polskie centrum bizarro

Archive for the ‘Opowiadania’ Category

„Czarne Skarpetki” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Luty 4, 2019 at 6:00 am

Dzisiaj będzie o wielu rzeczach. O chodzieniu. O myśleniu magicznym. O silnych przekonaniach i co z tego wynika. O tym, czy jogging faktycznie jest zdrowy. O sąsiadach. O pierwszych objawach paranoi. A może po prostu o skarpetkach, które można potraktować jako kwantyfikator ogólny dla garderoby o specjalnych właściwościach. Maciej Żołnowski po raz kolejny udzieli nam w języku kwiecistym symbolicznej opowieści tylko z pozoru dziwnej treści. Jak wiele lotnej myśli może zawierać opowiadanie tak niedługie, przekonacie się poniżej. Nic nie jest pewne, oprócz tego: skarpetki już nigdy więcej nie będą takie same!

Czarne skarpetki

Mam pecha albo i nie – w zależności od tego, jakiego koloru są moje skarpetki. Wytłumaczę to dokładniej. Czarne oznaczają brak szczęścia, różnobarwne – większy lub mniejszy uśmiech losu. Dziś lekkomyślnie założyłem te pechowe, te cholerne. Przez cały dzień nic złego się nie działo, ale – do czasu!

Podczas wieczornego truchtu po zaułkach Czarnego Lasu, w możliwie najbardziej oddalonym od cywilizacji zakątku mojego miasta, zorientowałem się nagle, że ktoś lub coś za mną gna. Dotarła do mych uszu odrażająca fala sapania, pochrapywania, pomlaskiwania, a nawet coś w rodzaju parskania czerkieskiego rumaka w pełnym galopie. Bojąc się to sprawdzić, w myśl zasady „nie oglądaj się, bracie, za siebie, jeśli nie musisz”, zdołałem jedynie przyśpieszyć. Uff! Przez jakiś czas zachowywałem bezpieczny dystans, ale kiedy minąłem jedyną, a na dodatek niepewnie pełgającą latarenkę – wszystko się zmieniło na moją niekorzyść. Lampa zaczęła rzucać cień, czarny i wredny, który zdawał się rosnąć z każdą chwilą w miarę oddalania się od źródła światła, a obraz intruza nabierał coraz bardziej realnych i demonicznych kształtów – i to nie tylko w mej wyobraźni. Pędziłem ile wlezie i prawie już wypluwałem płuca, gdy nagle kroki za moimi plecami zupełnie ucichły. Przystanąłem, odczekałem chwilkę, zebrałem się w sobie i w końcu obejrzałem za siebie. A tam nie było już nikogo ani niczego prócz wieczornych mgieł. Kontynuowałem następnie trening w bardziej bezpiecznej – jak mi się wtedy zdawało – części lasu.

Wtem na horyzoncie ujrzałem niewyraźną poświatę. Był to odwrócony sierp księżyca. Na jego tle zamigotała znajoma sylwetka młodego mężczyzny z pochyloną głową, około dwudziestki, trzydziestki (czterdziestki?), maszerującego naprzód i poruszającego rękoma (trzymanymi razem i blisko tułowia), raz na lewo, a raz na prawo, raz na lewo, a raz na prawo.

Jezus Maria! Zombie! – pisnąłem przez zaciśnięte zęby.

Zzzzzzz – odpowiedział mi puchacz tak efektownie, że aż mnie normalnie zmroziło.

Zzześć! – odezwała się zzznienacka tajemnicza postać. – Nie poznajesz zzząsiada zzzpod zzzwójki? To ja, Marian Zzząbek.

Zzzzzzz – odpowiedział puchacz Marianowi i zrobił to powtórnie efektownie i zjawiskowo. W ten sposób zmroziło mnie po raz drugi i jakby mocniej, można powiedzieć dotkliwiej albo chłodniej.

Zzzajętyś jest? A ja se ćwiczę zzzwyczajnie chód-marszobieg. 

Ćwiczył se zwyczajnie chód-marszobieg, rozumiecie? Czub zwyczajny postępujący i cymbał złośliwy kroczący-majaczący! Ludzie tak teraz ćwiczą, trzymając łapki złączone, główki zaś pochylone. No co, nie wiedzieliście? Do parków i Czarnych Lasów nie chodzicie? I wyglądają przy tym jak emerytowani kosmici – eks-admirałowie obcych flotylli.

Ugryzłem się w język. Widocznie jego nazwisko tak na mnie podziałało, poraziło mnie i wściekle pogryzło (niektóre nazwiska powinny nosić kaganiec). Marian zauważył moje zmieszanie i chciał coś jeszcze powiedzieć, zzzagadać znaczy się, ale nie zdążył. Było mi tak straszliwie głupio, że zabrałem się z powrotem do domu, po prostu i bez słowa.

Wcześniej zdążyłem obiecać sobie w duchu, że już nigdy, przenigdy nie założę tych plugawych, nadszarpniętych zzzębem czasu i na dodatek jeszcze dziurawych skarpetek koloru smoliście czarnego z czarnymi plamkami – pozostałością po soku z czarnej porzeczki ze spiżarni cioteńki Gertrudy Zmory ze wsi Zaraza, zzzzzz… Nawiasem mówiąc: zdaje się, że to gdzieś na Podkarpaciu, no nie? Ale głowy nie daję; oj, głowy nie daję.

Reklamy

„Fajkers i magiczny terminal” by Grzegorz Michałowski

In Opowiadania on Styczeń 10, 2019 at 6:00 am

Zbyt rzadko na naszym bizzarowym poletku pojawia się postać równie barwna, co tytułowy Fajkers z opowiadania Grzegorza Michałowskiego. Z pewnością pamiętacie Pewnego Apacza, który zapewne jeszcze kiedyś zajedzie do nas na swym wypasionym mustangu. Fajkers jest zupełnie inny, mocno zakotwiczony we współczesności, pop, kontr i kulturze, a także w technologicznych gadżetach, aczkolwiek nie można mu odmówić pewnej technicznej fantazji. O tym jednak warto przekonać się naocznie, czytając literki pod spodem…

Fajkers i magiczny terminal

Był początek listopada. Fajkers chciał rozpocząć dzień standardowo – od ciepłego piwa kraftowego. W całym domu znalazł jednak tylko wodę mineralną. Ponadto na koncie nie miał żadnej kasy, czego od wielu miesięcy nie mógł zrozumieć. Piwa kraftowe, owszem, kosztowały trochę więcej niż koncerniaki, lecz to nie mogło być przyczyną aż takiej finansowej posuchy. W kieszeni znalazł tylko żółtego bitcoina, zrobionego na frezarce przez znajomego Białorusina, ale za niego nic by przecież nie kupił. Za chwilę miał lecieć zamiatać podwórko swojego szefa, bo służby miejskie nie obsługują prywatnych posesji.

Ale chłop! – pomyślał. – Co ze mnie za informatyk, który musi nosić drewno, zgarniać liście i sprzątać po cudzym psie?

Przed wyjściem do roboty Fajkers postanowił jeszcze wrzucić parę komentarzy do sieci, aby zwrócić na siebie uwagę, i już mógł lecieć dogadzać miastowemu za odpowiednią sumkę.

Czas w pracy zawsze bardzo się Fajkersowi dłużył. Logować się na serwery prawie nie musiał, bo wcześniej dobrze je skonfigurował. Tego dnia nie mógł wciągnąć kabli na słup u nowego użytkownika, bo gniazdo os uniemożliwiło pracę. Zresztą i tak nie miał drabiny. No, i badań wysokościowych. Swoje godziny musiał jednak odbębnić, wykonując inne ważne zadania. Sprzątał więc psie kupy i zgarniał liście na posesji szefa. Robił to z taką gracją i spokojem, że na grabiach przysiadały zmęczone ptaki.

– Co mam zrobić, by uwolnić się od tego wyzyskiwacza? – rozmyślał. Od lat trzymała go tam jakaś niewidzialna siła. Nikt nie wiedział dlaczego, oprócz jego samego. Tę tajemnicę znał tylko on.

Ale dziś wszystko miało się zmienić. Wśród literatury czytanej ostatnio przez Fajkersa był poradnik „Od troglodyty do celebryty” autorstwa internetowego coacha i mówcy motywacyjnego. Wypociny coacha dały Fajkersowi takiego kopa, że postanowił w końcu wziąć się w garść. Katalizatorem zmian był oczywiście brak piwa kraftowego.

– Jesteś zwycięzcą! Jesteś zwycięzcą! – powtarzał sobie w kółko Fajkers. Wtedy właśnie wpadł na pomysł następujący – podpierdolić swojego szefa do sądu pracy i wydębić odszkodowanie za zmuszanie do wykonywania zadań nienależących do zakresu obowiązków. Ukrytym dyktafonem chciał nagrać szefa, aby mieć dodatkowy dowód na to, jak jest poniżany.

Po pracy wybrał się więc na spotkanie z szefem, który jednak tego dnia, korzystając z dobrej pogody, ruszył w miasto na czterech kółkach. Fajkers nie był na to przygotowany. Aplikacja do nagrywania rozmów mu nie działała, więc wiązanki bluzgów, którą szef przerwał jego raport o wykonanych zadaniach, i tak nie udałoby się nagrać.

Mimo że Fajkers przez lata nie był w stanie od szefa-wyzyskiwacza odejść, to był jednak na to odejście dobrze przygotowany, gdyż już wcześniej dowiedział się od Moonera, jak przeżyć tydzień na frytkach z Biedronki.

Mooner to entuzjasta elektroniki i programowania. Mimo tego nie wie, czym są w Pythonie wycinki, dekoratory i listy funkcyjne. Ale gdyby wiedział, to stołowałby się w restauracjach lub przynajmniej barach mlecznych, a Fajkers nie uzyskałby od niego tej cennej wiedzy o frytkach.

Główny plan nie wyszedł, a Fajkers pilnie potrzebował haków na szefa.

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana – pomyślał.

Planując w drodze powrotnej z pracy swój modus operandi w stosunku do szefa, zauważył w otwartym oknie sąsiedniego domu kobietę grającą jedną ręką na pianinie. Nie zwrócił uwagi na to, że nigdy wcześniej jej tam nie było. Miał najdroższego smartfona, bo do wszystkich nowości był zawsze pierwszy, więc szybko odpalił właściwą aplikacje, która znalazła ten piękny utwór. Anielska muzyka Eda Sheerana sprawiła, że Fajkers zaczął głośno myśleć.

– Chciałbym to zagrać Ksarze – wydukał o swojej lubej.

Problem w tym, że nie umiał grać na pianinie, a Ksara od jakiegoś czasu miała już męża i dziecko. Poza tym przeniosła się do miasta, a miastowymi Fajkers pogardzał.

W tym momencie coś na niego spłynęło i wpadł na pomysł diabelski – uzyskać dostęp do prywatnych wiadomości szefa! Nie wiadomo, czy pomogłoby mu to odmienić los i przekuć swoją niedolę w sukces, ale próbować trzeba. Może wiedział podświadomie, że w dzisiejszych czasach od pieniędzy ważniejsze są informacje.

A w kwestii inwigilacji specjalistą był Mitnick. Zawsze wiedział, gdzie kto był, co tam robił oraz co kto komu pisał i dlaczego. Nawet strach było użyć jego ksywy, choćby odmienionej przez przypadki i z celowym błędem mającym oszukać filtry, bo Mitnick w sobie tylko znany sposób daną wiadomość zawsze odczytał.

Ten sposób poznał jednak i Fajkers – był to magiczny terminal!

Dawał on wgląd w wiadomości dowolnej osoby. Wiadomo było, że działał doskonale, bo Mitnick wiedział o Fajkersie wszystko. Skąd Fajkers dowiedział się o istnieniu terminala do dziś nie wiadomo, ale na pewno były to wiarygodne i niezależne od siebie źródła. Z innych nie korzystał. Wszystko musiało być dokładnie sprawdzone i udowodnione, jak ma to miejsce w informatyce, gdzie obowiązują zasady logiki. Postawisz dwukropek zamiast średnika i program nie zadziała. Wszystko musiało się zgadzać.

Mitnick używał terminala przeciwko Fajkersowi!

O istnieniu tego magicznego urządzenia szybko dowiedziało się więcej osób, bo jak coś wie Fajkers, nawet w tajemnicy, to za chwilę wiedzą to już wszyscy znajomi. Fajkers starał się zadbać, aby o tym małym urządzonku Mitnicka huczała cała wieś. Niestety, nikt mu nie wierzył, a jego rewelacje były określane mianem wiejskiej legendy.

To tylko kwestia czasu – pomyślał Fajkers. – W końcu od czego są darmowe SMS-y?

Metodycznie epatował więc swoim odkryciem w myśl zasady, że nieznana prawda powtórzona tysiąc razy staje się już znana.

Też chcę być tak potężny i czytać prywatne wiadomości – dumał. I wszystkie je pamiętać, bo Mitnick nigdy się nie myli. Mimo że internetowy coach pisał, że to niemożliwe. Fajkers też nie dawał temu wiary, bo gdy słał po pijaku SMS-y do dziesięciu osób, to później nie pamiętał co i komu wysłał.

Takiego terminala potrzebował teraz Fajkers. To był dla niego Święty Graal. Na Allegro go nie znalazł, a na dostawę z AliExpress i tak by nie chciał czekać ruski miesiąc. Wpadł więc na pomysł przechwycenia terminala! Mógł upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, bo oprócz prześwietlenia szefa, terminal pomógłby w rozwiązaniu różnych zagadek, w tym kasy znikającej z konta. Fajkers wiedział, że Mitnick terminal ma zawsze ze sobą i już na dziś planuje wizytę we wsi Fajkersa, która słynie z produkcji najlepszej tradycyjnej włoskiej pizzy! Ustalenie miejsca nie sprawiało problemu, bo działający lokal był tam już tylko jeden. Drugi został zamknięty po donosie Fajkersa do sanepidu, że pizza zawierała kawałki potłuczonego szkła.

Fajkers nie znał godziny spotkania, więc już od zmroku przyczajony w zaroślach i zmarznięty obserwował przeszklony lokal, czekając na pojawienie się Mitnicka z ekipą. Później kolejna godzina obserwacji, jak towarzystwo degustuje najznamienitsze piwa kraftowe i raczy się najlepszą pizzą w powiecie.

Gdy już w końcu Mitnick wyszedł na chwilę do toalety, Fajkers wparował do lokalu w czapce z daszkiem i okularach przeciwsłonecznych dla niepoznaki. Gdy dopadł do stolika, Mooner wygłaszał monolog o bitcoinie, nie zważając na to, że nikt go nie słucha – wszyscy stali w kolejce do baru. Fajkers dowiedział się więc o trendzie spadkowym, który od roku doprowadził do spadku kursu bitcoina o 80%, i że Mooner by zarobił, gdyby tylko miał do zainwestowania kasę, ale tej nikt mu nie chciał pożyczyć. W trendzie spadkowym na wzrostach zarobić może tylko farciarz, a Mooner nie miał ani farta, ani umiejętności tradera.

Kiwając twierdząco głową, Fajkers zwietrzył swoją szansę. Wyciągnął z kieszeni żółtego bitcoina i położył go na stole, totalnie zaskakując tym Moonera, który zawiesił się jak jakiś słaby system operacyjny! Rozmyślając nad sposobem monetyzacji tego metalowego kółka Mooner nawet nie zauważył, że Fajkers w tej samej sekundzie czmychnął z torbą Mitnicka. Torbą, która musiała skrywać magiczny terminal. Co do tego Fajkers miał przekonanie graniczące z pewnością. Przed niemym pożegnaniem wypił jeszcze łyk stojącego na stole browara, który smakował mu jak piwo kraftowe nagradzane na największych konkursach. Taki właśnie ma smak Żubr z sokiem po długim okresie niepicia. Bo tylko na takiego było w obecnym czasie stać Moonera.

Po sprawdzeniu zawartości torby Fajkers popędził do domu tak szybko, jakby właśnie przywieziono mu nowy telewizor. Nie wiadomo, czy z chęci pilnego uruchomienia terminala, czy może z obawy przed pościgiem policjantów z pobliskiego komisariatu. Podniecony całą sytuacją nie zauważył pękniętej dętki w rowerze i w efekcie do domu dojechał później niż doszedłby na piechotę.

Gdy wreszcie dorwał się do komputera i podłączył terminal do portu USB, nastąpiło uruchomienie terminala. Jakaś dioda zaczęła mocno świecić, a na ekraniku wyświetlały się cyferki. Zupełnie jak na filmach z lat 80. o hakerach. Wszystkie je obejrzał, więc od razu wiedział, że tak to powinno wyglądać. Nie wiadomo jak terminal miał działać, ale informatyk musiał to wiedzieć.

Terminal wydawał się działać jednak tylko przez dwadzieścia sekund. Fajkers od razu jednak zajarzył, że to zabezpieczenie przed niepowołanym dostępem! Ponawiał próby, wyciągając wtyczkę z gniazda i wkładając. Aby oszukać system szybko napisał skrypt, który co dwadzieścia sekund na chwilę deaktywował port USB, symulując wkładanie i wyjmowanie wtyczki. Miał też w pogotowiu oscyloskop, epidiaskop i inne urządzenia nieznane zwykłym lamerom.

Po wielu minutach starań naszły go pierwsze wątpliwości. Mimo użycia wszelkich możliwych środków, Fajkers nie zdołał przy użyciu terminala odczytać żadnej prywatnej wiadomości swojego szefa. Po kolejnych dziesiątkach minut i dalszym braku sukcesów pojawiło się zrezygnowanie. Terminal nie umożliwił mu odczytania wiadomości ani szefa, ani Mitnicka, ani nawet jego własnych!

Wtedy Fajkersowi przypomniały się niepotrzebne światu projekty, którymi zajmował się Mooner. Uświadomił sobie, że jeden z nich miał właśnie przed sobą! To nie był żaden terminal, ale lampka, którą Mooner zaprojektował z użyciem superkondensatora. Mitnick kupił ją od Moonera za kilkadziesiąt złotych, aby poratować zadłużonego kolegę. Urządzenie po podłączeniu do USB miało ładować kondensator, który rozładowując się zamieniał energię na światło. Ekranik miał w miliamperach pokazywać pobierany prąd. Jednak Mooner coś źle zaprojektował i prąd pobierany był w amperach, dlatego urządzenie działało bardzo krótko. Nie miało ono żadnego praktycznego zastosowania. Ot, taki księżycowy bajer.

– Zajebe go! Zajebe! Zajebe! – zaczął po kielecku krzyczeć Fajkers, gdy zdał sobie sprawę, że terminal, którego potrzebował, istnieje tylko w jego wyobraźni. Z potężnego wkurwienia cisnąłby o podłogę książką Ziemkiewicza, gdyby to nie był audiobook. Nie dość, że nie udało mu się prześwietlić szefa, to zagadka kasy znikającej z konta pozostanie niewyjaśniona!

Fajkers był zrozpaczony. Gdy to wszystko sobie uświadomił, zaczęło się u niego pojawiać rozgoryczenie połączone ze zdumieniem i przerażeniem, podobnie jak u DiCaprio w ostatniej scenie Incepcji. Fajkers znowu przegrał. Na dodatek dotarło do niego, że nagrał się na monitoring, gdy sikał w krzakach pod lokalem.

Wtedy postanowił ruszyć głową i rozwikłać przynajmniej sprawę kasy znikającej z konta. Jego pierwsza myśl była taka, że musiał być śledzony przez agentkę, którą widział w sąsiedztwie domu. Bo jaka przeciętna wieśniaczka grałaby Eda Sheerana jedną ręką w otwartym na oścież oknie w zimny dzień, będąc w samej koszuli nocnej? Agentka wykorzystując skomplikowany system luster mogła odczytać hasło Fajkersa do konta bankowego!

Natychmiast popędził na miejsce, w którym widział agentkę, ale zastał tam tylko okno zabite deskami i napis „Na sprzedaż”.

Zmyli się – pomyślał. Pewnie dopadłby ich, gdyby nie pęknięta dętka.

Mimo że nie miał założonych szkieł kontaktowych, zza płotu doszukał się tam pozostawionych elementów infrastruktury podsłuchowej. Podejrzewał, że agenci mogli za jej pomocą poznać jego hasło, odczytując znaki z ekranu na podstawie dźwięków wydobywających się z układów elektronicznych monitora. Nie wpadł na to, że odczytaliby tylko gwiazdki. Sfilmować wklepywanych przez niego znaków nie mogli, bo zawsze, gdy wpisywał hasło, nakrywał się prześcieradłem.

Inne teoria była taka, że kobieta nigdy nie istniała, a był to tylko hologram. Najmniej prawdopodobną opcję – że był to efekt jego wyobraźni, należało z góry odrzucić jako statystycznie pomijalną. Wniosek nasuwał się taki, że Fajkers musiał być inwigilowany, bo inwigiluje się tylko ludzi bardzo ważnych. Agenci mogli nawet chcieć porwać Fajkersa i wywieźć w bagażniku! Tego nie mógł całkowicie wykluczyć!

Dowodem była też brakująca kasa na koncie. Fajkers wydedukował, że jedyny sposób, w jaki taki wyciek byłby możliwy do przeprowadzenia, to tysiące mikroprzelewów wychodzących z jego konta. Z powodu ich małej pojedynczej wartości nie dostawałby SMS-owych powiadomień i atak pozostałby niezauważony. To mogło być przyczyną, że nie stać go było na piwo. Ale na mikroprzelewach znał się tylko Mooner. No, i Rysiek Petru. W tym momencie Fajkers już w ogóle nie wiedział, co jest grane. W winę Moonera sam nie wierzył, bo Moonerowi nic się nigdy nie udało. Nie wiedział więc, kogo tym razem posądzić o własną niedolę.

Gdy trochę ochłonął, postanowił posunąć się do ostateczności – sprawdzić historię przelewów na swoim koncie bankowym. Po zalogowaniu okazało się, że płacąc zaległy podatek do Urzędu Skarbowego ustawił zamiast jednorazowego przelew cykliczny! I co miesiąc nadpłacał sporą sumkę! Powiadomienia zawierające ciąg znaków „Urząd Skarbowy” zablokował, bo zawsze, gdy widział ten napis ogarniał go lęk.

Po swym odkryciu Fajkers minę miał nietęgą. Wyglądał jak małpa z długim nosem na memach w Internecie. Nie miał na kogo zwalić winy za niepowodzenia, ale sobie nie miał nic do zarzucenia. Jego plan był dobry, tylko inne czynniki zawiodły. To jednak nie było jego ostatnie słowo. Jeszcze nie raz przypomni światu o swoim istnieniu, a jego pseudologia na pewno mu w tym nie przeszkodzi!

„Bezgłowa żyrafa” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Grudzień 21, 2018 at 6:00 am

H. G. Wells popełnił swojego czasu „Wyspę doktora Moreau”. Wspominamy o tym tylko dlatego, że poniższy tekst goszczącego od niepamiętnych czasów na Paskudnym Dworze Kornela Mikołajczyka jest bogato nakrapiany (albo cętkowany!), jak na ludzko-zwierzęcy miks przystało. I na tym podobieństwa się kończą, albowiem dzieło poniższe jest własnym wytworem Autora. Jest to bizarro pełną gębą; do tego z dobrym, starym (acz nie leciwym!) morałem, toteż rozsiądźcie się wygodnie, zrelaksujcie i bawcie się przednio. Jako i my się bawiliśmy.

 

 

Bezgłowa żyrafa

Powinien był się zorientować, że Kamila krwawi żyrafą. Teraz, gdy o tym myślał, wszystkie znaki na niebie i ziemi wydawały mu się boleśnie oczywiste. Już na pierwszej randce w tamtej za-drogiej-jak-na-jego-kieszeń restauracji poraziła go niezwykła smukłość jej szyi – cętkowanej uroczymi piegami kolumny, na której wznosiła się czaszka zwieńczona krótko przystrzyżoną, rudą czupryną oraz atrakcyjną, nieco ostrą w rysach twarzą. Nie potrafił się skupić na niczym innym, wpatrzony w gibkie ścięgna spinające jej obojczyk i żuchwę; w gładką, jakby stworzoną do pocałunków skórę. I może dlatego tylko podświadomie zarejestrował, że przeprosiła go wtedy za przełożenie spotkania o tydzień. Że zaplotła kościste palce na torebce od Steve’a Maddena i powiedziała:

– Wypadły mi „kobiece sprawy”. Sam rozumiesz.

O tak – teraz rozumiał. Ale teraz było już stanowczo za późno. Zdążył bowiem zakochać się w tej szyi, w tych ścięgnach, w niej. I żadne zwierzę, nawet to przyczajone w lędźwiach Kamili, nie mogło już stanąć pomiędzy nimi…

Oczywiście byłoby o niebo prościej, gdyby co miesiąc wyła do księżyca albo miauczała pod lodówką, domagając się tuńczyka. To się rozumie samo przez się. Jego kolega z liceum miał narzeczoną, która regularnie przeradzała się w ślimaka winniczka. Gdy nadchodziły „te dni”, chowała się leniwie do skorupy, a on wrzucał jej czekoladę do środka muszli i z otwartym piwem czekał, aż wypełznie ze swojej powłoki. Żyć nie umierać!

Z drugiej strony mógł jednak trafić znacznie, znacznie gorzej. Od dziecka obawiał się, że pewnego dnia może poznać z pozoru miłą dziewczynę i – podobnie jak brat ojca – aż do dnia ślubu nie zorientować się, że pod jej gładką skórą kryje się krwiożercza tygrysica. Wujek tak się przeraził kłów wybranki, gdy uniósł jej welon, że nie ośmielił się nawet zaprotestować. Ksiądz zadał mu swoje brzemienne pytanie, ona zawarczała groźnie, a on, przejęty wizją organów fruwających pod organami, mógł tylko ze strachem wydusić „T-T-Tak!”.

Biedny człowiek… Myślał, że jego narzeczona krwawi kotem, tylko dlatego, że nie odrzuciła oświadczyn z udziałem upolowanego przezeń mruczka. I nawet nie przeszło mu przez myśl, że ukochana, w przebiegłości godnej prawdziwego drapieżnika, mogła go najzwyczajniej w świecie zwabić w pułapkę.

Ale żyrafa…

Żyrafa stanowiła nie lada wyzwanie. Kiedy Kamila po raz pierwszy zgodziła się na spotkanie w jeden ze swoich wrażliwych dni, poczuł niewysłowioną ulgę. Sekret jej jonicznego totemu, skrywany przez tak długi czas, okazał się bowiem z gruntu niegroźny. Strzelająca aż pod sufit szyja i beznamiętne spojrzenie pasowały do wyniosłej natury jedynaczki z bogatego domu, a nogi, jeszcze smuklejsze niż zwykle, dodawały jej hipnotyzującej gracji, gdy krzątała się po mieszkaniu, od czasu do czasu popatrując łakomie na obskubanego fikusa w kącie. Nie bardzo wiedząc, jak odnieść się do jej przemiany, zaproponował, żeby poszli na spacer do miejskiej palmiarni. Szklarniowy żar sprawił, że spocił się jak przed skokiem na bungee w ciemną toń, a dłonie trzęsły mu się tak, że nie mógł jej nawet złapać za rękę, ale Kamila była wniebowzięta. To, co zgodnie z wszelkimi przykazami natury powinno być hormonalną tragedią, zmieniło się w romantyczne chwile we dwoje. Żyrafa szalejąca w łonie ukochanej uspokoiła się, zerwawszy ukradkiem parę listków z egzotycznych drzew i po powrocie do domu usnęła, syta i znużona.

Miłość jego życia wynagrodziła mu to następnego ranka, korzystając z języka, który wciąż jeszcze był długi, lepki i niemożliwie mięsisty.

Dopiero kilka dni później, gdy przyzwyczaił się do myśli spędzenia reszty życia z żyrafią dziewczyną, dotarło do niego, skąd brała się jego nerwowość; skąd pot i drgawki, skoro wszystko szło przecież po jego myśli.

Oświadczyny.

Kiedy twoja dziewczyna krwawiła myszą, podgryzając w złości meble i z piskiem domagając się sera, zastawiałeś pułapkę w piwnicy i wraz z pierścionkiem przynosiłeś jej trofeum: symbol twojego oddania, triumfu nad zdziczeniem płci. Kiedy okres sprawiał, że piersi nabrzmiewały jej mlekiem, a sutki wydłużały się w wymiona, zakradałeś się na pastwisko pod osłoną nocy i podrzynałeś gardło najsłabszej sztuce, tak żeby w trudzie i znoju zaciągnąć zdobycz do samochodu i następnego dnia złożyć ją u stóp wybranki.

A żyrafa? Skąd, do cholery, miał wytrzasnąć żyrafę?!

– Z Afryki – podpowiedział kolega, szczęśliwy partner dziewczyny-winniczka, gdy przy kieliszku zwierzali się ze swoich problemów. – Do zoo nie masz się co pchać, zaufaj mi, chłopie. Znałem kiedyś gościa, taki chudy informatyk, przyjeżdżał do nas do warsztatu naprawiać podwozie. No i ta jego krwawiła słoniem. Tak właśnie kasował sobie auto, bo puchła jak baniak, dostawała kłów i nic tylko nad rzekę by jeździła, robić fontannę trąbą. Cyrk na kółkach, i to całkiem dosłownie… No i myślisz, że co cwaniak zrobił, jak przyszło co do czego? A próbował się dogadać po cichu z opiekunami, żeby pozwolili mu kropnąć którąś z tych bestii prądem. Oferował wszystkie swoje oszczędności, bo wiadomo, tradycja. I co? I teraz siedzi za kratkami jak jakiś Dumbo, a ukochana poszła w sawannę za innym… Nie warto ryzykować, mówię ci. Tylko Afryka, chłopie. Cykniesz sobie fotkę ze zdobyczą, przemycisz dla panny odcięty łeb jako trofeum i jesteś w domu. Nawet ta twoja księżniczka nie będzie mogła wybrzydzać!

Przez cały następny tydzień szukał ogłoszeń o tanich safari. Wydzwaniał do biur podróży i szkół survivalu, wypytywał rodzinę i znajomych. Ale gdzie by się nie zwrócił, wszędzie atakowały go niebotyczne, wielozerowe sumy.

W desperacji zwrócił się o pomoc do ojca Kamili. Dumny, wąsaty mężczyzna, który nie raz już polował na Czarnym Lądzie, przez całą drogę prywatnym odrzutowcem dawał mu do zrozumienia, że – niezależnie od uczuć córki – jej wybranek nigdy nie będzie „jednym z nich”, niby przypadkiem rzucając nazwiska wpływowych polityków, wymieniając nazwy drogich szampanów i rozmawiając z załogą po francusku. Z każdym słowem przyszłego teścia nasilało się w nim poczucie, jakby właśnie sprzedał duszę. Jakby zaakceptował raz na zawsze, że w oczach świata jest i zawsze będzie tylko robakiem.

Odespawszy lot pod ciasnym, jednoosobowym namiotem, przez cały następny dzień przetrząsał sawannę, zdeterminowany, by udowodnić swoją wartość – jeśli nie przed Kamilą czy jej ojcem, to chociaż przed samym sobą. Natknął się na słonia afrykańskiego i stado okapi, na guźca, samotną gazelę i parę zebr. W oddali, przy wodopoju, wypatrzył też lwa, leniwym chłeptaniem zmywającego z brody krew jakiejś biednej ofiary. Ale ani jednej żyrafy. A przecież trudno byłoby nie dostrzec ich wśród karłowatych drzew i krzewinek. Miały po pięć metrów, na Boga!

Gdzie one się podziały? Gdzie? Czyżby ojciec Kamili postanowił sobie z niego okrutnie zażartować? Czyżby zabrał go w miejsce, gdzie żyrafy zwyczajnie nie występowały?

Noc zapadła niespodziewanie, atramentowa i parna. Mimo to odmówił powrotu do obozu. Podążający za nim jak cień czarnoskóry tragarz cisnął jego ekwipunek w trawę i pognał w stronę cywilizacji, gdy tylko dobiegł ich odległy, niezidentyfikowany ryk. Nic to; kroczył dalej przez wysoką trawę jak w delirium, spocony, słaniający się, coraz częściej uciekający wzrokiem w archipelagi gwiazd, jakby któraś z nich mogła mu podpowiedzieć właściwy kierunek. W mroku wokół niego zapalały się groźne lampy oczu i przyglądały się jego wędrówce, niepewne, czemu ta słaba, dwunożna istota nie zamieniła się jeszcze w padlinę. Ale on nie mógł się zatrzymać, nie teraz. Kamila zasługiwała na wszystko, co najlepsze i zamierzał jej to ofiarować. Choćby miał skończyć jako przekąska dla hien.

Wiedział, że stoczyłby się na samo dno rozpaczy, gdyby zwróciła mu pierścionek, mówiąc: „Nie”.

Świt zastał go ledwie żywego, przedzierającego się przez trawę ostrą jak brzytwy. Oślepiony błyskiem światła nad horyzontem, próbował zmienić kierunek marszu, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Zatoczył się i sturlał w dół zbocza, gubiąc po drodze myśliwski karabin.

Kiedy uniósł twarz, tuż przed nim stała żyrafa. Z początku myślał, że nie widzi jej głowy ze względu na swoją pozycję, ale gdy dźwignął się na nogi, odkrył, że szyja zwierzęcia ciągnie się aż do firmamentu i ginie w chmurach. Na tle szafirowego afrykańskiego nieba i wypalonej słońcem sawanny wyglądała jak malowany słup.

Niewiele myśląc, poprawił w pochwie nóż Bowie i zdeterminowany, by poderżnąć żyrafie gardło, by nie musiała długo cierpieć, zaczął się wspinać.

Chwytał raz po raz garść rudej szczeciny i podciągał się wyżej, obejmując nogami cętkowaną kolumnę. Nieskończona studnia przełyku poruszała się pod jego palcami, przesuwając pokarm do żołądka. Żyrafa musiała coś skubać, choć żadne drzewo nie rosło tak wysoko. Co to mogło być? Próbował wypatrzeć cel swojej wspinaczki, osłaniając oczy przed słońcem, ale za każdym razem, gdy to robił, zsuwał się w dół o metr czy dwa z wywołującym mdłości szarpnięciem. W końcu przestał i skupił się na równomiernym poruszaniu kończynami, zasłuchany w szum wiatru i pykanie uszu poddających się ciśnieniu.

Po czasie, który wydawał się wiecznością, natrafił dłonią na szorstki wzgórek. Podciągnął się na szczyt i zamarł, z nogami nadal zwisającymi nad przepaścią.

Tym, co wziął za włosie na czubku żyrafiej głowy, była kępa zakurzonej trawy. Rozciągała się we wszystkich kierunkach w kolejną malowniczą sawannę z przesyconym niebem i karłowatymi drzewami. A pośrodku niecki identycznej do tej, do której zsunął się wcześniej, wycieńczony, stała kolejna żyrafa z szyją niknącą w błękicie.

Zacisnął zęby, poirytowany, i wskoczył na grzbiet tej nowej sztuki. A może to była dokładnie ta sama? Może dotarł na sam początek, nie zdając sobie z tego sprawy, niczym pionek na wielkiej planszy bogów? Nie miał pojęcia. Mógł tylko piąć się wyżej i wyżej, póki nie sięgnie celu.

Na szczycie plamistej szyi była kolejna sawanna, kolejne niebo i kolejna żyrafa.

Jeszcze wyżej – to samo.

Nie zmieniało się nic, nawet pora dnia i warunki atmosferyczne. Na które piętro by nie dotarł, nieważne: szybko czy wolno, wszędzie czekał go ten sam krajobraz. Jakby nigdy, od zarania dziejów, nie istniało coś takiego jak żyrafia głowa. Jakby każda nosiła na szyi świat, w którym znajdowało się wszystko łącznie z tą szyją; nie tyle zwierzę, co złośliwy fraktal.

Wiedział, że powinien się zatrzymać. Wbić nóż w serce zwierzęcia i patrzeć, jak ukryte w chmurach światy rozpalają niebiosa deszczem meteorów, gdy padnie ich jedyna podpora. Ale chorobliwy trans znów złapał go w swoje kleszcze. Musiał dostać się na samą górę, musiał wiedzieć, co się tam znajduje, musiał, musiał! Nie było odwrotu. W przeciwnym razie, jak mógłby spojrzeć w oczy Kamili, gdy zaprezentuje jej swoje trofeum? Jak mógłby, wiedząc, że poddał się w pół drogi?

Gdzieś przy trzynastej, czternastej wspinaczce stracił rachubę. Kilka wymiarów później stracił czucie w rękach. Słońce spaliło mu twarz na kotlet, ubrania cuchnęły potem. Nóż zniknął w zaroślach którejś z dziesiątek identycznych sawann. Zatrzymywał się czasem i jak z bocianiego gniazda wypatrywał śladów poszukiwań, ale nie sądził, by ojciec Kamili aż tak martwił się jego losem. Bardziej prawdopodobne, że wsiadł w prywatny odrzutowiec i wrócił do kraju, nie oglądając się za siebie.

Zostali sami. Tylko on i złośliwy, nieustępliwy świat nawinięty na szpule wieczności.

Aż w końcu – gdy był już niemal przekonany, że trafił do prywatnego piekła i że nigdy, przenigdy nie uda mu się wrócić do ukochanej – krajobraz się zmienił.

Przywitało go krwiste niebo poćwiartowane na kwadraty, każdy z neonowym numerem jak na ogromnej planszy bingo. Suche, afrykańskie drzewa pokrzywiły się w spirale i wypuściły owoce. Na jednym z nich wisiały monety o nieistniejących nominałach, na drugim niebieskie róże, na trzecim szmaciane lalki, na czwartym obrazy w złotych ramach i tak dalej, i tak dalej, bez porządku ni logiki. Trawa pod jego stopami, zamiast szumieć, mruczała przeboje Franka Sinatry głosem pozbawionym intonacji.

A pośrodku jak zwykle stała żyrafa. Tym razem jej szyja nie niknęła w chmurach, tylko kończyła się raptownie dwa metry od grzbietu. Zupełnie jakby jakiś szalony naukowiec zdekapitował ją laserem, by sprawdzić, jak długo przeżyje bez głowy.

Tak czy inaczej, była to jedyna żyrafa w okolicy, a on nie zamierzał się poddać.

Ostatkiem sił wskoczył na cętkowany grzbiet i ścisnął boki piętami. Bezgłowy zwierz szarpnął się, wierzgnął, zaczął ryć ziemię kopytami. Z każdym narowem zmieniała się melodia, na którą szemrała trawa. Motörhead… Iron Maiden… Black Sabbath… Wiedział, że musi okiełznać żyrafę; że to jego ostatnia szansa. Ale ból mięśni, wirujący świat, rozłupująca czaszkę muzyka – tego wszystkiego było za dużo, za szybko, za mocno!

Zwolnił chwyt na rudej szczecinie – sam nie był pewny, czy świadomie, czy przypadkiem – i spadał, spadał, spadał; w dół przez wymiary, przez setki identycznych światów, gdzie ani jedna żyrafa nie była dla niego…

Kiedy odzyskał przytomność, leżał u podnóża wzniesienia z ustami pełnymi ziemi. Samotny okapi przyglądał mu się z niedaleka, strzygąc uszami. Niebo poszarzało i straciło swą krystaliczną przejrzystość, a słońce zdawało się świecić o połowę słabiej, jakby przepalała się w nim żarówka. Odniósł wrażenie, że wylądował w świecie jeszcze niższym niż ten, z którego przybył. Może nawet na samym dnie rzeczywistości, ciemnym i brudnym.

Po żyrafie, rzecz jasna, nie było ani śladu.

Powrót do domu zapamiętał wyłącznie w przebłyskach. Jakaś krwawiąca krokodylem matrona z pobliskiej wioski karmiła go smażonymi bananami, szczerząc kły, jakby tuczyła go na później… Telepiąca się ciężarówka na diesel zatrzymała się, by przepuścić przez drogę stado antylop… Uśmiechnięty fałszywie ambasador przekazał mu bilet na samolot do kraju, na wpół żartując, aby nie wracał już więcej na Czarny Ląd… W rodzinnym mieście nic nie wyglądało znajomo: ani ulice, ani ludzie. To naprawdę był inny świat. Czyściec dla wszystkich tych, którzy nie zdołali ujeździć swoich bezgłowych żyraf. Którzy, niegodni, spadli tak nisko, że niżej się nie da.

Minęły trzy dni, nim odważył się zajrzeć do Kamili. Założył swoją najlepszą koszulę (tę od znanego projektanta, którą dała mu na urodziny) i kupił w kwiaciarni najbardziej liściasty bukiet, jaki znalazł. Ale kiedy zapukał do drzwi jej mieszkania w centrum, otworzyła mu nieznana dziewczyna. Miała dziwnie zzieleniałą twarz i brwi odchodzące od łuków zagiętymi czułkami. Na śliskiej dłoni wspartej o futrynę zauważył delikatną szczecinę.

– Tak? – Poprawiła koc owinięty wokół ramion.

Potykając się o sylaby, zapytał, czy to ona.

– Nie, Katarzyna. Nie ma tu żadnej Kamili i… chyba nigdy nie było. Na pewno ma pan właściwe mieszkanie?

Pokiwał głową, jakby dokładnie tego się spodziewał. Gdzieś na wyższym piętrze z głuchym trzaskiem zatrzasnęły się drzwi.

Nie ma i chyba nigdy nie było…

Przeprosił za kłopot i wyciągnął bukiet w kierunku dziewczyny. Przyjęła go, lekko zaskoczona. Odwrócił się, żeby odejść – z sercem ciężkim jak ołów i rozmiękłymi nogami – ale nie uszedł nawet dwóch kroków, gdy zatrzymało go sapnięcie od strony drzwi.

Zielonkawa nie-Kamila trzymała na dłoni gąsienicę, która musiała wypaść spomiędzy kwiatów. Martwą – jak na zaręczyny.

Ich spojrzenia po raz pierwszy spotkały się w pełni. Zrozumiał, skąd wziął się kolor jej cery, skąd brwi-czułki i owijanie się kocem.

Poczuł, że jego policzki zapłonęły purpurą.

– Och nie, nie przejmuj się, skąd mogłeś wiedzieć? – zmitygowała pospiesznie. – Po prostu… Nikt nigdy nie podarował mi mojego zwierzęcia. Nawet zupełnym przypadkiem. – Uśmiechnęła się nieśmiało, skubiąc palcem płatek kwiatu. – Nie powiem, to całkiem przyjemne uczucie.

Przełknął ślinę. W piersi momentalnie zrodziła mu się lekkość, o której nie sądził, że jest możliwa w świecie bez Kamili, świecie na samym dnie.

Ale może… może wcale nie musiał porywać się na wyżyny żyrafich szyj? Może wystarczyło oderwać wzrok od chmur, by przekonać się, że blisko ziemi można znaleźć – tak często ignorowany – mikrokosmos piękna?

Ostatecznie, był przecież tylko małym robakiem. Zupełnie jak ona.

– Nie masz ochoty wejść? – zapytała Katarzyna, otwierając szerzej drzwi. – Zrozumiem, jeśli nie, zupełnie się nie znamy. Ale przydałoby mi się towarzystwo. Wicie kokonu jest zawsze takie samotne.

Wahał się tylko przez chwilę. Skinął głową i z uśmiechem przekroczył próg.

Chciał się przekonać, jak ta miła, owadzia dziewczyna będzie wyglądać, kiedy rozwinie skrzydła.

„Robota na packingu” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Grudzień 4, 2018 at 10:32 am

Ponoć praca wzbogaca. Hm, są na ten temat różne teorie. Jedna z nich głosi, że robota to głupota, inna, że pracuj, pracuj, a garb sam ci wyrośnie… W niedobroliterkowej redakcji również zdarzają się sprzeczne ze sobą opinie. Taki Paskud na przykład uważa, że gdyby za pracę dostawał godziwe wynagrodzenie, choćby w dukatach, to mógłby czasem coś dłubnąć. A że nie dostaje, to mu się nie chce nawet opróżnić kuwety naszemu szczurkowi. Efekt jest taki, że do siedziby redakcji zaglądamy z rzadka, i szybko wypadamy, przyduszeni mieszaniną zapachów przyprawiającą o zawroty głowy, tudzież odruchy… wiecie jakie. Na szczęście pewne prace da się wykonać zdalnie, tak więc szczerze zachęcamy was do przeczytania najnowszego, robotniczego opowiadania Macieja Żołnowskiego. Jest fajne, pouczające i na czasie, hej!

Robota na packingu

Siedzę przy kominku i czytam na głos bajkę o kocie w butach. Ciapka to uspokaja, więc powtarzam mu ją do znudzenia. Przestał miauczeć i teraz tylko mruczy, ja tymczasem dożywiam się kanapką z serem i szynką z psa. Żartowałem! Kanapkę mam z szynką, którą zakupiłem na stoisku mięsnym w pobliskich delikatesach.

Za oknem jesień, niedobłysk miesiąca, już dawno po zmierzchu. Wicher zuchwale miota opadłym z drzew listowiem, a po okolicy snują się mgły nadobne, których obecność wyczuwam niemalże podskórnie. W pewnej chwili dzwoni telefon, który mnie wybudza ze swego rodzaju letargu.

– Co? Praca na packingu? Aha, a kiedy? Od zaraz? Co? Znowu „Eat and Goth”?

 

Wychodzę na dwór. Sceneria jak z horroru niewyśpiewnego i niewysłowionego. Od razu widać, ile mógłbym stracić, gdybym nie zdecydował się na nockę. Biedny mruczek będzie musiał poczekać na dokończenie swojej bajanki. Wichura wymiotła wszystkich i zapędziła do domostw, a sama panoszy się na opustoszałych ulicach niedoumarłej mieściny. Egipskie ciemności zdążyły się już całkiem zadomowić na upiornym cmentarzysku, przez które przyszło mi wędrować. Tu i ówdzie rozlega się chóralne zawodzenie nocnych ptaszydeł, jakichś lotnych niepochwycień, wiatr wygrywa najwyśmienitsze partie ornamentalne i nie stroni od dysonansów w pochodach. Czarne, nieoświetlone nagrobki-punkciki wyrastają gdzieniegdzie z ziemi niczym kolejne nuty „Requiem” spod ręki konającego Mozarta (ale Mozart – to już historia)…

Za masywną bramą miejscowego Hadesu czeka służbowy aston martin, który zawiezie do pracy mnie oraz podobnych do mnie lunatyków, których są setki, i którzy nie lękają się nocy zachwiewu. Wsiadamy i ruszamy, twarzy kierowcy nie znamy i nigdy nie poznamy. Po kwadransie takiej komfortowej jazdy w oddal poprzez góry i lasy, bezpola i bezlasy wylewamy się, wszyscy jednocześnie, z opasłych, ciemnych niczym czarna msza limuzyn przed wrotami labiryntowego zamczycha, którego zimne wnętrza zostały specjalnie zaadaptowane na potrzeby korporacji. Koniec jazdy oznacza koniec luksusów!

 

Punktualnie melduję się, podpisując listę obecności. Czyżbym podpisywał cyrograf? W szatni zakładam na siebie niebieskie kombinezony, jeden, drugi oraz trzeci, bo w środku zimno jak cholera, więc wypada ubrać się na cebulkę. I czapkę na zagąszcz kędziorów zaciągam, a na tę czapkę siatkę ochronną, aby mi włos z głowy nie spadł i broń Boże nie wylądował w jednej z kanapek z serem i szynką. Albo serem i pomidorem. Albo serem i jajkiem, albo serem i czymś innym, równie znośnym, na przykład: Azorem. Okej, ponownie żarcik!

Idealna dla kanapek, nie dla pracowników, temperatura wynosi mniej niż pięć stopni Celsjusza, ale też nie mniej niż zero. Podczas pierwszych godzin nocnej zmiany chłód nie daje się jakoś specjalnie we znaki. Dopiero po paru godzinach spędzonych w chłodniach, ręce grabieją i robi się niefajnie, a człowiek zaczyna marzyć o herbacie i pauzie od poziąbu. I rzecz jasna: nie chodzi tutaj o ice tea.

Wszyscy pracownicy, starzy i nowi, bliżsi mi i dalsi oddaleńcy, są już gotowi i stają na swych miejscach. O pełnej godzinie rozlega się przeciągły dzwonek, a właściwie buczek. Słychać praszczęk startujących maszyn, łożysk, pasków klinowych i łańcuchów. Zaczynają obracać się zębatki z odwrzaskiem. Taśmociąg rusza z kopyta, my wraz z nim. Tempo pracy jest, powiedziałbym, rześkie. Czujemy się orzeźwieni i nawilżeni niczym atleta podczas wyczerpującego, wieczornego treningu.

Robota wygląda na ciekawą (aha, akurat). Jedna osoba podaje kartonowe boksy, druga pakuje do nich kanapki, trzecia zamyka i odkłada gotowe paczki z żarciem na bok, zmyślnie układając je na palecie: jednej, drugiej, trzeciej; a później kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej; kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej; kolejnej, kolejnej i jeszcze raz kolejnej. Wszystko to łatwe i proste tak w ogóle, a w szczególe – żmudne i niespecjalnie przyjemne. Ot, praca jak praca, co wpisuje się w cały wielki praznój człowieczy!

Od czasu do czasu korzystamy z pomocy „nowych”. Boże, co byśmy bez nich zrobili?! Ucinamy im palce u rąk i nóg, a oni nawet nie pisną. I wkładamy je do kanapek delikatesowych, zwanych od tego momentu soczystymi delicjami, wyborowymi sandłidżami oraz specjałami pretty little thing. Krew tryska – podłoga śliska! Jakiś bezzębny Szkot walczy z mopem. Porządne chłopisko – myślę – bystre, zaradne, a jak trzeba, to i przewidujące. To się chwali, tak trzymać, all right! Prawie językiem tę podłogę liże, bo zębów, jak się powiedziało, nie ma.

Spostrzegam w międzyczasie, jak jedno wielgachne Murzynisko o twarzy anioła w negatywie odrąbuje sobie kawał łapska toporkiem szwedzkim z Chin (twardziel nawet nie zawyje, niezawyjec), a następnie stara się to odrąbane, hm… mięcho wtrynić na siłę do pudełka. No i proszę! To się nazywa… nie wiem, jak to się nazywa. Inni mu w tym pomagają, odczuwając nierasistowski przeżal i współczucie. Też się dla zakładu poświęcają, a co! W naszej fabryce kanapek pracownicy dają z siebie wszystko, całego siebie ofiarowują… oczywiście w rozsądnych znikomkach czasu. Nie od razu, jakby tego oczekiwali od nas nasi kochani szefowie-superwajzery, pilnujący, wszechwiedzący, wszechwidzący i patrzący nam ufnie z największym możliwym zaufaniem na nasze, odrąbane lub całe, ręce. I wszędzie te kamery CCTV, wszędzie to węszenie nieposkromione, wszędzie donosy-komplejny, wszędzie, na każdym kroku jakieś reguły, przepisy, normy czy zasady! Po co, się pytam. Po co, po co!? Przecież my tutaj wszyscy bezgranicznie sobie ufamy, no nie?

Mimo trudów i znojów czas płynie zadziwiająco wartko, niczym strumienie palinki w żyłach pasterzy podkarpackich. Została tylko godzina do pierwszej i jedynej przerwy, która jest oczywiście niepłatna. Dostrzegam kątem oka starego Rumuna o imieniu Radu, co zwyczajnie stracił głowę dla naszej wspólnej, robotniczej sprawy, i któremu cała kolejność cyklu produkcyjnego się pokiełbasiła. Miał odciąć, zapakować w kartony i wysłać w daleki świat najpierw nogi, później ręce, a dopiero na sam koniec pozostawić do oberżnięcia górną część swojego ciała. Ale debil pomylił kolejność i swój zbłąd zaczął od głowy. Nie powiem, kto tutaj jest bez mózgu, ale Radu jaja ma na pewno! Błąkał się teraz, obijając nieestetycznie tynk ze ścian, niczym błędny rycerz z tytułowego „Jeźdźca bez”… bezsensu, bez czerepu i wierzchowca, a nawet bez zwykłego, najzwyklejszego na świecie konika na biegunach z demobilu holenderskiej armii. Wreszcie usłużyli krajanowi, przybyli z końca hali, kompani z Transylwanii, którzy przyszli mu z pomocą i całym tabunem wyciągnęli biedaka z opresji. Ich widocznie krwawe sprawy, tak jak i mnie, za bardzo nie przerażały. Jęli trzymać dziadka-rozbryzgańca w okolicach podudzia i odwracać, i obracać nim do góry nogami, co spowodowało w efekcie, iż płynna jucha, niczym sos cumberland, rozlała się szeroką, purpurową rzeką po całej kanapkowej strawie. I o to chodziło!

Był tam taki jeden smutak – Rusek Dimitri, prawdziwy pies na robotę i potworny lizus, który przez cały czas dwoił się i troił, dwoił i troił. A dzisiaj… no po prostu wyszedł z siebie, zdarł z ciała skórę i stanął obok niej, cały przy tym poraniony, że niby taki purpuracik… i tentego. Taki pracownik – toż to skarb, prawdziwy diament, na dodatek jeszcze: „Krwawy”. Aż niektórych trafił szlag i krew troista zalała z zazdrości, w ramach rywalizacji pracowniczej, zdrowej i dobrej, bo któż by nie chciał być na jego miejscu, w jego skórze, któż by nie chciał wieść prym wśród przodowników i przodowniczek. Potem zrezygnowany Dimitri powiesił skórę obok kurtek zimowych i płaszczy jesiennych w przyzakładowej szatni, obsługiwanej przez Trzaśniętego Rysia, bo – jak się okazało – od naskórka w strawie kanapkowej bardziej jednak była zdatna skórka od ogórka. Chciał zabłysnąć kak zvezda, ale niestety jego wysiłek okazał się zbyteczny, menadżerom firmy zaś nie spodobała się ruska samowolka i beznamysł.

Tak ogólnie, to w naszej firmie fajnie jest. Atmosfera zabójcza – też dobra, trochę góralska, a trochę górska, czy raczej wysokogórska. I można sobie pogadać o dupie Maryni podczas przerwy, czyli tak, jak właśnie teraz to robimy w trójkąciku:

Johnny: Anet, czy słyszałaś o tym seryjnym mordercy, którego ostatnio złapali?

Mimo: Zaczekaj, Johnny. Anet, chcesz kanapeczkę?

Johnny: Poćwiartował żonę i nigdy nie znaleźli jej ciała. Masakra!

Mimo: …czyli chcesz z serem, tak? Masz. Uuu, mniam, mniam!

Anet: Och, fantastik, Johnny!

Johnny: What do you mean: fantastic!? Chyba żartujesz, Anet? Poćwiartował ją, ale wiemy, że tak właśnie zrobił tylko dlatego, że sam o tym opowiedział policji.

Anet: Och, sorki, Johnny. W takim razie niefantastik!

 

W naszej firmie wszystko jest fantastik. Można pałaszować do woli, ile wlezie, ile uda nam się później z tego strawić, no bo trawienie i spalanie nocnych pokarmów jest ważką pośród spraw najwyższej wagi. Oczywiście jemy tylko podczas przerwy, wyłącznie w stołówce, w ustach mając szczery bezśmiech, i jednie to, co nam dają. A dają oczywiście kanapki, to jest łaskę ich dosiężenia. I trzeba szybko wszystko wszamać i wracać do roboty. Ani jednostki szamanie, ani też sama jednostka nie są aż tak istotne, jak szamanie wielu, połączonych wspólnym korytem, jednostek, stanowiących grupę wszamaczy. I nawet nazwa „Eat and Go” sugeruje rotację personelu i pewną przechodniość wszystkiego, co nas tutaj otacza. Ludzie przecież przychodzą i odchodzą, odchodzą i przychodzą, jak te ofoliowane kanapki na taśmociągu, a firma trwa i musi trwać w bezczasie! Tak oto wegetujemy w zaczarowanej krainie, pięknej pięknością tysięcy reklam i filmików, w której ludzie rozmnażają się jak króliki, a żyją, żrą i śmierdzą, tak jak szczury, i wszystko znajduje się over the rainbow, jakby wisiało na jakiejś pętli utkanej z samych jaskrawych (czytaj: wesołych) kolorków.

 

Po robocie czarny aston martin odwozi mnie i do mnie podobnych nocnych marków z powrotem w znany mi świat z mży i mgły. Z wolna świta, nocy cichanka w bezbyt się obraca, i mruczek zdążył się już zapewne porządnie wylulkać. Podkładam nieco trzaseczek do kominka, by podtrzymać płomu czar, i zapadam w drzemankę.

Śni mi się, jak noga za nogą, sukcesywnie i po kawałeczku gubię części ciała na rzecz kanapek, które – odpowiednio wzbogacone o smak uszek, paluszków, wątróbki i nerek – trafiają w różne, różnorakie zakątki świata całego za sprawą samolotów linii British Airways. Wiem, bo nie jestem idiotą, a to jest sen świadomy i nie – żaden inny, że prędzej czy później moje rojenie się ziści i że w końcu wyląduję gdzieś, sproszkowany, sponiewierany, przekręcony i przetrawiony, na plaży w Tahiti albo Bora-Bora za sprawą nocnej fuchy, którą mam, bo życie trwa i musi trwać. Albo i nie! Ole!

 

„Perły przed wieprze” by Zeter Zelke i nasi na Imladrisie

In Opowiadania on Listopad 3, 2018 at 6:00 am

Przez niedobroliterkowych fanów Zeter Zelke jest znana (i lubiana!) od lat kilku. Powodów ku temu jest mnóstwo – wystarczy do wujka Gugla wpisać „Niedobre Zeter” i od razu wyskoczy Wam mnóstwo dobrych haseł, które, no cóż, wskazują jednoznacznie, że Zeter jest bodaj najpłodniejszą spośród naszych współpracowników. Na tym jednak nie koniec, bo nie ilość się liczy (przynajmniej nie zawsze!), lecz jakość. Tej zaś tekstom Zeter odmówić nie sposób.

My jednak nie o tym… Albowiem, choć w dzisiejszej aktualizacji jak zwykle najważniejsze jest to co pod spodem, czyli świetne pełnowymiarowe opowiadanie „Perły przed wieprze”, które wyszło spod klawiatury Zeter, warto wspomnieć jeszcze o jednym fakcie: otóż Zeter Zelke dołączyła właśnie do niedobroliterkowej redakcji, z czego zresztą nie tylko imć Paskud wielce się cieszy.

Wszak świeżej krwi nigdy dość!

Skoro już jesteśmy przy krwi, to warto obwieścić, że już za tydzień Zeter Zelke, Kazimierz Kyrcz Jr, Kornel Mikołajczyk i Michał J. Walczak będą gościć w najnowszej odsłonie krakowskiego konwentu Imladris, obradując miedzy innymi na temat grozy miejskiej. Serdecznie zapraszamy!

Po tym nieco „od Sasa do lasa” wstępie, nie pozostaje nam już nic innego, jak zaprosić Was na literacką ucztę (ostrzegamy lojalnie: jedzenie w trakcie lektury, choćby czipsów, jest niewskazane)…

 

Perły przed wieprze

 

Pan i pani Malinowscy nie posiadali się z radości, gdy na świat przyszło ich pierwsze – i jak im się wydawało – jedyne dziecko. Dziewczynkę nazwali Mają Marcelą i traktowali niczym oczko w głowie. Państwo Malinowscy mieli rozsądne podejście do życia, toteż chociaż nie zaniedbywali potrzeb córki, zanadto jej nie rozpieszczali. Złotowłosa, błękitnooka pyza rosła jak na drożdżach, szczebiocząc i pokazując w uśmiechu bezzębne jeszcze dziąsła do każdego, kto przystanął, zauroczony jej anielską aparycją. Nie trzeba było mędrca, by wiedzieć, że z tego pulchnego cudu wyrośnie kiedyś piękna dziewczyna.

Co miało swoje dobre, jak i złe strony. Tata chciał córki inteligentnej i ambitnej, mama zaś pracowitej, wrażliwej na los bliźnich. Wszystko na początku układało się dobrze, rodzice robili co w ich mocy, aby wpoić w latorośl dobre obyczaje, ale cóż dwoje ludzi przeciw światu pełnemu zepsucia i chciwości. Sprawy przybrały naprawdę zły obrót, kiedy Maja Marcela weszła w okres dojrzewania; ten czas, gdy dziewczęta zaczynały rozumieć siłę swoich atrybutów oraz naturę potrzeb, często mylonych z zachciankami. Wtedy spełniły się najgorsze obawy państwa Malinowskich.

Czternastolatka opuściła się w nauce, zaniechała beletrystyki dla wymagających i marnowała długie godziny, pindrząc się przed lustrem lub biegając z koleżankami po galeriach handlowych. Kanały z filmami dokumentalnymi zastąpiły seriale o wampirach, wilkołakach oraz sitcomy z akcją osadzoną w szkolnych korytarzach, gdzie aktorzy zdawali się istnieć tylko po to, by reklamować marki popularnych producentów kosmetyków, ciuchów i napojów energetycznych. Maja zbierała kolorowe pisemka, w których pierwsze skrzypce grały młodociane gwiazdy popkultury znane nie z talentu, ale z tego, że były znane. Pani Malinowska ze zgrozą notowała rosnącą liczbę plakatów w pokoju dziecka; spoglądały z nich młodzieńcze i podstarzałe twarze, głównie męskie, z tatuażami oraz tuzinem kolczyków rozsianych po różnych częściach ciała niczym ospowate krosty. Maja zamieniła się w nastolatkę opryskliwą, zrzędliwą i próżną, do tego pielęgnującą bezguście pod postacią plastikowych, krzykliwie różowych bransoletek, wodnych tatuaży, sztucznych rzęs, kwadratowych paznokci z cekinami oraz brokatu we włosach.

Po jednej z wywiadówek strapiona matka wzięła wychowawcę Mai na stronę i zagadnęła o towarzystwo, w jakim obracała się jej pociecha. Usłyszała to, od czego przez całe życie próbowała córkę ustrzec: Maja związała się z grupą klasowych pięknotek, trzymających z głupimi lecz silnymi chłopczyskami – postrachami całej szkoły. Stała się typową pastelową idiotką o złym temperamencie. Pani Malinowska nie mogła uwierzyć, że słodka anielica przeistoczyła się w kapryśną pannicę, szydzącą z uczniów pilniejszych od niej. Czy stroiła sobie z nich prostackie żarty? Czy porywała im książki sprzed nosów, wyszydzała ich zaangażowanie, podstawiała nogi na boisku, chichocząc idiotycznie niby złośliwy goblin?

Mało rzec, że pani Malinowska była przygnębiona. Zaraz po wywiadówce zamknęła się z mężem w salonie i pod jego troskliwą kuratelą wychyliła trzy kieliszki wina. Wyglądało na to, że ich wspólne marzenia o mądrym i dobrym dziecku zgniótł wiek chamstwa, wszędobylskiej reklamy oraz ubóstwienia młodości, a młodość – wiadomo – niemal nigdy nie szła w parze z mądrością. Na nic zdało się tłumaczenie pana Malinowskiego, że wszak żaden rodzic nie był w stanie dokładnie kontrolować środowiska, w jakim obracało się dziecko, a ci, którzy tego spróbowali, niejednokrotnie wychowywali psychopatów albo ludzi nie umiejących odnaleźć się w społeczeństwie. Maja Marcela doskonale znajdowała się pośród rówieśników, jedyny szkopuł w tym, że nie takich, jakich by sobie życzyli rodzice. Gdy żona wreszcie się uspokoiła, przestała szlochać i poszła spać, pan Malinowski po cichu sam wychylił kieliszek wódki, ułożył się obok połowicy i zasnął. W taki sposób rodzice pogodzili się z rzeczywistością. Bo cóż mieli zrobić? Córki kochać nie przestaną, a miała dopiero szesnaście lat i jeszcze wiele mogło się zmienić. To powiedział pan Malinowski pani Malinowskiej, z tym się zgodzili i postanowili, że będą żyć dalej, wychowywać młódź najlepiej jak potrafią, mimo tego co było, co jest i co będzie – w nadziei na lepsze.

I lepsze przyszło. Przyszło, kiedy Maja Marcela wkroczyła w siedemnasty rok życia. Rodzice i wychowawcy w szkole aż przecierali oczy ze zdumienia, lecz jak to wyglądało z punktu widzenia Mai? Ano zgoła inaczej! Urocza, słodka, niezbyt lotna trzpiotka nagle weszła w świat rówieśników, jakimi dotąd gardziła: w przerażający, nudny świat bystrych nastolatków; nastolatków z olejem w głowie, z ambitnymi planami na przyszłość. Ale weszła w ten świat sposobem nietypowym, wręcz wariackim, a w sumie wymuszonym. Zaś było to tak:

 

Maja Marcela po nudnej rodzinnej imprezie, zorganizowanej w chacie przez starych na jej siedemnaste urodziny, swoim zwyczajem tuż przed snem zabarykadowała się w toalecie. Cerę miała jasną i czystą, nie potrzebującą nadmiernej troski, co nie przeszkadzało dziewczynie przeglądać się kilkadziesiąt razy dziennie w każdej odbijającej obraz powierzchni. Zadowolona ze stanu skóry, założyła pukiel długich blond włosów za ucho i… zamarła. Serce zatrzepotało jej w piersi, niby ptak w klatce. Jęła nerwowo macać palcami przestrzeń za uchem, aż zatrzymała opuszki na czymś wypukłym, na czymś paskudnym! „Pryszcz!” – pomyślała ze zgrozą. Wypryski były rzadkimi intruzami na jej ciele. Całe szczęście, że ten nabrzmiały czymś okropnym wzgórek znajdował się za uchem – kto się nie domaca, nie zauważy!

Mimo wszystko dziewczyną targnął dreszcz obrzydzenia. Odsłoniła miejsce krościatej katastrofy i manewrując drugim, mniejszym lusterkiem namierzyła nieprzyjaciela. Był tam: jeszcze mały, ale już zaczerwieniony, biały na czubku – pryszcz, chociaż trochę nietypowy, bo wydawało się, że pod wpływem światła jakby zapadał się w sobie. Już chciała go wycisnąć, lecz oczami wyobraźni zobaczyła gęstą ropę wlewającą się na paznokieć. Aż zabulgotało jej w brzuchu, a do gardła cofnął się kawałek urodzinowego tortu. Zrezygnowała z wyciskania na rzecz przetarcia nieprzyjaciela spirytusem kosmetycznym. Zamoczyła wacik, przykryła nim krostę i zniesmaczona wyjątkową bujnością własnej wyobraźni, ruszyła do łóżka.

Gdy tylko obudziła się następnego dnia, natychmiast poczłapała do łazienki. Pryszcz nie zniknął, nie zmalał, ale też nie powiększył się. Zdecydowała, że zaraz po szkole go wyciśnie, bo życie z pryszczem to żadne życie! Jadąc tramwajem do budy przypomniała sobie o klasówce z matematyki. Urodziny nie sprzyjały motywacji, lecz ostatni gwóźdź do trumny wbiło pojawienie się przeklętego wyprysku, wskutek czego Maja Marcela była zupełnie nieprzygotowana do sprawdzianu. Nie pierwszy raz, więc nie zmartwiła się zbytnio. Ściągnie od któregoś z kujonów. Nakrapiany Frycek z aparatem na zębach robił w jej stronę maślane oczka, więc liczyła na to, że za jeden przychylny uśmiech odfajkuje za nią test. Lecz ku zdziwieniu Mai, piegus z krzywym zgryzem nie był potrzebny. Gdy pani Chrzanowska – przedpotopowa matematyczka o pomarszczonej twarzy, przypominającej korzeń imbiru pozostawiony na pustyni – zaczęła rozdawać zadania, Maja po prostu wiedziała, co zrobić. Jeszcze wczoraj, gdyby ktoś ją zapytał, nie potrafiłaby wytłumaczyć, czym są funkcje i do czego służą, tymczasem tego dnia jakby pojaśniało jej w głowie. Ba! Uwinęła się z zadaniami jako pierwsza i – nieco zdziwiona swym wysokim poziomem znajomości tematu – oddała kartkę. Psiapsiółki parsknęły, odbierając jej gest jako popis nonszalancji; pani Chrzanowska pewnie myślała podobnie, bowiem przyjęła test z nieskrywaną przyganą, marszcząc krzaczaste brwi. Po lekcjach Maja planowała udać się z koleżankami do kosmetyczki, ale wredna belferka pokrzyżowała plany. Gdy zabrzmiał dzwonek oznajmujący koniec znojnego, szkolnego dnia, Chrzanowska podeszła do niej w asyście dyrektora i z uwagi na podejrzenie matactwa kazała powtórzyć klasówkę. Maja napisała, choć nie ukrywała nabzdyczonego niezadowolenia. Zadania były inne, ale równie łatwe. Matematyczka sprawdziła wyniki przy uczennicy, a gdy okazało się, że zostały rozwiązane bezbłędnie, jej krzaczaste brwi poszybowały ku niebiesiech.

– No proszę, proszę! – zaskrzeczała głosem zapomnianej, dziecięcej huśtawki, kołysanej wiatrem na skorodowanym łańcuchu. – Czyżbyś wreszcie zmądrzała, moja panno?

Maja wywróciła oczami, pragnąc jedynie wyrwać się na wolność. Dostała piątkę, gratulacje których się nie spodziewała i o które nie dbała, lecz pojawiło się w niej jakieś strapienie. Może i lepiej się stało, że otrzymała dobrą ocenę przy tylko dwóch świadkach. Gdyby koleżanki się dowiedziały, jeszcze by pomyślały, że zakuwała zamiast wzdychać do plakatu Justyna Bimbera. Mimo wszystko postanowiła zadzwonić do kumpel i wykręcić się ze wspólnego spotkania bólem głowy. Było w tym nawet sporo prawdy, albowiem nie czuła się sobą; dosłownie. Może nie była tytanem intelektu, ale nawet Maja Marcela potrafiła zorientować się, że coś nie gra. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz zdarzyło jej się wrócić do domu piechotą, samotnie, przez całą drogę błądząc gdzieś myślami; gdzieś w rejonach troski o przyszłość. Świat nagle wydał jej się inny, jakby patrzyła na niego nie swoimi oczami. Zasępiona, weszła do domu, oznajmiła się rodzicom: „Cześć! Tuż jestem!”, i zamknęła w pokoju. Przesiedziała na tapczanie dobre pół godziny, wlepiając jasnoniebieskie, odległe spojrzenie w dywan, myśląc o… O czym? Nie o tym, co zwykle. Nie o głupotach, a o czymś gruntownym, o czymś podstawowym. I gdyby ktoś z nią wtedy był, gdyby ktoś się przyglądał, zapewne zanotowałby, że błękitne oczy ojca chwilami stawały się zielonymi oczyma matki. Bezwiednie założyła pukiel włosów za ucho… i rzeczywistość załomotała do drzwi. Wyczuwszy wrażą wypukłość, przypomniała sobie o konieczności wyciśnięcia krosty za uchem.

Zamknęła się zwyczajowo w łazience, przygotowała papierowy ręcznik, dopasowała oświetlenie, odchyliła głowę, odgarnęła włosy i z niesmakiem ponownie spojrzała na dziwaczny wyprysk. Jak wczoraj, tak dzisiaj zdawał się kurczyć pod wpływem światła, wycofywać w głąb jej ciała, jakby chciał umknąć, jakby chciał uciec przed smukłymi palcami pianistki. Normalnie nie zwlekałaby ani chwili z usunięciem intruza. W tym przypadku było inaczej i na ułamek sekundy przez umysł Mai przegalopowała kuriozalna myśl: ten pryszcz wyglądał jak stary znajomy. Dwudniowy.

– Witaj! – powiedziało jej się, aż zdębiała.

Nie, to nie jej się powiedziało. To powiedziało coś, gdzieś, obok, niedaleko. Szkopuł w tym, że w łazience nie było nikogo innego. Mimo wszystko obejrzała w lustrze przestrzeń za sobą: była tak pusta, jak powinna być. Poprawiła palce wokół pryszcza i ponownie się na nim skoncentrowała.

– Wolałbym, żebyś tego nie robiła – odezwał się ponownie głos.

Był to młody głos, chłopięcy, dźwięczny, ładny, melodyjny; miękki. Być może właśnie dzięki tej miękkości Maja nie wrzasnęła i jedynie stała jak wryta z oczami wychodzącymi z orbit, z sercem walącym jak młotem. „Wariuję!” – pomyślała panicznie, zaś głos, dla którego najwyraźniej jej myśli nie stanowiły tajemnicy, zaprzeczył:

– Nie wydaje mi się.

– Gadający pryszcz! – szepnęła ze ściśniętym gardłem, mając na względzie rodziców, których nie chciała zaalarmować.

– Nie jestem pryszczem i nie musisz mówić głośno. Słyszę twoje myśli…

Mai wydawało się, że właściciel głosu chciał dodać „niestety”, ale się pohamował. Jeśli ubodło to jej godność, to tylko nieznacznie i na krótki moment, albowiem wielka tajemnica inteligentnej krosty za uchem chwilowo nie miała konkurentów i całkowicie pochłonęła jej uwagę.

– Coś ty za jeden?! – pomyślała. – Skąd się tu wziąłeś?

– Zawsze tu byłem – odparł wyprysk co bądź przymilnie. – Zanim wyszłaś z łona naszej matki, ja już tu byłem, maleńki, nierozwinięty, czekający na swój czas. Urosłem jednak i oto jestem.

– Co?

– Nigdy nie należałaś do orłów, prawda? – głos wciąż był pogodny, chociaż Mai wydawało się, że ta uwaga ocierała się o szyderstwo. Ale fakt: nie była zbyt rozgarnięta, więc nie potrafiła dokładnie określić, czy głos z niej kpi, czy o drogę pyta. – Po pierwsze: nie jestem pryszczem, więc proszę, nie wyciskaj mnie.

– To kim… czym jesteś?

– No cóż… – Krosta-nie-krosta się zadumała, dziewczyna niemal widziała, jak dobiera słowa, nim padły: – Poniekąd jestem twoim bratem. Poczekaj! Zanim zaczniesz piszczeć, daj mi dokończyć!

Istotnie, w nastoletniej piersi już wzbierał pisk. Pryszcz widocznie znał ją na wskroś, na wylot, od środka.

– Jeszcze w łonie matki było nas dwoje, ale ty okazałaś się silniejsza i wchłonęłaś mnie. Oprócz tego. – Wyprysk za uchem pokazał twardy, biały czubek i znowu się schował. – To jestem ja, to co ze mnie pozostało: fragment mojej szyszynki.

Maja czuła, jak do jej błękitnych oczu napływają łzy. Miała podejrzenie graniczące z pewnością, że traci zmysły, staje się inna, dziwna, że nie jest już „cool dziewuchą”, nie jest już „równą gościówą”. Była dziwadłem! Trędowatą!

– No już, już! – chłopięcy głos mruknął uspokajająco. – Nie ma co wylewać łez. Rozważ korzyści. Ty zostawisz mnie w Zauszu, a ja będę ci pomagał tak jak dzisiaj z matematyką.

– To byłeś ty?

– Owszem. Powiem więcej: razem zdamy każdy egzamin, dostaniemy się do każdej szkoły, zdobędziemy każdą pracę i będziemy pławić się w luksusach o jakich nawet Justyn Bimber nie słyszał. Co ty na to? Dziewczyno, razem zdobędziemy świat!

– Położę się spać. – Maja sflaczała przed lustrem, pochyliła głowę, jasne włosy opadły jej na ramiona zasłaniając to, co wyprysk nazywał Zauszem. – Wstanę i poczuję się lepiej. Czymś się strułam, bez dwóch zdań. Jutro głosu już nie będzie.

Wsłuchiwała się jeszcze moment we własne myśli i – faktycznie – było cicho. Przynajmniej do rana.

 

Śniło jej się coś dziwnego. Biegła po płytkach chodnikowych, położonych po środku soczyście zielonego trawnika, a z nią pełzł wąż: czerwony z czarnym łebkiem. Nieważne jak szybko biegła, wąż ją doganiał i wiedziała, że chciał na nią skoczyć. Nie chciał jej ukąsić, nic z tych rzeczy, po prostu skoczyć, aby poczuła obrzydzenie. I skoczył. I poczuła obrzydzenie. Na szczęście ktoś obok niej był i zdjął ohydny ciężar z jej pleców. Właściwie zdjął wężową skórę, bo tyle z gada pozostało – nie należało wnikać, jakim sposobem, wszak to tylko sen i rządził się swoimi zasadami. Zdyszana, Maja spojrzała na swego wybawcę. Jak ona, był blondynem o czystej, jasnej cerze.  Przystojny, podobny do niej, tylko jego oczy miały zielony kolor jak u matki. Uśmiechnął się, a później wykonał gwałtowny ruch – jaki i po co, nie wiedziała, bowiem w tamtym momencie się obudziła.

– Pobudeczka! – powiedział miękki głos w jej głowie. – Wstawaj, śpiochu, bo spóźnimy się do szkoły.

 

W taki oto sposób Maja zmieniała się na lepsze – przynajmniej w oczach rodziców i nauczycieli. Dziewczyna rozpoczęła nowy rozdział swojego życia, jakie tym razem miała w bardziej werbalny sposób dzielić ze swoim nigdy nienarodzonym bratem.

Na początku było trudno. Marcel nie odzywał się często, aby ograniczyć konfuzję u siostry do absolutnego minimum, ale jeśli już to robił, zawsze używał swojego kojącego, miękkiego tonu, jaki – Maja dobrze wiedziała, jak i wiedziała, że Marcel wiedział – wielce jej się podobał. Miał wręcz na nią hipnotyzujący wpływ, był niby błogie znieczulenie, słodki lek na każdy niepokój, dodawał odwagi, energii oraz wiary w siebie. Ale częściej niż gadać, Marcel po prostu działał. Maja nigdy nie czuła, aby traciła nad sobą kontrolę na rzecz widmowego brata, po prostu chwilami postrzegała rzeczywistość podwójnie, doznawała jej intensywniej i w sposób trochę dla niej obcy – a właściwy dla niego. To dzięki jego subtelnemu wpływowi zaczęła pojmować rzeczy skomplikowane. Przychodziło to naturalnie, jakby od zawsze rozumiała to, czego w gruncie rzeczy rozumieć nie mogła, tak iż w przeciągu kilku dni znacznie podniosła się w nauce. Marcel potrafił inspirować jej mowę, z czego wynikły wielorakie korzyści: nie oblała żadnego egzaminu ustnego, ale też potrafiła się dogadać z ludźmi, z którymi wcześniej za nic nie znalazłaby wspólnego języka. Wtedy pojęła, jak wielu rówieśników stroiło sobie z niej żarty; tym okrutniejsze, że dotąd nie zdawała sobie z nich sprawy. O tak, Marcel wpływał pozytywnie na jej spostrzegawczość! Zauważała rzeczy nieoczywiste, wymagające dedukcji, nad którymi przedtem się nie zastanawiała. Świat może  trochę  się skomplikował, ale również – paradoksalnie – stał się bardziej zrozumiały, teraz, gdy wiedziała jak wyciągać logiczne wnioski z poczynionych obserwacji. Wbrew sobie musiała przyznać, że jej się to podobało – czuła, że prędko nie zginie, że jest samowystarczalna, że sobie poradzi z małymi, średnimi, a może nawet dużymi przeszkodami. Była sprytniejsza, zdolniejsza i stało przed nią o wiele więcej perspektyw, o wiele więcej wyjść z trudnych sytuacji; o, jakże liczne są metody radzenia sobie z kłopotami!

Rodzice piali z zachwytu, nauczyciele też, ale rówieśnicy, z którymi dotąd trzymała sztamę zaczęli się od niej odsuwać. No bo jak to tak, zadawać się z kujonem! Wrażenie obcości i niedostosowania było obopólne: w oczach Mai jej dotychczasowe towarzystwo z nagła obrosło w tuzin wad. Zrozumiała, że poleganie na takich ludziach graniczyło z naiwnym szaleństwem. Jej dawna ekipa zdała się bezużyteczną i nudną jak flaki z olejem. Na domiar złego jej psiapsiółki zwróciły się przeciwko niej, jak tylko zakończyła rok szkolny z wyróżnieniem, wobec czego dziewczyna wycofała się i przycichła. Podstawówka pod względem towarzyskim była stracona, toteż wykorzystała ten okres na odnajdowanie się w nowej sytuacji. Przyjdzie czas na znajdowanie bratnich dusz na studiach. Tymczasem z pokoju nastolatki poznikały plakaty Justyna Bimbera, wampirów, wilkołaków i innych dziwaków, a do łask wróciły telewizyjne programy edukacyjne oraz kulturalne stacje radiowe. Dziewczyna zarzuciła plastikowe ozdoby i skąpe ciuszki w krzykliwych kolorach na rzecz gustownych, dwuczęściowych kostiumów, utrzymanych w odcieniach granatu, bordo oraz śliwki.

 

Okres studiów przyniósł nowe wyzwania i nowe kłopoty. Dzięki sekretnemu mieszkańcowi Zausza Maja bez kłopotów dostała się na kierunek prawniczy. Gdy osiągnęła dwudziestą wiosnę, zdała sobie sprawę, że w jej życiu brakowało męskiej obecności. Niby miała Marcela, ale wszak nie o taką obecność chodziło, co więcej, chociaż Marcel za jej uchem nie rósł i – generalnie rzecz biorąc – nie bolał, to był problematyczny, zwłaszcza w momentach, gdy serce młodej, pięknej studentki wzdychało do kolegów na roku. Maja, żyjąc z bratem już trzy lata, potrafiła wyczuć jego nastrój oraz intencje, toteż wiedziała, że on wiedział. Ale również wyczuwała, że i jemu brakowało fizycznej bliskości; intymnego kontaktu z drugim człowiekiem. Był więc dyskretny i w tych sprawach jej nie radził, a wręcz sympatyzował, wysyłając subtelne zachęty, jakie bardziej niż słowami objawiały się doznaniami, nagłymi uderzeniami gorąca lub odważnymi wyobrażeniami przyprawiającymi ją o rumieńce.

Nauka na ciężkim kierunku okazała się  nie  taka znojna, znowu: dzięki uprzejmości i niezwykłym talentom jej zredukowanego do fragmentu szyszynki bliźniaka. Czasami, podczas ślęczenia nad mądrymi książkami, bezwiednie gładziła wypukłość za uchem. Był to bardziej odruch, niż potrzeba serca, jednak zauważyła, że Marcelowi sprawiało to przyjemność. Zawsze wtedy wysuwał biały, twardy łepek, wyciągając się po jedyną fizyczną pieszczotę, do jakiej miał dostęp. Poza tym, że świadomość obecności innego umysłu krępowała w sytuacjach intymnych, Maja musiała przyznać, że Marcel nigdy niczego się nie domagał ani do niczego jej nie zmuszał. Wydawało się, że przywykła przez te wszystkie lata, choć podskórnie wiedziała, że do czegoś podobnego nigdy nie da się przystosować, pomimo całej dyskrecji mieszkańca Zausza. Tylko niekiedy koleżanki i koledzy zauważali, że bywała nieobecna, jakby rozmarzona, a tak właściwie, to miała piękny kolor oczu: niby niebieski, a chwilami zielony.

– Oczy kameleona – podsumował raz Sebastian, kolega ze starszego roku; przystojny, zadbany brunet, co wedle plotki roztopił niejedno dziewczęce serce, w tym kilka należących do uniwersyteckich wykładowczyń. – Sprawiają wrażenie, jakby zmieniały kolor. To pod wpływem światła i warunków atmosferycznych.

Uśmiechnął się do niej, a w jej brzuchu zatańczyła cała chmara cytrynków i paziów królowej. Maja się zakochała, zakochała się po uszy. Marcel nie pozwalał jej zawalić egzaminów semestralnych, ale też nie protestował, gdy błądziła myślami w obłokach, planując świetlaną przyszłość u boku Sebastiana. Dzięki ponadprzeciętnej spostrzegawczości wnet zauważyła, że kolega nie pozostawał jej dłużny i również czuł do niej miętę. Wypadało czekać, aż wykona pierwszy krok, czekać cierpliwie, w czym pomagał Marcel.

I wreszcie nadszedł ten dzień. Byli sam na sam (na sam). Siedzieli na ławce w parku przylegającym do uczelni. Było idealnie: późna wiosna, wszystko kwitło, powietrze świeże, pachnące, wiatr leciutki niczym welon panny młodej. Karmili gołębie, rozmawiali o ostatnio przeczytanych książkach, gdy wtem Sebastian, patrząc w Maję jak w obrazek, dotknął delikatnie jej włosów, a potem twarzy. Dziewczyna wstrzymała oddech, a kidy ciepła ręka nie przestała się przesuwać i zaczęła zbliżać do Zausza, rozanielenie przeobraziło się w panikę. Sebastian zatrzymał dłoń, zaś Marcel – pewnie odruchowo – swoim zwyczajem wysunął białą główkę. Maja patrzyła ze zgrozą jak na twarzy ukochanego przez mgnienie pojawił się grymas odrazy. Szybko wycofał dłoń, uśmiechnął się sztucznie, odchrząknął, wstał i powiedział, że musi wracać do domu, uczyć się na egzamin. Zostawił Maję na ławce, zdruzgotaną, zrozpaczoną. Jej życie, od lat będące pasmem następujących po sobie sukcesów, nagle rozbiło się o ścianę porażki. Wstyd i upokorzenie.

Również stateczny, dyskretny Marcel trochę spanikował, jednak nie z uwagi na utratę kochanka, o którego dbał tyle ile o zeszłoroczny śnieg. Byłby nad wyraz inteligentnym chłopakiem, gdyby tylko pozwolono mu się urodzić, ale – co ukrywał skrzętnie przed głupiutką siostrą – jego inteligencja szła w parze z ciągotami do manipulacji. Po prawdzie manipulacja była jedynym narzędziem do jakiego mógł się odwołać ktoś taki jak on. Jak długo Maja osiągała cele, jak długo miała powody do samozadowolenia, tak długo Marcel nie miał problemu z jej humorami. Teraz jednak zaliczyła potężną wpadkę, ogromne, druzgocące niepowodzenie. Już czuł, że misterna sieć jego planów niebezpiecznie się napina. Gorzka chemia zalewała organizm dziewczyny niby fala powodziowa; czuł całym sobą jej rozpacz, jej żal, niemal histeryczne poczucie krzywdy. Przyjął to wszystko na klatę, by tak rzec, chociaż pierwszy zalew chemii był niczym uderzenie obuchem w łeb, ale szybko się ogarnął. Wszak przewidział, że prędzej czy później dojdzie do czegoś podobnego. I jak każdy manipulator godny tego miana, miał przygotowany plan. Od dawna.

 

Maja płakała, zatrzaśnięta w toalecie. Siedziała na zamkniętej desce klozetowej i trąbiła w chusteczkę higieniczną, trzecią z rzędu,

– No już, maleńka, przestań łkać – pocieszał Marcel, używając swojego miękkiego głosu, który zawsze uspakajał siostrę. Jednak nie tym razem.

– Spojrzał na mnie, jakbym zmieniła się w ropuchę! – żaliła się dziewczyna.

– Co to za mężczyzna, który nie może znieść wyrostka za uchem. Goguś! Okazał się ciebie niegodny. Znajdziesz lepszego, a możesz mieć każdego.

– To twoja wina! – Marcel usłyszał to, czego wolałby nigdy nie usłyszeć, ale przypuszczał, że kiedyś mimo wszystko usłyszy.

Zagotowało się w nim. Tak, to jego wina, podobnie jak jej rewelacyjne wyniki w nauce, lepszy standard życia towarzyskiego, powszechny podziw i niezwykłe perspektywy na przyszłość.

– Powinnam cię wycisnąć, jak tylko się pojawiłeś! – chlipała.

Na moment wydawało się, że Maja Marcela wróciła do swojego stanu umysłu sprzed ujawnienia się bliźniaka. Była ślepa na przeszłość pełną sukcesów i głucha na racjonalne argumenty. Głupia pinda! Samolubna kretynka! Niewdzięczna beksa! Siedzi na kiblu i się mazgai, że osiągnęła (dzięki niemu właśnie!), tak wiele!

Niespodziewanie Maja zerwała się z klopa, stanęła przed lustrem i spojrzała bykiem na własne odbicie zaczerwionymi od łez oczami. Spojrzała na własne odbicie, ale tak naprawdę patrzyła na brata. Z nosa zwisał jej glut.

– Wyciskam cię! – Odrzuciła włosy do tyłu, odsłoniła Zausze i przysunęła dwa palce do wyrostka. Biały czubeczek zapadł się do środka.

– Czekaj, co robisz?! – zakrzyknął Marcel rozpaczliwie. – Jesteś w szoku, w depresji! Nie rób niczego, czego potem pożałujesz!

– Zmarnowałeś mi życie! Zraziłeś do mnie ukochanego! – jęknęła i nacisnęła na wyrostek.

– Ty głupia dziwko! – syknął Marcel takim tonem, o jaki Maja nigdy go nie podejrzewała. Był to syk pełen jadu, pełen złości i wściekłości tak palącej, że jej własna się przy nim nie umywała. – Dotknij mnie tylko, tępa krowo, a jedyną pracą, do której  się nadasz, będzie ssanie pał tirowcom! Równie dobrze możesz sobie wydłubać mózg łyżką. Beze mnie jesteś nikim. Beze mnie jesteś skretyniałą blondynką, zbyt głupią, by samodzielnie dodać dwa do dwóch. Pojęłaś?!

I owszem, zaczynała. W szeroko otwartych, zaczerwienionych oczach zabłysła iskierka zrozumienia. Smark oderwał się od zaczerwienionego nosa i ze smętnym pacnięciem spoczął w umywalce. Ponura prawda odrzuciła dobroduszną maskę, ukazując paskudny ryj. Jakoś nigdy nie przyszło jej do głowy, że mogła stać się zakładnikiem we własnym ciele; nie gospodarzem, nie sternikiem, ale właśnie – zakładnikiem. Po wtóre: Marcel wcale nie był bezinteresowny, jak naiwnie sądziła. Przez cały ten czas wydawało jej się, że to ona jemu wyświadczała łaskawą przysługę, nie na odwrót. Tymczasem wylazł z Marcela tyran, który z chirurgiczną precyzją ciął, gdzie bolało najbardziej. Mało tego, był okrutnikiem, który znał ją na wylot, znał każdy jej sekret, każde pragnienie i nawet jeśli nie potrafił nad nią zapanować, potrafił odciąć ją od swoich umiejętności, jakimi tak ochoczo się dzielił.

Okrutny popis tego, co mogło nastąpić, dał jej dnia następnego. Podczas jednego z testów Marcel zamilkł, zniknął, pozostawiając Maję sam na sam z egzaminatorem. Dziewczyna pociła się jak mysz, nie potrafiąc udzielić składnej odpowiedzi na żadne z pytań, których sens – wcześniej tak jasny – teraz gdzieś umknął wraz z bliźniakiem. Upiekło jej się tylko dlatego, że miała opinię elokwentnej i przykładnej, toteż profesor stwierdził, że pewnie jest chora, dał jej drugi termin i przykazał iść do lekarza. Maja opuściła gabinet skruszona i zawstydzona. W jej głowie zaś Marcel chichotał złośliwie, nie ukrywając, że dobrze się bawił.

– Widzisz, ile beze mnie znaczysz? – zapytał tym swoim najcieplejszym z tonów. – Wybiłem ci ze łba brykanie, kochanie?

Maja nie odpowiedziała. I tak Marcel dobrze wiedział, że wybił. Nie trzeba było strzępić języka… ani poświęcać zbędnej myśli.

 

Od tamtej pory ich relacje znacznie się zmieniły. Nie przypominało to otwartej bitwy, w żadnym bądź razie, ale wrażenie obopólnej niechęci popsuło smak tej specyficznej koegzystencji. Podobni niechętnym sobie tancerzom, zmuszeni kaprysem losu tańczyli na cienkim lodzie. Starali się nie deptać sobie po piętach i nie stąpać zbyt ciężko, coby nie skruszyć chłodnego podłoża i nie utonąć, przy czym Marcel odrzucił wspaniałomyślną fasadę. Nie dręczył siostry, ale nie krył swojej pogardy, niekiedy pozwalając sobie na sarkastyczne docinki. Gdy jednak wynikła taka potrzeba, przychodził Mai z pomocą, rzucając ciepłe słowo i podnosząc na duchu.

Powiadają, że ciężkie czasy czynią twardych ludzi. Dziewczyna znacznie spokorniała, uzmysłowiwszy sobie swoją opłakaną dolę, a przez to wyciszyła się, zdyscyplinowała i zaczęła nad sobą pracować. Nie umknęło to uwadze bliźniaka, ale i nie wzbudziło niepokoju. Czas najwyższy, żeby bezmyślna lalunia wzięła na siebie choć trochę obowiązków związanych z dojrzałością; wszak Marcel nie mógł CIĄGLE myśleć za dwoje! Tak dobrnęli do końca studiów. Wszystkie egzaminy zdali wzorowo, a praca dyplomowa Mai Marceli Malinowskiej była tak dobra, że miała zostać opublikowana.

Dumni z córki rodzice trochę się zamartwiali, że Maja nie zdradzała chęci wychodzenia za mąż. Zrobiła się skromna, cicha i bezgranicznie oddana pracy. Po prawdzie celowo unikała znajomych i rodziny, a miała ku temu jeden bardzo ważny powód. Zauważyła, że coraz częściej tracił kontakt z rzeczywistością. Przydarzało się to już od podstawówki, ale jeszcze nigdy nie urywał jej się film na tak długo. Co gorsza, gdy wracała do zmysłów, nierzadko znajdowała się w innym miejscu niż była przed zjazdem. Nie pamiętała nic z pomiędzy, a potrafiły być to przedziały czasowe od pół godziny do godzin dwóch, czasem trzech. Ona nie wiedziała, ale wiedziała, kto widział. Nie poruszała jednak tego tematu, Marcel zaś nie jątrzył.

Czas płynął; miara powoli się przebierała. Maja niemal wpadła w panikę, gdy raz przyszła do siebie późną nocą. Stała nad zlewem z rękoma pokrytymi krwią. Zmyła ją szybko, by opatrzyć rany, lecz okazało się, że ręce były całe.

– Coś ty zrobił? – szepnęła wtedy, ledwo poruszając zbielałymi wargami, ale Marcel milczał jak zaklęty.

Nigdy się nie dowiedziała czyja to była krew, ale też nie spotkała się z jej powodu z żadnymi konsekwencjami.

Innym razem straciła świadomość niedzielnym rankiem, wsiadając do auta. Odzyskała ją późnym wieczorem tego samego dnia. Siedziała przed monitorem własnego komputera. Na ekranie cycate, gołe aktorki kopulowały z samochodową wajchą od skrzyni biegów, zaś w drugiej zakładce przeglądarki dwóch umięśnionych, bogato obdarzonych przez naturę panów oddawało się grzechowi sodomii. Maja czuła kisiel w majtkach i coś zasychało jej na palcach. Chociaż Marcel również wtedy nie odezwał się ani słowem, czuła jego złośliwą obecność oraz jadowitą radość z jej bezsilności i upokorzenia.

Jeszcze innym razem obudziła się na sali pooperacyjnej z czterema szwami na boku. Przeraziła się nie na żarty, ale wtedy brat natychmiast przybył jej z wyjaśnieniem:

– Ciśśś! – mruknął tonem przywodzącym na myśl watę cukrową. – Zauważyłem, że coś ci się tam tworzy, to wziąłem nas na badania. To był nowotwór, niegroźny. Operacja była szybka. Chciałem oszczędzić ci zmartwień. Wszystko załatwiłem. Śpij spokojnie.

Toteż usnęła – z łkaniem zduszonym w zarodku. Skoro już dochodziło do takich rzeczy bez udziału jej świadomości, nie wiedziała nawet, czy sama usnęła, czy uśpił ją brat. Wszystko było możliwe. Maja Marcela straciła panowanie, straciła kontrolę nad własnym ciałem, jeśli kiedykolwiek ją miała. Usnęła ze łzą realizacji, zasychającą w kąciku niebieskiego oka. Oka, które coraz częściej przybierało zielony kolor.

 

Miała dwadzieścia osiem lat, gdy państwo Malinowscy zginęli w wypadku samochodowym. Świat zawalił jej się wtedy na głowę.

– Przynajmniej umarli w szczęśliwym przekonaniu, że mieli taką córkę, o jakiej zawsze marzyli – szepnął w jej głowie mieszkaniec Zausza. – Nawet jeśli to było fałszywe przekonanie – dodał zjadliwie, bez poszanowania dla chwili, bez współczucia, jak rasowy psychopata.

Po tym Maja zaczęła pić. Topiła smutki w kieliszkach szkockiej, potem w szklankach, a potem ciągnęła prosto z gwinta. Gdy trzeźwiała, Marcel robił jej wyrzuty, niczym zrzędliwa żona. Pomimo pijaństwa, które usiłowała zamienić w nałóg (Marcel, skurczybyk, skutecznie jej to uniemożliwiał), jej kariera w kancelarii adwokackiej nabierała tempa. Wiedziała, że to zasługa bliźniaka, który zdawał się inspirować sobą niemal każdą trzeźwą chwilę jej żywota. Tylko gdy topiła Weltschmerz w alkoholowej powodzi, czuła się naprawdę sobą. Marcel wtedy gdzieś znikał, milknął, wrażenie jego obecności ginęło, jakby wóda budowała między nimi nieprzenikalną barierę.

Pewnego wieczoru w pijanym widzie wtarabaniła się do łazienki, zataczając sobą szerokie kręgi.

– Wysisne sie, skuwielu! – bełkotała, wygrażając lustru butelką z kilkoma łykami czystej na dnie.

Nawet próbowała wziąć krostę za uchem między palce, ale była zbyt pijana i tylko rozwaliła sobie głowę o półkę.

– Wyszeźwieje i cie wyper… wypierdole na zbity chryj – mamrotała, wycierając krew z rozciętej skroni.

Szkopuł w tym, że kiedy trzeźwiała, Marcel był u władzy. A gdy przejmował ster, zaczynał straszyć.

– Schlej się jeszcze raz, zagróź mi jeszcze raz, a następnym razem ockniesz się w burdelu! – warczał. – Nie doceniasz, co dla ciebie robię!

– Zabijasz we mnie radość życia – pomyślała apatycznie.

– Ja? To ty chlejesz na umór! Ja robię, co mogę, by ratować twoją reputację. Beze mnie dawno leżałabyś gdzieś pod mostem. – Westchnął. –  Nigdy nie potrafiłaś docenić jaką perłę Bóg cisnął przed twój świński ryj. Weź się w garść, do kurwy nędzy!

Pogróżka z burdelem podziałała; przynajmniej na tydzień. W ciągu tego tygodnia Maja miała sen: śniły jej się czasy, kiedy po raz pierwszy namacała pryszcza za uchem. Był mniej więcej taki sam jak teraz, ale wtedy, tego pierwszego dnia, milczał. Dlaczego? Zadumała się. Oglądała scenę z  dzieciństwa w kółko i w kółko, niczym stary rodzinny film. I zrozumiała. Spirytus. Wszak przykryła młodego naonczas Marcela spirytusem kosmetycznym, czego efektem było milczenie łajdaka. To odkrycie zapaliło w niej płomień nadziei, ta zaś wyrwała ją z objęć snu. Skoczyła na równe nogi, kierując się do barku, by…

– O, nie, nie! – odezwał się Marcel niemal natychmiast. – Nie waż się, pijaczyno, albo…

Maja czuła wyraźny opór, gdy wyciągała rękę, by otworzyć barek. Jakby ktoś, coś, powstrzymywało jej mięśnie przed postępowaniem zgodnie z jej wolą. Ugryzła się w wargę do samej krwi, aż zapiekło. Zaskoczony nagłym ukąszeniem bólu, Marcel stracił czujność. Maja wprawnym ruchem wytrawnej alkoholiczki chwyciła butelkę rumu, odkręciła i zalała trunkiem Zausze. Targnęło nią, nogi się pod nią ugięły – de facto zupełnie straciła w nich czucie. Butelka poleciała i rozbiła się o parkiet.

– Chluśnem, bo uśniem, sukinsynu! – pomyślała triumfalnie, zdając sobie jednocześnie sprawę z niedowładu dolnych kończyn. Doczołgała się do kanapy, wlokąc za sobą bezużyteczne chwilowo nogi, oparła wygodnie plecy o mebel i wsłuchała we własne myśli.

Było cicho. Czyżby jej plan się powiódł? Czyżby zły brat bliźniak błądził gdzieś tam, struty alkoholem?

– Chsiałabyś! – dobiegł ją wraży głos, ale dochodził z daleka i był niewyraźny, jakby… podpity. – Pomyślałem o… – czknął – …pomyślałem o wszystkim, ty głupa, niewzzzzięszna, tępa szaaa… ato!

– Coś ty, u diabła, zrobił?! – Maja przeraziła się, macając nogi, w których zupełnie brakowało czucia. Jakby ktoś odrąbał je siekierą.

– Właśśśnie to! – zapiał Marcel z dumą. – Jak wrósssę… to się z tobą pora… porachch… – i tyle go było.

Po tych bełkotliwych słowach Marcel zniknął, przynajmniej na kilka kolejnych godzin, podczas których Maja siedziała na parkiecie, nie mogąc poruszyć nogami. Butelka z rumem się rozlała, nawet nie miała czym zapić kolejnej porażki. Znowu popadła w depresję, w żal nad sobą, nad swoim opłakanym stanem, nad martwymi rodzicami, nad podłym losem.

Ludzie często się dziwili, dlaczego młodzi, piękni i majętni sprawiali wrażenie nieszczęsnych. Maja była tym wszystkim, cały świat stał przed nią otworem, tymczasem oto siedziała na podłodze, z bezwładem w nogach, ze ściskającym serce smutkiem w oczach, które z dnia na dzień stawały się coraz mniej niebieskie, za to coraz bardziej zielone. Obraz nędzy i rozpaczy. Siedziała niby szmaciana lalka, bezwolna, oczekując na powrót mieszkańca Zausza; na powrót bliźniaka, który mścił się na niej za to, że urodziła się zamiast niego. A rum się rozbił. Nawet kałuża wyparowała i nie było czego zlizywać. Maja Marcela zwiesiła smętnie głowę na piersi i zasnęła.

 

Szef Malinowskiej, Adam Gustowski, miał wątpliwości, gdy najlepszy członek jego zespołu poprosił o urlop na całe trzy miesiące, ale co tam! Należało się dziewczynie. Pracowała za dwoje przez ostatnie lata, toteż nie miał jej tego za złe. Tym bardziej, że odkąd pamiętał faktycznie była trochę przygaszona, jakby coś ją gnębiło, a ostatnio smutek niemal z niej wychodził i materializował się obok. Może zmęczenie materiału? Jeśli tak, to tym lepiej, że wzięła sobie wolne.

Przed momentem otrzymał od niej wiadomość tekstem, że są korki i trochę się spóźni. Też nie miał nic przeciwko. Czuł do niej słabość i tyle. Wszyscy o tym wiedzieli, lecz nie dbał o to, gdyż pozostali też mieli do niej słabość. Mała czarownica, każdego potrafiła owinąć sobie wokół palca. Właśnie takich ludzi potrzebowała jego agencja adwokacka.

Pół godziny później w kancelarii pojawiła się Maja, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, punktualnie. Gustowski podniósł na nią wzrok, chciał powiedzieć: „Witamy w domu!”, lecz słowa zamarły mu na ustach. Do pokoju nie weszła Maja, lecz ktoś do niej podobny: wysoki, zadbany, przystojny blondyn o krótko ściętych włosach i zielonych oczach; mógłby być jej bratem bliźniakiem. Wtem Gustowskiemu coś zaświtało. O to więc chodziło! Oto przyczyna przygaszenia Malinowskiej, jej wiecznego zatroskania, jej smutku. Transseksualizm to rzadki przypadek, ale los nie wybiera. Jeden ma schizofrenię, drugi żylaki, a inny urodził się w powłoce przynależnym do nie swojej płci.

– No, no, no! Cóż za odmiana! – Przywitał, nie ukrywając zaskoczenia. – Nigdy wcześniej nie wspominałaś, -eś, że… wiesz. Nie czułeś się dobrze we własnej skórze.

Niegdysiejsza Maja lekko się zarumieniła. Nawet w ciele mężczyzny prezentowała się idealnie, może nawet lepiej.

– Rozumiem, że te trzy miesiące potrzebne były na odpoczynek po operacji?

– Istotnie – odparł Malinowski męskim głosem, trochę miękkim, trochę słodkim; przywodzącym na myśl watę cukrową. – Jak widać,  przebiegła pomyślnie.

– Szybko ci poszło. Sądziłem, że kuracja hormonalna zajmuje więcej czasu.

– Medycyna błyskawicznie rozwija swoje metody – kłamał jak z nut. I po obojętnym wyrazie twarzy szefa widział, że rybka połknęła haczyk.

Sztuki manipulacji uczył się przez całe życie, a teraz wydawała piękne owoce. Nic, tylko wbijać zęby, gryźć i radować się soczystym triumfem. Powiadają: „Pycha kroczy przed upadkiem”, a wrażenie omnipotencji mogło łatwo ją sprowokować. Szczęściem Marcel nie wypadł sroce spod ogona; widział słabość innych i nie wahał się wykorzystać jej do swych celów, co nie znaczyło, że stał się ślepy na własne ułomności. Skromność, nawet jeśli fałszywa, powinna wystarczyć, dopóki nie opanuje samokontroli do perfekcji.

– Cokolwiek, stary, ważne że jesteś z powrotem – mówił tymczasem Gustowski. – Robota pali nam się w rękach. Przygotuję resztę zespołu na tę nowinę. Eee… – Zawahał się. – Jak się teraz mamy do ciebie zwracać?

– Marcel – odparł Malinowski. – I zapewniam, że nie wyszedłem z formy. Nigdy nie czułem się lepiej.

– No! – Adam Gustowski, dla którego w życiu liczył się jedynie zysk i nie miałby nic przeciwko temu, by połowa jego zespołu z dnia na dzień zmieniła płeć, o ile wygrywaliby dla niego sprawy, zatarł dłonie. – Mam nadzieję, mój drogi, mam nadzieję. Bierz się zatem do dzieła.

Gustowski podrzucił klucz do gabinetu Malinowskiego, a ten wdzięcznie schwytał go w locie. Skłonił się lekko i udał do swego pokoju, dzierżąc pod pachą teczkę z aktami dwóch czekających na niego spraw. Rozejrzał się po gabinecie, który opuścił na trzy długie miesiące. Był czysty, schludny i przygotowany do pracy. Nim się za nią wziął, sięgnął jeszcze do skrytki za szufladą biurka. Z odrazą wyciągnął pustą, tłustą flaszkę i trzymając ją między dwoma palcami niby śmierdzącą skarpetę, wywalił do kosza na śmieci. Szkło brzdęknęło o puste dno kubła.

Marcel poprawił granatowy, gustowny garnitur i zerknął na pogodny świat za oknem. Odruchowo musnął opuszkami miejsce za uchem – pozostała tam mała wypukłość, maciupeńki wzgórek. Należało go najpierw dobrze obmacać, aby przekonać się, że faktycznie tam był. Ukąszenia komara bywały większe. Nic takiego, nic ważnego. Zawiesił wzrok na białych, pierzastych obłokach, sunących po lazurowym niebie. Słońce powoli wysuwało się zza wieżowców, atakując miasto olśniewającą jasnością. Marcel zmrużył zielone oczy.

Oczy, w których błąkała się samotna błękitna plamka.

„Krwiożerczy odkurzacz atakuje” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Październik 19, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPewnie niejednemu z nas zdarzyło się wkurzać na urządzenia domowe. A to czajnik się spalił, piekarnik nie zadziałał tak jak trzeba, mikser postanowił się nie włączyć, bądź w maszynce do golenia stępiły się ostrza. Co wtedy robimy? Cóż, ubliżanie zepsutym urządzeniom należy do najłagodniejszych metod wyładowania frustracji, o innych wspominał nie będę, bo strach.

Myślimy wtedy, że to złośliwość rzeczy martwych. Ale czy są one tak naprawdę martwe? Co by było, gdyby jednak okazało się, że mają one duszę i swój wewnętrzny świat? A co gorsza, że są żądne naszej krwi? O tym przeczytacie w opowiadaniu Macieja Żołnowskiego. Niedobre Literki zapraszają (i przestrzegają!).

Czytaj resztę wpisu »

„Platfus i halluksy” by Karol Mitka

In Opowiadania on Wrzesień 28, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtStęskniliście się za imć Doctore i jego przygodami?

Nawet nie ważcie się twierdzić, że nie!

Oto – po długiej (zbyt długiej!) przerwie – przedstawiamy niedobroliterkowym wyjadaczom najnowsze opowiadanie naszego el redaktorre Karola Mitki. Nastawcie się na jazdę bez trzymanki, czarnego jak smocza smoła humoru i wizji, których wasze babcie doświadczały tylko w stanie krańcowego upojenia absyntem. Oto przed państwem… taaaa-dam…

Czytaj resztę wpisu »

„Pivovar – Morskie Oko. Akciová společnost” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Wrzesień 14, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtLato w pełni. Słońce w zenicie. A piwo w lodówce. To chyba dobra okoliczność przyrody by poświęcić łyk czasu na lekturę tekstu, który – nomen omen! – z piwem ma coś wspólnego, chociażby tytularnie. No i jeszcze kusi w języku naszych południowych braci, którzy – jakżeby inaczej – na robieniu doskonałych browarów znają się prawie tak dobrze, jak my na polityce.

W imieniu Macieja Żołnowskiego zapraszamy Was na tekst o tytule przydługim, wiele obiecującym… ale wcale nie lepszym niż zawartość. Poniżej coś dobrego, nie tylko na wakacje czy – dla tej ciut bardziej pechowej części braci studenckiej – kampanię wrześniową! Miłej lektury!

Czytaj resztę wpisu »

„Łabędzie-wampiry…” by Kornel Mikołajczyk i nasi na Kapitularzu

In Opowiadania, Patronat on Sierpień 24, 2018 at 12:35 pm

Dziś (i jutro, i pojutrze, i jeszcze przez wiele, wiele dni) zachęcamy do przeczytania najnowszego opowiadania Kornela Mikołajczyka, pod wielce intrygującym tytułem „Łabędzie-wampiry pożarły mój biurowiec„. Kto zna twórczość Kornela, ten wie, że spod jego klawiatury wychodzą wyłącznie świetne teksty. Nie inaczej jest i tym razem – „Łabędzie-wampiry…” są dziwne, przewrotne i… mądre. Co ciekawe, pierwotnie ten tekst powstał w języku obcym (czytaj: po angielsku) i zdążył się już rozpanoszyć na Bizarro Central. Kto ma zacięcie translatorskie, ten może porównać obie wersje:

Flash Fiction Friday: Vampire Swans Ate My Office Building

Aha, korzystając z okazji, zapraszamy do Łodzi na Kapitularz 2018, gdzie już za dwa tygodnie niedobroliterkowa ekipa (rzeczony Kornel Mikołajczyk, Kazek Kyrcz, Zeter Zelke, Istvan Vizvary i inne potępione duchy) przeprowadzą dwa panele: o groźnych miastach i równie (o ile nie bardziej!) groźnych kobietach.

A poniżej (wreszcie!) obiecane opowiadanie…

Czytaj resztę wpisu »