóch na dwóch. Rozgrzewka i startujemy. Raz i dwa, mecz wygrywamy!

Po jakimś czasie… Dookoła tyle rzeczy, które tylko są, istnieją i zupełnie jakoś nas nie obchodzą, próbujemy na czymś się skupić, ale nic z tego nie wychodzi. A jednak coś przykuwa uwagę, coś, co leży na ławce, ma kulisty kształt, jest małe i mokre. Kumpel dotyka i mówi:

– Co to?

– Nie wiem, mokre jakieś.

O kurwa! To żyje!

Po około dwudziestu minutach:

– O! Już wiem! To jest pestka po brzoskwini!

 

Nagle słyszysz hałas. Ktoś cię budzi. Musisz wstawać. Schnell! Wybuchł bunt. Więźniowie starają się uciec z obozu, a ty – wraz z nimi. Wybiegasz na zewnątrz i lecisz z głównym nurtem uciekinierów w kierunku wyłomu w naszpikowanej kolcami siatce. Po sekundzie znajdujesz się na wolności, ale jej zewu nie poczułeś. Może nigdy nie poczujesz?

Niknąc w mroku, pośrodku lasu widziadeł i w morzu szumiących złowieszczo limb, zauważasz Jagę, tę nawiedzoną, wiejską zielarkę, pamiętasz? Ty spostrzegasz ją, a ona – ciebie, w ciemnościach, a jakże. Stoi i rozmawia z jednym z esesmanów. Stoją razem. To chyba ktoś ważny, bo wygląda groźnie i ma dużo medali oraz oficerskie naramienniki. Nie jest dobrze, skoro Baba zdążyła cię już wyniuchać swym haczykowatym kulfonem. Musi coś do ciebie mieć, gdyż palcem wskazała dokładnie to miejsce, w którym skryłeś się za drzewami. Ale co może mieć? Ona, czarownica o imieniu Jaga, i ci tam, okrutni naziści z obozu, stoją i się naradzają. Wspólnie! Okultyzm, psiakrew, nazistowskie abrakadabra, szwabskie strachy na Lachy – dlaczego mnie to nie dziwi?

Wreszcie esesmani się zorganizowali (są nieźli, szybcy jak nie wiem co). Ty uciekasz z resztą obozowych upiorów, chłopaków z jenieckiej ferajny, ale coś jest nie tak, tak ogólnie.

W jednym z baraków znajdowały się mutanty – efekt nieudanego eksperymentu, jego najbrzydsze, niekochane dzieci, coś a la zombie SS. Ktoś nieopatrznie musiał je stamtąd wypuścić, z zerowej zony. Teraz zaczęły brykać po leśnych ostępach i żywym deptać po piętach. Niewielu tutaj żywych, ale paru by się znalazło, na przykład taki Adaś, którego właśnie… dorwały, a niech to! Ciebie dopadną lada moment, zanim zdążysz cokolwiek pisnąć, możesz być pewny.

I tak oto znalazłeś się na samym przodzie nocnego peletonu. Dlatego też odnosisz wrażenie, że wszyscy cię teraz gonią: żywi, nieżywi, upiory, mary, zombie i esesmani. Po drodze zauważyłeś ambonę, którą już raz dzisiaj mijałeś. To znak, że zmierzasz w dobrym kierunku. Szkoda, że ta leśna konstrukcja przeistoczyła się w okamgnieniu w coś na kształt piernikowej chatki na kurzej łapce. Może to tylko sen? Chyba nie myślisz tego sprawdzać i się tam wdrapywać?

Ot, i koniec, wielki finał, prawda prawd, morał nad morały! Chcesz coś jeszcze dorzucić, zanim kurtyna opadnie? Zrób to, ale bardzo głośno, na tyle, ażeby wszyscy usłyszeli, zaś wypowiedziane słowa weź sobie do serca: „nigdy więcej grzybowych mikstur; jeśli już, to sama gała: maksymalnie pięć orzechów”.

„Jedz maleńka, jedz” by Patryk Bogusz

In Opowiadania on Czerwiec 12, 2019 at 6:00 am

Życie rolnika nie jest łatwe. To naprawdę ciężki kawałek chleba, zwłaszcza, jeśli prócz całego inwentarza typu krowy, świnie, kozy i tym podobne, ma się do wykarmienia jeszcze leniwą, tłustą babę. Co wtedy zrobić? No cóż, trzeba znaleźć sposób. Najlepiej taki, żeby był skuteczny. A żeby był skuteczny, musi być dobry. A żeby był dobry… No dobra, nie ważne. O skutkach kobiecego obżarstwa, parcia na rżnięte szkło i wiejskiej pomysłowości przeczytacie w najnowszym opowiadaniu Patryka Bogusza. Do lektury którego zaprasza Paskud, ekipa Niedobrych Literek i pewnie sam autor, choć nigdy nam tego nie powiedział. Bajo bongo.

Czytaj resztę wpisu »

„Pijak i ja: odyseja” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Czerwiec 1, 2019 at 6:00 am

Maciej Żołnowski to postać nie raz już goszcząca na Niedobrych Literkach i każdy, kto zagląda tu choćby od czasu do czasu, powinien twórczość ów dżentelmena znać. A jak ktoś nie zna, to czeka go solidny wpiernicz od niedobroliterkowego Paskuda. A ten, jak wiadomo wszem i wobec, potrafi być niezwykle wręcz paskudny.

Ale dość tych gróźb i ostrzeżeń. Zapraszamy do zapoznania się z najnowszym tekstem Maćka, w którym autor przestrzega nas przed zbyt, że tak się wyrażę, dosadnym wyśmiewaniem się z lokalnej społeczności meneli. Pozory mogą mylić i nawet zarośnięty, cuchnący emeryt o witalności konającego żółwia może pogonić nam kota. O czym zresztą za moment przeczytacie. Se la wi, czy jak mu tam było…

Czytaj resztę wpisu »

„Zaatakowany przez Holenderkę” by Dariusz Bednarczyk

In Opowiadania, Różne, różniste on Maj 17, 2019 at 6:00 am

niedobreliterkitxtZastanawia Was czasami, do jakich wniosków dojdą przyszli -lodzy (archeolodzy, socjolodzy, etnolodzy, psycholodzy etc.), usiłujący zrozumieć naturę naszych czasów? Ludziom współczesnym niekiedy ciężko się połapać, o co biega globalnie i lokalnie, znać że -logów czeka niemały orzech do zgryzienia. Poniższy zestaw szortów bywałego już na dworze Paskuda Darka Bednarczyka, pozwoli Wam poczuć się trochę jak taki -log. Niewykluczone, że doznacie olśnienia i pojmiecie sens otaczającej nas matni. Albo zrozumiecie istotę związku bydła rogatego z piłką nożną. Wszak są rzeczy na Ziemi i niebie, które nie śniły się filozofom. Jedną z nich niechybnie jest dwór Jednookiego i wysypujące się ze niego literki. Małe, duże i kudłate…

Czytaj resztę wpisu »

„Piękny dzień” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Maj 2, 2019 at 6:00 am

Człowiek, to brzmi dumnie… Chociaż nie w najnowszym opowiadaniu Macieja Żołnowskiego. Przypominamy o nieustannym oddziaływaniu entropii; niektóre przykre tego skutki opisane są poniżej dość szczegółowo. Postrzeganie łazienki lub dywanu, czy domu w ogóle, może się po tejże lekturze radykalnie odmienić.

Pewne jest natomiast to, że Adaś Miauczyński byłby dumny, oj byłby…

Czytaj resztę wpisu »

„Wycieczka do krainy ciszy” by Dariusz Bednarczyk

In Opowiadania on Kwiecień 26, 2019 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDzisiaj mamy dla Was szorta pod tytułem Wycieczka do krainy ciszy. A że tytuł jest zbyt krótki, by ktoś go docenił, to w ramach wiosennej wyprzedaży dorzucamy – oczywiście za darmo, faktura przyjdzie pocztą – dwa kolejne szorty. Łączy je osoba autora – Dariusza Bednarczyka.

Zacznijcie, jak Paskud przykazał, od Wycieczki, a po jej należytej kontemplacji i zaczerpnięciu solidnego łyku wysokogatunkowej, bizarrystycznej ciszy, wpadnijcie odwiedzić Krzyżówkę człowieka i orangutana. A jeśli nadal Wam mało, to spuście się swoje oczy jeszcze niżej, ku krótkiej acz zacznej opowieści o tytule PrzyWódce, nasz Akapit – Znakiem Wolności! Nie sądzimy, byście zrozumieli o co w tym tytule chodzi, nam się to nie udało, ale jest przecież szansa, że sam tekst wszystko wyjaśni.

…prawda? Czytaj resztę wpisu »

„Trusia” by Zbigniew Bierzyński

In Opowiadania on Kwiecień 19, 2019 at 6:00 am

 

Dziś na Niedobrych Literkach trochę poważniej i ponuro. Jeśli przeżywacie cięższe chwile, doradzamy powrót do opowiadania, gdy humory się poprawią. Zbigniew Bierzyński oto przedstawia nam depresyjny obraz pewnego małżeństwa. Dlaczego depresyjny? Ano dlatego, że nie możemy rzec, iż koncept jest absurdalnie oderwany od rzeczywistości, a przecież na dworze Jednookiego głównie groteską i absurdem się zajmujemy. No, ale nie samymi podśmiechujkami człowiek żyje! Spośród czwórki bohaterów tylko jednemu, tytułowemu, bez zastrzeżeń podałoby się rękę (albo łapę). Poza tym pełno tu śmierci, hipokryzji, cholerycznej złości, pedantycznej nerwicy, beznadziei i w ogóle – rozpaczy, które znajdują w końcu ujście w…

Miłej lektury! To znaczy… tak miłej na ile to możliwe!

Czytaj resztę wpisu »