polskie centrum bizarro

Archive for the ‘Opowiadania’ Category

„Wieszam psy” by Karol Koziarski

In Opowiadania on Czerwiec 22, 2018 at 6:00 am

Najnowsze opowiadanie, które od dziś wisi na Niedobrych Literkach, nosi wyrazisty tytuł Wieszam psy. Jeśli wydaje wam się, że domyślacie się, o czym traktuje ten tekst, to macie rację – wydaje wam się. Opowiadanie Karola Koziarskiego – choć niedługie – zawiera dużo dobrego (i złego zarazem). Prosim piknie poczytać i przekonać się na własnej skórze.

Wieszam psy

Dlaczego? Ponieważ nazywam się Bob Suthersand, a przekładanie pętli przez włochate łby to moja praca. Kiedy nie drapię się po jajach, czytając stare kryminały – wieszam psy. Kiedy czarny winyl nie hipnotyzuje mnie usypiającymi obrotami i krążącą po pomieszczeni muzyką – tak, wieszam cholerne psy.

Gdybyście kiedyś znajdowali się na południu kraju, w zapyziałym miasteczku Brown Say Soyo, koniecznie musicie odwiedzić starego weterana, grabarza i rozwodnika – mnie, Boba. Popołudnia zazwyczaj spędzam w wiklinowym bujanym fotelu na werandzie, popijając schłodzone tanie piwo i wcinając solone orzeszki. Chata jest drewniana i wybudował ją mój dziad przy drodze krajowej numer sto dwa. Tam mnie znajdziecie. Jeśli jednak nie – jeśli zgubicie się na tym zadupiu, gdzie diabeł mówi dobranoc – mieszkańcy Brown Say Soyo wskażą wam drogę; wszyscy w miasteczku mnie znają. Jestem Bob Suthersand, wieszacz psów.

Tak, szczycę się tym mianem, które – rzecz godna zapamiętania – sam sobie nadałem. Jednak jest ktoś, kto pluł na mój tytuł: pewna osoba rzucała mi kłody pod nogi, jakbym jej czymś zawinił. Czarodziej. Magik w pelerynie i z różdżką w dłoni. Opowiem wam o nim, o tym skurwysynie, który niweczył ćwierć moich planów i denerwował jak diabli, jednak zrobię to później.

Chociaż nigdy nie rozstaję się z pętlą – zawsze ta sama, jedna, miła Catherine – muszę wyznać, że pierwszego kundla nie pozbyłem się w taki sposób, w jaki to robię teraz.

Było lato. Ja, sam, na wiejskiej drodze, wracając ze szkoły – czyli jeszcze gołowąs, który nie wiedział, czego pragnie od życia – myślałem o chorobie, która pokonała moją matkę i złożyła ją do grobu. I która – jak zaraza – kładła cień na życiu ojca. Nie, wcale nie czułem gniewu, jednak w mojej duszy pojawiło się coś nowego: niewypełnione niczym miejsce. Pustka, która z czasem miała się rozrosnąć i pochłonąć wszystkie inne emocje. Przecież miałem tylko osiemnaście lat.

W oddali widziałem farmę Switzgeraldów: zadbany domek, szopę, stodołę, ogrodzenie. Nie musiałem podchodzić bliżej (ale i tak przebiegała tamtędy moja droga), żeby wiedzieć o znajdujących się za stodołą trzech budach, w których – oczywiście – paskudne kundle wygryzały z tyłków pchły. Nie wiem, co mną kierowało, że przelazłem przez rozklekotane ogrodzenie, ale to była najlepsza decyzja w całym moim życiu; tamtego dnia poznałem swoje powołanie.

Czy Switzgeraldowie byli w domu? – tego nie wiem. Pamiętam jedynie, że moje nogi przypominały galaretę, a w sercu miałem więcej strachu od krwi. Przecież stary John „Dziad” Switzgerald zawsze nosił przy sobie Małą Dettę – olbrzymią dwururkę, której odrzut wyrzuciłby w powietrze na dwa metry każdego oprócz samego „Dziada”; stary John był rosłym chłopem. Nie to, co ja; wtedy byłem dosyć mizernym młokosem, chociaż z wiekiem przybyło mi mięśni. Pewnie od wieszania psów i trzymania naprężonej liny, ale kto to wie…

Kiedy znajdowałem się między pomalowanym na popielato domkiem a szopą, jeszcze nie wiedziałem, co chcę zrobić, chociaż – tak myślę – gdzieś w głębi duszy czułem, że poszedłem tam tylko po to, żeby zapierdolić psa.

Traf, nie traf, nie wiem, ale coś chciało, żebym znalazł leżące na skrawku wysuszonej trawy widły. Podniosłem je i wtedy, chyba właśnie wtedy, dotarło do mnie, że rdzewiejące zęby narzędzia powinny znaleźć się w brzuchu któregoś z kundli Switzgeraldów.

Od bud dzieliło mnie jakieś sześć-siedem metrów i pole minowe: czworonogi, zdaje się, nigdy nie były spuszczane z łańcucha, dlatego wypróżniały się tam, gdzie ich micha i posłanie. Jedno z brudnych i śmierdzących stworzeń wylazło z ciemności. Warknęło ostrzegawczo, a po chwili ujadało tak, że mieszkający na drugim krańcu wiochy Blitz Beetman pewnie został wyrwany z popołudniowej sjesty. Nawet nie zdążyłem powiedzieć „cholera”, nim pozostałe sierściuchy dołączyły do szczekającej kupy kości i kudłów. Jeśli Switzgeraldowie rzeczywiście znajdowali się w domu, to – zakładam – byli bardzo opanowanymi ludźmi lub przyzwyczaili się do głośnego trio.

Zanim skończę tę historię – a zrobię to w siedmiu słowach – muszę przyznać, że dopiero tamtego popołudnia pierwszy raz w życiu zaznałem prawdziwej przyjemności, nieporównywalnej z kosztowaniem najlepszych potraw czy nawet nocą z dziewczyną. To mnie nakarmiło; zostałem wypełniony jak wiadro spuszczone do studni. Dlatego, dzięki tym dziesięciu minutom na śmierdzącym podwórku, teraz znacie mnie jako pogromcę psów, a nie farmera z Brown Say Soyo, który pracowałby w upale przez dziesięć godzin dziennie, mając z tego – żeby nie powiedzieć gówno – nic.

Cieszę się z tego, kim się stałem. Jestem dumnym człowiekiem.

A teraz, pozwolicie, dokończę wcześniej rozpoczętą scenkę z mojego życia, jak obiecałem, w siedmiu słowach:

Zabiłem wszystkie trzy psy, przebijając je widłami.

Oto jak się zaczęło.

Mijały dni. Męczyła mnie narastająca chęć zrobienia czegoś złego. Bezlitośnie. I w dzień, i w nocy. I przy stole, i na sraczu. W końcu wpadłem na genialny pomysł: przed domem postawiłem tabliczkę z napisem „Za drobną opłatę zabiję psa”. Niestety – nikt się nie zgłosił. Chodziło o strach przed wyjściem przed szereg? Chcieli tego, ale bali się poprosić? W każdym razie sceptycyzm ogółu nie zdusił mojego wewnętrznego żaru; zacząłem chodzić od domu do domu i pytałem ludzi, czy mogę wnieść do ich żyć nieco zła, trochę plugastwa, poczucia winy. A oni, niech mnie diabli, mówili “tak”. Tak, powieś naszego psa, zapłacimy ci, polecimy sąsiadom. Niektórych trzeba było przekonywać, zachęcać, ale – koniec końców – każdy ulegał i dawał zielone światło na użycie jutowej Catherine. Liny, którą kupiłem w sklepie Cricków za – żarcik – psie pieniądze i z której sam, własnoręcznie, uplotłem wisielczy sznur. Tak jest!

W tym natłoku podłości i ohydztw, kiedy pukam do drzwi i proponuję usługę w zamian za obiad albo niewielkie „co łaska”, ludzie po prostu się poddają. To takie zmęczenie. „Rób, co chcesz, mnie już nic nie obchodzi”. Jak podczas kłótni kochanków: ona i on, wyczerpani kilkugodzinną wrzawą, w końcu odpuszczają, ale nie dlatego że doszli do porozumienia, tylko z powodu wyrzucenia na wierzch całego gnoju, który gromadził się i gromadził, może przez tygodnie, może przez miesiące, może lata. Nie wiem, kurwa, nie wiem, nie jestem jasnowidzem, tak tylko mówię.

Chodzi o to, że oni się zgadzają na zniszczenie własnych żyć i na rozkład moralny, dobrowolnie i czasami nawet z ulgą. Zbyt duży wysiłek, aby powiedzieć „nie”.

I tak to sobie zabijałem psy – spokojnie, owocnie, ciesząc się każdym dniem. Aż do pewnej gwieździstej nocy, kiedy pojawił się on – skurwysyn z trzeciego akapitu. Czarodziej w czarnym, błyszczącym kapeluszu i z różdżką w dłoni. Moja zmora.

Sen nie przychodził, a w klatce w stodole znajdowały się czekające na własną kolej cztery kundle; wyjąłem więc z szuflady Catherine i podreptałem zrobić swoje. Ależ się zdziwiłem, no cholera, świat zawirował, kiedy zobaczyłem psy przeskakujące przez magiczny portal – dziurę w powietrzu z drżącą otoczką w kolorze grejpfruta. Przed magicznym przejściem stał Czarodziej i gapił się na mnie. Bezczelnie, z pogardą i błyskiem zwycięstwa w szmaragdowych oczach. Miał kozią bródkę, a chude jak szkielet ciało przykrywała czarna peleryna.

– Ouu, moje nemezis – usłyszałem. – Szach i…

Nie dokończył, ponieważ cofnął się o krok, a jego ciało zostało wciągnięte przez różowy portal.

Potem, leżąc na łóżku, długo rozmyślałem: twarz rabusia przypominała mi kogoś, ale niech mnie piorun trzaśnie, jeśli wtedy byłem w stanie sobie przypomnieć, o kogo chodzi.

Od tamtej enigmatycznej, trochę surrealnej nocy Czarodziej regularnie podkradał moje „zasoby”. Nie wiem – i nie chcę wiedzieć – co z nimi robił. Chciałem tylko utrzymać te cholerne kundle w stodole. Czatowałem więc po nocach z rewolwerem w dłoni i pragnieniem odwetu na chytrym złodziejaszku.

Nemezis, nemezis, ciągle odtwarzałem te słowa w głowie i rzeczywiście – poczułem się jak największy wróg nocnego gościa. Ja byłem jego górą, a on moją. Kto się pierwszy wespnie i osiągnie szczyt? Byliśmy jak ta dwójka kreskówek: brązowa myszka i popielaty kot, którzy spędzili życie na zatargach. Byliśmy jak inspektor Javert i galernik Jean ValJean. Jak Sherlock Holmes i profesor James Moriarty.

Byliśmy życiowymi wrogami.

Kiedy miałem dwadzieścia trzy lata, zmarł mój ojciec, który – słowo honoru, harcerza i tak dalej – popierał moją działalność zarobkowo-społeczną. Rok później wybuchła wojna, a ja pomaszerowałem na front razem z innymi młodzieńcami i karabinem na ramieniu. Ot, kolejny etap mojego życia. Nic ciekawego.

Powróciwszy w rodzinne strony, miałem jeszcze większą ochotę na… na wiecie co. I znów robiłem swoje. Tym razem z większym zapałem. Tym razem lepiej przygotowany, ponieważ podprowadziłem ze składu w garnizonie trzy granaty. Słodziutkie żeliwne maleństwa, które miały mi pomóc w prywatnej wojnie z Czarodziejem.

Z Czarodziejem, którego twarz kogoś mi przypominała. I to mnie męczyło.

Cztery miesiące po powrocie do domu ożeniłem się.

Poznałem ją w kościele. Możecie nie wierzyć, że taki typ jak ja chodzi na niedzielne msze, ale tak właśnie było – ja i ona, w tej samej ławce, oboje sobą zauroczeni. Miała na imię Anna, uroczy uśmiech i cudowne niebieskie oczy. W Brown Say Soyo nie widziałem piękniejszej dziewczyny. Poza tym akceptowała to, co robię. Ale… niestety – oleju w jej głowie ni kucharz, ni mechanik nie znalazłby kropli.

Na świecie było coraz mniej psów; musiałem kupić starego forda i jeździć w sąsiednie miejscowości, żeby starczyło na chleb i podatki. Pamiętam, jak z Red Wing Ohmayo przywiozłem sześć tłustych jak świnie kundli. Chociaż na dłoniach miałem zrogowaciałą skórę, na linie zauważyłem krew – tak ciężkie były te bydlęta. Przy czwartym musiałem odpocząć. Może dlatego, że w radiu Paul McCartney śpiewał Let it be, nie usłyszałem – tak, tak, dobrze kombinujecie – zwinnego jak wąż Czarodzieja. Psy były już po drugiej stronie portalu, złodziej jeszcze nie. Na każdy rzucony przeze mnie granat przypadał jeden portal, który pochłaniał ananaska. Nie wiem, cholera, nie wiem, gdzie on je przenosił – może na Antarktydę, może na dno morza – ale robił to z taką łatwością, że straciłem całą wiarę w swe przedsięwzięcie. Machnięcie różdżką i pyk – nie ma granatu. Pyk – nie ma sierściuchów. Pyk – nie ma Czarodzieja. Jestem tylko ja i gwiazdy nade mną.

Tylko ja? A co z młodą małżonką, która przecież była i piękna, i wyrozumiała?

A to, że opowiedziałem jej o Czarodzieju, który mi się naprzykrzał. Dwa miesiące później spakowała walizki, przerzuciła je przez portal i uciekła z moim nemezis. Głupia. Jak do tego doszło? Cholera wie! Musiał ją zauroczyć szatańskimi sztuczkami, kiedy ładowałem kundle do forda podczas jednej z moich wypraw. Nic nie mogłem zrobić. Dosłownie. Patrzyłem na całą sytuację sparaliżowany – młynek różdżką i pyk!, nie mogę się ruszyć. Zachodzę w głowę – ten parszywy złodziej to potężny gość – dlaczego mnie nie zabił? Może dobro nigdy nie pokona zła?

Rok później ona i on założyli małe schronisko. O ironio! – dla psów. Kolejne dziesięć lat później byli właścicielami największej sieci schronisk dla zwierząt na świecie.

Czarodziej triumfował. Jak sam rzekł: Ouu, moje nemezis. Szach i… Mat nigdy nie nadszedł, ponieważ nigdy nie zostałem dobity. Owszem, nadal wieszam psy, ale to nie to samo, kiedy połowa zleceń znika za różowym portalem. Nadal też walczę. Raz wpadłem na naprawdę, że tak pozwolę sobie zażartować, wybuchowy pomysł, który polegał na rozpieprzeniu siedziby magika. Otóż, wyobraźcie sobie, przykleiłem każdemu kundlowi laskę dynamitu. Pod brzuch. Zapalniki były zdalnie sterowane, a przełącznik dzierżyłem ja – ukryty, z zadziornym uśmieszkiem na twarzy. Obserwowałem, jak Czarodziej przerzucał psy przez portal, a kiedy już znalazły się po drugiej stronie: klik. I bum! Wielkie, głośne, potężne. Wtedy robiąca pyk różdżka nie pomogła. Klik versus pyk. Klik wygrywa przez nokaut!

Bitew, zasadzek, dywersji i tak dalej było jeszcze wiele, jednak nie zamierzam o nich opowiadać; szkoda czasu. Co ja, kurwa, nie mam co robić? Powiem tylko, że obydwaj ponosiliśmy sromotne porażki i odnosiliśmy cudowne zwycięstwa.

Po latach nająłem ludzi do pomocy, żeby przywozili do mojej stodoły zwierzęta z całego świata. To już nie był biznes jednego człowieka. Założyłem rzeźnię.

Nie zostało mi wiele do zdradzenia; właściwie tylko puenta tej historii.

Po latach nieznośny znak zapytania, który krążył między moim sercem i mózgiem, urósł do takich rozmiarów, że musiałem coś zrobić. Napisałem krótki liścik do Anny z tylko jednym, jedynym słowem: Dlaczego? Następnym razem, kiedy Czarodziej zawitał do stodoły, po prostu do niego podszedłem i podałem karteczkę.

– To dla Anny – powiedziałem, patrząc na tę piekielnie znajomą twarz.

– Si.

Ukłonił się, zabrał psy, zniknął.

Po dwóch dniach stresu i niespokojnych „spacerów” po domu otrzymałem odpowiedź – długi, ręcznie napisany list.

 

Kochany Bobie,

wybacz, proszę, wybacz, że Cię porzuciłam. Kocham Cię i nigdy nie przestałam kochać, ale mając do wyboru dwie wersje Ciebie, wybrałam tę o dobrym sercu, tę, która nie wiesza psów, tylko je ratuje. John – tak nazywa się mężczyzna, z którym odeszłam i który tak bardzo napsuł Ci nerwów – a dokładniej John Suthersand, to dobry mężczyzna, dba o mnie i co najważniejsze – przypomina mi faceta, w którym zabujałam się na niedzielnej mszy w kościele. John przypomina mi Ciebie. Jesteście jak jeden byt, ale rozdarty na dwie części. Dobro i Zło.

Pamiętasz? Czasami, kiedy leżeliśmy w łóżku, opowiadałeś mi o złodzieju, którego twarz kogoś ci przypomina. Rozumiesz już? Nie jesteście jak Javert i Jean ValJean. Jesteście jak doktor Jekyll i Mr. Hyde. Tylko że nie w jednym ciele, a w dwóch. On chudy, blady i z kozią bródką. Ty z brzuszkiem i czerwonym nosem. On ratuje zwierzęta, Ty je uśmiercasz.

Bob, mam wyrzuty sumienia, że Cię opuściłam. Mam wyrzuty, ponieważ to nie Twoja wina, że stałeś się takim człowiekiem, jakim jesteś teraz. Pewnego razu John wyznał mi, jak to się stało, że istnieje wasza dwójka, a nie jeden człowiek, będący sumą życiowych doświadczeń. Opowiedział mi historię o mężczyźnie, który nauczył się czarów, a potem użył ich, aby wyrzucić z siebie całą toksyczność; nie chciał być jak wszyscy ludzie – z moralnymi dylematami, poczuciem winy i ciągłą świadomością, że wybrane drogi mogą okazać się niewłaściwe. Miał możliwość zmienienia swej osobowości za pomocą czarów. Magiczna sztuczka. Abrakadabra. Tyle że proces nie przebiegł tak, jak należy. John machnął różdżką, jednak wbrew oczekiwaniom nie zgładził gorszego ja. Wydobył je z siebie.

Tak powstałeś Ty, Bobie. Miałeś osiemnaście lat, wspomnienia Johna i jego wygląd (potem obydwaj zaczęliście się zmieniać; on schudł i zapuścił brodę, natomiast Ty przytyłeś). John wyrzucił Cię na środku wiejskiej drogi. Chwilę później znalazłeś się na farmie Switzgeraldów i zabiłeś trzy niewinne pieski.

Zająłeś jego miejsce, natomiast mój przyszły mąż udał się na zachód, do miasta.

Resztę znasz.

John i Bob. Schronisko i rzeźnia. Dobro i Zło.

To nie tak miało być…

Kocham Cię, Bob.

I przepraszam.

 

Twoja ukochana,

Anna

 

Wiedziałem, że skądś znam skurwiela w kapeluszu, ale – jasny gwint – taka historia… Możecie sobie żartować ze starego dziada, który uwierzył puszczalskiej dziewce; nie obchodzi mnie to. Te słowa były szczere i wiem, że jestem gównem, które wyleciało z dupy Czarodzieja.

I kocham to.

Uwielbiam być zarazą, wojną, głodem i śmiercią. Grzechem, który puka do drzwi.

Pamiętajcie: nawet jeśli zło jest wszechobecne i natarczywe, to nie usprawiedliwia to opuszczenia gardy. Ale ja nie narzekam; przecież to ja jestem tym złem, pokusą, diabłem, Bobem Suthersandem z Brown Say Soyo, który wiesza psy. Jestem jak te wszystkie złe rzeczy. Złe rzeczy, które szkodzą, psują i za które – niewiarygodne – nadal trzeba płacić, mimo tego, że niszczą życia. Pistolet, ociekający tłuszczem fast food, praca od rana do nocy, Bob Suthersand, co za różnica? Wszystko to samo… Niszczy i w jakiś dziwny sposób cieszy.

Tak więc pamiętajcie: gdziekolwiek się znajdziecie, ja tam będę. Zabiję wasze psy, powieszę je na mojej Catherine, a wy, jak Boga kocham, będziecie mi wdzięczni i poprosicie o więcej.

 

Reklamy

„Misja Stefana” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Czerwiec 1, 2018 at 6:00 am

Stało się. Podpora naszego pandemonicznego portalu (możecie za jego pomocą przemieścić się, gdzie dusza zapragnie – pod warunkiem jednakowoż, że takową posiadacie), czyli Zeter Zelke we własnej osobie, sprokurowała nowiutkie, świeżutkie, aczkolwiek niekoniecznie pięknie pachnące opowiadanie.

– Niepachnące? A czemuż to? – spyta ten i ów.

– A przeczytać nie łaska -odpowie Paskud.

I będzie miał rację… Zapraszamy więc do lektury. Q chwale!

Misja Stefana albo: O człowieku, który ratował bąki

Ludzie uwielbiają dzielić swych bliźnich. Cecha to nie tylko przywódców, lecz większości plebejuszy. Ludzie więc dzielą się na takich i owakich, jak i na tych z misją oraz takich bez niej. Oto jest historia jednego człeka, co należał do tych, którzy misję mieli.

 

Cztery szare, czteropiętrowe bloki mieszkalne otaczały osiedlowy plac zabaw już dobre pięćdziesiąt lat. Wszystko pomiędzy się zmieniło: huśtawki odnowiono, ławki odmalowano, zieleń przesadzono dwa razy, piasek w piaskownicy wymieniono z trzydzieści, nawet popękane, wypaczone płytki chodnikowe ustąpiły gustownej kostce. Okolica zrobiła się czystsza, ładniejsza, barwniejsza… i zamknięta w kręgu posępnych bloczysk, jakich nikt nie raczył zmodernizować, czy choćby przemalować. Ale to nie jest ważne. Przed kilkoma laty jedno z mieszkań w tych smutnych konstrukcjach zajmował człowiek o dobrym sercu i słabej głowie, a na imię mu było Stefan.

Stefan zwykł wstawać o szóstej nad ranem bez względu na dzień tygodnia. Pracował na poczcie, wydawał przesyłki, przyjmował przesyłki, stemplował znaczki i sprzedawał pocztówki. Praca nie była trudna i zwykłemu śmiertelnikowi znudziłaby się po miesiącu. Ale imć Stefan nie był zwykłym śmiertelnikiem. Miał misję. A jeśli ma się misję, żaden dzień w nudnej pracy nie wydaje się stracony, bowiem każdą wolną chwilę można poświęcić rozmyślaniom o przeznaczeniu. Stefan kochał życie, toteż rozważał opcje, snuł plany, wszystko po to, by móc praktykować to, do czego został powołany – do ocalania ludzkich dusz.

Trzeba nadmienić, że Stefan był doskonałym przykładem na to, jak dokumentnie natura potrafi spieprzyć sprawę. Ludzi o dobrych sercach, silnej motywacji i niewyczerpanej energii było jak na lekarstwo. Można czasem odnieść wrażenie, że świat zamieszkują głównie kanalie, psychopaci i wredne sukinsyny, gotowe ożenić bliźniego z kosą za pięć złotych. Chciałoby się zakrzyknąć: „Bóg jeden wie, jak bardzo potrzebujemy osób szlachetnego serca!”. Stefan był sceptykiem, więc liczył tylko na siebie i swoją pomysłowość. Miał jednak nie po kolei w głowie i beznadziejnie ukierunkował rozpierającą go miłość do świata.

Stefan wierzył mianowicie, że każde żywe stworzenie na Ziemi ma duszę, która pozwala mu po śmierci przetrwać w innej formie. Domem dla duszy było wnętrze, ale owa nie mogła w nim siedzieć bez końca. Musiała oddzielać się od ciała i ulatywać w eter, gdzie rozpoczynała proces gromadzenia samej siebie, aby wstąpić kompletna w nowe ciało, gdy czas się dopełni. Od ciała odrywała się porcjami.

Widzicie, dla Stefana miało to sens, bo bezgranicznie kochał życie. Każde życie: ludzkie życie, kocie życie, psie życie, gadzie życie. U każdej żywej istoty od czasu do czasu coś uchodziło z organizmu. Na przykład gazy. A ponieważ dusza ponoć była lekka, eteryczna, Stefan po prostu powiązał fakty. Był kontent jak długo ludzie pierdzieli swobodnie, ale gdy tylko zauważył, że ktoś ma zaparcia, albo – co gorsza! – intencjonalnie wstrzymuje, bo niby się wstydzi, serce w nim pękało i rósł bunt.

Problem – jak zwykle – stanowili tylko ludzie z tym ich głupim poczuciem przyzwoitości. Zwierzaki po prostu robiły co swoje. Fragmenty ich pięknych dusz ulatywały w eter z każdym bąkiem, czy każdym stolcem, któremu jakiś tam wybuszek gazu zawsze towarzyszył. Jedynie człowiek potrafił umyślnie wstrzymywać i to doprowadzało Stefana do szewskiej pasji. Ludzkie dusze były zagrożone! Zagrożone przez fałszywe poczucie przyzwoitości, przez zaprzeczenie – czasem śmierdzącej – ale jednak: ludzkiej natury! Przez tego rodzaju farmazony dusze nie mogły oddzielić się od ciała, udać w eter i tam akumulować. A Stefan tak bardzo kochał bliźnich. Więc zdecydował, że jeśli zauważy choćby ślad aktu autodestrukcji, nigdy nie cofnie się przed niczym, by uratować czyjegoś bąka; by wyrwać go z upartych trzewi i oddać niebu, gdzie jego miejsce.

Chociaż jego pierwsze misje zakończyły się spektakularnymi klapami, nigdy nie podcięło mu to skrzydeł i tylko natchnęło. Zaczęło się wiele lat temu, gdy miał raptem dwadzieścia parę lat i przeżywał swoje pierwsze miłosne uniesienia. Stefan był przystojny jak diabli, elokwentny, bystry (na pierwszy rzut oka) i – rzecz jasna – opiekuńczy. Lecz w momencie, gdy tylko wykazywał cień zainteresowania spawami gastrycznymi, partnerki robiły się płochliwe albo wredne. W szczególności taka jedna. Na imię jej było Malwina, a zbrodnia jakiej dokonała, na długi czas zdominowała jego sny.

Po pół roku wzajemnych spotkań i „chodzenia ze sobą”, Stefan czuł, że Malwinie mógłby powierzyć każdy sekret, tak dobrze się rozumieli. Malwina była trochę świrnięta, zbierała komiksy i czytała książki o dziwnych treściach. Była też bardzo wierzącą katoliczką, jaka wciąż odnajdywała samą siebie, jaka szukała swojego miejsca w świecie. Stefan tolerował to, bo kochał bliźnich takimi jacy byli. Pewnej nocy, w zarośniętym, zapomnianym sadzie, gdy popijali wino i spoglądali w rozgwieżdżone niebo, gadając o niczym, Malwina powierzyła mu swój sekret:

– Jestem flatufilką – wypaliła, a w jej oczach wezbrały łzy, jakby obawiała się, że zostanie wyśmiana.

Stefan przyjął te słowa w milczeniu. Przygarnął dziewczynę ramieniem i przytulił. W tym momencie wydawało się, że szczęście nie mogło uśmiechnąć się do niego szerzej. Nie dość, że miał misję, to na domiar tego miłość jego życia doznawała spełnienia tylko wtedy, gdy ktoś uwalniał fragmenty swej duszy na jej piękną twarz. Przez następne dwa tygodnie oboje niemal się nie rozstawali: Malwina szczęśliwa, że znalazła kogoś, kto nie tylko tolerował, lecz wręcz pochwalał jej wstydliwą parafilię; Stefan – bo miał pewność, że przynajmniej dusza jego największej miłości bezpiecznie opuści ciało. Aż pewnej nocy stało się to: Malwina spaliła bąka. Najadła się wcześniej grochu, by mieć potężniejsze gazy. Wypili do niego dość dużo białego wina. Dziewczyna w szampańskim nastroju w pewnym momencie ściągnęła spodnie, zsunęła majtki, wypięła się na płonącą świecę i wypuściła wiatr.

Mało powiedzieć, że Stefan był zdruzgotany. Nigdy, aż do tej pory, nawet do głowy mu nie przyszło, że można dokonać takiego aktu wandalizmu na własnej nieśmiertelności. W pierwszym odruchu zaniemówił. Usiłował gorączkowo rozstrzygnąć, czy ten fragment duszy został bezpowrotnie stracony i jaki będzie jej los, gdy ciało Malwiny wreszcie się podda. Gdzieś tam, w głębi serca, miał nadzieję, że nawet długo wstrzymywane gazy w końcu jakoś tam ujdą. Ale ta porcja została spalona! Spalona, do diabła! I co teraz?! Stefan zawył jak ranne zwierzę i mamrocząc niezrozumiałe dla Malwiny: „Stracona, stracona!” – wypadł z jej mieszkania, jakby ścigało go stado biesów.

Po tym wydarzeniu wziął urlop i siedział w ciemności swojego mieszkania w szarym blokowisku bity miesiąc. Do głowy przychodziły mu różne wariactwa. Rozważał nawet poświęcenie poprzez napierdzenie do słoiczka i wtłoczenie własnego bąka do kiszki Malwiny, lecz koniec końców zaniechał: nie da się oszukać czyjejś duszy, a poświęcenie własnej na rzecz innej to zbrodnia na samym sobie. Zbrodnia to zbrodnia. Zrozpaczony, mógł mieć tylko nadzieję, że nawet fragmentaryczna dusza Malwiny się odrodzi: może będzie jej brakować oka albo ucha, może będzie zdeformowana, ale na pewno spalenie bąka nie mogło przekreślać wieczności!

Zapytacie: a co z Malwiną? Dziewczynie jakby łuski miłości z oczu spadły. Dostrzegła, że jej wybranek był dziwakiem, bowiem ona sama była dziwaczką. W chwilach udręki i słabości znajdowała pocieszenie w Kościele, a gdy ksiądz proboszcz zanotował, że gorliwa wprawdzie dziewczyna ostatnimi czasy praktycznie zamieszkała w świątyni, zaproponował jej spowiedź. A była to spowiedź jej życia. Malwina poczuła się oczyszczona i naprostowana, a flatufilia z perspektywy minionych dni wydała jej się dziecinną głupawką, ot! – takim zaćmieniem młodzieńczym, doświadczeniem jakie uczy, czym jest wstyd. Proboszcz, jako cierpliwy i dobry człowiek (i zdrowy psychicznie, czego o naszym bohaterze powiedzieć nie można), wyprostował krzywiznę jej dróg, lecz sam zatroskał się, albowiem – jakby nie było – wariat wciąż łaził na wolności. Mógł tylko modlić się do Boga, że wariat to był nieszkodliwy.

I jeśli się modlił, to nie wymodlił. Oto bowiem Stefan wpadł na genialny pomysł, z jego punktu widzenia: anielsko dobry, a z perspektywy proboszcza i Malwiny, jak i całego zdroworozsądkowego świata: szatańsko bestialski. Stefan pamiętał ze szkoły i Mad Maxa, że na gazy jelitowe składał się między innymi metan. Toteż – myślał sobie – jakby przemocą metan w kiszki wtłoczyć, czyżby ubytek w duszy nie został uzupełniony? Genialne! Ponieważ potrzeba matką wynalazków, a gorliwość pośpiechu, w krótkim czasie skonstruował pompę metanową z wejściem wdupnym, umożliwiającą wpompowanie gazu do jelit. Trzeba w tym miejscu podkreślić, że Stefan był nadgorliwy, nadto nie był naukowcem, lecz zwykłym świrem, dla którego: kompresor + ludzki otwór = brak złych skojarzeń. Gdy ustrojstwo, jakie w wyobraźni swej spaczonej nazwał „ratownikiem dusz”, było już gotowe, zarzucił je sobie na plecy i ruszył do parafii, w której wiedział, że znajdzie Malwinę.

Oto tam była: spokojna, pogrążona w modlitwie, bezduszna, a przynajmniej bez duszy fragmentu. Ale Stefan miał na to lekarstwo. Grzecznie odczekał, aż jego największa miłość skończy rozmawiać ze Stwórcą i opuści świątynię. Lecz nie on jeden czekał. Ksiądz proboszcz, który znał życie i którego przeczucie nie myliło, obserwował go z okna zakrystii. Gdy zobaczył dwie butle metanu na jego plecach i gumowego węża, zabrał tłuczek do mięsa, którym zwykł rozbijać orzechy laskowe, przeżegnał się, poprosił Boga o przebaczenie i ruszył na pomoc. Po drodze nakazał napotkanemu ministrantowi wezwać policję.

Tymczasem Stefan już ganiał za Malwiną po trawniku przed świątynią, płoszył gołębie i gorszył ludzi. Malwina krzyczała, a gorące łzy spływały z jej oczu na policzki. Obraz miała zamazany, lecz widziała syczącego, gumowego węża w ręku swojego byłego, który z szalejem w oczach i z dwoma butlami na plecach biegał za nią, wołając: „Uratuję twą duszę! Tylko się wypnij! Uratuję twą duszę! Czego wrzeszczysz, głupia! To wszystko dla twojego dobra!”. Dziewczę potknęło się o polny kamień i z krótkim krzykiem przerażenia upadło na trawę. Stefan wnet wyrósł nad nią, posykując wężem, odkręcił jakiś zawór przy butli i aż się zachłysnęli oboje, gdy buchnęło metanowym cuchem. Stefan śmiał się z radości, próbując odwrócić Malwinę na brzuch i zadrzeć jej kiecę, a ta broniła się rękami i nogami, jednocześnie usiłując nie rzygnąć od smrodliwego gazu. Aż tu coś głucho zabrzmiało, Stefan zwiotczał i opadł na dziewczynę. Nad nimi górował ksiądz pobladły, z drżącą wargą, z tłuczkiem w ręce.

Przyjechała policja i karetka pogotowia. Ksiądz i Malwina dostali po środku uspokajającym, zaś Stefan dożywotni nakaz pobytu w zamkniętym ośrodku dla umysłowo chorych.

No, ale co mają z tym wspólnego wspomniane na początku, zapomniane, nieodnawiane od lat bloczyska, zamykające w swoim zaklętym kręgu wcale ładnie odnowione osiedle? Ano mówią lokatorzy, że z mieszkania, które należało do Stefana, co sobota uchodzi jakiś smród. Właściwie nie jakiś, a konkretny swąd – metanu. Sąsiedzi po wielokroć zgłaszali awarie i za każdym razem pogotowie osiedlowe sprawdzało mieszkanie, by nic nie znaleźć. Obecnie administracja pewnie zignorowałaby każde wezwanie do tego miejsca, nawet gdyby się tam naprawdę paliło. Bo cóż, że wszyscy czują smród, gdy nikt nie potrafi wskazać jego źródła! Może oprócz tych, którzy pamiętali o Stefanie i jego misji.

Bo misja potrafi przeżyć samego misjonarza. Niektóre idee żyją i roztaczają swąd nawet wtedy, gdy ich twórca od dawna podgryza rzemyki w kaftanie bezpieczeństwa albo gryzie ziemię.

 

„Butelki zwrotne…” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Maj 25, 2018 at 6:00 am

Niekiedy na nieodobroliterkowe łamy trafiają autorzy oczytani w klasyce. Kiedy indziej tacy, gustujący w literackiej pulpie… Jakby na to nie patrzyć, Paskud twierdzi, że gó… hm, znaczy, że niewiele go obchodzi co kto czyta. Ciekawsze jest to, co pisze.

Jak kiedyś stwierdził Koleś: „to jest tylko twoja opinia”… I może na tym poprzestaniemy. Dziś zapraszamy szanownych czytaczy do zapoznania się z pierwszym (na pewno nie ostatnim!) tekstem Macieja Żołnowskiego. Emocje gwarantowane.

Butelki zwrotne po piwku pięćdziesiąt groszy za sztukę

Parafraza – wariacja na temat jednego z wpisów w „Dzienniku” W. Gombrowicza

U! Cza, cza, cza… Przydarzyło mi się to przedwczoraj… Mógłbym rzec, że w pewnym sensie nic nie może się równać pozoranctwu rzekomych wyborów, przed jakimi staje człowiek, przed jakimi przyszło mi stawać… Że znalazłem się oto w sytuacji, w której humanizm zaczyna czkać, bekać, a nawet rzygać… To mógłbym zaiste rzec. Wolno mi także zadręczać się tym (albo i nie) — to właściwie wyłącznie ode mnie zależy.

Opalałem się gdzieś na plaży nad Bałtykiem, pośród tych wszystkich gór piaskowych, wydm, obfitujących w zbocza i dolinki, i pasemka – labirynt sypki i efektowny, gdzieniegdzie porosły krzaczkiem rozhuśtanym od nieustającego naporu bryzy. Byłem nieco tylko osłonięty, ale metr, może dwa ode mnie rozpoczynała się najprawdziwsza Saharę, palona słońcem i smagana biczem wichru.

Jakieś butelki zwrotne po piweczku walały się na tej pustyni, porozrzucane bez ładu i składu. I jedna z nich, nie dalej niż na odległość mego ramienia, leżała do góry denkiem. Wiatr ją przewrócił, bidulkę. Słońce piekło jej brązowawą szklistość, co było w mym odczuciu zupełnie, jakieś takie, niefajne (zwykłem, ja sam, myśleć o butelkach, jako o czymś, co zazwyczaj jest zimne, a zimne do tego aż stopnia, co i piwko, które orzeźwia i gasi pragnienie, i daje radość ciału podczas upału).

Ja, Pan Głębokie Gardło, niedostępny jej swoim ogromem, wyciągnąwszy rękę zwinąłem ją prawie ukradkiem do torby. Następnie ruszyłem ku Delikatesom Centrum, zapominając na sekundę o całym plaży żarze i Saharze.

Pani Anetko, buteleczkę proszę.

Na wymianę?

Tak, pani Albisiu, zimne proszę.

Proszę, oto reszta.

Dziękuję, pani Basiu kochana, pani Basieńko, Marysieńko najukochańsza pod słońcem.

Boże! Ileż było tych pań ekspedientek w moim dotychczasowym, mono-polowym żywocie. Ale… nie przedłużałem rytualnej konwersacji, gdyż gonił mnie czas, a czas to jest pieniądz – choćby i marne pięćdziesiąt groszy za butelkę zwrotną. No ale lepszy rydz jak nic, nieprawdaż? Zresztą to szwędactwo połączone ze zbieractwem cholernie – mówię wam – cholernie wciąga i uzależnia.

Pssssss… – ożywiła się na moment butelkowatość na widok otwieraczości.

Powróciłem rychlikiem na plażę, dzierżąc ją w dłoni, zadowolony, schłodzony, lekko tylko przymulony i pełen łaski pańskiej. Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem trochę dalej identyczną butelczynę, o obłych, finezyjnych rysach i w identycznym, niefajnym położeniu. I aż lśniła w słońcu, aż się prosiła, bym ją zgarnął i zwrócił. Nie chciało mi się ruszać… Ale — dlaczego tamtą zwinąłem, a tej nie?… Dlaczego tamta… gdy ta?… Wziąłem kijek, wyciągnąłem rękę, rozdziawiłem torbę — i bum… uszczęśliwiłem siebie. Pognałem do sklepu po nowe (co?) piwo! Boże, jak te butelkowe sprawy uzależniają, ludzkie umysły zniewalają, ulotną wizją szczęścia mamią… i, tak, uśmiechają się, uśmiechają…

Pani Renatko, Anetko, Bernadetko, buteleczkę proszę.

Na wymianę?… Panie Pijaku Jeden… Panie Ćwoku Zatracony… Panie Bezzębny Cieciu… Panie Łachmanie…

Tak, zimne proszę. Dzięki, bardzo pani dziś łaskawa, pani Lusieńko, Zosieńko, Gabrysieńko.

Choć guzik mnie to obchodzi… to i tak spytam, bom wścibska i ciekawska plotkara stara… Dobrze się pan czuje? – gruchnęła sprzedawczyni (pani Ula, Ala albo inna jeszcze Genowefa, z którą łączyła mnie magiczna więź porozumienia – ta sama, która łączy nas, pijaków ze wszystkimi ekspedientkami… zarówno w Polsce, jak i na całym świecie).

Tak, dobrze, pani Ewuniu, Kasiuniu, Izuniu.

Pssssss… – ożywiła się ma szklana przeźroczystość na widok otwieracza. I zatrzepotaliśmy oboje radośnie skrzydełkami: ja moimi, a ona swoimi, takimi, no wiecie, urojonymi.

Zaledwie to uczyniłem – u, cza, cza, cza – ujrzałem nieco dalej identycznego Żuberka, w identycznym położeniu. A słońce paliło mu denko.

Jednakże rozejrzawszy się, ujrzałem „trochę” dalej jeszcze cztery (u, cza, cza, cza!) Tatry, Tyskie, Żywce, Lechy, palone słońcem — nie było rady, wstałem w całym ogromie swoim i pozbierałem wszystkie. Poszliśmy do sklepu. Na piwo znaczy…

Please! – poprosiłem. Podziękowałem. Wyszedłem. Wróciłem na plażę.

Psssssss! – Otworzyłem. A z psykiem, z psykiem… panie. A jakże! I poczułem znów ten zew: u, cza, cza, cza!

Wtem oczom mym ukazało się zbocze błyszcząco-piekąco-piaskowe kolejnego stoku, a na nim z siedem lub osiem brązowych punkcików: butelki! Pośpieszyłem z torebeczką. Posprzątałem. I już tak sparzyłem się z losem zbieracza, tak bardzo w to zbieractwo wszedłem, że widząc opodal nowe butelki na nizinach, wyżynach, przełęczach, w wąwozach, ową wysypkę szklanych punkcików, jąłem po tym piasku ruszać się, jak opętany, z torebeczką, z torebeczką, z torebeczką!

Ale, ale… wiedziałem, to nie może trwać po wsze czasy — wszak nie tylko te wydmy, ale i całe wybrzeże Bałtyku, jak okiem sięgnąć, jest nimi usiane, więc musi nadejść taki moment, w którym powiem „dość”. Musi nastąpić ta pierwsza butelka zwrotna „bezzwrotna”. Która? Która? Aż w końcu dokonało się we mnie załamanie, gładko, nagle. Stanąłem. Pomyślałem obojętnie „no dość tego”. Rozejrzałem się dokoła. Podumałem „gorąco, trzeba wracać”. Zabrałem się. I polazłem w cholerę. A butelka, ta butelka, na której przerwałem, pozostała samotna, samiuteńka, co właściwie było mi już obojętne.

Pani Anetko, oddaję buteleczkę, proszę.

Na wymianę?

Nieee, na dziś mi wystarczy, ja już mam dobrze.

W końcu moje człowieczeństwo nieco się uspokoiło, zaś zwymiotowała pijackość i cielesność. Ale to nic… Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Przecież jutro też jest dzień. U! Cza, cza, cza!

„Miała na imię Jessica” by Mateusz Fabianiak

In Opowiadania on Maj 18, 2018 at 6:00 am

Niekiedy warto dwa razy zastanowić się, o czym się marzy… A czasami warto zastanowić się trzy, cztery i więcej razy… Bo marzenia mają to do siebie, że kiedy już się spełnią, cholernie trudno się od nich odczepić. Coś na ten temat znajdziecie w opowiadaniu debiutującego na naszych łamach Mateusza Fabianiaka. Naprawdę warto spędzić chwilę z tym tekstem!

 Miała na imię Jessica

Zaczęło się niewinnie. Delikatny, ledwie słyszalny grzmot rozpruł niebo, zapowiadając nadchodzącą z daleka ulewę. Frank zdał sobie sprawę, że nagłe mignięcie światła, które chwilę wcześniej zauważył kątem oka, błędnie wziął za błysk flesza aparatu jakiegoś turysty, i że dalszą część podróży najpewniej przyjdzie im przebyć w deszczu. Mocniej chwycił dziewczynę za rękę i poprowadził ją przez obrotowe drzwi na zewnątrz terminala.

– Piękny początek dnia. Pospieszmy się, to może zdążymy dojechać zanim się rozpada na całego.

Była ładna, nawet bardzo. Całkowicie w jego typie. Przez ostatnie dni często zastanawiał się, dlaczego nie miałby zostawić sobie jej. Byłoby to prostsze, nie tak kosztowne i miałby dziewczynę o urodzie, która zawsze mu odpowiadała. Ale tamta była jedyna w swoim rodzaju, pożądało jej wielu, a niewielu mogło ją mieć. Przede wszystkim jednak byli tacy, którzy mogli go w tym uprzedzić, za każdym razem więc dochodził do wniosku, że nie może zrezygnować. Nie teraz, gdy wreszcie pojawiła się taka możliwość. Takiej szansy nie można przepuścić, w końcu od tak dawna o tym marzył.

Rozglądając się dookoła, mijał z dziewczyną stojące na parkingu samochody. Wypatrywał mającego na nich czekać czarnego auta. Było tu takich całkiem sporo.

Dwa rzędy dalej dostrzegł idącą w pośpiechu parę. Wyglądali na zdenerwowanych, zupełnie jak on i jego towarzyszka. Mężczyzna, mniej więcej w jego wieku i dużo młodsza od niego ładna dziewczyna, do złudzenia przypominająca mu jedną z prezenterek telewizyjnych, dochodzili już do swojego samochodu. W momencie, gdy otwierali drzwi, Frank musiał szybko ocenić sytuację i podjąć decyzję. To nie musiało oznaczać tego, czego się obawiał, być może po prostu był przewrażliwiony. Ale ta dziewczyna, na pewno była kimś znanym. Nie chciał ryzykować. Spojrzał na czerwone Porsche, obok którego się zatrzymał, wypuścił dłoń dziewczyny i kazał jej przejść na stronę pasażera. Wyjął z kieszeni spodni kilok i uderzył nim mocno w szybę, rozbijając ją na tysiące kawałków. Włączył się alarm, który zwrócił uwagę znajdujących się wokół ludzi. Frank włożył rękę do środka i otworzył drzwi, a gdy wszedł do samochodu, to samo zrobił z drzwiami po stronie dziewczyny. Uruchomienie silnika na krótko zabrało mu niewiele więcej czasu niż jej zajęcie miejsca pasażera. Ruszył z piskiem opon, zostawiając za sobą kłęby szarego dymu, wymijał samochody i trąbił na ludzi, by zeszli mu z drogi. Miękko wszedł w zakręt wyjeżdżając z parkingu na główną drogę i zostawiając kilkanaście metrów w tyle swojego domniemanego konkurenta. Na szybie pojawiły się pierwsze krople deszczu, a gdy strażnicy z lotniska zorientowali się w końcu, co się stało, oni byli już daleko.

 

– Co ty wyprawiasz, Frank? Nie można było tego załatwić spokojniej? – Dziewczyna z wyrzutem zwróciła się do kierującego. – To przez tę pogodynkę?

– Też ją rozpoznałaś? A więc powinnaś wiedzieć, co to mogło oznaczać. Poza tym już mamy spokój – uśmiechnął się do niej. – Jedyne, co nam utrudnia naszą uroczą przejażdżkę to ten padający coraz mocniej deszcz. Za chwilę zmoczy mi marynarkę.

– Mogłeś jeszcze wybić szybę po mojej stronie, zmoklibyśmy po równo. Jak ty w ogóle sobie to wszystko wyobrażasz?

– O jakie wszystko konkretnie ci chodzi?

– Przestań odpowiadać pytaniem na pytanie. Mam na myśli twoje przyszłe życie, twoje decyzje. Jeszcze tydzień temu byliśmy w Pekinie, całkiem nieźle się bawiąc, a teraz pędzisz jak szalony przez miasto, by… – urwała, próbując nie zdradzić swoich prawdziwych uczuć, jednak odpowiednie słowa nie chciały przyjść jej do głowy – by zamienić mnie na jakąś rudą lalkę.

– Nie dramatyzuj. Jesteśmy przyjaciółmi, spędziliśmy razem miłe chwile, ale to nie znaczy, że musimy spędzić ze sobą resztę życia.

– Ale reszta życia z nią będzie ci odpowiadała – rzuciła bez namysłu i od razu tego pożałowała.

– Ktoś tu chyba jest zazdrosny. Jesteś piękną dziewczyną, Giselle, a wygląd nie jest twoją jedyną zaletą. Możesz mieć każdego faceta. To ja powinienem być o ciebie zazdrosny. I w pewnym sensie jestem, wiedząc, że kiedyś będziesz miała kogoś innego, a o mnie nie będziesz już pamiętała.

Spojrzała na niego w zdziwieniu marszcząc brwi.

– Boże, co za bełkot. Czy ty się w ogóle słyszysz?

– Przecież wiedziałaś, na czym to polega, sama zgodziłaś się mi pomóc, więc dlaczego tak cię to teraz dziwi? Gdy dojedziemy na miejsce, wszystko się zmieni, zobaczysz. Wypijemy po drinku i poczujesz się lepiej. A teraz się odpręż, niedługo tam będziemy.

Twarz wykrzywił jej grymas rozczarowania. Nie mówiąc już nic więcej, odwróciła głowę w stronę okna i zaczęła z obojętnością obserwować mijane budynki. Znikały tak samo jak nadzieje, które przez ostatnie miesiące rodziły się w jej umyśle, i które tak troskliwie choć nieświadomie w sobie pielęgnowała.

Frank wiedział, że sprawia jej przykrość, ale wiedział też, że nie może się ugiąć. To by zaszkodziło jego planom. Był samolubny i z tego też zdawał sobie sprawę, ale przecież żył w czasach, w których hardość była na porządku dziennym. Nie było w nim miejsca na sentymenty i czułości. Każdy knuł, w trosce tylko o własne dobro. A przecież ona wcale nie była lepsza.

Powrócił myślami do minionego tygodnia, do wydarzeń mających miejsce po jej zwycięstwie w turnieju tenisowym w Pekinie. Wybrali się na zakupy i na hamburgery do McDuffa. A potem poszli przepuścić trochę pieniędzy w kasynie i zabawić się na tańcach u Wesołych zbieraczy ryżu. Wystarczyło kilka drinków, by w pełni zaczęła z niej wychodzić jej kobieca natura.

Niedaleko ich stolika bawiła się hucznie grupka hiszpańskich marynarzy. Byli to młodzi, przystojni chłopcy w białych mundurach. Kilkorgu z nich towarzyszyły kobiety. Ze sceny dobiegały dźwięki jakiegoś skocznego kawałka Beach Boysów, wykonywanego przez miejscową kapelę.

Jeden z marynarzy, wracający od baru z drinkami dla swoich kolegów potrącił przez nieuwagę krzesło, na którym siedziała Giselle. Nie była tym zachwycona, ale gdy tylko chłopak zatrzymał się, by ją przeprosić, grymas na jej twarzy natychmiast przybrał wyraz błogiego zadowolenia. – Nic się nie stało – wyszeptała tylko, uśmiechając się i kokieteryjnie trzepocząc rzęsami, a Frank po raz pierwszy doznał wrażenia, które wcześniej wielokrotnie zdawało się czaić gdzieś w uśpieniu, w głębokich zakamarkach umysłu i tylko czekało na okazję, która nie mogła się nie pojawić, gdy w pobliżu znajdzie się jakiś przystojny mężczyzna.

Nie minęło więcej niż pięć minut, gdy młodzian wrócił i przyjmując pozory zakłopotania, nie wiadomo, czy zwracając się do niej czy do niego, poprosił o taniec. Musiał wyczuć, że znajomość Franka i Giselle nie należy do zbyt zobowiązujących. Spojrzała na Franka jakby pytająco i nie czekając na odpowiedź wstała. Chłopak poprowadził ją między stolikami na parkiet, gdzie wśród tańczących par zaczęli podrygiwać w rytmie żywiołowej muzyki. Frank uśmiechnął się na myśl, jak to się dalej potoczy i sącząc swój gin z coraz większym zaciekawieniem przyglądał się tańczącym.

Szybki utwór się skończył i zespół zaczął grać „Slave to Love” Bryana Ferry’ego, piosenkę wymagającą zmniejszenia dystansu między tańczącymi. Giselle lubiła sobie wypić i tego wieczoru miała już mocno w czubie, a że Frank zdążył też już poznać jej gust muzyczny, wiedział, że kwestią czasu jest to, kiedy dziewczyna beztrosko zacznie tulić się do marynarza.

 

– Jak tam twój Sancho? Odzywał się po tamtej nocy? – zapytał rozbawiony Frank, wyrywając z zamyślenia dziewczynę obserwującą nowoczesną architekturę przedmieść.

– Nie gorzej niż twoja Jessica – odparła z perfidnym uśmieszkiem, odwracając głowę w jego stronę.

– Uwielbiam twój sarkazm, Giselle. Mam jednak nadzieję, że kryje się pod nim prawdziwe poczucie humoru. W każdym razie za niedługo wszyscy powinniśmy czuć się wyśmienicie. Właśnie dojeżdżamy na miejsce i wygląda na to, że jesteśmy pierwsi.

Podjechali pod bramę, za którą znajdował się duży plac zieleni. Żwirowa droga prowadziła przez niego do okazałego budynku przypominającego ogromny blok ciemnoszarego marmuru. Nie miał żadnych zdobień, a przestrzeń wokół niego również zagospodarowana była minimalistycznie, przez co całość sprawiała dość ascetyczne wrażenie. Mimo szarości i prostoty nie można było jednak odmówić temu miejscu wdzięku i jakiejś chłodnej elegancji.

Zatrzymali się przy kolumnie z domofonem, z którego po chwili samoistnie dobiegł metaliczny głos pytający o nazwisko gościa.

– Frank Peina – powiedział Frank, zaskoczony czujnością gospodarzy, po czym brama zaczęła się rozsuwać.

Ruszyli drogą, mijając cyprysy i tuje moczone przez padający mocno już teraz deszcz. Przy drzwiach czekała na nich ciemnoskóra kobieta w eleganckim, beżowym kostiumie oraz mężczyzna w granatowym garniturze. Trzymali nad głowami rozłożone parasole. Gdy samochód sie zatrzymał, podeszli do gości.

– Witam, panie Peina. Jestem Amanda – powiedziała z uśmiechem kobieta wyciągając dłoń do Franka. – Mam nadzieję, że przyjemnie minęła Państwu podróż. Cieszę się, że zdążyliście przed innymi.

To samo powiedziałabyś każdemu, kto by tu przyjechał jako pierwszy, pomyślał Frank, ale na głos odparł tylko: – Dziękuję, podróż minęła nam bez przygód.

– Chyba nie do końca – skinęła na stłuczoną szybę w drzwiach samochodu.

– To naprawdę nic takiego – odparł z uśmiechem niesfornego chłopca. – Najważniejsze, że już jesteśmy.

Kobieta powitała ciepło Giselle, po czym wszyscy ruszyli do drzwi budynku.

 

Znaleźli się w dużym, klimatycznie oświetlonym holu z wysokimi oknami i ciemnoczerwonymi tapetami w złote desenie w romby. Był urządzony elegancko, ale skromnie. W rogu stał fortepian Steinwaya, tu i ówdzie kilka foteli i sof. Słychać było muzykę klasyczną dobiegającą cicho z głośników ukrytych gdzieś w ścianach lub suficie. Mężczyzna towarzyszący Amandzie odszedł, zostawiając ją z Frankiem i Giselle. Ta, w oczekiwaniu na gospodarza, zabawiała ich rozmową o pogodzie i innych bardzo istotnych sprawach.

– Witam naszego szanownego klienta! – Frank usłyszał pełen radości, znany mu już głos dochodzący zza jego pleców. Odwrócił się i zobaczył idącego energicznie w ich kierunku elegancko ubranego starszego mężczyznę w okularach i z bródką w stylu D’Artagnana, na którego twarzy gościł szeroki uśmiech. – A więc zdecydował się pan skorzystać z naszych usług. Chyba nie muszę panu mówić, jak bardzo mnie to cieszy.

– Myślę, że obu nas to cieszy w równie dużym stopniu – odparł Frank w podobnie radosnym tonie. Męczyły go już te wszystkie kurtuazyjne zwroty, ale postanowił dopasować się do konwencji, w końcu to dla niego było to wszystko robione.

– A oto i pana piękna towarzyszka – pochyliwszy się lekko ucałował dłoń Giselle. – Nazywam się Bailey, Martin Bailey, do usług. Obserwowałem pani poczynania podczas ostatniego turnieju. To, co pani pokazała, było nadzwyczajne. Zwycięstwo w naprawdę wielkim stylu.

– Dziękuję. Nie było łatwo, ale wysiłek się opłacił, skoro nagrodą za niego są tak miłe słowa – z wyuczoną skromnością odparła Giselle.

– Jestem pewien, że jeszcze nie raz będzie miała pani okazję je usłyszeć. Ale nie stójmy tu tak, jak te parasole. Zapraszam państwa do mojego gabinetu, tam będzie nam o wiele wygodniej – odwrócił się do swojej pracownicy:

– Amando, proszę wstrzymać kolejne przyjęcia. Aż do otwarcia nowego programu. Za jakiś czas poproszę Cię, abyś pokazała naszym gościom ich pokój i pomogła im się zadomowić.

– Tak jest, proszę pana – kobieta skinęła głową i odeszła w głąb korytarza.

Bailey poprowadził Franka i Giselle schodami na piętro.

– Wspominał pan ostatnim razem o kilku planowanych projektach. Czy doszły one do skutku?

– Naturalnie. Dokładnie ośmiu szczęśliwych panów i trzy szczęśliwe panie jak dotąd opuściły nasz instytut w towarzystwie partnerów, jakich sobie wybrali. Pan będzie dziewiątym, mam nadzieję, nie mniej zadowolonym mężczyzną, a dwunastą osobą w ogóle, która skorzystała z naszych usług.

– Czy każde z działań przebiegło zgodnie z planem? – dotychczas Frank podchodził do sprawy bardzo beztrosko. Był spokojny, bo znał możliwości współczesnej nauki. Teraz, gdy był już prawie u celu, zaczął się trochę niepokoić. – Nie było żadnych problemów?

– Nie ma pan najmniejszych powodów do obaw, panie Frank. Zanim doszliśmy do etapu tworzenia ludzi w postaci takiej jak obecnie, przez wiele lat prowadziliśmy badania mające na celu wykluczenie możliwości powstania u nich jakichkolwiek wad i pojawienia się ewentualnych anomalii w późniejszym okresie. Jesteśmy legalnie działającą firmą, która musi spełniać pewne normy, by móc istnieć na rynku.

– Czy któryś z dotychczasowych klientów życzył sobie jakichś modyfikacji?

– Dwóch panów miało takie życzenie. Były to jednak tylko drobne zmiany, niewiększe niż ta, o którą pan poprosił. O ile oczywiście nie zmienił pan zdania.

– A ich towarzyszki? – spojrzał z ukosa na Giselle, by ocenić jej kondycję. Nie wyglądała na przejętą. Zastanawiał się, czy udaje, czy rzeczywiście niewiele już ją to wszystko obchodzi. – Co z nimi?

– Panie Frank, one nie były naszymi niewolnicami – odparł mężczyzna z miną sugerującą, iż obawa, z której wynikało pytanie jego klienta, była zupełnie niepotrzebna. – Zostawiły nam swoje kody genetyczne, co, jak pan wie, było jednym z warunków umowy. Potem zaś wróciły do swoich codziennych zajęć. Tyle, że z nieco większymi kwotami pieniędzy na kontach i świadomością, że w przyszłości będą mogły podarować innym cząstkę siebie.

Doszli do drzwi, jednych z wielu w długim korytarzu. Mężczyzna otworzył je i zaprosił ich do środka.

– Proszę usiąść, a ja przygotuję coś do picia.

Duży gabinet również urządzony był w większości na czerwono. Na jednej ze ścian wisiały portrety ludzi, z których kilku Frank rozpoznał jako osoby cieszące się niegdyś wielką popularnością. Po przeciwnej stronie pokoju stała witryna z modelami głów z przezroczystego tworzywa. Na środku pomieszczenia, nieopodal okna stało biurko, a niedaleko niego stolik i fotele dla gości. Usiedli na nich, podziwiając eksponaty gospodarza.

– Chyba lubi pan czerwony kolor – powiedziała Giselle, gdy ten wręczał im drinki.

– Owszem, pewnie nie będę zbyt oryginalny, ale zawsze lubiłem myśleć o nim jako o kolorze symbolizującym siłę i życie. A tym w końcu się tu zajmujemy, dajemy życie.

– Czy któreś z tych osób posłużyły jako modele dla pana klientów?

– Nie, to byli akurat ludzie, których po prostu zawsze bardzo ceniłem.

– I nie chciał pan nigdy nikogo z nich przywrócić do żywych?

– Jestem już stary. Mam przyjaciół, wśród których czuję się dobrze. Mam też żonę, którą poznałem na długo zanim pojawiła się możliwość klonowania ludzi w formie, jaką mamy obecnie do zaoferowania. Tak więc jest mi to już niepotrzebne. Wystarczy mi to, że swoją pracą mogę przysłużyć się innym.

Zasiadł za swoim biurkiem i wyciągnął z szuflady teczkę z dokumentami. Wyjął je i położył na blacie. Poprawiwszy okulary na nosie bez zbędnego przeciągania zaczął:

– Tak, tą ofertą zainteresowanych było naprawdę wielu kandydatów. Jakże wielu będzie rozczarowanych, gdy dowiedzą się, że jest już nieaktualna. Ale największy kawałek tortu może przypaść tylko jednej osobie, czyż nie? Zadam teraz panu, panie Frank, kilka pytań, aby wszystko było w stu procentach jasne i byśmy mogli spokojnie przejść do kolejnego etapu naszej pracy. Rozumiem, że zostaje pan przy decyzji korekty dolnej części twarzy pana wybranki?

– Naturalnie, chcę ją tylko w takiej postaci.

Usłyszał ciche parsknięcie Giselle, ale nie dał tego po sobie poznać. Zdał sobie za to sprawę, że dłonie zaczęły mu się lekko pocić. Odłożył prawie pustą już szklankę, nie chcąc, by mu się z nich wyśliznęła.

– To z wiadomych powodów wydłuży czas oczekiwania o dodatkową dobę.

– Oczywiście, to żaden problem.

– Pozostałe parametry mają pozostać bez zmian?

– Zgadza się.

– Wiek, jak za czasów jej największej świetności – mrugnął porozumiewawczo do Franka. – Czy może trochę wcześniej?

– Myślę, że trzydzieści pięć lat będzie w sam raz.

– Połowa pieniędzy płatna teraz, a połowa gdy zlecenie zostanie przez nas wykonane, czy tak?

– Naturalnie.

– A więc wygląda na to, że najważniejsze jest już za nami. Czy ma pan może jakieś pytania?

– Raczej nie. Myślę, że wyczerpująco nas pan ze wszystkim zapoznał.

– Doskonale – mężczyzna wstał od biurka i podszedł do Franka podając mu przenośny terminal. Ten przyłożył do czytnika palec wskazujący. Po chwili poczuł na opuszku delikatne ciepło, a jasnoniebieskie światło przebiegło z jednej jego strony na drugą.

– Dziękuję. Proszę jeszcze tylko złożyć tutaj podpis i wszystko będzie załatwione. Odtąd cała reszta będzie należała do nas. – Frank podpisał podany mu przez doktora dokument. Mężczyzna uśmiechnął się i po kolei uścisnął im dłonie. – Panią, Giselle, zajmiemy się po wszystkim. Do tego czasu relaksujcie się i korzystajcie z dobrodziejstw naszego ośrodka.

 

***

 

Było cicho. Leżała naga na jakiejś zimnej, twardej powierzchni. Próbowała otworzyć oczy, lecz sklejone powieki rozchylały się z trudem, powodując ból i pieczenie. Wokół panowała ciemność. Nie czuła, żeby ją coś krępowało, ale nie mogła się poruszyć. Próbowała sobie przypomnieć ostatnią rzecz, kiedy była świadoma, gdzie była i co robiła, ale żadne wspomnienia nie wracały. Nie wiedziała nawet, kim jest, czuła tylko strach i panikę spowodowane znalezieniem się w obcym miejscu.

Spróbowała znów się poruszyć, ale żaden z mięśni nie chciał jej słuchać. Nie mogła też wymówić najprostszego słowa, jedynie ciche rzężenie wydobywało się z jej napiętej krtani. Nie wiedziała, ile czasu minęło odkąd się obudziła, ale choć wzrok zdążył się już przyzwyczaić do ciemności, to z powodu pozycji, w jakiej leżała, nie mogła zobaczyć niczego, co znajdowało się wokół niej.

Minęło jeszcze parę minut, gdy w końcu usłyszała odgłosy kroków dobiegające z tyłu. Najpierw ciche, przytłumione, potem z każdą sekundą stające się coraz głośniejszymi. Usłyszała jak drzwi się otwierają i chwilę później w pomieszczeniu pojawiło się światło, delikatne, niebieskawe, jakby w jakiejś sali operacyjnej. I to skojarzenie wystarczyło, by jej panika zamieniła się w przerażenie. Po chwili usłyszała dźwięk puszczanej z kranu wody. W tym samym czasie druga osoba pobrzękiwała jakimiś metalowymi przedmiotami.

Zamknęła oczy, próbując jeszcze raz cokolwiek sobie przypomnieć, zrozumieć sytuację. Gdy je otworzyła, ujrzała nad sobą czyjąś głowę w zielonym czepku i z maską na twarzy. Dłoń tej osoby zbliżyła się do jej ust, następnie palce rozszerzyły jej powieki. Na końcu poczuła zimno metalu dotykającego jej twarzy i ból, który niósł ze sobą zatapiający się w jej skórze skalpel.

 

***

 

Zerwał się z ciężkim jękiem. Poczuł, że serce bije mu szybciej, a skórę pokrywa pot. Z łazienki dochodziły odgłosy krzątającej się Giselle. Wstał z łóżka i zaczął szybko wkładać spodnie, by odgonić nieprzyjemne myśli, które pozostawił mu sen. Spojrzał na zegarek, było wpół do jedenastej. Nie tak źle, jak na fakt, że zwykle spał do południa. Wyjrzał przez okno, słońce przyjemnie ogrzewało mu twarz. Na dworze było spokojnie, bezwietrznie, po wczorajszej burzy nie został nawet ślad. Otworzył okno, by wpuścić trochę świeżego powietrza. Cieszył się, że tego dnia pogoda bardziej dopisała, oby tylko później się to nie zmieniło.

Giselle wyszła z łazienki, ubrana do wyjścia. Miała na sobie jasnozieloną sukienkę na ramiączkach, sięgającą do kolan. Plisowany materiał ładnie układał się na jej zgrabnych udach. Włosy związała w kitkę wstążką w nieco ciemniejszym odcieniu. Kolor ten dobrze komponował się z jej oliwkową karnacją. Patrzył na nią i po raz kolejny pomyślał, jak wielkim jest głupcem. Po chwili jednak usprawiedliwił się, tłumacząc sobie, że to nie wina jego, lecz dobrobytu, w jakim dorastał i stylu życia, który potem stał się jego codziennością. Zazwyczaj ludzie, którzy mają wszystko, nie zdają sobie z tego sprawy. Frank wiedział, że jest snobem, jednak fakt, że sam potrafi to dostrzec, nie poprawiał mu samopoczucia i niczego tak naprawdę nie zmieniał.

– Będziesz tak stał i na mnie patrzył, czy może w końcu poszlibyśmy zjeść śniadanie? – powiedziała z przekąsem, a on oprzytomniał.

– Wybacz, zamyśliłem się trochę. Zastanawiałem się, co moglibyśmy dzisiaj porobić – odparł, a ona wiedziała, że nie myślał wcale o planach na najbliższe godziny.

 

Zjedli śniadanie w restauracji instytutu, a resztę dnia postanowili spędzić na zwiedzaniu Stolicy, jednak już na samym początku nie mogli dojść do porozumienia w kwestii rozrywek, którym zamierzali się oddać.

Giselle chciała zobaczyć popisy biomechanicznych pełzaczy z Terranovy, będące ostatnio popularną w tych stronach atrakcją. Frank wolał bardziej tradycyjną formę rozrywki – zapasy amazonek w biokiślu, dyscyplinę cieszącą się uznaniem od zawsze, odkąd tylko chłopiec stawał się mężczyzną.

W ramach kompromisu postanowili pójść do Niecodziennego muzeum ruchomych figur woskowych, gdzie mogli zobaczyć kopie znanych postaci w sytuacjach skrajnie odbiegających od ich prawdziwych stylów życia. Tam Mick Jagger stawał się odzianym w brązowy habit, klepiącym zdrowaśki pokornym sługą bożym, a Donald Trump naśladowcą Rowana Atkinsona ze słynnego serialu komediowego z końca dwudziestego wieku o dobrodusznym, gapowatym mężczyźnie co chwila wpadającym w jakieś tarapaty.

Później zwiedzili Wiszące ogrody, będące – jak przekonywali przewodnicy – wierną kopią tych sprzed ponad dwu i pół tysiąca lat oraz inne, odkryte nieco później lub na nowo zrekonstruowane cuda świata.

Dzień zakończyli w typowy dla siebie sposób, przy drinku w jakiejś spokojnej knajpie.

– Jak się czujesz przed jutrzejszym dniem? Czy spotkanie z woskową Jessicą Chastain nie zniechęciło cię do poznania tej, którą masz zamiar zabrać do domu?

Giselle tego wieczoru była naprawdę słodka. Frank cieszył się, że humor jej dopisuje. Zastanawiał się, czy to efekt ciekawie spędzonego dnia, czy też może zasługa kilku pierwszych kolejek. Nie podobało mu się jednak, że znów porusza temat Jessiki.

– Te postacie tak naprawdę nie są z wosku. Gdyby tak było, nie mogłyby wykonywać tych wszystkich ruchów i gestów. Od razu by się rozsypały.

– Mniejsza z tym, nie o to pytałam, Frank. Widziałam, jaki zdenerwowany byłeś wczoraj podczas rozmowy z Baileyem. Miałam nadzieję, że przez tę dobę może jednak zmienisz zdanie, wszystko sobie poukładasz. Możesz jeszcze zrezygnować.

– Już nie. Podpisałem umowę, a oni prawdopodobnie skończyli już robić swoje. Zostało niecałe dwanaście godzin. Poza tym ty zostałabyś z niczym. Nie dostałabyś pieniędzy.

– Przecież wiesz, że nie chodzi mi o pieniądze. W pół roku mogę zarobić dwa razy tyle.

– Jesteś bardzo pewna siebie, maleńka. Nie miej mi tego za złe, ale do Sereny Williams jeszcze trochę ci brakuje.

– Nie mam ci tego za złe, ale martwi mnie to, w co się pakujesz. Myślę, że podszedłeś do sprawy zbyt pochopnie. Niczym mały chłopiec, który uparł się, że chce zabawkę, którą zobaczył na sklepowej wystawie. Spójrz – wskazała głową na odległe kilka metrów od nich podwyższenie o podstawie okręgu, na którym w rytm dobiegającej z głośników muzyki poruszał się hologram tancerki. – Naprawdę tak pociągająca wydaje ci się myśl o spędzeniu przyszłości z czymś takim, jak to? Tak, wiem, ona będzie miała fizyczne ciało. Nie zmienia to jednak faktu, że będzie automatem zaprogramowanym na wykonywanie ustalonych czynności, względnie podporządkowanym temu, co powiesz. Jak jej zagrasz, tak ona zatańczy.

– To nie tak, Giselle i dobrze byś o tym wiedziała, gdybyś przeczytała folder, który ci dałem. To nie są androidy, bioniczne maszyny z plastiku i sztucznej skóry, z metalowymi płytkami w głowach. Czasy się zmieniły i nauka poszła naprzód. To prawdziwi ludzie, z krwi i kości, stworzeni na podstawie DNA ich pierwowzorów. Wierne kopie osób, które naprawdę żyły. Z tą tylko różnicą, że z zupełnie innymi wspomnieniami, a właściwie ich brakiem, co, chyba przyznasz, etycznie jest lepszym rozwiązaniem.

– Nie polepsza to wcale sytuacji. Co będzie, gdy ona ci się zwyczajnie znudzi? Rozstaniesz się z nią, tak jak z innymi dziewczynami, które miałeś do tej pory? Myślisz, że poradzi sobie sama w czasach, które są jej obce? W świecie, którego nie zna? Będąc jak biała kartka, którą trzeba zapisać.
Co będzie wtedy z tobą? Wiem, że nie jesteś złym człowiekiem i nie będzie to dla ciebie łatwe.

Ktoś słuchający Giselle z boku mógłby pomyśleć, że jej przypuszczenia na temat przyszłości klona, którego zamówił, są przejawem jej obaw o los istoty, która za kilkadziesiąt lat może być kopią jej samej. Frank wiedział jednak, że jest zbyt próżna, by mając szansę na „ponowne życie” i bycie dłużej pamiętaną, nie skorzystać z niej, a jej wątpliwości tak naprawdę sprowadzają się do troski o niego. Był jej za to wdzięczny, ale tego, na co się zdecydował, był pewny już od dawna. Ruchem ręki przywołał kelnera w nadziei, że jeszcze kilka głębszych osłabi jej zapał i skieruje myśli na inne tory.

– Brak wspomnień nie oznacza bezradności. Ludzie z instytutu wiedzą, co robią. Nie porywaliby się na coś takiego, gdyby nie było to w pełni zbadane. Przecież dobrze o tym wiesz.

– A rozmawiałeś chociaż z którymś z tych facetów, którzy już sobie kogoś takiego kupili?

– Umowa zabrania kontaktu z innymi. Dane każdego klienta są utajnione
i niedostępne dla pozostałych. To kolejna z zasad, którą trzeba uszanować.

– Nie uważasz, że trochę za dużo tych wszystkich zasad?

– Poproszę jeszcze cztery razy to samo – powiedział Frank do kelnera, gdy ten podszedł do ich stolika. Mężczyzna skinął głową i zabrał puste szklanki.

– Jedną z zasad było też to, że podczas tego weekendu mamy się grzecznie bawić – położył na jej dłoni swoją i uśmiechnął się łagodnie. – Bez wdawania się w skomplikowane i nikomu niepotrzebne rozmowy.

Patrzyła na niego w zamyśleniu, przez kilka sekund nic nie mówiąc. Już nic nie da się zrobić, pomyślała.

– Skoro taka była umowa… – powiedziała w końcu, odwzajemniając uśmiech i starając się, by wyglądało to naturalnie. – Powiedz mi jeszcze tylko, o co chodzi z tym jej podbródkiem. To mi pachnie jakimś zboczeniem.

– Cóż, niektórzy nie lubią pieprzyków na twarzy, inni zbyt gęstych brwi. Mnie nie podobają się dołki w podbródkach kobiet. Na szczęście dzięki chirurgii plastycznej można niektórym z nich je zmienić i tym samym uczynić je idealnymi.

– Idealnymi chyba tylko dla takich jak wy. Poza tym ideały nie istnieją. Zmienisz wygląd jej twarzy, to zacznie ci przeszkadzać w niej coś innego, gdy już ją lepiej poznasz.

Wrócił do nich kelner i postawił na stoliku nowe drinki.

– To wtedy zmienię i to – odparł beztrosko, stukając swoją szklanką w jej. – Na zdrowie!

– Zbyt wielkie nadzieje pokładasz w możliwościach, jakie daje nam nauka, zapominając, że one dadzą ci tylko iluzję szczęścia. To, co ważne, znajduje się często na wyciągnięcie ręki i nie wymaga wcale wielkich środków.

– To nie tak, Giselle. Znam kobiety, wiem, że trzeba mieć niezłego farta, by trafić na taką, która będzie z facetem nie dla pieniędzy. To znaczy nie dla samych pieniędzy, bo i tak to one są podstawowym warunkiem, by coś mogło w ogóle istnieć. Wiele razy już to przerabiałem. Dlatego, skoro już muszę kupować szczęście, to chcę, by miało ono postać kobiety, która będzie idealna.

– Ciekawy punkt widzenia, szkoda tylko, że tak mocno odbiegający od rzeczywistości – dopiła drinka i podnosząc się z krzesła odstawiła szklankę na stolik. – Ale zdaje się, że znów wracamy do punktu wyjścia, więc zamiast gadać, chodźmy jeszcze trochę potańczyć. I nie pij już więcej. Lepiej, żebyś był w formie, gdy za kilkanaście godzin poznasz swoje idealne szczęście.

 

***

 

Zapaliło się światło. Stała przed drzwiami w niewielkim, pustym pomieszczeniu o metalowych ścianach. Nie miała na sobie żadnych ubrań, mogła się poruszać, ale nie miała gdzie iść. Czuła zresztą, że na razie musi czekać. Po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że słyszy cichy dźwięk, którego źródła nie potrafiła zlokalizować. Coś jakby podmuch, silny i długi. Po nim następowała krótka chwila ciszy i dźwięk się powtarzał. Próbowała sobie przypomnieć, kim jest i dlaczego znalazła się w takim miejscu.

Minęło kilka minut i drzwi się rozsunęły. Ruszyła przed siebie. Pomieszczenie, do którego weszła, było jeszcze mniejsze od poprzedniego. Tu też wszystko było metalowe, podłogę stanowiła stalowa krata, na ścianach po obydwu stronach w kilku rzędach zamocowane były podłużne żebra, z których w niewielkich odległościach od siebie wystawały okrągłe elementy w kształcie zakończonych spiczasto tulei. Drzwi za nią się zamknęły, usłyszała trzy razy głośny, przeciągły dźwięk i kabinę wypełniły płomienie, zamieniając ją w pył, nim zdążyła w pełni zdać sobie sprawę, co się stało.

 

***

 

Obudził się z niemym krzykiem na ustach. Chwilę potrwało, zanim oprzytomniał na tyle, by uświadomić sobie, że znajduje się w pokoju instytutu. W świadomości pozostało mu niemiłe wrażenie z ostatnich minut snu, a kac i suchość w gardle potęgowały jeszcze jego złe samopoczucie. Znów miała rację. Ta cała Giselle. Ta kolumbijska piękność, która tyle razy tak dobrze mu radziła, a on nigdy nie chciał jej słuchać.

Spojrzał na puste miejsce na łóżku obok siebie, z łazienki nie dochodził żaden dźwięk. Usiadł i nalał do stojącej na stoliku szklanki solidną porcję bourbona. Trzeba się ratować. Wypił duszkiem i czekał na rewolucje w żołądku. Zrobiło mu się niedobrze, ale przezwyciężył nudności i powtórzył kolejkę.

Dochodziła jedenasta. Miał ponad godzinę na doprowadzenie się do porządku, by móc pójść powitać nową panią swojego życia. Oby tym razem poszło mu jak należy.

Przed wzięciem prysznicu postanowił zrobić serię pompek.

Chyba nie powiedział jej nic złego. Na pewno tylko wyszła się przejść.

Stojąc pod natryskiem myślał na przemian o Giselle i Jessice. Wracał pamięcią do minionego wieczoru i do wszystkich chwil, gdy wyobrażał sobie siebie z kobietą, której nowe wcielenie za chwilę miał poznać. Wspominał jej liczne kreacje, które pobudzały go i motywowały do działania, by mógł kiedyś znaleźć się w miejscu, w którym był obecnie. Nie mógł się jednak pozbyć poczucia winy wynikającego z jego zachowania, z sytuacji, w jakiej postawił swoją przyjaciółkę.

Skończył toaletę i wrócił do pokoju. Wyjął z szafy świeże ubranie i włożył je, próbując dodać sobie animuszu nuceniem pod nosem melodii zapamiętanej z poprzedniego wieczora. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze, poprawiając kołnierzyk koszuli. Prawie idealnie, tylko te podkrążone oczy… Wypił jeszcze jedną szklankę bursztynowego trunku i wyszedł z pokoju.

 

– Panie Frank, a więc to już dziś – wyszczerzył zęby Bailey, wpuszczając Franka do gabinetu. – Pana przyjaciółka postanowiła wyjechać trochę wcześniej. Kazała pana przeprosić i podziękować za spędzony razem czas.

Jednak nie wytrzymała do końca, pomyślał. Puściły jej nerwy. Choć przecież nie powinno go to dziwić. Jak sam by się czuł, gdyby ktoś potraktował go tak przedmiotowo, jak narzędzie, środek niezbędny do osiągnięcia własnego celu. Mógł lepiej ją do tego przygotować. Choć przecież zawsze traktował ją tylko jako przyjaciółkę, a nawet nie, jak zwykłą znajomą. Myślał, że jest tego świadoma. Ale skoro tak zadecydowała, to wolał wierzyć, że tak będzie dla niej lepiej.

– Tak naprawdę nie była do końca przekonana do tego mojego… planu na życie.

– Wiem, co ma pan na myśli. I nie jest pan pierwszy w takiej sytuacji. Kilku poprzednich klientów również spotkało się z podobnymi reakcjami pań, z którymi tu przyjechali. Ale wiemy, jakie są kobiety, podchodzą do pewnych spraw bardziej emocjonalnie – w ojcowskim geście położył dłoń na ramieniu Franka, a ten zastanawiał się, czy było tak naprawdę, czy powiedział to dlatego, by dodać mu otuchy. – Napije się pan czegoś, zanim przejdziemy do laboratorium?

– Dziękuję, jestem już po śniadaniu.

– W takim razie chyba nic nie stoi na przeszkodzie, by w końcu poznał pan swoją gwiazdę. Możemy iść?

 

Siedziała na laboratoryjnym krześle, ubrana w czerwoną satynową sukienkę. Rude włosy miała rozpuszczone, sięgały jej nieco poniżej ramion. Jej postać nie pasowała do chłodnych szarości laboratoryjnych pomieszczeń, w których się znajdowali. Wyglądała za to dokładnie jak jedna z dumnych bohaterek, w które nie raz wcielała się na ekranie. Naprzeciwko niej siedziała kobieta w białym stroju. Rozmawiały, nieświadome obecności mężczyzn znajdujących się kilka metrów dalej, za szklanymi drzwiami.

Frank starał się być opanowany, choć ktoś z boku mógłby powiedzieć, że wygląda jak nastolatek, który pierwszy raz odwiedził dom publiczny.

– Proszę rozmawiać z nią normalnie, tak jak rozmawia pan z innymi ludźmi. Nauczyliśmy jej podstaw niezbędnych do zaadoptowania się do otoczenia. Nie ma własnych wspomnień z poprzedniego życia, ale zapoznaliśmy ją z nim dość ogólnie, by wiedziała, kim jest i gdzie się znajduje. Możecie rozmawiać o jej dawnych doświadczeniach, będzie przyswajała sobie wszystko w takim samym stopniu, w jakim to robiła przed laty. Jej inteligencja oraz zdolności psychomotoryczne zostały niezmienione. Jest dokładnie taka, jaką zapamiętali ją ci, których znała.

– Nie zastanawiał się pan nigdy, czy to nie jest złe? – zapytał w zamyśleniu Frank, ze wzrokiem utkwionym nieruchomo w uśmiech Jessiki rozmawiającej z laborantką.

– Co takiego?

– Z moralnego punktu widzenia. To, co robimy, by zadowolić samych siebie. Jak będzie się czuć, gdy spotka się ze spojrzeniami ludzi nie mogących uwierzyć w to, kogo widzą?

– Panie Frank, myślę, że to już nie czas na tego typu rozmowy – powiedział łagodnie Bailey. – Takie pytania zadawano wielokrotnie lata temu, gdy jeszcze Konwencja o prawach człowieka i biomedycynie zakazywała klonowania ludzi. Dzisiaj osoby, które do nas przyjeżdżają, powinny zdawać sobie sprawę z tego, na co się decydują – dodał nieco bardziej stanowczym tonem.

– Tak, chyba ma pan rację. Proszę mi wybaczyć, jestem dziś trochę rozchwiany.

– Myślę, że powinniśmy już tam wejść. Im dłużej będzie pan czekał, tym większe może mieć pan wątpliwości. Proszę się nie denerwować, wszystko będzie dobrze.

– W porządku, możemy iść.

Bailey przesunął dłonią przed umieszczonym na szybie czujnikiem i drzwi rozsunęły się z cichym szumem. Kobiety odwróciły głowy w ich kierunku, uśmiechając się lekko, jakby ciesząc się na zbliżające się spotkanie. Gdy mężczyźni byli już blisko nich, Frank widząc twarz Jessiki zdał sobie sprawę, że coś jest z nią nie tak. To nie ona, pomyślał i jak ostra drzazga przez umysł przeszła mu myśl, że popełnił błąd. Drobny, ale zmieniający od teraz całkowicie jego sposób myślenia o niej. Miała być piękniejsza, idealna, ale stała się przede wszystkim obca.

– Pani Jessico, oto Frank Peina, na spotkanie z którym panią przygotowywaliśmy – powiedział Bailey, gdy stanęli obok kobiet. – Mężczyzna ten ma zaszczyt od dziś być pani opiekunem i partnerem. Mamy nadzieję, że pani również będzie czuła się znakomicie w jego towarzystwie.

– Witaj, Frank. Jestem Jessica. Miło mi cię poznać – powiedziała tak dobrze znanym mu głosem, wyciągając do niego rękę w geście powitania.

Rozczarowanie podbródkiem odeszło gdzieś na bok. Teraz Frank doświadczył jeszcze dziwniejszego uczucia, dużo bardziej dziwnego niż wiele razy wcześniej, gdy o czymś głęboko myślał i nagle zdawał sobie sprawę, że to jawa, a nie sen. Kiedyś czytał o pewnym zjawisku, nazywanym doliną niesamowitości. Polegało ono na tym, że człowiek czuł się nieprzyjemnie i nieswojo w towarzystwie humanoidalnych robotów. On czuł się tak teraz, w kontakcie z osobą, która była żywa. Która była człowiekiem. Kontrola! – krzyczał w myślach w nadziei, że może tym razem okaże się to snem, ale na próżno. Stała przed nim, świdrując go wzrokiem, tymi pięknymi zielonymi oczyma, uśmiechała się czerwonymi jak krew ustami, z idealnie gładkim podbródkiem, którego przecież chciał. Rude, proste włosy spływały jej wzdłuż szyi, po ramionach, dopełniając piękna, o którym zawsze marzył.
163 centymetry, których pragnął, odkąd był nastolatkiem. – Kontrola!

– Witaj, Jessico – odparł drżącym głosem Frank, ściskając lekko jej dłoń.

– Znakomicie, a więc teraz państwa zostawimy, byście mogli się bliżej poznać – powiedział wesoło Bailey. – Będziemy w pokoju obok, wkrótce znów się zobaczymy.

Odszedł razem z kobietą w stronę szklanych drzwi, a Frank spojrzał za nim błagalnym wzrokiem. Zakręciło mu się w głowie na myśl, że zostaje z nią sam. Nie tego się spodziewał. Nie tego chciał. Gdy tamci zniknęli z jego pola widzenia, poprowadził ją do krzesła nakazując gestem, by usiadła.

– Frank, czy coś się stało?

– Usiądź tu, proszę i zaczekaj na mnie. Za chwilę wrócę – powiedział, unikając jej wzroku. Rozejrzał się naokoło w poszukiwaniu jakiegoś innego wyjścia, nie chcąc natknąć się na Baileya. Dostrzegł szare drzwi ewakuacyjne w odległym rogu pomieszczenia i prawie biegnąc ruszył w ich kierunku. Wyszedł na korytarz z klatką schodową i oddychając głęboko oparł się o balustradę. Wyciągnął telefon i próbując opanować drżenie rąk wybrał numer Giselle. Czekał na połączenie. Po szóstym sygnale włączyła się automatyczna sekretarka. Rozłączył się, po czym spróbował jeszcze raz, a potem kolejny.
Nie odbierała. I nie miała odebrać już nigdy.

 

 

„Bzy” by Darek Kuchniak

In Opowiadania, Różne, różniste on Maj 4, 2018 at 6:00 am

Tru-tu-tu-tuuuuu! Bum-bum-bu!!! Proszę Państwa – stała się rzecz wielce naszą redakcję ciesząca, bo oto Pewien Apacz – którego dzieje jak zwykle spisuje Darek Kuchniak – powraca ze świeżutkim, całkiem nowym tekstem, do przeczytania poniżej.

Zanim jednak oddacie się tej niecnej przyjemności, zachęcamy od odsłuchu. Tak, nie pomyliliście się, również poniżej, acz nieco mniej, znajdziecie kilka minisłuchowisk, kobiecym głosem przybliżających Wam postać Pewnego Apacza. Słuchajta tu:

https://www.youtube.com/channel/UC35AIeTuQ8OXy2YWOcj5UKw?view_as=subscriber

Bzy

Rok charakteryzuje się tym, że jest przygotowany na każdą ewentualność. I dlatego też Pewien Apacz zawsze może liczyć na to, że w maju zakwitną bzy. Z tym, że muszą być białe, ponieważ te innego koloru wpędzają wojownika w nielichą melancholię. Śpiewa wtedy, przy akompaniamencie fagotu lub oboju, rzewne pieśni z okresu wojny secesyjnej. Wiele w nich szczęku oręża, męskiej przyjaźni i odwagi, ale i opisów wdzięków kobiet wszetecznych. Nie brakuje także kałuż krwi i wnętrzności wypływających wartkim strumieniem z jam brzusznych nieszczęsnych żołnierzy. A przecież dzieci w domu Pewnego Apacza nigdy nie brakowało, więc ich prawidłowy rozwój psycho-fizyczny stanął pod znakiem zapytania.

Szybka Decyzja nie miała wyjścia: musiała działać. Postarała się o posłuchanie u Szamana. Weszła do jego tipi pełna obaw, ale i nadziei. Mędrzec był dla niej ostatnią deską ratunku. Starzec wysłuchał w skupieniu słów kobiety, podumał chwilę w milczeniu. Następnie wyjął z przepastnego kufra farbę w sprayu.

– Wiesz jak to działa? – zapytał z szelmowskim uśmiechem.

– Jasna sprawa, wodzu – odparła Szybka Decyzja i pełna entuzjazmu poszła w kierunku domu.

Od tego czasu krzaki bzu, zarówno w bliższej, jak i dalszej okolicy, miały wyłącznie biały kolor. I nikomu to nie przeszkadzało, zwłaszcza że Indianin swoimi fałszami wielu wpędził w obłęd. Najczęściej ze skutkiem natychmiastowym.

„Śliska sprawa” by Marcin Zwoleń

In Opowiadania on Kwiecień 20, 2018 at 6:34 pm

Czasami trafiają do nas teksty z morałem. Tak jak dziś. Jeśli lubicie morały i niestraszne wam dość perwersyjne ujęcie takich zagadnień jak wciskanie ludziom… eee… ciemnoty, warto spróbować. Oto przed szanowną niedobroliterkową publicznością SHOW…. to znaczy nowe opowiadanie Marcina Zwolenia.

Czytaj resztę wpisu »

„Koń by się uśmiał” by Jastek Telica

In Opowiadania on Marzec 4, 2018 at 4:21 pm

Niektórzy lubią konie, inni nie. Po przeczytaniu tego opowiadania pewnie nic w tej kwestii się nie zmieni, ale przeczytać warto. Paskud gwarantuje. A jako, że un jest gwarantem nie byle jakim, to i tekst tyż do lichych nie należy…

Oto dziś przed Państwem pierwszy raz w naszych (nie)skromnych progach – Jastek Telica.

Koń by się uśmiał

Pędziłem, jak to się mówi, co koń wyskoczy.

Niecodzienne nowiny narobiły nieco szumu na świecie, a mnie marzyła się niejaka odmiana losu. Odrobina wytchnienia po ciągłych trudach i pętaniu się tam i siam. Może ktoś lubi stawać na nocleg w przygodnej kwaterze, żrąc, doprawdy, byle co, zadowalając się przy tym towarzystwem przypadkowym i w innych okolicznościach, szeroko omijanym dla psychicznej zdrowotności, ale nie ja. Jednak założę się, i wy przyznacie, iż korzyści z takiego wałęsania są przereklamowane.

Grudy bryzgały spod kopyt. Dziki pęd sprawiał, że okoliczne drzewa śmigały. Wzbierała żądza rzucenia wyzwania całemu światu. Niech kto tylko stanie na drodze, przysięgam, stratuję!

Ponosiło mnie. Bądźmy szczerzy, w każdym z nas siedzi coś takiego, że jak złapie go ułańska fantazja do pożerania przestrzeni, to umiarkowanie diabli biorą. Nawet mnie taka przypadłość nieobca, choć serce wszak mam takie, że zniesie nie byle bieg, a łeb, każdy wie, największe udręki.

A jednak i mnie dopadło.

Dziki szał!

Szło przy okazji o sprawy nie byle jakie, światowe, chociaż na razie skryte. Przez tych małych, co w kapturkach łażą, grzywy zaś potrafią splatać jak nikt, przy tym ogólnie służąc pomocą. No i nieobce im pewne czary. W istocie bez nich mało dzieje się na tym świecie, ale oni skromni, do pierwszego szeregu się nie pchają. Oni to ściegi, których nie widać, a bez nich nic. Co prawda usłyszycie, że za wiązanie losów to odpowiadają takie trzy siostry, co przędzą ogólnie się zajmują. Ale one niezgrabne. Wątki rwą, ściegi plączą, paluchy mają grube. To misterna robota, łatwo coś zepsuć i na zawsze, stąd wymaga rączek niedużych i z przyrodzenia delikatnych. No i przede wszystkim serca tkliwego. Rzadko kto podobnym ozdobiony. Współodczuwanie, bez zmian, wymagane od innych dla siebie.

Myślicie pewnie, że skoro ja coś tam usłyszałem, to pewnie rzesza poza mną też się domyśliła? No, nie powiem, że wcale nikt. Kilku towarzyszy złapało w czym rzecz. Niejedno razem przeszliśmy, co prawda nie konie kradnąc, lecz galopady po rzeczywistych i symbolicznych wirażach owszem uprawiając, tośmy prawie w lot się zrozumieli. Czyli my tak, ale tamci, podobno mądrzejsi, wielcy panowie? Gdzie tam! Im pęd bardziej w głowach zawrócił. Bo wbrew pozorom to pomyślunkiem oni bynajmniej nie silni. Sprytem co najwyżej i chwytaniem czego się da w łapska.

Krzyków było co niemiara.

– Hej, ha!

– Gore!

– Na łowy!

Opętańcy po prostu. W nich wciąż widoczna niedojrzałość, co najbardziej przebija się w czasie jazdy. Nieustanna szarpanina w siodłach, jakby usiedzieć spokojnie nie można. A owe siedziska to właśnie taki wynalazek, by umościć się wygodnie i drugiemu nie wadzić. Ja bym zdołał. Wy, założę się, też. No, jednak każdemu się nie trafi, to oczywiste. U nich gęby roześmiane, oczy takie, że okoliczny las mogłyby podpalić. A nie lubię jak gore, szczególnie dach nad głową. Wrota na wolność wtedy zwykle zawarte i trzeba się namordować piekielnie, nim się je rozewrze.

Nie obyło się oczywiście bez inszych nieprzyjemności, bo głuptakom widziały się najgorsze chaszcze. A nie łaska gdzie pusto i przestronnie? Też ładnie. O tak, trzeba było dobrze łbem ruszyć, by jednak trafić na właściwe miejsce, nie byle gdzie, wykroty wycierając. Knocili na potęgę, to wiadomo. Jednak wyszło na nasze, kamraci dopomogli, jak mogli, choć nie ma co ukrywać, ja tu zdziałałem najwięcej. Na drogę do celu wywiodłem. Ktoś powie: przechwałki, musiałeś być powolny kierownikowi. Bynajmniej! Szczera prawda. Trzeba znać własną wartość. Jak sami siebie nie docenicie, to myślicie, że świat to uczyni? Wolne żarty! Można się zaharować jak przy orce, kiedy przywłóczy się taki mędrek, popatrzy z ukosa, czapę zdejmie i po durnym łbie podrapie, że niby skiby nierówne. W ślepakach zezulca najprędzej. A jeśli nawet, to czyja wina, jak nie nieudolnego robotnika? On kogo innego szuka, by za przyrodzoną niezborność obciążyć. I to mają być ci z przezwania rozumni? Koń by się uśmiał!

Dyrdaliśmy już od pewnego czasu stateczniej i to, co w powietrzu się unosiło, wprost waliło po nozdrzach, skupienie wymuszając, wręcz cała okolica z lekka przywarowała. Jak ktoś czuje coś więcej niż własne poprukiwanie, to takie rzeczy mu nie uchodzą. Oczywiście radosnemu towarzystwu uszło wszystko, bo zajęte było czymś zgoła innym niźli spozieranie na świat. Prędzej to oni w siebie, stąd nagła cisza puszczy w uszy ich nie biła. Mnie bolała. Ale jak wyjechaliśmy na polanę, od razu zwąchali pismo nosem. To znaczy nie tyle od razu, co ich powszechna dziwaczność zdetonowała. A było czemu się przyglądać.

Z miejsca zdradzę, że najbardziej rzucała się w oczy ogólna apatia. Nawet wiatr wiał bez zaangażowania, o trawie nie wspominając, by falowała, no dygotała co nieco, bez przekonania. Niemrawa, aż w wątpiach kręci! Znacie to. Spłowiała. Okrutny widok, od razu apetyt odbierający. Gorzej jeszcze przedstawiała się sprawa ze zwierzyną. Żubrom brody ciągały się po ziemi, ledwie chucherka pęcinkami przebierały, misie zwiesiły nochale na kwintę, sarny płakały rzewnymi łzami. One i tak oczy mają przepaściste, że utonąć może w nich nawet cynik z urodzenia. Od razu powiem, że to nie ja. Trochę się stylizuję na pierwszego ogiera w stadzie, a ogólnie mizantropa. Grunt to wizerunek. Lecz w istocie serce mam we właściwym miejscu. W mocnej piersi. Przejdźmy jednak do rzeczy; obok saren spoczywały wilki. Kły szczerząc, to jasne, nie umieją inaczej, ale nie rzucając się do gardeł ofiarom. Rozpaczając jak wszystko wokoło. Wiecie, te pourywane wątki marnej doli to aż drgały w powietrzu. Wyczuwalne, o ile komuś zołza tchu nie odebrała. Łapałem je. Tak sercowo, oczywiście.

Ja też zamarłem, choć mówiłem sobie, że nie wolno, bo pora działać. Już mniejsza z moim dobrostanem, rozchwierutanym okrutnie, ale tak ogólnie, dla wspólnego pożytku.

Mając do czynienia z przysłowiowymi osłami twardszym powinienem się okazać, aczkolwiek wyrobiłem w sobie empatyczne odruchy, więc dołowało mnie okrutnie. Nic nie pocieszało, zaś kiedy popatrzyłem na lisy, to aż serce zmarzło. Przechery, które nad sarkazm nie wyrosną nigdy, nieustanna zgrywa i blaga. Ni słowa prawdy, niekończące się szukanie okazji, jakby tu kogoś oszwabić, na hak przywieść, na cudzym nieszczęściu skorzystać. Owe rudzielce w kulki się pozwijały, nosy kryjąc w kitach i na pobliskie kuraki nie patrząc. Naprawdę nie patrząc, bez cienia taniego aktorstwa.

No, zadrżałem wtedy do głębi. Groza tak dojadła, że się zachwiałem. Ja! A przecież nie padam nigdy. Tarzam co najwyżej, ale tylko dla zdrowotności.

To całe zgromadzenie kołem otaczało środek polany, a w nim przebywało takich siedmiu. Wiadomo kto zacz, ledwie zacząć opisywać. Nie przepadam za tą odmianą, wolę pomniejszą, naturalną. Wiecie, tych, co w trawie stojąc, kryją się w niej z nakryciem głowy. Jednak mocarze z nich pierwsi! Tak się gada, że poprzez uprawianie magii. Jakie bujdy niestworzone! Oni nic nie zmieniają i nie psują. Poprawiają. Tu nitkę wysnują z powietrza, tam wątły pędzik popchną do góry w stronę dobroczynnego słonka. Niechże rośnie zdrowo! Ujmą tego i owego z ognia i wody. Łącząc zgodnie przeciwieństwa na pożytek. Dziw! Tak sprawią się gracko, że cały świat wokoło w śmiech. Słyną z tego, że grzywy splatają po mistrzowsku. I nie są to przesadzone bajki. Prawda szczera jak złoto. Serca to mają większe niż oni sami i pół świata bez mała nim obdzielają. Radośnie z nimi zawsze, pełnia życia i pech zmyka, gdzie pieprz rośnie. Jak podobna ekstaza ogarnia, to zaraz trzeba ich wypatrywać, uważnie nogi stawiając, by nie rozdeptać ubożąt, choć to przecież niemożliwe, bo śmigłe są tak niebywale, że w potrzebie wicher ich nie przegoni. Możecie mi wierzyć jako zawodowcowi, na podobnych gonitwach znam się jak nikt.

Ale oczywiście to nie była ta odmiana, a większa. Znacie ich, przerośnięci. Staną tacy w zagajniku paprociowym, to jeszcze im nochale ponad wystają. Urodą też nie grzeszą i mało kto przy nich chodzi radosny. Oczywiście, robotni są, w końcu wszystkich cnót nie stracili, kiedy w skrzacich gigantów się pozmieniali, ale więcej ich z naturalnymi, trzycalowymi pobratymcami nic nie łączy. Pokoślawili się okrutnie. Naturę to na pewno psują, nie wystarcza im ta, która jest, przeinaczyć wszystko muszą. Kamienie pokruszyć, skały porąbać, drzewa wykarczować, wątpliwej użyteczności wynalazki przy tym majstrując. Wszystko przez tę chorą ambicję, co im we wzrost poszła. Ktoś tu może powiedzieć, że na odmienność się zamykam. Ja?! Tylko każdemu powiem, że jak coś z przyrodzenia małe, to po powiększaniu na urodzie i zastosowaniu bynajmniej nie zyskuje, tylko kłopot wzmaga. I zamiast krasy, karykatura. Bo przeciwieństw łączyć nie wolno. Muły powstają, z których później skończony tuman przychówku wygląda. Choć takich, wbrew pozorom, mrowie.

Wracajmy jednak do naszych łokciowych wynalazców. Stali oni w samym środeczku polany wokół konstrukcji na pierwszy rzut oka składającej się z ramy ustawionej na koziołkach. Nieurodziwe ustrojstwo, tylko je w paprociach skryć jak coś paskudnego, a nie pchać na widok publiczny. Ale zaraz dało się zorientować, że to nie sama rama, a podtrzymywanie szybek. No tak, typowa pogarda dla świeżego powietrza. Może ktoś mi kiedyś obszernie wyłoży po co te wszystkie szkiełka, przez które atmosfera gęsta, bo mało poruszona? Zapaszek własny miły, głupi by zaprzeczał, ale cokolwiek nieświeżo, a gorzej, że tchu zaraz brak. Ja tam wolę pomieszczenia z oknami otwartymi, są co prawda tacy, co gardzą nawet dachem, ale to już nazbyt daleko posunięty radykalizm. Trzeba takie sprawy umieć wypośrodkować. Więc dach – jak najbardziej, ale szkło? Już mniejsza z tym, że aromaty gorsze, ale mało co widać, bo prędko popiół i zamęt na powierzchni osiada i przestaje się widzieć świat takim, jakim jest, a w czarnych barwach. Co prawda dla wszelkich innowatorów jak te gigancie konusy to typowe zachowanie, ale żeby inni podobne głupoty naśladowali? W imię jakiej nowoczesności zamykać oczy na proste uroki, żądając w zamian jakichś pokrzywionych?

Jednakże oddalam się od tematu. Idzie o to, że w tym pudle szklanym podtrzymywanym przez żelazną ramę tkwiła jakaś postać. To znaczy spoczywała. Po owłosieniu widać, że kobieta, a odzieniu tym bardziej. I na pewno nie był to posąg, choć po owych porąbanych wynalazcach można spodziewać się najdzikszych dziwactw. Nie wyglądała na całkiem żywą, choć w zasadzie to w tej chwili jednakże tak jakoś już nieżywą, ale od niedawna i nie w pełni. Magicznie. Że coś niejednoznacznie gadam? Tak najlepiej. Zresztą spróbujcie prosto o czarnoksięstwie, sługa uniżony życzy powodzenia!

– Co tu się dzieje? – odezwał się szef.

– Dziwne coś – wtrącił jego kamrat.

Bezcenne, jak się dogadali!

Ja tam milczałem, patrzyłem tylko, próbując pojąć w czym rzecz. Też mi się dziwne zdawało, choć założę, się, że całkiem z innych powodów niż reszcie.

Zbliżyliśmy się do łokciowych wynaturzeńców.

Oni bez wstępów uderzyli w płacz.

Ryczeli właściwie, wszystko w nich było gorsze niż u ich pobratymców bardziej zgodnych z przyrodzeniem. Mówiłem, że co przerośnięte nieurodziwe i niepożyteczne? Oczywiście wiem, że mówiłem, ale takie rzeczy trzeba powtarzać do znudzenia. Durnie niby słyszą, jednak po braku odmiany uprawianych duractw widać, że nic nie pojmują.

– Ot żałość nam się stała okrutna – rozpoczął pierwszy, ni na chwilę nie przestając siąkać nosem, a kulfon miał jak się patrzy. I cały czerwony. Pewnie z przepicia. Aż się wzdrygnąłem, taka we mnie natura, że nie cierpię pijusów, czapki bym takim w głów zdzierał i zębami do nich dobierał. Tfu!

Do pierwszego dołączyli drudzy.

– Och tak, och tak – powtarzali – a jakże – dodawali, smarkając w rękawy.

– A w czym rzecz? – podpytywali nasi, bo nie rozumieli.

To tamci opowiedzieli, jak to w siedmiu żyli sobie szczęśliwie z miłym, poczciwym, zgodnym i robotnym dziewczątkiem, a urodziwym, że ho, ho! Nikt by nie uwierzył, że podobne piękno istnieje. Patrzyłem na postać pod szkłem, jeszcze rzeczywistości nie przesłaniającym, to widziałem, po co tu jęzor strzępić? Nie darowali sobie. No żyli sobie, jak u Pana Boga za piecem, zamknąwszy ją na wpływy zewnętrznego świata, niby przez troskliwość, dogadzając sobie do woli, bo ona we wszystkim była anielsko powolna, kiedy jędza okrutna się napatoczyła, jakby kto ją prosił i podstępnie, złą magią zgładziła przystępną piękność. Żałość!

Nasi głowami machali.

– Cóż za nieszczęście! – powtarzali.

Po chwili wszyscy płakali rzewnie, obejmując się ramionami. Gospodarze gościom do pasów sięgali, gębusiami nurzając, wiadomo gdzie, co wyglądało nieprzystojnie, ale zarazem zabawnie. Wychodziło takie pomieszanie tragedii z komedią.

Wydaje się wam, że cynicznie tak gadam, gruboskórnie, jakby nic mnie nie ruszyło. Ależ ruszyło, tylko oni do pasji mnie doprowadzali tym durnym paplaniem. Coś mi się wcześniej o uszy obiło, wspominałem, a poza tym, że się obiło, to czułem. Mam serce. Nie wszystko trzeba ubierać w słowa, jak te nieszczęsne przerośnięte pokraki, co żywe cuda psują ręcznymi robótkami. Niby ręce są przydatne, ale jak ktoś obdarzony został naturalnie czterema kończynami, a tylko dwie poświęca na trzymanie pionu, to nic dziwnego, że czasem upadnie. Co prawda zaraz powstanie, ale myślenie wtedy ogranicza, by wstawać po tych upadkach. To chyba lepiej wcale nie padać, nie? Kiedy więcej niż pół mózgu poświęcone unikaniu łykania prochu ziemi, to inne czynności ubogie, a widać niektórym niebożętom tych dwóch nóg stanowczo nie staje. Dosztukowanych podpór szukają. I tak, i z rąk pożytek mierny, i z głowy pośledni, zdrowiu zaś wszystko szkodzi najbardziej. Tudzież zachowaniu godności. Ale te gigancie wyskrobki, co wszystkie rozumy pozjadały, wiedziały lepiej. Zamknęły swój świat w ograniczonych formach, jak tę dzieweczkę w szklanym puzderku, powietrze odcinając, bez którego jak żyć, powie mi ktoś?

Ot, wynalazcy!

– Ona martwa – tłumaczyli. – Podła jędza do zguby doprowadziła niebogę. Nie ustrzegliśmy. Żałość tedy wielka.

– Unieście wieko, może – poprosił nasz szef.

– A po co?

– Ot popatrzyć chciałbym z bliska.

Pofukali do siebie, widać swój wyrób mieli za taki, że co w nim spoczywa, to według nich na zawsze, bo podobnie zapeklowanemu smakołykowi najsmaczniej. Tfu! Ja tam wybieram co świeże. Ale oni woleli, by dzieweczkę drudzy oglądali z daleka. Jednak przystali na prośbę, ostatecznie dać dyla już im nie mogła, nie?

Szef zbliżył się. Ręce położył po bokach głowy piękności. I patrzy.

– Jednak ma łeb! – wtedy uznałem. Doszedłem do przekonania, że zaraz zabierze się do ratowania niebogi. Choć tak przy wszystkich… Ludzie jednak nie przepadają za naturalnością, nie wiedzieć czemu przy jej przejawach skrępowani.

On tkwił jak kołek w płocie.

Na co czeka? – pytałem siebie. Trochę się niecierpliwiłem. Ale uznałem, że to wstydu przełamywanie, choć to nie był w tym wypadku akurat ten sposób. Jednak nawet jak się pomyli, to zaraz skapuje w czym rzecz, a że na śmiech się wyda? Przynajmniej jego kompani naprawdę będą mieli z czego rżeć.

Bo tego grona nie było co zagadywać. Tak ono rozumu używało jak ci wytwórcy szklanego wieka. Znam ich od najmniej szlachetnej strony, zatem nie dziwiłem się w gruncie rzeczy. Obok pałętały się koty. Wiecie, z miejsca zafukane, naburmuszyły się, bo widać od razu, że odkryły przyczynę. I prychały jak to one. Rozejrzałem się po bokach. Znajdzie się tu ktoś mądry, czy nie? Psy zwąchały pismo nosem. Nawet osiołek skapował z grubsza powód niedomagania niebogi. Reszta zwierząt nie podchodziła. Ostrożne. Łatwiej przecież zrozumieć sarnie wilka niż człowieka, to bratać się lepiej nie. Przecież z daleka mogły nie poznać w czym rzecz.

A mnie bliskiego magia tak skręcała, aż w uszy szczypała.

– Sześć nóg, by trzeba! – szczękałem zębami. W złości to i ja z naturalnością się pogryzę.

Zaś szef się cofnął. Coś mu się kotłowało pod kopułą, lecz nie składał jednego z drugim, bo po kawałku do sprawy się zabierał. Nazw szukał. Bez nich bezradny. Czego zaś ramkami nie ograniczy, to tego nie ma. Co za tłuk!

Ależ mnie wkurw wziął! Historyczny w istocie. Zrozumiałem, że odstępuje, u niego wszędzie te formalizacje. Gapi się patrzałkami, a zarazem zamyka na życie. Jak coś pod uchwalony przez tępaków paragraf nie podchodzi, to nie istnieje. Tu trzeba nienazwanemu zaufać, ulotnemu, czuć trzeba, sercem spojrzeć, oczy wezwyczajone do konkretu zwodzą.

Jak mu nie przyrżnąłem w środek pleców. Ktoś powiedziałby z byka, bo czołem, ale takie określenia wobec mnie są cokolwiek niestosowne. Niech będzie już z dyńki, a najlepiej łbem. Poleciał przed siebie na tę dziewuszkę.

– Och! – zajęczało otoczenie.

Spoczęły też na mnie zdegustowane spojrzenia. Że niby coś niegodnego zrobiłem? Ja? A kto panienkę zamknął pod kloszem? Uwalniałem ją od tego. Nic więcej. Oni pewnie by coś o naruszaniu niewinności bredzili. Jednorożców można wypytać, że cnota to bynajmniej nie to, co zachowane między nogami, a co w sercu się ostało w tym świecie nieustannie przytapianym falami postępowej ohydy. Wiem, bo przy posiłku, kiedy nastawieni byli pozytywnie, gadałem z nimi o tym.

No, zostawmy tych tłuków, co lampili się na mnie, jak zwykli mówić: na końskie zaloty, wróćmy do rzeczy. Szef przewrócił koziołki, dziewuszka padła na ziemię i potoczyła się po niej, i wtedy to, co miała w buzi, paskudnie pominięty odprysk złej magii, i niedostrzeżony przez nikogo, za wyjątkiem, no zgadnijcie kogo, wyleciało.

Westchnęła. Powieki zadrgały jak motyle.

Naprawdę!

Szef nad nią.

Jej oczy cudne. Zieleń soczysta jak trawa w porannej rosie.

Pycha!

Daję słowo.

– Uratowałeś mnie! – zauważyła z wrodzoną bystrością umysłu.

– Zatrute jabłko utkwiło ci w buzi, szczęście, żeś go nie zjadła. Gdyby trafiło do żołądka, wszystko stracone. Nie wolno tykać jadu ni rzeczywistego ni magicznego – wyjaśnił szef.

Ale odkrycie! Jasne, bezwiednie przyswajana martwica wtedy poszłaby krwią do serca, mózgu i wątroby. Zepsuciem dotknęła wszystkie organy. Jak to wynaturzenie. Taka rewelacja, że każdy wie.

A obecnym zdawało się to jednak fenomenalną spostrzegawczością.

No, ale w rezultacie dzieweczka odżyła.

Myślicie, że mi podziękowano?

Rżę ze śmiechu.

Jednakowoż żadnych rewanżów w tym względzie nie oczekiwałem, to się nie zawiodłem. W gruncie rzeczy było mi za jedno, zależało mi tylko na wygodnym ułożeniu dalszego życia. Mnie wiele nie trzeba, skromny jestem, z okiełznanymi porywami, choć przecież nie z przyrodzenia.

Widzicie zatem, że był powód do radości. Bo idzie jak z płatka. Swoje zrobiłem, nagrodę odbiorę, dostanę, co chcę. Napracowałem się przecież, niebożę. Że inni chwałę wezmą, niech biorą. Czymś rzetelniejszym się pożywię.

No, ale dobrostan nie zaczął się od razu. Bo początek dalszego szczęścia przewidywał nieodzowny ślub.

A nie można by naturalnie? Zeszli się ze sobą, niech już wspólnie uprawiają ogródek. On książę, ona księżniczka. Rodowód w sam raz, dobrany, przychówek wyjdzie kształtny, zdrowy i rasowy. Trzeba czegoś więcej?

Im tak! Musieli wszystkim wokoło rozgłosić nowinę i pozapraszać, kogo się da.

Same nieszczęścia przez takie samochwalstwo doprowadzające do przymusu formalizowania wszelkiej wrodzonej aktywności. Głupota świat zamykać w ramkach, tak ulepszać, że psuć w istocie. Licho nie śpi, uwielbia tych, co bez cudacznych wynalazków żyć nie potrafią! Lecz tacy niereformowalni snobi zawsze po swojemu.

No i tak oto przygotowania do przyszłej fortuny zabrały trochę czasu, by kiepska dola ze swoimi też się obrobiła.

A później jechaliśmy w towarzystwie rzępolących grajków na to wiekopomne wydarzenie. Stosowniej byłoby w kir się przyodziać. My byliśmy niegustowni. Tęczowi. Wynaturzenie i zawsze ten przerost formy. Ja bym zadowoliłbym się czymś skromnym i od razu przeszedł do rzeczy. Bo czy tak wiele trzeba do szczęścia? Prostota wystarczy, ale znacie takich osłów. W żłoby im nałożą przysmaków, to zagłodzą się, dokonując wyboru.

I tak się szefowi przytrafiło. Czasem nie mam do niego cierpliwości, jakbym za tę czuprynę chwycił, jakbym pocisnął. Ech! W gruncie rzeczy go lubię, przynajmniej nie pijak, tacy w drodze najgorsi, upojeni fantazją wyobrażają sobie, że skrzydeł im przyprawiono, by nad prostotę wylatywali, z czego same nieszczęścia.

No, ja tu gadu gadu, a wiadomo, że na koniec każdy się potknie.

Czułem pismo nosem. Jedziemy sobie jakby nic. Wokoło parskanie, a oni pytlują, że na szczęsną dalszą drogę życia. To ja milczę wymownie, ale na mnie zwyczajowo mało kto zwraca uwagę, choć, przyznajcie, beze mnie nic by tu nie zadziałało, rubaszne pokrzykiwanie, toasty (żeby ich od nich pokręciło!), ogólne ukontentowanie, impreza się rozkręca, choć właściwie nie rozpoczęła, gra muzyka, aż widzę, wiecie na pewno, kogo widzę.

No, tego się spodziewałem.

A jednak przytkało mnie z lekka. Co innego wiedzieć, a co innego własnym okiem ogarnąć.

– Ożeż, szkapa kulawa! – dyszę.

Wy też za takimi nie przepadacie, mylę się?

Patrzę wokoło.

No, nikt poza mną nic nie skapował.

Weselnicy swoje, pobłogosławili młodych, rozsiedli się, zagryźli, zapili. Ledwie po kwadransie w czuby im poszło. Zaryczeli jak żubry. Wyją: gorzko, o pokładziny upominają. Już! Trwa hulanka, tańce. Mordy czerwone od pijaństwa, gonitwa im się śni, dziki pęd między drzewami, że o połamanie gnatów najszybciej, w najlepszym przypadku. Ja czekam na boczku, nie rzucam się w oczy, by durnych pomysłów nie wprowadzali w życie, a łeb mi zwisł od zmartwienia, ale od czasu do czasu łypię oczyma tu i tam, i na przemian z obawą straszny śmiech mnie ogarnia. Taki z głębi trzewi, że zarżałbym prawdziwie szatańsko.

Co za tłuki!

A wiecie, ta jędza, żeby tak zołzy dostała, co dzieweczkę przytruła z zawiści, że do kogo innego dola może się uśmiechnąć, już kombinuje. A widać, że główka tęgo pracuje.

– Oj, będą kłopoty – oceniłem.

Że przedwcześnie i bez dowodów? A czy ja załgana papuga? Pewnie, że słusznie. Lecz poza mną nikt tej zdradzieckiej mordy nie rozpoznał. A ja czemu? Bo nie wszystko obracam w kłapanie ozorem. Pyskuny słowa mają po to, by rzeczywistość do kupy poskładać. Smrodu tylko narobią, bo w istocie połowy nie pojmą. Ja łapię, o co idzie bez pytlowania. I wódy nie chlam bez umiaru, kiedy droga nie do końca odbyta. Stąd czasem wiem. Właśnie wtedy, w zachodzących okolicznościach, jak widzę tę magiczną wywłokę, wiem i wkurw mnie taki ogarnia… Chyba na wszystkich. No, czemu ci panowie świata całego nic nie dostrzegają? Zaćmiło ich. Siedzą przy trunkach. Żłopią. Praskają po plerach nawzajem, załzawione gały przecierają. Poza samymi sobą na wszystko zamknięci. A najbardziej na sąsiadujący świat. Ot wzruszyli się szczęściem niedalekim, zaś zguba właśnie o krok, co ją zobaczyć trzeba by zaradzić, lecz jej nie widzą, natomiast pominięta tymczasem wiedźma coś tam wymędrkowała i skuteczniejszego niżeli zatrute jabłuszko. I już zabiera się do roboty, łapska zacierając, że szpony rosną, by wbijać je w aksamitne karki, przez co cała moja przyszłość przepadnie, zasłużone, spokojne życie, nagroda po tych wszystkich wykrotach, po których dotąd się włóczyłem bez własnej winy.

Uff!

Zobaczyłem, że nie ma tu na kogo liczyć, że jak coś ma być zrobione dobrze, to sam muszę.

Więc zaszedłem ją od zadka.

Ona na boczku stoi, w oczy się nie rzuca, występne upadki wymagają ustroni, z zapałem mamrocze bezecne czarnoksięstwa. Tak się w owe sprzeczne z naturą praktyki zaangażowała, że świata bożego poza nimi nie widzi. Czasem korzyść z takiego zaślepienia wynalazkami. Durnie dają okazję naprostować, co pokręcone.

– Dobra nasza – ja mruczę do siebie.

Nic nie spostrzegła, porąbane fantazje widziała zrealizowanymi. Chora ambicja nikomu na zdrowie nie wychodzi.

Więc jak jej wtedy nie wypłacę kopa w sam środek plerów, aż żelazo mi od podkucia odleciało.

Ni cienia przesady nie znajdziecie w zapewnieniu, że dałem z siebie wszystko.

Uniosło ją i chyba w powietrzu z dziesięć własnych długości przebyła. Nim spadła. Jakby skrzydeł dostała.

No, może dwadzieścia.

Anielica!

To taki dowcip jest.

Wesele wtedy zamilkło.

Znowu wszyscy zaczęli na mnie łypać. Stale z tymi durniami tak mam. Nic nie pojmą, a ja brzydzę się dosłownym tłumaczeniem, czekam z nadzieją, że każdy osobiście głową ruszy. Zwykle daremnie. Nie wiem, czy wtedy znalazł się taki jeden unikat, ale któryś nie ślepy na obydwa spozierałki, zobaczył, co zołzowatej jędzy wypadło z podręcznej torebki. W życiu bym nie uwierzył, że tyle można do niej nakłaść. Nie chodzi, że trucizn, zajęczych łapek i kurzych stopek, i całego tego czarnoksięskiego badziewia. Każda czarownica podobne strupieszałe fidrygałki gromadzi stosami, chodzi mi o to, ile ona tego naładowała.

Stos do kolan sięgający.

Chyba, że to była torba magiczna.

Nie wykluczam…

Tylko kto to na co dzień targa na własnym grzbiecie? Założę się, że nie sama, jakiegoś biednego osiołka zmamiła.

W każdym razie chyba wtedy weselnicy pojęli w czym rzecz.

Zaczęli od wrzasków.

– Wiedźma!

– Jędza!

– Trucicielka!

– Jak wstanie, to zaraz każdemu dopiecze!

Odkrywcy!

– Ratuj się, kto może!

I dyla!

Aż się zakurzyło, że z początku nic nie widzę.

I diabli wzięli – myślę i wielka żałość mnie piecze, nawet nie za osobistymi nadziejami przepadłymi, tak ogólnie. Szansę dałem temu durnemu światu na korektę usterki. A on tak korzysta, że tylko o własny zadek dba.

Typowe.

Pył jednak opadł. Charakteryzuje go brak skrzydeł, więc to nieunikniony proces. Patrzę, nie wierzę. A jednak! Szef nie zwiał. Rozumem może nie grzeszy, ale odwagi mu nie brak. Albo wyobraźni, co kiedyś zdrowiem przypłaci, choć póki co iście końskie mu dopisuje. Chwat! Chwycił jędzę.

– Do mnie, trzymam! – ryknął.

Trzymał przecież i bać się w istocie nie miał czego, bo zemdliło ją cośkolwiek po locie ingerencją waszego pokornego sługi wszczętym.

Dobra, widzę, żeście nie złapali kontekstu i dwa razy wam trzeba: żart to jest, możecie się śmiać.

Ale inni wciąż nie wiedzieli, co począć. Ślepi! Jednak któryś zobaczył to żelazo, com je zgubił, wkładając w kopa całe serce. I coś tam wymodził przyciężkawym pomyślunkiem.

A tak mu się gęba wykrzywiła…

Zucha struga, skoro czarownica leży bez zmysłów i odpłatę zamyśla, tak okrutną, jakby wyhodowany cykor to jakaś wielka sprawa była, a nie szmelc nie bez powodu połamany.

Ciarki przechodzą, jak to sobie przypomnę, choć z różnymi podkuciami mając do czynienia, nie drżę na widok byle hufnala.

Przywołał wynaturzonych gigancich konusów.

Powiedział, co dalej.

Wspólnie zarżeli. Tacy zawsze się dogadają. Oto fundamentalne prawo tego świata. Ze wszystkich sił stawajcie dęba i nie pozwalajcie jego wprowadzaczom wsiąść sobie na karki.

Przeczuwałem mniej więcej, co i jak. Zamarłem w duchu. Nawet mnie od tego słabo.

Pewnie słyszeliście, jak to poszło. No buty jej sprawili, tak rozżarzone, że nie przetrzymała eksperymentu, choć jako czarownica z niejednym piekielnym wynalazkiem miała do czynienia. A jednak mniej wymyślnym. Trafiła w łapy prawdziwych artystów. Tak ją to obuwie żarło, że w topiel wskoczyła, by męczarnie ugasić. Pogrążyła się na wieki wieków.

Ileż radości było.

No dobra, tak gadam, jakbym coś komuś wyrzucał, ale sam przecież tej wilczycy nie żałuję, o co innego mi idzie, co jednak słowami wyrazić się nie da. Połowę tylko nazwą.

Myślicie, że ktoś mi podziękował?

Prycham na to.

A teraz mam całkiem znośnie, brykam jak młode źrebię. Szef od lubej nie odstępuje, szaleje z nią po swojemu, bez ruszania zadka (no dobra, żart gruby, ale poza tym niczego sobie, nie?), nie zmuszając mnie do pędzenia za jego niewyżytymi potrzebami. Fajnie jest.

Nic nadzwyczajnego, ktoś powie.

To ja tak mu zripostuję, że wczorajszego wieczora czuję, jak ktoś przy owłosieniu mi grzebie.

– Nie wierzę! – tak wzdycham.

A jednak, rączki maleńkie, pracowite, splatają, co mogą, a głosiki gadają, choć nie słowami, szmerem, wiatrem. Radością samą. Wysnuwają szczęście z poplątanych wątków ludzkich żywotów. Nieludzkich też, w tym moich.

Aż paciorki łez ciężkich jak groch rzetelnym potokiem mi po pysku ze szczęścia pociekły.

A że łączenie przeciwieństw fortunie nie wadzi, kiedy ubożęta się za nie zabierają, to oni uderzyli w śmiech.

Im wolno.

W tym jednym przypadku nie mam nic przeciwko i na dziwactwa się nie krzywię, ani moja grzywa, w którą wpasowali dziki pęd, zdrowie i szczęście. Niech im dola w dwójnasób wynagrodzi! A że oni ją plotą, to w takie wróżby nie wątpię!

 

 

„Prawo i sprawiedliwość” by Wojciech „Keikan” Król

In Opowiadania, Różne, różniste on Luty 12, 2018 at 6:00 am

Czasami człowiek jest po prostu wkurwiony. Czasami jest mega wkurwiony. A jeszcze kiedy indziej jest mega-kurwastycznie-wkurwiony, bo i czemu nie?

O takiej właśnie sytuacji traktuje najnowsze opowiadanie znanego niedobroliterkowym wyjadaczom Wojciecha Króla, którego pseudonim – najzupełniej przypadkowo – zaczyna się na duże „K”. Więcej przypadkowości nie znajdziecie, bowiem w tekście poniżej wszystko jest na swoim miejscu.

Oczywiście jak przystało na nie do końca zwyczajne miejsce, jakim jest blog nijakiego Paskuda. Zapraszamy do lektury! Czytaj resztę wpisu »

„Ideały” by Karol Mitka

In Opowiadania on Styczeń 20, 2018 at 12:21 pm

Jak wiadomo (przynajmniej dla Paskuda ta wiedza jest elementarna), wszelkie istoty żywe dzielą się na chore i niezdiagnozowane, piękne i brzydkie, ułomne i doskonałe (we własnym przekonaniu)… I może przy tej ostatniej kategorii się zatrzymajmy.

Okazja ku temu całkiem ciekawa, gdyż nasz redakcyjny fumfel Karol Mitka właśnie w te postanowił uderzyć klimaty, czyniąc z nich sedno opowiadania Ideały.

Jak to w przypadku opowiadań Karola bywa – przygotujcie się na zdziczenie, jazdę po bandzie i całą tonę zasmażki. Smacznej konsumpcji! Czytaj resztę wpisu »