polskie centrum bizarro

Archive for the ‘Opowiadania’ Category

„Krwiożerczy odkurzacz atakuje” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Październik 19, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPewnie niejednemu z nas zdarzyło się wkurzać na urządzenia domowe. A to czajnik się spalił, piekarnik nie zadziałał tak jak trzeba, mikser postanowił się nie włączyć, bądź w maszynce do golenia stępiły się ostrza. Co wtedy robimy? Cóż, ubliżanie zepsutym urządzeniom należy do najłagodniejszych metod wyładowania frustracji, o innych wspominał nie będę, bo strach.

Myślimy wtedy, że to złośliwość rzeczy martwych. Ale czy są one tak naprawdę martwe? Co by było, gdyby jednak okazało się, że mają one duszę i swój wewnętrzny świat? A co gorsza, że są żądne naszej krwi? O tym przeczytacie w opowiadaniu Macieja Żołnowskiego. Niedobre Literki zapraszają (i przestrzegają!).

Czytaj resztę wpisu »

Reklamy

„Platfus i halluksy” by Karol Mitka

In Opowiadania on Wrzesień 28, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtStęskniliście się za imć Doctore i jego przygodami?

Nawet nie ważcie się twierdzić, że nie!

Oto – po długiej (zbyt długiej!) przerwie – przedstawiamy niedobroliterkowym wyjadaczom najnowsze opowiadanie naszego el redaktorre Karola Mitki. Nastawcie się na jazdę bez trzymanki, czarnego jak smocza smoła humoru i wizji, których wasze babcie doświadczały tylko w stanie krańcowego upojenia absyntem. Oto przed państwem… taaaa-dam…

Czytaj resztę wpisu »

„Pivovar – Morskie Oko. Akciová společnost” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Wrzesień 14, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtLato w pełni. Słońce w zenicie. A piwo w lodówce. To chyba dobra okoliczność przyrody by poświęcić łyk czasu na lekturę tekstu, który – nomen omen! – z piwem ma coś wspólnego, chociażby tytularnie. No i jeszcze kusi w języku naszych południowych braci, którzy – jakżeby inaczej – na robieniu doskonałych browarów znają się prawie tak dobrze, jak my na polityce.

W imieniu Macieja Żołnowskiego zapraszamy Was na tekst o tytule przydługim, wiele obiecującym… ale wcale nie lepszym niż zawartość. Poniżej coś dobrego, nie tylko na wakacje czy – dla tej ciut bardziej pechowej części braci studenckiej – kampanię wrześniową! Miłej lektury!

Czytaj resztę wpisu »

„Łabędzie-wampiry…” by Kornel Mikołajczyk i nasi na Kapitularzu

In Opowiadania, Patronat on Sierpień 24, 2018 at 12:35 pm

Dziś (i jutro, i pojutrze, i jeszcze przez wiele, wiele dni) zachęcamy do przeczytania najnowszego opowiadania Kornela Mikołajczyka, pod wielce intrygującym tytułem „Łabędzie-wampiry pożarły mój biurowiec„. Kto zna twórczość Kornela, ten wie, że spod jego klawiatury wychodzą wyłącznie świetne teksty. Nie inaczej jest i tym razem – „Łabędzie-wampiry…” są dziwne, przewrotne i… mądre. Co ciekawe, pierwotnie ten tekst powstał w języku obcym (czytaj: po angielsku) i zdążył się już rozpanoszyć na Bizarro Central. Kto ma zacięcie translatorskie, ten może porównać obie wersje:

Flash Fiction Friday: Vampire Swans Ate My Office Building

Aha, korzystając z okazji, zapraszamy do Łodzi na Kapitularz 2018, gdzie już za dwa tygodnie niedobroliterkowa ekipa (rzeczony Kornel Mikołajczyk, Kazek Kyrcz, Zeter Zelke, Istvan Vizvary i inne potępione duchy) przeprowadzą dwa panele: o groźnych miastach i równie (o ile nie bardziej!) groźnych kobietach.

A poniżej (wreszcie!) obiecane opowiadanie…

Czytaj resztę wpisu »

„Jazda po piorunochronie. Pierwszy rozdział” by Darek Kuchniak i nasi na Sabacie

In Opowiadania, Patronat on Sierpień 14, 2018 at 11:32 am

Już w najbliższy weekend kilku związanych (niekoniecznie cyrografem!) z Niedobrymi Literkami autorów pojawi się na kieleckim konwencie Sabat Fest (scalonego z Jagaconem). Będą to: Kazimierz Kyrcz Jr, Juliusz Wojciechowicz, Marcin Rojek i autor poniższego opowiadania, dla niepoznaki nazwanego pierwszym rozdziałem, Darek Kuchniak.

Bizarrycznie zapraszamy!

 

Jazda po piorunochronie

Rozdział I

 

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem dom, polecony przez najlepszego przyjaciela, nie byłem zachwycony. Drewniana chata pamiętała czasy carskie i wyróżniała się fatalnym staniem technicznym. Dziurawy dach, wypaczone okna i drzwi, zaś o podłodze szkoda gadać. Wartości nieruchomości nie podnosił fakt, iż stała na skraju wsi, a jej bezpośrednie sąsiedztwo stanowiło niewielkie trzęsawisko o nader specyficznym zapachu.

Jedynym człowiekiem, który ukochał to miejsce, był malarz Stefan B. Zarabiał na życie tworząc sceny rodzajowe z nieśmiertelnym jeleniem na rykowisku, ale jego prawdziwym powołaniem był surrealizm. Mieszkał tu od pięciu lat, odkąd wyprowadził się z Warszawy, albowiem atmosfera stolicy nie służyła jego twórczości. Artysta miał czterdzieści pięć lat, mierzył blisko dwa metry, a jego bujna niegdyś czupryna przerzedziła się znacznie.

W przeddzień mojego przyjazdu intensywnie lało, droga do domu stała się błotnista. Na szczęście napęd na cztery koła, którym dysponuje mój wóz, sprawdził się doskonale w trudnych warunkach. Kiedy dotarłem na miejsce, nie zastałem nikogo. Ani śladu żywego ducha. Spenetrowałem dom i najbliższą okolicę, ale bez rezultatu. Zrezygnowany usiadłem na kanapie w salonie. Przez chwilę bawiłem się bezwiednie suwakiem kurtki. Nie miałem najmniejszego pojęcia, co dalej robić. Lodówka była pusta niczym czytelnia w bibliotece gminnej. Sytuację pogarszał fakt, iż miejscowy sklepikarz nie chciał słyszeć o płaceniu kartą kredytową.

Włączyłem telewizor. Amerykański sitcom wprowadził mnie w dobry nastrój.

Przerwa na reklamy. Ziewnięcie, irytująca krosta na tyłku, drapanie, ulga.

Nagle dociera do mnie, że nie jestem sam. Postawny Indianin w garniturze od Gianniego Versace usiadł na parapecie i gapił się na mnie bezczelnie.

– Kim pan jest ? – zapytałem bezwiednie.

– Nazywają mnie Pewien Apacz – odparł. – Stefan jest moim najlepszym przyjacielem i kazał pana przeprosić. Uznał, że rzeczywistość zbyt go uciska i odszedł.

Wbiłem w niego wzrok.

Bredzi, pomyślałem i zacząłem się nerwowo śmiać.

– Co to znaczy, że odszedł?

– Założył plecak, buty. Zaprzągł odpowiednie partie mięśni do roboty i tyle go było widać. Nie mam najmniejszego pojęcia, kiedy wróci.

Odetchnąłem z ulgą. Zyskałem pewność, że pożal się Boże artysta nie stał się, przynajmniej na razie, pokarmem dla dzikich zwierząt. Założyłem nogę na nogę i począłem dumać. Jechać do domu czy do najbliższej knajpy? Co mam do cholery robić?

– Widzę, że jesteś w kropce. Zjedźmy coś i zastanowimy się, co robić dalej – zakomenderował wojownik.

– Bardzo chętnie. Tyle że w domu owym, nie uświadczysz ni grama jadła – odparłem, nie szczędząc ironii.

– Mam na to sposób – oświadczył mój rozmówca i poczułem nagle mrowienie na karku, a po sekundzie siedziałem przy suto zastawionym stole w ogromnym i urządzonym ze smakiem salonie.

Na dębowym blacie znalazły się najlepsze potrawy z całego świata. Nie brakowało także ekskluzywnych alkoholi.

– Musimy pogadać – stwierdziłem natarczywie.

– Świetnie – zgodził się admirator garniturów. – Nawijaj.

– Co to za lokum i jak tu trafiliśmy?

– Najprościej mówiąc, znajdujemy się w chmurze danych. Sferze stworzonej przez ziemskich naukowców w dwudziestym drugim wieku. Ludzie używają tego miejsca nie tylko do archiwizowania plików, ale i do relaksu. Można tu dobrze zjeść, uprawiać niesamowity seks czy przeżyć ponownie przygody z dzieciństwa.

– Aaaa… – wybełkotałem. – Nie miałem zamiaru trzymać fasonu. Sytuacja zupełnie mnie przerosła.

– Coś mi podpowiada, że masz jeszcze wątpliwości – Indianin nie uczynił najmniejszego wysiłku, by ukryć szyderstwo.

Trudno mu się dziwić. Musiałem mieć nadzwyczaj durną minę. Co za dzień! Nabrałem podejrzeń, że tracę rozum, a mój towarzysz utwierdzał mnie tylko w tym przekonaniu. Mam to wszystko w dupie, pomyślałem i usiadłem przy stole. Kolejny kwadrans spędziłem na żywiołowej konsumpcji.

– Wygląda na to, że zaspokoiłeś wreszcie głód – stwierdził Pewien Apacz. – Wypada zatem powiedzieć, czego od ciebie oczekuję.

– A i owszem – burknąłem.

– Mam zamiar, w ciągu najbliższej godziny, dotrzeć do najlepszej knajpy w naszej galaktyce, ale brakuje mi towarzystwa. Płacę dobrze i to w gotówce – usłyszałem, tyle że nie wpłynęło to dobrze na moje samopoczucie.

– Jedyne w czym mogę ci pomóc, to naprawa kranu czy uszczelnienie okna. Jestem, co prawda, bibliotekarzem, jednak nigdy nie zarabiałem zbyt wiele, więc nie gardzę żadną fuchą. Stefan zadzwonił do mnie wczoraj i oznajmił, że przecieka mu zmywarka. A ty wyskakujesz do mnie z zajebistą technologią przyszłości i lotami międzygwiezdnymi.

Wojownik spojrzał na mnie z niesmakiem, po czym zerknął do smartfona.

– Według skanera jesteś obdarzony oryginalnym poczuciem humory. Niestety, Stwórca zapomniał zaopatrzyć cię w jaja.

– Podrażniłeś ambicję samca α tej planety. Pojadę z toby, choćby na koniec galaktyki.

Wojownik nie wyczuł sarkazmu. Po chwili siedzieliśmy w ciasnej kabinie ultranowoczesnego ścigacza i lecieliśmy w niewiadomym kierunku. Rozwój wypadków zaskoczył mnie po raz kolejny. Zwinąłem się niczym embrion na fotelu i modliłem o szybką śmierć. Nagle zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną ciężko oddycha. Odwróciłem się gwałtownie.

– Stefan! – wykrzyknąłem zdumiony.

– Cześć, Darek, miło cię widzieć – odparł malarz. – Widzę, że Pewien Apacz nakłonił cię także do podróży.

– Takim jak on nie sposób odmówić – odparłem. – Co teraz będzie? – zapytałem przejęty.

– Jak to co? Będzie się działo! – rzekł tajemniczo surrealista.

 

*

 

Po kilku godzinach lotu zdobyłem się na odwagę i zapytałem Indianina, a właściwie jego plecy:

– Mogę wiedzieć, gdzie Pan Bóg prowadzi? Pierwszy raz jestem na pozaziemskiej eskapadzie.

– Dowiecie się wszystkiego za kilka godzin.

Nie pozostało mi nic innego jak obserwować sąsiada. A ów spał, jakby nigdy nic. Od czasu do czasu stękał i mruczał coś niezrozumiałego. Dałbym wtedy wiele, by być na jego miejscu. Emocje nie pozwoliły mi zmrużyć oka. Normalny facet mojego pokroju z wyższym humanistycznym wykształceniem skupia się na wychowaniu dzieci, bilansowaniu domowego budżetu czy konstruktywnej krytyce programy telewizyjnego, a nie podróżowaniu w kosmicznej próżni.

Moje rozmyślania przerwał nagły rozbłysk jednego z ekranów.

– Widzę, że wszystko idzie zgodnie z planem. Przygotuj się do lądowania – oznajmił dojrzały czerwonoskóry mężczyzna, ubrany w tradycyjną koszulę wojenną.

– Witaj Szamanie – odparł nasz pilot. – Miło widzieć ponownie twoją starą, pooraną zmarszczkami i wykrzywioną paraliżem gębę.

– Cała przyjemność po mojej stronie – rzekł starszy z wojowników. – Biali doskonale nadają się na rytualną ofiarę. Wykonałeś kawał dobrej roboty.

Muszę przyznać, że przedostanie zdanie zaniepokoiło mnie nie na żarty. Wyobraziłem sobie od razu naszą dwójkę przykutą do męczeńskiego pala i konsumowanych przez krwiożercze potworów przy wtórze rozrywanego mięsa i łamania kości. Musiałem mieć nieciekawą minę, gdyż Pewien Apacz parsknął śmiechem.

– Z czego rżysz? – warknąłem. – Ciekawe jak byś się czuł, gdyby wydarto ci bijące serce tylko po to, by nasycić apetyt prymitywnej bestii.

– Przestań się trząść ze strachu. Staruch cię wkręcił, nie będzie żadnych tortur czy niepożądanej konsumpcji – odparł wojownik. – Powinieneś wyluzować. Bierz przykład z kolegi – śpi słodko niczym niemowlę.

– Na najbliższym postoju kupię mu smoczek i gryzaczek – mruknąłem.

– Świetny pomysł – skwitował Szaman. – A teraz przygotujcie się do lądowania. Spotkamy się za pięć minut w kapitanacie.

Nigdy nie miałem okazji widzieć kosmodromu. Ogrom miejsca przytłoczył mnie i przeraził zarazem. Jedyne co zrobiłem, to rozdziawiłem gębę i gapiłem się na wszystkie cudowności. Stefan natomiast wydawał się niewzruszony. Owszem, rozglądał się ciekawie, ale nie miał wytrzeszczu oczu, a jego żuchwa wraz z górną szczęką spokojnie przeżuwała gumę, zamiast szorować po posadzce na znak szoku.

– Byłeś tu kiedykolwiek? – spytałem podejrzliwie.

– Raz, może dwa – wymamrotał.

– Bujałeś się w kosmosie z szemranym kolesiem i nie pisnąłeś nawet słowa. Dobry z ciebie kumpel – wykrzyknąłem oburzony. – Wypada założyć solidne, podkute buciory i kopnąć cię z całej siły w dupę. Nie odzywaj się do mnie, zdrajco!

– Śmiem twierdzić, iż uznałbyś mnie wtedy za totalnego świra. Nie chciałem trafić do wariatkowa – odparł całkiem trzeźwo malarz.

Musiałem przyznać mu rację.

W trakcie pouczającej konwersacji opuściliśmy ogromną hale przylotów. Pewien Apacz nie brał udziału w rozmowie, ale pilnował, by nasza trójka się nie rozłączyła. Nie było to łatwym zadaniem, gdyż tłok był okrutny niczym w tokijskim metrze. Tysiące Indian podążało do odpowiednich śluz, a dziesiątki ogromnych jednostek floty, czekało cierpliwie na pasażerów, grzejąc silniki. Wyglądało na to, że potomkowie wodza Cochise’a w kompletnej tajemnicy opanowali galaktykę, gdzieś w głębi wszechświata.

W kapitanacie, który okazał się niewielką salą, zaopatrzoną  w ogromną liczbę ekranów i mrugających kontrolek, powitał nas Szaman.

– Miło was widzieć – zagaił gospodarz i wskazał fotele. – Zerknijcie proszę na centralny monitor.

A ty na mój środkowy palec, pomyślałem, ale nie zdobyłem się na odwagę, by to powiedzieć na głos.

– Domyślam się, że planeta stanowi cel wyprawy. Piękna i tajemnicza. Jak zwykle. Znaleźliście ślady życia? – spytał beznamiętnie Pewien Apacz.

– To będzie wasze zadanie – oświadczył starzec. – Pobierzcie sprzęt i zgłoście się do wejścia numer osiem. Załoga statku jest w pełnej gotowości.

Zerwałem się z fotela. Zupełnie spontanicznie. Jakbym stracił kontrolę nad ciałem.

– Stary, to naprawdę, po prostu nie do wiary. Szkoda tylko, że ja, do kurwy nędzy, nie mam zielonego pojęcia o eksploracji planet. Co ja tu robię? – Nagromadzone przez ostatnie godziny napięcie znalazło drogę ucieczki.

Szaman podszedł do mnie i dotknął delikatnie ramienia. Następnie  powiedział łagodnie:

– Przydasz się do czegoś innego. Wszystko w swoim czasie. Przeznaczenia nie sposób oszukać.

Z czachy zaczęło mi intensywnie dymić, ale szybko doszedłem do wniosku, że dyskusja z leciwym dziwakiem nie przyniesie nic konstruktywnego. Wziąłem kilka głębszych oddechów. Odniosły zamierzony skutek i zdołałem się uspokoić. Postanowiłem popłynąć z nurtem wydarzeń. Inna sprawa, iż brakowało jakiejkolwiek alternatywy.

– Jasna sprawa, poczekam ojczulku – odburknąłem. – W razie czego poproszę o pomoc mego jakże dyskretnego przyjaciela. Wszak posiada stosowne doświadczenie.

– Posiada – włączył się do rozmowy Indianin we włoskim garniturze. – I to całkiem sporo.

Tymczasem Stefan skupił się wyłącznie na kontemplowaniu sufitu. Wszystko wskazywało na to, że myślami wybiegał w przyszłość.

Transportowiec „Geronimo” stanowił dumę sił kosmicznych czerwonoskórych. Człowiek przywykły do urządzeń w ziemskiej skali, nie zdoła nigdy przyzwyczaić się do jego wielkości. Kiedy ujrzałem go po raz pierwszy, przyrzekłem sobie, że nie będę wychodził z kabiny. Wizja błądzenia w trzewiach monstrum nie należała do kuszących.

*

Wielu mieszkańców Ziemi chciałoby być na moim miejscu, wznieść ręce i krzyknąć z entuzjazmem: „Jestem panem świata”. Tymczasem ja daleki byłem od entuzjazmu. Rola astronauty kompletnie mi nie odpowiadała.  Jeszcze wczoraj  cieszyłem się, gdy miałem na tyłku czyste gacie, pełną lodówkę i nie musiałem chodzić co miesiąc do wenerologa. Nierzadko podkradałem kanapki koleżankom bibliotekarkom czy wrzucałem granaty dymne do gabinetu kierownika. Tęskniłem do beztroskiego życia. Chłopiec, ukryty w ciele dorosłego mężczyzny, kwilił żałośnie. Zamknięty w stalowym kolosie rozmyślałem o najbliższej przyszłości. Trzeba przyznać, że miałem złe przeczucia. W każdym ze scenariuszy ginąłem zaraz po opuszczeniu statku. Pochłonięty czarnowidztwem nie zauważyłem jak Stefan wszedł do mojej kajuty.  Spojrzałem na niego nieprzytomnie.

– Co jest? – spytał zaniepokojony. – Widzę, że nie służą ci międzygwiezdne wojaże.

– Nic się nie dzieje – skłamałem. – Opowiedz mi lepiej o naszym przewodniku po odległych galaktykach.

– Wyobraźnia Pewnego Apacza nigdy nie należała do cnotliwych. Często podpowiadała mu rzeczy, od których włosy bledną, a ciśnienie skacze niczym brzuch nałogowego konsumenta hamburgerów. Wszystko dlatego, że istota ludzka w samczej postaci, odznacza się częścią mózgu, odziedziczoną po gadach i nie lekceważy spuścizny przodków. Z ewolucją nie wygrasz, ma więcej czasu na wszystko i lepszych adwokatów. Wojownik wyznał mi, że najbardziej ceni sobie ze ssaczej części jestestwa: łaknienie sutka. Przynajmniej ma pewność, że to ludzkie, a nie odziedziczone, choćby po aligatorze. Z drugiej strony, gdyby Indianin posiadał jego skórę, i co jakiś czas ją zrzucał, mógłby szyć gustowne torebki dla wyższych sfer, a uzyskane fundusze wykorzystać do ratowania lisów polarnych. Obawiam się jednak, że to tylko „sen wariata”. W naszym kraju nie wolno się przecież wychylać – nawet w wagonie kolejki podmiejskiej.

Et tu Brute contra me – wymamrotałem. – A teraz bądź tak miły i błyskawicznie opuść pomieszczenie, chyba że wolisz krótszą wersję, którą można streścić jednym słowem – spierdalaj.

Wyszedł bez ociągania, ale jego rubaszny śmiech długo odbijał się echem od metalowych ścian transportowca. Opadłem na łóżko. Po chwili spałem jak zabity. Moje biedne, zmęczone ciało upomniało się o swoje prawa.

Obudziły mnie odgłosy kłótni. Wstałem i poszedłem w kierunku hałasu. Tym sposobem trafiłem do lokum surrealisty. Artysta wymachiwał nerwowo rękami w powietrzu i tarł policzek.

– Wodzu, jesteś zdrowo popaprany – wołał. – Komputer przedstawił właśnie wszelkie dane o tej planecie. Jest kompletnie jałowa. Nie ma sensu na niej lądować.

– Znajdujemy się na orbicie. A ja otrzymałem konkretne rozkazy. Masz godzinę na przygotowanie sprzętu – obstawał przy swoim czerwonoskóry.

– Mam złe przeczucia.

– Jak zawsze.

Kiedy tylko Pewien Apacz oddalił się na znaczącą odległość, rzuciłem Stefanowi pytające spojrzenie.

– Co się gapisz? Zbieraj graty! Wkrótce będziemy eksplorować największą piaskownicę w tej części galaktyki – mruknął kumpel. – Nie zapomnij również o dumie, jaka wypełniać musi serce kosmonauty w każdej sekundzie zaszczytnej misji.0

– Nie wszystko naraz. Przypominam, że mam niewielkie doświadczenie.

Mój rozmówca skrzywił się tylko. Nacisnął przycisk w ścianie. Po chwili w luku windy towarowej zobaczyłem, wszystko co niezbędne do przeżycia nawet na najsurowszym ze światów. Wystarczyło przenieść te cuda na pokład lądownika. Udało mi się z tym uporać w ciągu trzydziestu minut. Dumny ze sprawności, usiadłem na swoim miejscu i w napięciu obserwowałem manewry pilota. Niewiele z tego rozumiałem, ale najważniejszy był efekt końcowy. Wylądowaliśmy bez problemu.

Powierzchnia planety nie zachwyciła. Trudno ją było nazwać inaczej niż ponura i odpychająca. Brakowało roślinności, wszędzie  unosiły się tumany kurzu. Wszechobecna szarość potęgowała niekorzystne wrażenie.

Na szczęście atmosfera zawierała tlen i można było swobodnie oddychać. Wystarczyło założyć maskę przeciwpyłową.

Kiedy tylko założyliśmy obóz, przyszła kolej na rekonesans. Nie musiałem pytać – spakowałem plecak i ruszyłem powoli przez pustynny krajobraz. Wdrapałem się na najbliższą wydmę i z jej wysokości rzuciłem okiem na okolicę. W odległości kilkuset metrów rosło ogromne drzewo. Dech mi zaparło ze zdumienia, albowiem do tej pory sądziłem, iż sekwoje można oglądać wyłącznie na Ziemi.

– Wszystko fajnie, pustynia i piasek – cacy, ale kolos z rodziny cyprysowatych do niczego się nie klei – zameldowałem pozostałym. – Możliwe, że mam omamy, albo dodaliście mi coś fajnego do porannej herbatki.

– To nie są przewidzenia – usłyszałem w słuchawkach głos Pewnego Apacza. – Podejdź bliżej, a sam się przekonasz.

– Może dasz się namówić na zamianę? – zapytałem z nadzieją w głosie. – Nie mam twojej odwagi i doświadczenia. A tym bardziej garnituru.

– Brak tego ostatniego dyskwalifikuje cię znacznie w moich oczach, ale i tak nie zamierzam ruszać się z obozu – odparł wojownik.

Po kwadransie marszu dotarłem do celu. Dotknąłem pnia, licząc, że wydarzy się coś niezwykłego. Nie zawiodłem się.

– Jak się masz, synku? – usłyszałem głos zmarłej dziesięć lat wcześniej babci Marty i poczułem dłoń na ramieniu. – Ugotować ci klusków lanych?

– Cały czas rosnę – odparłem wesoło i pogłaskałem staruszkę po siwych włosach. – Na szczęście nauczyłaś mnie jak o siebie zadbać. Nie brakuję mi niczego.

– A co z moimi wnukami?

– Chłopy jak dęby. Już dawno cię przerosły – rzekłem i spojrzałem jej głęboko w oczy. – Z czym przybywasz z krainy śmierci?

– Stęskniłam się. Nawet nie wiesz jak trudno dostać przepustkę do świata żywych. Na szczęście pomógł mi przystojny i elegancki Indianin.

– A to ci niespodzianka – udałem zdziwienie. – Ciekawe, czego zażądał w zamian?

Nie usłyszałem odpowiedzi. Seniorka wyciągnęła zza pleców koszyk z moimi ulubionymi owocami.

– Kupiłam trochę truskawek – oznajmiła. – Masz, zjedź parę.

Usiedliśmy na ławce, która zmaterializowała się sekundę wcześniej. Bez skrępowania pochłaniałem przysmaki. Cieszyłem się chwilą. Szczególnie w sytuacji, gdy najbliższa przyszłość była wielką niewiadomą.

– Gdybym spytał, gdzie jesteśmy – zagaiłem – pożałowałbym tego?

– To jedna z nielicznych planet, gdzie można się czuć komfortowo w każdej sytuacji. Wyobraź sobie nasze spotkanie na Ziemi. Obawiam się, że trafiłbyś ekspresowo na oddział psychiatryczny.

– Co teraz? – zapytałem, wstając z ławki. – Zapewne masz w zanadrzu kolejne niesamowite atrakcje.

Kiwnęła głową i uśmiechnęła się ciepło. W tej samej chwili zapadł się grunt i naszym oczom ukazał ogromny, ciemny tunel, który ginął w niezbadanych czeluściach planety. W centralnym miejscu podziemnego korytarza pojawiły się ruchome schody.

– Kiedy byłam małą dziewczynką, bałam się wejść na to ustrojstwo – powiedziała babcia. –  Później  nie miałam okazji. Dzieci, dom i ciężka praca – sam rozumiesz.

– Wszystko jasne. Wsiadamy – zakomenderowałem. – Panie przodem.

Ostrożnie stanęliśmy na najbliższym stopniu. Poszukałem jej dłoni. Z głębi wionęło chłodem i wilgocią. Nabieraliśmy prędkości. Ostatnie doświadczenia nauczyły mnie, że nie sensu tracić czasu na spekulacje. Rzeczywistość przerastała i tak najśmielsze oczekiwania.

Nagłe szarpnięcie. Maszyneria nie wydała z siebie żadnego szmeru czy zgrzytu. Udało mi się jakimś cudem utrzymać równowagę. Mrok uniemożliwiał orientację w sytuacji. Nie miałem zielonego pojęcia jak długo podróżujemy. Nabrałem podejrzeń, iż stałem się obiektem podejrzanego eksperymentu i leżę otumaniony narkotykami w piwnicy nielegalnej kliniki. Lecz wtedy rozbłysły światła. Eskalator zatrzymał się natychmiast, choć nie gwałtownie. Rozejrzałem się nerwowo wokół. Stałem na pustym peronie. Mimo elektrycznego oświetlenia widoczność była ograniczona. Wszystko spowijała gęsta mgła. W niedalekiej perspektywie majaczył charakterystyczny budynek. Dworzec kolejowy, pomyślałem i zacząłem iść w jego kierunku.

Nie wiedziałem jednak, co się stało z jedną z najważniejszych kobiet mojego dzieciństwa.

– Nie martw się o Martę. Wróciła do siebie – usłyszałem w słuchawkach głos Pewnego Apacza.

– Odeszła bez pożegnania. Tak się nie robi – powiedziałem z wyrzutem, przekraczając próg gmachu.

– Z biurokracją nie sposób wygrać. Ciesz się tym, co udało mi się załatwić – ofuknął mnie Indianin. – Za kilka minut ogarnie nas burza pisakowa. Wszelka łączność z obozem będzie niemożliwa. Będziesz zdany wyłącznie na siebie.

– Dzięki za info.

Pierwszy raz miałem okazję zwiedzać wnętrze stacji umiejscowionej głęboko pod powierzchnią planety. Ku mojemu zaskoczeniu nie różniła się zbytnio od tych, które znałem. Natychmiast odnalazłem poczekalnię, informację i kasy. Personel w galowych mundurach czekał w pełnej gotowości, by sprostać moim ewentualnym żądaniom. Obsługa składała się w całości z atrakcyjnych blondynek o niesamowitych figurach i obfitych piersiach. Skojarzenie z Playboyem narzucało się samo. Ktoś gmerał bezczelnie w moim mózgu.

A gdzie prawo do intymności?, pomyślałem.

Podszedłem do stosownego okienka, by kupić bilet.

– Poproszę jeden do Zakopanego przez Albuquerque z przesiadką w Słomczynie – zadysponowałem, przekonany, że piękność w granatowym uniformie udzieli mi ostrej reprymendy.

Tymczasem ona wystukała coś na klawiaturze komputera i drukarka wypluła zadrukowany blankiet.

– Wedle życzenia – powiedziała ciepłym głosem kobieta. – Ma pan kwadrans do odjazdu. Proszę zachować ostrożność w trakcie wjazdu pociągu i odsunąć się od krawędzi peronu.

– Proszę mi zaufać w tym względzie – rzuciłem filuternie. – Jestem wielkim fanem przepisów BHP. W niektórych kręgach, związanych z budownictwem, uchodzę nawet za wyrocznię.

– Serdecznie gratuluję. Do odjazdu składu pozostały dwie minuty – oznajmiła urzędowym tonem.

Po chwili leżałem na wygodnym łóżku w wagonie sypialnym. Zanim oddałem się bezwarunkowo w ręce Hypnosa, uszczypnąłem się po raz tysięczny. Niestety, efekt był taki sam, jak poprzednio. Koszmar trwał w najlepsze.

Kilka godzin odpoczynku podziałało na mnie ożywczo. Zaniedbywany intelekt, zaczął upominać się o należne mu miejsce. Zabrałem się za analizowanie wypadków ostatnich dni.

– Te, Winnetou odezwij się. Wiem, że mnie słyszysz – warknąłem do komunikatora.

– Co jest? Miałeś spać do samego Zakopanego – Pewien Apacz był wyraźnie zaskoczony.

– W tym właśnie rzecz. Nie mam najmniejszej ochoty tam jechać. Kiedy Szaman robił wiwisekcję wnętrza mojej czaszki, źle odczytał niektóre fragmenty wspomnień.

– Zadziwiasz mnie.

– Od początku miałeś mnie za głupka.

– Teraz wiem, iż jest inaczej.

– Rychło w czas, łosiu – prychnąłem. – Zostałem potraktowany niczym szczur laboratoryjny.

– Dogadajmy się. Możemy sobie nawzajem pomóc – odparł czerwonoskóry. – Z twoimi zdolnościami przekształcimy każdą galaktykę w rajski ogród.

– Co proponujesz?

– Dostęp do najnowszej technologii, tabun najbardziej zmysłowych lasek i morze gotówki. Dostaniesz tyle szmalu, że stać cię będzie na kupno Himalajów i połowy Tybetu.

– Kuszące, ale bardziej gustuję w Tatrach. Poza tym będę wkrótce bardzo zajęty. Muszę dokonać zemsty na dwóch dżentelmenach. Kto wie, może wzbogacę się o skalp sławnego wojownika.

Indianin rozłączył się natychmiast. Pozostało tylko wdrożyć szatański plan i cieszyć się z nieszczęścia innych.

 

„Sielsko, anielsko, żywiecko” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Sierpień 3, 2018 at 6:00 am

Jest takie powiedzenie: „Koniec języka za przewodnika”. Nie bierzmy go oczywiście dosłownie, bo chodzenie z wywalonym ozorem i kierowanie się ku jego czubkowi nie przyniosłoby nic dobrego. Co najwyżej zapewniłoby nam pobyt w pokoju bez klamek, z gratisowym kaftanem bezpieczeństwa zamiast szlafroka. Niemniej w trakcie podróży, jeśli nie chcemy się zgubić, warto zapytać o drogę. Minus tego rozwiązania jest jeden. Należy starannie wybrać osobę, u której chcemy się doinformować. Inaczej może się to skończyć tak, jak w tekście Macieja Żołnowskiego. A jak? A przeczytajcie sobie.

Czytaj resztę wpisu »

„Trawnik we krwi” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Czerwiec 29, 2018 at 6:00 am

Po raz wtóry w naszych niedobroliterkowych i nieskromnych progach pojawia się opowiadanie Macieja Żołnowskiego. Po raz wtóry, ale na szczęście nie ostatni (podpowiemy Wam po starej znajomości, że w zapasie mamy jeszcze co nieco tegoż Autora). Poniższy tekst ma nie tylko świetny tytuł, ale i tak zwany wsad – czyli całą resztę.

Nawiasem mówiąc, jako że zbliża się pora wakacyjna, niektórzy z Was zapewne wylądują w gospodarstwach agroturystycznych. Zachęcamy wszystkich do lektury, jednak tych planujących wypoczyn w tychże gospodarstwach przestrzegamy – lektura poniższego jest obowiązkowa!

Czytaj resztę wpisu »

„Wieszam psy” by Karol Koziarski

In Opowiadania on Czerwiec 22, 2018 at 6:00 am

Najnowsze opowiadanie, które od dziś wisi na Niedobrych Literkach, nosi wyrazisty tytuł Wieszam psy. Jeśli wydaje wam się, że domyślacie się, o czym traktuje ten tekst, to macie rację – wydaje wam się. Opowiadanie Karola Koziarskiego – choć niedługie – zawiera dużo dobrego (i złego zarazem). Prosim piknie poczytać i przekonać się na własnej skórze.

Wieszam psy

Dlaczego? Ponieważ nazywam się Bob Suthersand, a przekładanie pętli przez włochate łby to moja praca. Kiedy nie drapię się po jajach, czytając stare kryminały – wieszam psy. Kiedy czarny winyl nie hipnotyzuje mnie usypiającymi obrotami i krążącą po pomieszczeni muzyką – tak, wieszam cholerne psy.

Gdybyście kiedyś znajdowali się na południu kraju, w zapyziałym miasteczku Brown Say Soyo, koniecznie musicie odwiedzić starego weterana, grabarza i rozwodnika – mnie, Boba. Popołudnia zazwyczaj spędzam w wiklinowym bujanym fotelu na werandzie, popijając schłodzone tanie piwo i wcinając solone orzeszki. Chata jest drewniana i wybudował ją mój dziad przy drodze krajowej numer sto dwa. Tam mnie znajdziecie. Jeśli jednak nie – jeśli zgubicie się na tym zadupiu, gdzie diabeł mówi dobranoc – mieszkańcy Brown Say Soyo wskażą wam drogę; wszyscy w miasteczku mnie znają. Jestem Bob Suthersand, wieszacz psów.

Tak, szczycę się tym mianem, które – rzecz godna zapamiętania – sam sobie nadałem. Jednak jest ktoś, kto pluł na mój tytuł: pewna osoba rzucała mi kłody pod nogi, jakbym jej czymś zawinił. Czarodziej. Magik w pelerynie i z różdżką w dłoni. Opowiem wam o nim, o tym skurwysynie, który niweczył ćwierć moich planów i denerwował jak diabli, jednak zrobię to później.

Chociaż nigdy nie rozstaję się z pętlą – zawsze ta sama, jedna, miła Catherine – muszę wyznać, że pierwszego kundla nie pozbyłem się w taki sposób, w jaki to robię teraz.

Było lato. Ja, sam, na wiejskiej drodze, wracając ze szkoły – czyli jeszcze gołowąs, który nie wiedział, czego pragnie od życia – myślałem o chorobie, która pokonała moją matkę i złożyła ją do grobu. I która – jak zaraza – kładła cień na życiu ojca. Nie, wcale nie czułem gniewu, jednak w mojej duszy pojawiło się coś nowego: niewypełnione niczym miejsce. Pustka, która z czasem miała się rozrosnąć i pochłonąć wszystkie inne emocje. Przecież miałem tylko osiemnaście lat.

W oddali widziałem farmę Switzgeraldów: zadbany domek, szopę, stodołę, ogrodzenie. Nie musiałem podchodzić bliżej (ale i tak przebiegała tamtędy moja droga), żeby wiedzieć o znajdujących się za stodołą trzech budach, w których – oczywiście – paskudne kundle wygryzały z tyłków pchły. Nie wiem, co mną kierowało, że przelazłem przez rozklekotane ogrodzenie, ale to była najlepsza decyzja w całym moim życiu; tamtego dnia poznałem swoje powołanie.

Czy Switzgeraldowie byli w domu? – tego nie wiem. Pamiętam jedynie, że moje nogi przypominały galaretę, a w sercu miałem więcej strachu od krwi. Przecież stary John „Dziad” Switzgerald zawsze nosił przy sobie Małą Dettę – olbrzymią dwururkę, której odrzut wyrzuciłby w powietrze na dwa metry każdego oprócz samego „Dziada”; stary John był rosłym chłopem. Nie to, co ja; wtedy byłem dosyć mizernym młokosem, chociaż z wiekiem przybyło mi mięśni. Pewnie od wieszania psów i trzymania naprężonej liny, ale kto to wie…

Kiedy znajdowałem się między pomalowanym na popielato domkiem a szopą, jeszcze nie wiedziałem, co chcę zrobić, chociaż – tak myślę – gdzieś w głębi duszy czułem, że poszedłem tam tylko po to, żeby zapierdolić psa.

Traf, nie traf, nie wiem, ale coś chciało, żebym znalazł leżące na skrawku wysuszonej trawy widły. Podniosłem je i wtedy, chyba właśnie wtedy, dotarło do mnie, że rdzewiejące zęby narzędzia powinny znaleźć się w brzuchu któregoś z kundli Switzgeraldów.

Od bud dzieliło mnie jakieś sześć-siedem metrów i pole minowe: czworonogi, zdaje się, nigdy nie były spuszczane z łańcucha, dlatego wypróżniały się tam, gdzie ich micha i posłanie. Jedno z brudnych i śmierdzących stworzeń wylazło z ciemności. Warknęło ostrzegawczo, a po chwili ujadało tak, że mieszkający na drugim krańcu wiochy Blitz Beetman pewnie został wyrwany z popołudniowej sjesty. Nawet nie zdążyłem powiedzieć „cholera”, nim pozostałe sierściuchy dołączyły do szczekającej kupy kości i kudłów. Jeśli Switzgeraldowie rzeczywiście znajdowali się w domu, to – zakładam – byli bardzo opanowanymi ludźmi lub przyzwyczaili się do głośnego trio.

Zanim skończę tę historię – a zrobię to w siedmiu słowach – muszę przyznać, że dopiero tamtego popołudnia pierwszy raz w życiu zaznałem prawdziwej przyjemności, nieporównywalnej z kosztowaniem najlepszych potraw czy nawet nocą z dziewczyną. To mnie nakarmiło; zostałem wypełniony jak wiadro spuszczone do studni. Dlatego, dzięki tym dziesięciu minutom na śmierdzącym podwórku, teraz znacie mnie jako pogromcę psów, a nie farmera z Brown Say Soyo, który pracowałby w upale przez dziesięć godzin dziennie, mając z tego – żeby nie powiedzieć gówno – nic.

Cieszę się z tego, kim się stałem. Jestem dumnym człowiekiem.

A teraz, pozwolicie, dokończę wcześniej rozpoczętą scenkę z mojego życia, jak obiecałem, w siedmiu słowach:

Zabiłem wszystkie trzy psy, przebijając je widłami.

Oto jak się zaczęło.

Mijały dni. Męczyła mnie narastająca chęć zrobienia czegoś złego. Bezlitośnie. I w dzień, i w nocy. I przy stole, i na sraczu. W końcu wpadłem na genialny pomysł: przed domem postawiłem tabliczkę z napisem „Za drobną opłatę zabiję psa”. Niestety – nikt się nie zgłosił. Chodziło o strach przed wyjściem przed szereg? Chcieli tego, ale bali się poprosić? W każdym razie sceptycyzm ogółu nie zdusił mojego wewnętrznego żaru; zacząłem chodzić od domu do domu i pytałem ludzi, czy mogę wnieść do ich żyć nieco zła, trochę plugastwa, poczucia winy. A oni, niech mnie diabli, mówili “tak”. Tak, powieś naszego psa, zapłacimy ci, polecimy sąsiadom. Niektórych trzeba było przekonywać, zachęcać, ale – koniec końców – każdy ulegał i dawał zielone światło na użycie jutowej Catherine. Liny, którą kupiłem w sklepie Cricków za – żarcik – psie pieniądze i z której sam, własnoręcznie, uplotłem wisielczy sznur. Tak jest!

W tym natłoku podłości i ohydztw, kiedy pukam do drzwi i proponuję usługę w zamian za obiad albo niewielkie „co łaska”, ludzie po prostu się poddają. To takie zmęczenie. „Rób, co chcesz, mnie już nic nie obchodzi”. Jak podczas kłótni kochanków: ona i on, wyczerpani kilkugodzinną wrzawą, w końcu odpuszczają, ale nie dlatego że doszli do porozumienia, tylko z powodu wyrzucenia na wierzch całego gnoju, który gromadził się i gromadził, może przez tygodnie, może przez miesiące, może lata. Nie wiem, kurwa, nie wiem, nie jestem jasnowidzem, tak tylko mówię.

Chodzi o to, że oni się zgadzają na zniszczenie własnych żyć i na rozkład moralny, dobrowolnie i czasami nawet z ulgą. Zbyt duży wysiłek, aby powiedzieć „nie”.

I tak to sobie zabijałem psy – spokojnie, owocnie, ciesząc się każdym dniem. Aż do pewnej gwieździstej nocy, kiedy pojawił się on – skurwysyn z trzeciego akapitu. Czarodziej w czarnym, błyszczącym kapeluszu i z różdżką w dłoni. Moja zmora.

Sen nie przychodził, a w klatce w stodole znajdowały się czekające na własną kolej cztery kundle; wyjąłem więc z szuflady Catherine i podreptałem zrobić swoje. Ależ się zdziwiłem, no cholera, świat zawirował, kiedy zobaczyłem psy przeskakujące przez magiczny portal – dziurę w powietrzu z drżącą otoczką w kolorze grejpfruta. Przed magicznym przejściem stał Czarodziej i gapił się na mnie. Bezczelnie, z pogardą i błyskiem zwycięstwa w szmaragdowych oczach. Miał kozią bródkę, a chude jak szkielet ciało przykrywała czarna peleryna.

– Ouu, moje nemezis – usłyszałem. – Szach i…

Nie dokończył, ponieważ cofnął się o krok, a jego ciało zostało wciągnięte przez różowy portal.

Potem, leżąc na łóżku, długo rozmyślałem: twarz rabusia przypominała mi kogoś, ale niech mnie piorun trzaśnie, jeśli wtedy byłem w stanie sobie przypomnieć, o kogo chodzi.

Od tamtej enigmatycznej, trochę surrealnej nocy Czarodziej regularnie podkradał moje „zasoby”. Nie wiem – i nie chcę wiedzieć – co z nimi robił. Chciałem tylko utrzymać te cholerne kundle w stodole. Czatowałem więc po nocach z rewolwerem w dłoni i pragnieniem odwetu na chytrym złodziejaszku.

Nemezis, nemezis, ciągle odtwarzałem te słowa w głowie i rzeczywiście – poczułem się jak największy wróg nocnego gościa. Ja byłem jego górą, a on moją. Kto się pierwszy wespnie i osiągnie szczyt? Byliśmy jak ta dwójka kreskówek: brązowa myszka i popielaty kot, którzy spędzili życie na zatargach. Byliśmy jak inspektor Javert i galernik Jean ValJean. Jak Sherlock Holmes i profesor James Moriarty.

Byliśmy życiowymi wrogami.

Kiedy miałem dwadzieścia trzy lata, zmarł mój ojciec, który – słowo honoru, harcerza i tak dalej – popierał moją działalność zarobkowo-społeczną. Rok później wybuchła wojna, a ja pomaszerowałem na front razem z innymi młodzieńcami i karabinem na ramieniu. Ot, kolejny etap mojego życia. Nic ciekawego.

Powróciwszy w rodzinne strony, miałem jeszcze większą ochotę na… na wiecie co. I znów robiłem swoje. Tym razem z większym zapałem. Tym razem lepiej przygotowany, ponieważ podprowadziłem ze składu w garnizonie trzy granaty. Słodziutkie żeliwne maleństwa, które miały mi pomóc w prywatnej wojnie z Czarodziejem.

Z Czarodziejem, którego twarz kogoś mi przypominała. I to mnie męczyło.

Cztery miesiące po powrocie do domu ożeniłem się.

Poznałem ją w kościele. Możecie nie wierzyć, że taki typ jak ja chodzi na niedzielne msze, ale tak właśnie było – ja i ona, w tej samej ławce, oboje sobą zauroczeni. Miała na imię Anna, uroczy uśmiech i cudowne niebieskie oczy. W Brown Say Soyo nie widziałem piękniejszej dziewczyny. Poza tym akceptowała to, co robię. Ale… niestety – oleju w jej głowie ni kucharz, ni mechanik nie znalazłby kropli.

Na świecie było coraz mniej psów; musiałem kupić starego forda i jeździć w sąsiednie miejscowości, żeby starczyło na chleb i podatki. Pamiętam, jak z Red Wing Ohmayo przywiozłem sześć tłustych jak świnie kundli. Chociaż na dłoniach miałem zrogowaciałą skórę, na linie zauważyłem krew – tak ciężkie były te bydlęta. Przy czwartym musiałem odpocząć. Może dlatego, że w radiu Paul McCartney śpiewał Let it be, nie usłyszałem – tak, tak, dobrze kombinujecie – zwinnego jak wąż Czarodzieja. Psy były już po drugiej stronie portalu, złodziej jeszcze nie. Na każdy rzucony przeze mnie granat przypadał jeden portal, który pochłaniał ananaska. Nie wiem, cholera, nie wiem, gdzie on je przenosił – może na Antarktydę, może na dno morza – ale robił to z taką łatwością, że straciłem całą wiarę w swe przedsięwzięcie. Machnięcie różdżką i pyk – nie ma granatu. Pyk – nie ma sierściuchów. Pyk – nie ma Czarodzieja. Jestem tylko ja i gwiazdy nade mną.

Tylko ja? A co z młodą małżonką, która przecież była i piękna, i wyrozumiała?

A to, że opowiedziałem jej o Czarodzieju, który mi się naprzykrzał. Dwa miesiące później spakowała walizki, przerzuciła je przez portal i uciekła z moim nemezis. Głupia. Jak do tego doszło? Cholera wie! Musiał ją zauroczyć szatańskimi sztuczkami, kiedy ładowałem kundle do forda podczas jednej z moich wypraw. Nic nie mogłem zrobić. Dosłownie. Patrzyłem na całą sytuację sparaliżowany – młynek różdżką i pyk!, nie mogę się ruszyć. Zachodzę w głowę – ten parszywy złodziej to potężny gość – dlaczego mnie nie zabił? Może dobro nigdy nie pokona zła?

Rok później ona i on założyli małe schronisko. O ironio! – dla psów. Kolejne dziesięć lat później byli właścicielami największej sieci schronisk dla zwierząt na świecie.

Czarodziej triumfował. Jak sam rzekł: Ouu, moje nemezis. Szach i… Mat nigdy nie nadszedł, ponieważ nigdy nie zostałem dobity. Owszem, nadal wieszam psy, ale to nie to samo, kiedy połowa zleceń znika za różowym portalem. Nadal też walczę. Raz wpadłem na naprawdę, że tak pozwolę sobie zażartować, wybuchowy pomysł, który polegał na rozpieprzeniu siedziby magika. Otóż, wyobraźcie sobie, przykleiłem każdemu kundlowi laskę dynamitu. Pod brzuch. Zapalniki były zdalnie sterowane, a przełącznik dzierżyłem ja – ukryty, z zadziornym uśmieszkiem na twarzy. Obserwowałem, jak Czarodziej przerzucał psy przez portal, a kiedy już znalazły się po drugiej stronie: klik. I bum! Wielkie, głośne, potężne. Wtedy robiąca pyk różdżka nie pomogła. Klik versus pyk. Klik wygrywa przez nokaut!

Bitew, zasadzek, dywersji i tak dalej było jeszcze wiele, jednak nie zamierzam o nich opowiadać; szkoda czasu. Co ja, kurwa, nie mam co robić? Powiem tylko, że obydwaj ponosiliśmy sromotne porażki i odnosiliśmy cudowne zwycięstwa.

Po latach nająłem ludzi do pomocy, żeby przywozili do mojej stodoły zwierzęta z całego świata. To już nie był biznes jednego człowieka. Założyłem rzeźnię.

Nie zostało mi wiele do zdradzenia; właściwie tylko puenta tej historii.

Po latach nieznośny znak zapytania, który krążył między moim sercem i mózgiem, urósł do takich rozmiarów, że musiałem coś zrobić. Napisałem krótki liścik do Anny z tylko jednym, jedynym słowem: Dlaczego? Następnym razem, kiedy Czarodziej zawitał do stodoły, po prostu do niego podszedłem i podałem karteczkę.

– To dla Anny – powiedziałem, patrząc na tę piekielnie znajomą twarz.

– Si.

Ukłonił się, zabrał psy, zniknął.

Po dwóch dniach stresu i niespokojnych „spacerów” po domu otrzymałem odpowiedź – długi, ręcznie napisany list.

 

Kochany Bobie,

wybacz, proszę, wybacz, że Cię porzuciłam. Kocham Cię i nigdy nie przestałam kochać, ale mając do wyboru dwie wersje Ciebie, wybrałam tę o dobrym sercu, tę, która nie wiesza psów, tylko je ratuje. John – tak nazywa się mężczyzna, z którym odeszłam i który tak bardzo napsuł Ci nerwów – a dokładniej John Suthersand, to dobry mężczyzna, dba o mnie i co najważniejsze – przypomina mi faceta, w którym zabujałam się na niedzielnej mszy w kościele. John przypomina mi Ciebie. Jesteście jak jeden byt, ale rozdarty na dwie części. Dobro i Zło.

Pamiętasz? Czasami, kiedy leżeliśmy w łóżku, opowiadałeś mi o złodzieju, którego twarz kogoś ci przypomina. Rozumiesz już? Nie jesteście jak Javert i Jean ValJean. Jesteście jak doktor Jekyll i Mr. Hyde. Tylko że nie w jednym ciele, a w dwóch. On chudy, blady i z kozią bródką. Ty z brzuszkiem i czerwonym nosem. On ratuje zwierzęta, Ty je uśmiercasz.

Bob, mam wyrzuty sumienia, że Cię opuściłam. Mam wyrzuty, ponieważ to nie Twoja wina, że stałeś się takim człowiekiem, jakim jesteś teraz. Pewnego razu John wyznał mi, jak to się stało, że istnieje wasza dwójka, a nie jeden człowiek, będący sumą życiowych doświadczeń. Opowiedział mi historię o mężczyźnie, który nauczył się czarów, a potem użył ich, aby wyrzucić z siebie całą toksyczność; nie chciał być jak wszyscy ludzie – z moralnymi dylematami, poczuciem winy i ciągłą świadomością, że wybrane drogi mogą okazać się niewłaściwe. Miał możliwość zmienienia swej osobowości za pomocą czarów. Magiczna sztuczka. Abrakadabra. Tyle że proces nie przebiegł tak, jak należy. John machnął różdżką, jednak wbrew oczekiwaniom nie zgładził gorszego ja. Wydobył je z siebie.

Tak powstałeś Ty, Bobie. Miałeś osiemnaście lat, wspomnienia Johna i jego wygląd (potem obydwaj zaczęliście się zmieniać; on schudł i zapuścił brodę, natomiast Ty przytyłeś). John wyrzucił Cię na środku wiejskiej drogi. Chwilę później znalazłeś się na farmie Switzgeraldów i zabiłeś trzy niewinne pieski.

Zająłeś jego miejsce, natomiast mój przyszły mąż udał się na zachód, do miasta.

Resztę znasz.

John i Bob. Schronisko i rzeźnia. Dobro i Zło.

To nie tak miało być…

Kocham Cię, Bob.

I przepraszam.

 

Twoja ukochana,

Anna

 

Wiedziałem, że skądś znam skurwiela w kapeluszu, ale – jasny gwint – taka historia… Możecie sobie żartować ze starego dziada, który uwierzył puszczalskiej dziewce; nie obchodzi mnie to. Te słowa były szczere i wiem, że jestem gównem, które wyleciało z dupy Czarodzieja.

I kocham to.

Uwielbiam być zarazą, wojną, głodem i śmiercią. Grzechem, który puka do drzwi.

Pamiętajcie: nawet jeśli zło jest wszechobecne i natarczywe, to nie usprawiedliwia to opuszczenia gardy. Ale ja nie narzekam; przecież to ja jestem tym złem, pokusą, diabłem, Bobem Suthersandem z Brown Say Soyo, który wiesza psy. Jestem jak te wszystkie złe rzeczy. Złe rzeczy, które szkodzą, psują i za które – niewiarygodne – nadal trzeba płacić, mimo tego, że niszczą życia. Pistolet, ociekający tłuszczem fast food, praca od rana do nocy, Bob Suthersand, co za różnica? Wszystko to samo… Niszczy i w jakiś dziwny sposób cieszy.

Tak więc pamiętajcie: gdziekolwiek się znajdziecie, ja tam będę. Zabiję wasze psy, powieszę je na mojej Catherine, a wy, jak Boga kocham, będziecie mi wdzięczni i poprosicie o więcej.

 

„Misja Stefana” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Czerwiec 1, 2018 at 6:00 am

Stało się. Podpora naszego pandemonicznego portalu (możecie za jego pomocą przemieścić się, gdzie dusza zapragnie – pod warunkiem jednakowoż, że takową posiadacie), czyli Zeter Zelke we własnej osobie, sprokurowała nowiutkie, świeżutkie, aczkolwiek niekoniecznie pięknie pachnące opowiadanie.

– Niepachnące? A czemuż to? – spyta ten i ów.

– A przeczytać nie łaska -odpowie Paskud.

I będzie miał rację… Zapraszamy więc do lektury. Q chwale!

Misja Stefana albo: O człowieku, który ratował bąki

Ludzie uwielbiają dzielić swych bliźnich. Cecha to nie tylko przywódców, lecz większości plebejuszy. Ludzie więc dzielą się na takich i owakich, jak i na tych z misją oraz takich bez niej. Oto jest historia jednego człeka, co należał do tych, którzy misję mieli.

 

Cztery szare, czteropiętrowe bloki mieszkalne otaczały osiedlowy plac zabaw już dobre pięćdziesiąt lat. Wszystko pomiędzy się zmieniło: huśtawki odnowiono, ławki odmalowano, zieleń przesadzono dwa razy, piasek w piaskownicy wymieniono z trzydzieści, nawet popękane, wypaczone płytki chodnikowe ustąpiły gustownej kostce. Okolica zrobiła się czystsza, ładniejsza, barwniejsza… i zamknięta w kręgu posępnych bloczysk, jakich nikt nie raczył zmodernizować, czy choćby przemalować. Ale to nie jest ważne. Przed kilkoma laty jedno z mieszkań w tych smutnych konstrukcjach zajmował człowiek o dobrym sercu i słabej głowie, a na imię mu było Stefan.

Stefan zwykł wstawać o szóstej nad ranem bez względu na dzień tygodnia. Pracował na poczcie, wydawał przesyłki, przyjmował przesyłki, stemplował znaczki i sprzedawał pocztówki. Praca nie była trudna i zwykłemu śmiertelnikowi znudziłaby się po miesiącu. Ale imć Stefan nie był zwykłym śmiertelnikiem. Miał misję. A jeśli ma się misję, żaden dzień w nudnej pracy nie wydaje się stracony, bowiem każdą wolną chwilę można poświęcić rozmyślaniom o przeznaczeniu. Stefan kochał życie, toteż rozważał opcje, snuł plany, wszystko po to, by móc praktykować to, do czego został powołany – do ocalania ludzkich dusz.

Trzeba nadmienić, że Stefan był doskonałym przykładem na to, jak dokumentnie natura potrafi spieprzyć sprawę. Ludzi o dobrych sercach, silnej motywacji i niewyczerpanej energii było jak na lekarstwo. Można czasem odnieść wrażenie, że świat zamieszkują głównie kanalie, psychopaci i wredne sukinsyny, gotowe ożenić bliźniego z kosą za pięć złotych. Chciałoby się zakrzyknąć: „Bóg jeden wie, jak bardzo potrzebujemy osób szlachetnego serca!”. Stefan był sceptykiem, więc liczył tylko na siebie i swoją pomysłowość. Miał jednak nie po kolei w głowie i beznadziejnie ukierunkował rozpierającą go miłość do świata.

Stefan wierzył mianowicie, że każde żywe stworzenie na Ziemi ma duszę, która pozwala mu po śmierci przetrwać w innej formie. Domem dla duszy było wnętrze, ale owa nie mogła w nim siedzieć bez końca. Musiała oddzielać się od ciała i ulatywać w eter, gdzie rozpoczynała proces gromadzenia samej siebie, aby wstąpić kompletna w nowe ciało, gdy czas się dopełni. Od ciała odrywała się porcjami.

Widzicie, dla Stefana miało to sens, bo bezgranicznie kochał życie. Każde życie: ludzkie życie, kocie życie, psie życie, gadzie życie. U każdej żywej istoty od czasu do czasu coś uchodziło z organizmu. Na przykład gazy. A ponieważ dusza ponoć była lekka, eteryczna, Stefan po prostu powiązał fakty. Był kontent jak długo ludzie pierdzieli swobodnie, ale gdy tylko zauważył, że ktoś ma zaparcia, albo – co gorsza! – intencjonalnie wstrzymuje, bo niby się wstydzi, serce w nim pękało i rósł bunt.

Problem – jak zwykle – stanowili tylko ludzie z tym ich głupim poczuciem przyzwoitości. Zwierzaki po prostu robiły co swoje. Fragmenty ich pięknych dusz ulatywały w eter z każdym bąkiem, czy każdym stolcem, któremu jakiś tam wybuszek gazu zawsze towarzyszył. Jedynie człowiek potrafił umyślnie wstrzymywać i to doprowadzało Stefana do szewskiej pasji. Ludzkie dusze były zagrożone! Zagrożone przez fałszywe poczucie przyzwoitości, przez zaprzeczenie – czasem śmierdzącej – ale jednak: ludzkiej natury! Przez tego rodzaju farmazony dusze nie mogły oddzielić się od ciała, udać w eter i tam akumulować. A Stefan tak bardzo kochał bliźnich. Więc zdecydował, że jeśli zauważy choćby ślad aktu autodestrukcji, nigdy nie cofnie się przed niczym, by uratować czyjegoś bąka; by wyrwać go z upartych trzewi i oddać niebu, gdzie jego miejsce.

Chociaż jego pierwsze misje zakończyły się spektakularnymi klapami, nigdy nie podcięło mu to skrzydeł i tylko natchnęło. Zaczęło się wiele lat temu, gdy miał raptem dwadzieścia parę lat i przeżywał swoje pierwsze miłosne uniesienia. Stefan był przystojny jak diabli, elokwentny, bystry (na pierwszy rzut oka) i – rzecz jasna – opiekuńczy. Lecz w momencie, gdy tylko wykazywał cień zainteresowania spawami gastrycznymi, partnerki robiły się płochliwe albo wredne. W szczególności taka jedna. Na imię jej było Malwina, a zbrodnia jakiej dokonała, na długi czas zdominowała jego sny.

Po pół roku wzajemnych spotkań i „chodzenia ze sobą”, Stefan czuł, że Malwinie mógłby powierzyć każdy sekret, tak dobrze się rozumieli. Malwina była trochę świrnięta, zbierała komiksy i czytała książki o dziwnych treściach. Była też bardzo wierzącą katoliczką, jaka wciąż odnajdywała samą siebie, jaka szukała swojego miejsca w świecie. Stefan tolerował to, bo kochał bliźnich takimi jacy byli. Pewnej nocy, w zarośniętym, zapomnianym sadzie, gdy popijali wino i spoglądali w rozgwieżdżone niebo, gadając o niczym, Malwina powierzyła mu swój sekret:

– Jestem flatufilką – wypaliła, a w jej oczach wezbrały łzy, jakby obawiała się, że zostanie wyśmiana.

Stefan przyjął te słowa w milczeniu. Przygarnął dziewczynę ramieniem i przytulił. W tym momencie wydawało się, że szczęście nie mogło uśmiechnąć się do niego szerzej. Nie dość, że miał misję, to na domiar tego miłość jego życia doznawała spełnienia tylko wtedy, gdy ktoś uwalniał fragmenty swej duszy na jej piękną twarz. Przez następne dwa tygodnie oboje niemal się nie rozstawali: Malwina szczęśliwa, że znalazła kogoś, kto nie tylko tolerował, lecz wręcz pochwalał jej wstydliwą parafilię; Stefan – bo miał pewność, że przynajmniej dusza jego największej miłości bezpiecznie opuści ciało. Aż pewnej nocy stało się to: Malwina spaliła bąka. Najadła się wcześniej grochu, by mieć potężniejsze gazy. Wypili do niego dość dużo białego wina. Dziewczyna w szampańskim nastroju w pewnym momencie ściągnęła spodnie, zsunęła majtki, wypięła się na płonącą świecę i wypuściła wiatr.

Mało powiedzieć, że Stefan był zdruzgotany. Nigdy, aż do tej pory, nawet do głowy mu nie przyszło, że można dokonać takiego aktu wandalizmu na własnej nieśmiertelności. W pierwszym odruchu zaniemówił. Usiłował gorączkowo rozstrzygnąć, czy ten fragment duszy został bezpowrotnie stracony i jaki będzie jej los, gdy ciało Malwiny wreszcie się podda. Gdzieś tam, w głębi serca, miał nadzieję, że nawet długo wstrzymywane gazy w końcu jakoś tam ujdą. Ale ta porcja została spalona! Spalona, do diabła! I co teraz?! Stefan zawył jak ranne zwierzę i mamrocząc niezrozumiałe dla Malwiny: „Stracona, stracona!” – wypadł z jej mieszkania, jakby ścigało go stado biesów.

Po tym wydarzeniu wziął urlop i siedział w ciemności swojego mieszkania w szarym blokowisku bity miesiąc. Do głowy przychodziły mu różne wariactwa. Rozważał nawet poświęcenie poprzez napierdzenie do słoiczka i wtłoczenie własnego bąka do kiszki Malwiny, lecz koniec końców zaniechał: nie da się oszukać czyjejś duszy, a poświęcenie własnej na rzecz innej to zbrodnia na samym sobie. Zbrodnia to zbrodnia. Zrozpaczony, mógł mieć tylko nadzieję, że nawet fragmentaryczna dusza Malwiny się odrodzi: może będzie jej brakować oka albo ucha, może będzie zdeformowana, ale na pewno spalenie bąka nie mogło przekreślać wieczności!

Zapytacie: a co z Malwiną? Dziewczynie jakby łuski miłości z oczu spadły. Dostrzegła, że jej wybranek był dziwakiem, bowiem ona sama była dziwaczką. W chwilach udręki i słabości znajdowała pocieszenie w Kościele, a gdy ksiądz proboszcz zanotował, że gorliwa wprawdzie dziewczyna ostatnimi czasy praktycznie zamieszkała w świątyni, zaproponował jej spowiedź. A była to spowiedź jej życia. Malwina poczuła się oczyszczona i naprostowana, a flatufilia z perspektywy minionych dni wydała jej się dziecinną głupawką, ot! – takim zaćmieniem młodzieńczym, doświadczeniem jakie uczy, czym jest wstyd. Proboszcz, jako cierpliwy i dobry człowiek (i zdrowy psychicznie, czego o naszym bohaterze powiedzieć nie można), wyprostował krzywiznę jej dróg, lecz sam zatroskał się, albowiem – jakby nie było – wariat wciąż łaził na wolności. Mógł tylko modlić się do Boga, że wariat to był nieszkodliwy.

I jeśli się modlił, to nie wymodlił. Oto bowiem Stefan wpadł na genialny pomysł, z jego punktu widzenia: anielsko dobry, a z perspektywy proboszcza i Malwiny, jak i całego zdroworozsądkowego świata: szatańsko bestialski. Stefan pamiętał ze szkoły i Mad Maxa, że na gazy jelitowe składał się między innymi metan. Toteż – myślał sobie – jakby przemocą metan w kiszki wtłoczyć, czyżby ubytek w duszy nie został uzupełniony? Genialne! Ponieważ potrzeba matką wynalazków, a gorliwość pośpiechu, w krótkim czasie skonstruował pompę metanową z wejściem wdupnym, umożliwiającą wpompowanie gazu do jelit. Trzeba w tym miejscu podkreślić, że Stefan był nadgorliwy, nadto nie był naukowcem, lecz zwykłym świrem, dla którego: kompresor + ludzki otwór = brak złych skojarzeń. Gdy ustrojstwo, jakie w wyobraźni swej spaczonej nazwał „ratownikiem dusz”, było już gotowe, zarzucił je sobie na plecy i ruszył do parafii, w której wiedział, że znajdzie Malwinę.

Oto tam była: spokojna, pogrążona w modlitwie, bezduszna, a przynajmniej bez duszy fragmentu. Ale Stefan miał na to lekarstwo. Grzecznie odczekał, aż jego największa miłość skończy rozmawiać ze Stwórcą i opuści świątynię. Lecz nie on jeden czekał. Ksiądz proboszcz, który znał życie i którego przeczucie nie myliło, obserwował go z okna zakrystii. Gdy zobaczył dwie butle metanu na jego plecach i gumowego węża, zabrał tłuczek do mięsa, którym zwykł rozbijać orzechy laskowe, przeżegnał się, poprosił Boga o przebaczenie i ruszył na pomoc. Po drodze nakazał napotkanemu ministrantowi wezwać policję.

Tymczasem Stefan już ganiał za Malwiną po trawniku przed świątynią, płoszył gołębie i gorszył ludzi. Malwina krzyczała, a gorące łzy spływały z jej oczu na policzki. Obraz miała zamazany, lecz widziała syczącego, gumowego węża w ręku swojego byłego, który z szalejem w oczach i z dwoma butlami na plecach biegał za nią, wołając: „Uratuję twą duszę! Tylko się wypnij! Uratuję twą duszę! Czego wrzeszczysz, głupia! To wszystko dla twojego dobra!”. Dziewczę potknęło się o polny kamień i z krótkim krzykiem przerażenia upadło na trawę. Stefan wnet wyrósł nad nią, posykując wężem, odkręcił jakiś zawór przy butli i aż się zachłysnęli oboje, gdy buchnęło metanowym cuchem. Stefan śmiał się z radości, próbując odwrócić Malwinę na brzuch i zadrzeć jej kiecę, a ta broniła się rękami i nogami, jednocześnie usiłując nie rzygnąć od smrodliwego gazu. Aż tu coś głucho zabrzmiało, Stefan zwiotczał i opadł na dziewczynę. Nad nimi górował ksiądz pobladły, z drżącą wargą, z tłuczkiem w ręce.

Przyjechała policja i karetka pogotowia. Ksiądz i Malwina dostali po środku uspokajającym, zaś Stefan dożywotni nakaz pobytu w zamkniętym ośrodku dla umysłowo chorych.

No, ale co mają z tym wspólnego wspomniane na początku, zapomniane, nieodnawiane od lat bloczyska, zamykające w swoim zaklętym kręgu wcale ładnie odnowione osiedle? Ano mówią lokatorzy, że z mieszkania, które należało do Stefana, co sobota uchodzi jakiś smród. Właściwie nie jakiś, a konkretny swąd – metanu. Sąsiedzi po wielokroć zgłaszali awarie i za każdym razem pogotowie osiedlowe sprawdzało mieszkanie, by nic nie znaleźć. Obecnie administracja pewnie zignorowałaby każde wezwanie do tego miejsca, nawet gdyby się tam naprawdę paliło. Bo cóż, że wszyscy czują smród, gdy nikt nie potrafi wskazać jego źródła! Może oprócz tych, którzy pamiętali o Stefanie i jego misji.

Bo misja potrafi przeżyć samego misjonarza. Niektóre idee żyją i roztaczają swąd nawet wtedy, gdy ich twórca od dawna podgryza rzemyki w kaftanie bezpieczeństwa albo gryzie ziemię.