polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘zeter zelke’

„City 4” – recenzja by Dominik Dobrowolski

In Patronat, Różne, różniste, Recenzje książek i publikacji BIZARRO on Grudzień 12, 2018 at 6:00 am

Lepiej późno, niż wcale – to fakt powszechnie znany. Dlatego też, z małym, jesiennym poślizgiem, prezentujemy wam recenzję czwartego tomu opowiadań grozy City, którą na zamówienie Paskuda napisał Dominik Dobrowolski. Żeby nie przedłużać, zapraszamy do zapoznania się z tymże wysmakowanym tekstem. Na zdrowie!

City 4 – recenzja

Zbiory City są ewenementem na naszym, niezbyt przychylnym literackiej grozie, rynku wydawniczym. Zarazem też niewątpliwą nobilitacją dla autorów, którym udaje się trafić do ich spisu treści. Niektórzy spośród z nich zadawalają się jednorazową przygodą, inni – jak w przypadku Anny Szczęsnej, Zeter Zelke, Kornela Mikołajczyka, Dariusza Muszera, Bartosza Orlewskiego, Jarosława Turowskiego, Marka Zychli, czy najbardziej utytułowanego w tym gronie Tadeusza Oszubskiego – podejmują rękawicę, uczestnicząc w kolejnych odsłonach serii.

Serii, z którą warto się zapoznać z wielu powodów. Najważniejszym z nich jest oczywiście wsad, czyli niezmiennie wysoki poziom prezentowanych tekstów. Stanowi on coś w rodzaju przeglądu aktualnego stanu polskiej grozy, a w szerszej perspektywie pewnego rodzaju świadectwo tego, jak ta groza ewoluowała. I tak, w najnowszym tomie, który pojawił się w sprzedaży kilka miesięcy temu, pewne novum stanowi większa niż dotąd reprezentacja tekstów romansujących z kryminałem (Wazon, Wet za wet), posapo (Gręboż, Przebudzenie ćmy, Kiedy przylecą ptaki) czy bizarro fiction (Czarne myśli, B, Zaburzenia atmosferyczne, Miejszczuch, Miasto snów).

Z pewnością za godne pochwały rozwiązanie można uznać Posłowie pióra dr Kseni Olkusz, która ze swadą podsumowuje książkę. Nie sposób się nie zgodzić z jej słowami, gdy pisze:  „Ta eklektyczność, wyrażana poprzez dobór pisarzy różnych generacji, tekstów reprezentujących rozmaite idee czy konwencje, nie jest wadą, lecz cechą istotnie pożądaną”.

Co symptomatyczne, we wszystkich odsłonach antologii natrafiamy na teksty naszych krajan, na stałe mieszkających za granicą i dzielących się z czytelnikami swymi obserwacjami na temat tamtejszych realiów. Bywa to zarówno pouczające, jak i straszne.

Kończąc tę recenzję, leży oddać honor wydawnictwu Forma, które z żelazną konsekwencją (przy wparciu redakcyjnym Marka Grzywacza i  Kazimierza Kyrcza) promuje rodzimych autorów. I to nie tylko tych znanych i lubianych, ale i dopiero zaczynających swą przygodę z literaturą. Wszak tradycją stało się, że do kolejnych zbiorów trafiają również opowiadania wyłonione w drodze konkursu.

Optymizmem napawa fakt, że w zapowiedziach wydawnictwa (póki co bez konkretnej daty) widnieje tytuł City 5. Antologia polskich opowiadań grozy.

Myślę, że nie tylko ja z utęsknieniem czekam na tę pozycję.

Dominik Dobrowolski

Dla nieprzekonanych spis treści:

Kazimierz Kyrcz Jr CZARNE MYŚLI
Jarosław Turowski CO SIĘ NIE ZGADZA
Marek Grzywacz ZABURZENIA ATMOSFERYCZNE
Tadeusz Oszubski PTAKOT
Marek Zychla TAKSYDERMIA
Zeter Zelke MIEJSZCZUCH
Adam Podlewski DZIADY MORDORSKIE
Mariusz Wojteczek ZNIKANIE
Tomasz Krzywik UL
Marcin Zwoleń PRZEBUDZENIE ĆMY
Dariusz Muszer GRĘBOŻ
Jacek Skowroński KIEDY PRZYLECĄ PTAKI
Kornel Mikołajczyk WAZON
Janusz Mika WET ZA WET
Bartosz Orlewski B
Hubert Jarzębowski UKĄSZENIE LOVECRAFTA
Kacper Kotulak MIASTO SNÓW
Istvan Vizvary WINDA
Dagmara Adwentowska ROZBIÓRKA
Adam Froń LIST POŻEGNALNY
Joanna Łańcucka ROŚLINY OZDOBNE
Krzysztof Kochański PRZECIĄG
Flora Woźnica PĘTLA
Marta Sobiecka PAN PATRZY
Anna Szczęsna PTASIE SERCE
Kazimierz Kyrcz Jr CZARNE CZYNY
posłowie (Ksenia Olkusz)

PS. Książkę, podobnie jak poprzednie tomy, można zamawiać na stronie wydawnictwa Forma, a także w sieci księgarni Bonito.

 

Reklamy

„Perły przed wieprze” by Zeter Zelke i nasi na Imladrisie

In Opowiadania on Listopad 3, 2018 at 6:00 am

Przez niedobroliterkowych fanów Zeter Zelke jest znana (i lubiana!) od lat kilku. Powodów ku temu jest mnóstwo – wystarczy do wujka Gugla wpisać „Niedobre Zeter” i od razu wyskoczy Wam mnóstwo dobrych haseł, które, no cóż, wskazują jednoznacznie, że Zeter jest bodaj najpłodniejszą spośród naszych współpracowników. Na tym jednak nie koniec, bo nie ilość się liczy (przynajmniej nie zawsze!), lecz jakość. Tej zaś tekstom Zeter odmówić nie sposób.

My jednak nie o tym… Albowiem, choć w dzisiejszej aktualizacji jak zwykle najważniejsze jest to co pod spodem, czyli świetne pełnowymiarowe opowiadanie „Perły przed wieprze”, które wyszło spod klawiatury Zeter, warto wspomnieć jeszcze o jednym fakcie: otóż Zeter Zelke dołączyła właśnie do niedobroliterkowej redakcji, z czego zresztą nie tylko imć Paskud wielce się cieszy.

Wszak świeżej krwi nigdy dość!

Skoro już jesteśmy przy krwi, to warto obwieścić, że już za tydzień Zeter Zelke, Kazimierz Kyrcz Jr, Kornel Mikołajczyk i Michał J. Walczak będą gościć w najnowszej odsłonie krakowskiego konwentu Imladris, obradując miedzy innymi na temat grozy miejskiej. Serdecznie zapraszamy!

Po tym nieco „od Sasa do lasa” wstępie, nie pozostaje nam już nic innego, jak zaprosić Was na literacką ucztę (ostrzegamy lojalnie: jedzenie w trakcie lektury, choćby czipsów, jest niewskazane)…

 

Perły przed wieprze

 

Pan i pani Malinowscy nie posiadali się z radości, gdy na świat przyszło ich pierwsze – i jak im się wydawało – jedyne dziecko. Dziewczynkę nazwali Mają Marcelą i traktowali niczym oczko w głowie. Państwo Malinowscy mieli rozsądne podejście do życia, toteż chociaż nie zaniedbywali potrzeb córki, zanadto jej nie rozpieszczali. Złotowłosa, błękitnooka pyza rosła jak na drożdżach, szczebiocząc i pokazując w uśmiechu bezzębne jeszcze dziąsła do każdego, kto przystanął, zauroczony jej anielską aparycją. Nie trzeba było mędrca, by wiedzieć, że z tego pulchnego cudu wyrośnie kiedyś piękna dziewczyna.

Co miało swoje dobre, jak i złe strony. Tata chciał córki inteligentnej i ambitnej, mama zaś pracowitej, wrażliwej na los bliźnich. Wszystko na początku układało się dobrze, rodzice robili co w ich mocy, aby wpoić w latorośl dobre obyczaje, ale cóż dwoje ludzi przeciw światu pełnemu zepsucia i chciwości. Sprawy przybrały naprawdę zły obrót, kiedy Maja Marcela weszła w okres dojrzewania; ten czas, gdy dziewczęta zaczynały rozumieć siłę swoich atrybutów oraz naturę potrzeb, często mylonych z zachciankami. Wtedy spełniły się najgorsze obawy państwa Malinowskich.

Czternastolatka opuściła się w nauce, zaniechała beletrystyki dla wymagających i marnowała długie godziny, pindrząc się przed lustrem lub biegając z koleżankami po galeriach handlowych. Kanały z filmami dokumentalnymi zastąpiły seriale o wampirach, wilkołakach oraz sitcomy z akcją osadzoną w szkolnych korytarzach, gdzie aktorzy zdawali się istnieć tylko po to, by reklamować marki popularnych producentów kosmetyków, ciuchów i napojów energetycznych. Maja zbierała kolorowe pisemka, w których pierwsze skrzypce grały młodociane gwiazdy popkultury znane nie z talentu, ale z tego, że były znane. Pani Malinowska ze zgrozą notowała rosnącą liczbę plakatów w pokoju dziecka; spoglądały z nich młodzieńcze i podstarzałe twarze, głównie męskie, z tatuażami oraz tuzinem kolczyków rozsianych po różnych częściach ciała niczym ospowate krosty. Maja zamieniła się w nastolatkę opryskliwą, zrzędliwą i próżną, do tego pielęgnującą bezguście pod postacią plastikowych, krzykliwie różowych bransoletek, wodnych tatuaży, sztucznych rzęs, kwadratowych paznokci z cekinami oraz brokatu we włosach.

Po jednej z wywiadówek strapiona matka wzięła wychowawcę Mai na stronę i zagadnęła o towarzystwo, w jakim obracała się jej pociecha. Usłyszała to, od czego przez całe życie próbowała córkę ustrzec: Maja związała się z grupą klasowych pięknotek, trzymających z głupimi lecz silnymi chłopczyskami – postrachami całej szkoły. Stała się typową pastelową idiotką o złym temperamencie. Pani Malinowska nie mogła uwierzyć, że słodka anielica przeistoczyła się w kapryśną pannicę, szydzącą z uczniów pilniejszych od niej. Czy stroiła sobie z nich prostackie żarty? Czy porywała im książki sprzed nosów, wyszydzała ich zaangażowanie, podstawiała nogi na boisku, chichocząc idiotycznie niby złośliwy goblin?

Mało rzec, że pani Malinowska była przygnębiona. Zaraz po wywiadówce zamknęła się z mężem w salonie i pod jego troskliwą kuratelą wychyliła trzy kieliszki wina. Wyglądało na to, że ich wspólne marzenia o mądrym i dobrym dziecku zgniótł wiek chamstwa, wszędobylskiej reklamy oraz ubóstwienia młodości, a młodość – wiadomo – niemal nigdy nie szła w parze z mądrością. Na nic zdało się tłumaczenie pana Malinowskiego, że wszak żaden rodzic nie był w stanie dokładnie kontrolować środowiska, w jakim obracało się dziecko, a ci, którzy tego spróbowali, niejednokrotnie wychowywali psychopatów albo ludzi nie umiejących odnaleźć się w społeczeństwie. Maja Marcela doskonale znajdowała się pośród rówieśników, jedyny szkopuł w tym, że nie takich, jakich by sobie życzyli rodzice. Gdy żona wreszcie się uspokoiła, przestała szlochać i poszła spać, pan Malinowski po cichu sam wychylił kieliszek wódki, ułożył się obok połowicy i zasnął. W taki sposób rodzice pogodzili się z rzeczywistością. Bo cóż mieli zrobić? Córki kochać nie przestaną, a miała dopiero szesnaście lat i jeszcze wiele mogło się zmienić. To powiedział pan Malinowski pani Malinowskiej, z tym się zgodzili i postanowili, że będą żyć dalej, wychowywać młódź najlepiej jak potrafią, mimo tego co było, co jest i co będzie – w nadziei na lepsze.

I lepsze przyszło. Przyszło, kiedy Maja Marcela wkroczyła w siedemnasty rok życia. Rodzice i wychowawcy w szkole aż przecierali oczy ze zdumienia, lecz jak to wyglądało z punktu widzenia Mai? Ano zgoła inaczej! Urocza, słodka, niezbyt lotna trzpiotka nagle weszła w świat rówieśników, jakimi dotąd gardziła: w przerażający, nudny świat bystrych nastolatków; nastolatków z olejem w głowie, z ambitnymi planami na przyszłość. Ale weszła w ten świat sposobem nietypowym, wręcz wariackim, a w sumie wymuszonym. Zaś było to tak:

 

Maja Marcela po nudnej rodzinnej imprezie, zorganizowanej w chacie przez starych na jej siedemnaste urodziny, swoim zwyczajem tuż przed snem zabarykadowała się w toalecie. Cerę miała jasną i czystą, nie potrzebującą nadmiernej troski, co nie przeszkadzało dziewczynie przeglądać się kilkadziesiąt razy dziennie w każdej odbijającej obraz powierzchni. Zadowolona ze stanu skóry, założyła pukiel długich blond włosów za ucho i… zamarła. Serce zatrzepotało jej w piersi, niby ptak w klatce. Jęła nerwowo macać palcami przestrzeń za uchem, aż zatrzymała opuszki na czymś wypukłym, na czymś paskudnym! „Pryszcz!” – pomyślała ze zgrozą. Wypryski były rzadkimi intruzami na jej ciele. Całe szczęście, że ten nabrzmiały czymś okropnym wzgórek znajdował się za uchem – kto się nie domaca, nie zauważy!

Mimo wszystko dziewczyną targnął dreszcz obrzydzenia. Odsłoniła miejsce krościatej katastrofy i manewrując drugim, mniejszym lusterkiem namierzyła nieprzyjaciela. Był tam: jeszcze mały, ale już zaczerwieniony, biały na czubku – pryszcz, chociaż trochę nietypowy, bo wydawało się, że pod wpływem światła jakby zapadał się w sobie. Już chciała go wycisnąć, lecz oczami wyobraźni zobaczyła gęstą ropę wlewającą się na paznokieć. Aż zabulgotało jej w brzuchu, a do gardła cofnął się kawałek urodzinowego tortu. Zrezygnowała z wyciskania na rzecz przetarcia nieprzyjaciela spirytusem kosmetycznym. Zamoczyła wacik, przykryła nim krostę i zniesmaczona wyjątkową bujnością własnej wyobraźni, ruszyła do łóżka.

Gdy tylko obudziła się następnego dnia, natychmiast poczłapała do łazienki. Pryszcz nie zniknął, nie zmalał, ale też nie powiększył się. Zdecydowała, że zaraz po szkole go wyciśnie, bo życie z pryszczem to żadne życie! Jadąc tramwajem do budy przypomniała sobie o klasówce z matematyki. Urodziny nie sprzyjały motywacji, lecz ostatni gwóźdź do trumny wbiło pojawienie się przeklętego wyprysku, wskutek czego Maja Marcela była zupełnie nieprzygotowana do sprawdzianu. Nie pierwszy raz, więc nie zmartwiła się zbytnio. Ściągnie od któregoś z kujonów. Nakrapiany Frycek z aparatem na zębach robił w jej stronę maślane oczka, więc liczyła na to, że za jeden przychylny uśmiech odfajkuje za nią test. Lecz ku zdziwieniu Mai, piegus z krzywym zgryzem nie był potrzebny. Gdy pani Chrzanowska – przedpotopowa matematyczka o pomarszczonej twarzy, przypominającej korzeń imbiru pozostawiony na pustyni – zaczęła rozdawać zadania, Maja po prostu wiedziała, co zrobić. Jeszcze wczoraj, gdyby ktoś ją zapytał, nie potrafiłaby wytłumaczyć, czym są funkcje i do czego służą, tymczasem tego dnia jakby pojaśniało jej w głowie. Ba! Uwinęła się z zadaniami jako pierwsza i – nieco zdziwiona swym wysokim poziomem znajomości tematu – oddała kartkę. Psiapsiółki parsknęły, odbierając jej gest jako popis nonszalancji; pani Chrzanowska pewnie myślała podobnie, bowiem przyjęła test z nieskrywaną przyganą, marszcząc krzaczaste brwi. Po lekcjach Maja planowała udać się z koleżankami do kosmetyczki, ale wredna belferka pokrzyżowała plany. Gdy zabrzmiał dzwonek oznajmujący koniec znojnego, szkolnego dnia, Chrzanowska podeszła do niej w asyście dyrektora i z uwagi na podejrzenie matactwa kazała powtórzyć klasówkę. Maja napisała, choć nie ukrywała nabzdyczonego niezadowolenia. Zadania były inne, ale równie łatwe. Matematyczka sprawdziła wyniki przy uczennicy, a gdy okazało się, że zostały rozwiązane bezbłędnie, jej krzaczaste brwi poszybowały ku niebiesiech.

– No proszę, proszę! – zaskrzeczała głosem zapomnianej, dziecięcej huśtawki, kołysanej wiatrem na skorodowanym łańcuchu. – Czyżbyś wreszcie zmądrzała, moja panno?

Maja wywróciła oczami, pragnąc jedynie wyrwać się na wolność. Dostała piątkę, gratulacje których się nie spodziewała i o które nie dbała, lecz pojawiło się w niej jakieś strapienie. Może i lepiej się stało, że otrzymała dobrą ocenę przy tylko dwóch świadkach. Gdyby koleżanki się dowiedziały, jeszcze by pomyślały, że zakuwała zamiast wzdychać do plakatu Justyna Bimbera. Mimo wszystko postanowiła zadzwonić do kumpel i wykręcić się ze wspólnego spotkania bólem głowy. Było w tym nawet sporo prawdy, albowiem nie czuła się sobą; dosłownie. Może nie była tytanem intelektu, ale nawet Maja Marcela potrafiła zorientować się, że coś nie gra. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz zdarzyło jej się wrócić do domu piechotą, samotnie, przez całą drogę błądząc gdzieś myślami; gdzieś w rejonach troski o przyszłość. Świat nagle wydał jej się inny, jakby patrzyła na niego nie swoimi oczami. Zasępiona, weszła do domu, oznajmiła się rodzicom: „Cześć! Tuż jestem!”, i zamknęła w pokoju. Przesiedziała na tapczanie dobre pół godziny, wlepiając jasnoniebieskie, odległe spojrzenie w dywan, myśląc o… O czym? Nie o tym, co zwykle. Nie o głupotach, a o czymś gruntownym, o czymś podstawowym. I gdyby ktoś z nią wtedy był, gdyby ktoś się przyglądał, zapewne zanotowałby, że błękitne oczy ojca chwilami stawały się zielonymi oczyma matki. Bezwiednie założyła pukiel włosów za ucho… i rzeczywistość załomotała do drzwi. Wyczuwszy wrażą wypukłość, przypomniała sobie o konieczności wyciśnięcia krosty za uchem.

Zamknęła się zwyczajowo w łazience, przygotowała papierowy ręcznik, dopasowała oświetlenie, odchyliła głowę, odgarnęła włosy i z niesmakiem ponownie spojrzała na dziwaczny wyprysk. Jak wczoraj, tak dzisiaj zdawał się kurczyć pod wpływem światła, wycofywać w głąb jej ciała, jakby chciał umknąć, jakby chciał uciec przed smukłymi palcami pianistki. Normalnie nie zwlekałaby ani chwili z usunięciem intruza. W tym przypadku było inaczej i na ułamek sekundy przez umysł Mai przegalopowała kuriozalna myśl: ten pryszcz wyglądał jak stary znajomy. Dwudniowy.

– Witaj! – powiedziało jej się, aż zdębiała.

Nie, to nie jej się powiedziało. To powiedziało coś, gdzieś, obok, niedaleko. Szkopuł w tym, że w łazience nie było nikogo innego. Mimo wszystko obejrzała w lustrze przestrzeń za sobą: była tak pusta, jak powinna być. Poprawiła palce wokół pryszcza i ponownie się na nim skoncentrowała.

– Wolałbym, żebyś tego nie robiła – odezwał się ponownie głos.

Był to młody głos, chłopięcy, dźwięczny, ładny, melodyjny; miękki. Być może właśnie dzięki tej miękkości Maja nie wrzasnęła i jedynie stała jak wryta z oczami wychodzącymi z orbit, z sercem walącym jak młotem. „Wariuję!” – pomyślała panicznie, zaś głos, dla którego najwyraźniej jej myśli nie stanowiły tajemnicy, zaprzeczył:

– Nie wydaje mi się.

– Gadający pryszcz! – szepnęła ze ściśniętym gardłem, mając na względzie rodziców, których nie chciała zaalarmować.

– Nie jestem pryszczem i nie musisz mówić głośno. Słyszę twoje myśli…

Mai wydawało się, że właściciel głosu chciał dodać „niestety”, ale się pohamował. Jeśli ubodło to jej godność, to tylko nieznacznie i na krótki moment, albowiem wielka tajemnica inteligentnej krosty za uchem chwilowo nie miała konkurentów i całkowicie pochłonęła jej uwagę.

– Coś ty za jeden?! – pomyślała. – Skąd się tu wziąłeś?

– Zawsze tu byłem – odparł wyprysk co bądź przymilnie. – Zanim wyszłaś z łona naszej matki, ja już tu byłem, maleńki, nierozwinięty, czekający na swój czas. Urosłem jednak i oto jestem.

– Co?

– Nigdy nie należałaś do orłów, prawda? – głos wciąż był pogodny, chociaż Mai wydawało się, że ta uwaga ocierała się o szyderstwo. Ale fakt: nie była zbyt rozgarnięta, więc nie potrafiła dokładnie określić, czy głos z niej kpi, czy o drogę pyta. – Po pierwsze: nie jestem pryszczem, więc proszę, nie wyciskaj mnie.

– To kim… czym jesteś?

– No cóż… – Krosta-nie-krosta się zadumała, dziewczyna niemal widziała, jak dobiera słowa, nim padły: – Poniekąd jestem twoim bratem. Poczekaj! Zanim zaczniesz piszczeć, daj mi dokończyć!

Istotnie, w nastoletniej piersi już wzbierał pisk. Pryszcz widocznie znał ją na wskroś, na wylot, od środka.

– Jeszcze w łonie matki było nas dwoje, ale ty okazałaś się silniejsza i wchłonęłaś mnie. Oprócz tego. – Wyprysk za uchem pokazał twardy, biały czubek i znowu się schował. – To jestem ja, to co ze mnie pozostało: fragment mojej szyszynki.

Maja czuła, jak do jej błękitnych oczu napływają łzy. Miała podejrzenie graniczące z pewnością, że traci zmysły, staje się inna, dziwna, że nie jest już „cool dziewuchą”, nie jest już „równą gościówą”. Była dziwadłem! Trędowatą!

– No już, już! – chłopięcy głos mruknął uspokajająco. – Nie ma co wylewać łez. Rozważ korzyści. Ty zostawisz mnie w Zauszu, a ja będę ci pomagał tak jak dzisiaj z matematyką.

– To byłeś ty?

– Owszem. Powiem więcej: razem zdamy każdy egzamin, dostaniemy się do każdej szkoły, zdobędziemy każdą pracę i będziemy pławić się w luksusach o jakich nawet Justyn Bimber nie słyszał. Co ty na to? Dziewczyno, razem zdobędziemy świat!

– Położę się spać. – Maja sflaczała przed lustrem, pochyliła głowę, jasne włosy opadły jej na ramiona zasłaniając to, co wyprysk nazywał Zauszem. – Wstanę i poczuję się lepiej. Czymś się strułam, bez dwóch zdań. Jutro głosu już nie będzie.

Wsłuchiwała się jeszcze moment we własne myśli i – faktycznie – było cicho. Przynajmniej do rana.

 

Śniło jej się coś dziwnego. Biegła po płytkach chodnikowych, położonych po środku soczyście zielonego trawnika, a z nią pełzł wąż: czerwony z czarnym łebkiem. Nieważne jak szybko biegła, wąż ją doganiał i wiedziała, że chciał na nią skoczyć. Nie chciał jej ukąsić, nic z tych rzeczy, po prostu skoczyć, aby poczuła obrzydzenie. I skoczył. I poczuła obrzydzenie. Na szczęście ktoś obok niej był i zdjął ohydny ciężar z jej pleców. Właściwie zdjął wężową skórę, bo tyle z gada pozostało – nie należało wnikać, jakim sposobem, wszak to tylko sen i rządził się swoimi zasadami. Zdyszana, Maja spojrzała na swego wybawcę. Jak ona, był blondynem o czystej, jasnej cerze.  Przystojny, podobny do niej, tylko jego oczy miały zielony kolor jak u matki. Uśmiechnął się, a później wykonał gwałtowny ruch – jaki i po co, nie wiedziała, bowiem w tamtym momencie się obudziła.

– Pobudeczka! – powiedział miękki głos w jej głowie. – Wstawaj, śpiochu, bo spóźnimy się do szkoły.

 

W taki oto sposób Maja zmieniała się na lepsze – przynajmniej w oczach rodziców i nauczycieli. Dziewczyna rozpoczęła nowy rozdział swojego życia, jakie tym razem miała w bardziej werbalny sposób dzielić ze swoim nigdy nienarodzonym bratem.

Na początku było trudno. Marcel nie odzywał się często, aby ograniczyć konfuzję u siostry do absolutnego minimum, ale jeśli już to robił, zawsze używał swojego kojącego, miękkiego tonu, jaki – Maja dobrze wiedziała, jak i wiedziała, że Marcel wiedział – wielce jej się podobał. Miał wręcz na nią hipnotyzujący wpływ, był niby błogie znieczulenie, słodki lek na każdy niepokój, dodawał odwagi, energii oraz wiary w siebie. Ale częściej niż gadać, Marcel po prostu działał. Maja nigdy nie czuła, aby traciła nad sobą kontrolę na rzecz widmowego brata, po prostu chwilami postrzegała rzeczywistość podwójnie, doznawała jej intensywniej i w sposób trochę dla niej obcy – a właściwy dla niego. To dzięki jego subtelnemu wpływowi zaczęła pojmować rzeczy skomplikowane. Przychodziło to naturalnie, jakby od zawsze rozumiała to, czego w gruncie rzeczy rozumieć nie mogła, tak iż w przeciągu kilku dni znacznie podniosła się w nauce. Marcel potrafił inspirować jej mowę, z czego wynikły wielorakie korzyści: nie oblała żadnego egzaminu ustnego, ale też potrafiła się dogadać z ludźmi, z którymi wcześniej za nic nie znalazłaby wspólnego języka. Wtedy pojęła, jak wielu rówieśników stroiło sobie z niej żarty; tym okrutniejsze, że dotąd nie zdawała sobie z nich sprawy. O tak, Marcel wpływał pozytywnie na jej spostrzegawczość! Zauważała rzeczy nieoczywiste, wymagające dedukcji, nad którymi przedtem się nie zastanawiała. Świat może  trochę  się skomplikował, ale również – paradoksalnie – stał się bardziej zrozumiały, teraz, gdy wiedziała jak wyciągać logiczne wnioski z poczynionych obserwacji. Wbrew sobie musiała przyznać, że jej się to podobało – czuła, że prędko nie zginie, że jest samowystarczalna, że sobie poradzi z małymi, średnimi, a może nawet dużymi przeszkodami. Była sprytniejsza, zdolniejsza i stało przed nią o wiele więcej perspektyw, o wiele więcej wyjść z trudnych sytuacji; o, jakże liczne są metody radzenia sobie z kłopotami!

Rodzice piali z zachwytu, nauczyciele też, ale rówieśnicy, z którymi dotąd trzymała sztamę zaczęli się od niej odsuwać. No bo jak to tak, zadawać się z kujonem! Wrażenie obcości i niedostosowania było obopólne: w oczach Mai jej dotychczasowe towarzystwo z nagła obrosło w tuzin wad. Zrozumiała, że poleganie na takich ludziach graniczyło z naiwnym szaleństwem. Jej dawna ekipa zdała się bezużyteczną i nudną jak flaki z olejem. Na domiar złego jej psiapsiółki zwróciły się przeciwko niej, jak tylko zakończyła rok szkolny z wyróżnieniem, wobec czego dziewczyna wycofała się i przycichła. Podstawówka pod względem towarzyskim była stracona, toteż wykorzystała ten okres na odnajdowanie się w nowej sytuacji. Przyjdzie czas na znajdowanie bratnich dusz na studiach. Tymczasem z pokoju nastolatki poznikały plakaty Justyna Bimbera, wampirów, wilkołaków i innych dziwaków, a do łask wróciły telewizyjne programy edukacyjne oraz kulturalne stacje radiowe. Dziewczyna zarzuciła plastikowe ozdoby i skąpe ciuszki w krzykliwych kolorach na rzecz gustownych, dwuczęściowych kostiumów, utrzymanych w odcieniach granatu, bordo oraz śliwki.

 

Okres studiów przyniósł nowe wyzwania i nowe kłopoty. Dzięki sekretnemu mieszkańcowi Zausza Maja bez kłopotów dostała się na kierunek prawniczy. Gdy osiągnęła dwudziestą wiosnę, zdała sobie sprawę, że w jej życiu brakowało męskiej obecności. Niby miała Marcela, ale wszak nie o taką obecność chodziło, co więcej, chociaż Marcel za jej uchem nie rósł i – generalnie rzecz biorąc – nie bolał, to był problematyczny, zwłaszcza w momentach, gdy serce młodej, pięknej studentki wzdychało do kolegów na roku. Maja, żyjąc z bratem już trzy lata, potrafiła wyczuć jego nastrój oraz intencje, toteż wiedziała, że on wiedział. Ale również wyczuwała, że i jemu brakowało fizycznej bliskości; intymnego kontaktu z drugim człowiekiem. Był więc dyskretny i w tych sprawach jej nie radził, a wręcz sympatyzował, wysyłając subtelne zachęty, jakie bardziej niż słowami objawiały się doznaniami, nagłymi uderzeniami gorąca lub odważnymi wyobrażeniami przyprawiającymi ją o rumieńce.

Nauka na ciężkim kierunku okazała się  nie  taka znojna, znowu: dzięki uprzejmości i niezwykłym talentom jej zredukowanego do fragmentu szyszynki bliźniaka. Czasami, podczas ślęczenia nad mądrymi książkami, bezwiednie gładziła wypukłość za uchem. Był to bardziej odruch, niż potrzeba serca, jednak zauważyła, że Marcelowi sprawiało to przyjemność. Zawsze wtedy wysuwał biały, twardy łepek, wyciągając się po jedyną fizyczną pieszczotę, do jakiej miał dostęp. Poza tym, że świadomość obecności innego umysłu krępowała w sytuacjach intymnych, Maja musiała przyznać, że Marcel nigdy niczego się nie domagał ani do niczego jej nie zmuszał. Wydawało się, że przywykła przez te wszystkie lata, choć podskórnie wiedziała, że do czegoś podobnego nigdy nie da się przystosować, pomimo całej dyskrecji mieszkańca Zausza. Tylko niekiedy koleżanki i koledzy zauważali, że bywała nieobecna, jakby rozmarzona, a tak właściwie, to miała piękny kolor oczu: niby niebieski, a chwilami zielony.

– Oczy kameleona – podsumował raz Sebastian, kolega ze starszego roku; przystojny, zadbany brunet, co wedle plotki roztopił niejedno dziewczęce serce, w tym kilka należących do uniwersyteckich wykładowczyń. – Sprawiają wrażenie, jakby zmieniały kolor. To pod wpływem światła i warunków atmosferycznych.

Uśmiechnął się do niej, a w jej brzuchu zatańczyła cała chmara cytrynków i paziów królowej. Maja się zakochała, zakochała się po uszy. Marcel nie pozwalał jej zawalić egzaminów semestralnych, ale też nie protestował, gdy błądziła myślami w obłokach, planując świetlaną przyszłość u boku Sebastiana. Dzięki ponadprzeciętnej spostrzegawczości wnet zauważyła, że kolega nie pozostawał jej dłużny i również czuł do niej miętę. Wypadało czekać, aż wykona pierwszy krok, czekać cierpliwie, w czym pomagał Marcel.

I wreszcie nadszedł ten dzień. Byli sam na sam (na sam). Siedzieli na ławce w parku przylegającym do uczelni. Było idealnie: późna wiosna, wszystko kwitło, powietrze świeże, pachnące, wiatr leciutki niczym welon panny młodej. Karmili gołębie, rozmawiali o ostatnio przeczytanych książkach, gdy wtem Sebastian, patrząc w Maję jak w obrazek, dotknął delikatnie jej włosów, a potem twarzy. Dziewczyna wstrzymała oddech, a kidy ciepła ręka nie przestała się przesuwać i zaczęła zbliżać do Zausza, rozanielenie przeobraziło się w panikę. Sebastian zatrzymał dłoń, zaś Marcel – pewnie odruchowo – swoim zwyczajem wysunął białą główkę. Maja patrzyła ze zgrozą jak na twarzy ukochanego przez mgnienie pojawił się grymas odrazy. Szybko wycofał dłoń, uśmiechnął się sztucznie, odchrząknął, wstał i powiedział, że musi wracać do domu, uczyć się na egzamin. Zostawił Maję na ławce, zdruzgotaną, zrozpaczoną. Jej życie, od lat będące pasmem następujących po sobie sukcesów, nagle rozbiło się o ścianę porażki. Wstyd i upokorzenie.

Również stateczny, dyskretny Marcel trochę spanikował, jednak nie z uwagi na utratę kochanka, o którego dbał tyle ile o zeszłoroczny śnieg. Byłby nad wyraz inteligentnym chłopakiem, gdyby tylko pozwolono mu się urodzić, ale – co ukrywał skrzętnie przed głupiutką siostrą – jego inteligencja szła w parze z ciągotami do manipulacji. Po prawdzie manipulacja była jedynym narzędziem do jakiego mógł się odwołać ktoś taki jak on. Jak długo Maja osiągała cele, jak długo miała powody do samozadowolenia, tak długo Marcel nie miał problemu z jej humorami. Teraz jednak zaliczyła potężną wpadkę, ogromne, druzgocące niepowodzenie. Już czuł, że misterna sieć jego planów niebezpiecznie się napina. Gorzka chemia zalewała organizm dziewczyny niby fala powodziowa; czuł całym sobą jej rozpacz, jej żal, niemal histeryczne poczucie krzywdy. Przyjął to wszystko na klatę, by tak rzec, chociaż pierwszy zalew chemii był niczym uderzenie obuchem w łeb, ale szybko się ogarnął. Wszak przewidział, że prędzej czy później dojdzie do czegoś podobnego. I jak każdy manipulator godny tego miana, miał przygotowany plan. Od dawna.

 

Maja płakała, zatrzaśnięta w toalecie. Siedziała na zamkniętej desce klozetowej i trąbiła w chusteczkę higieniczną, trzecią z rzędu,

– No już, maleńka, przestań łkać – pocieszał Marcel, używając swojego miękkiego głosu, który zawsze uspakajał siostrę. Jednak nie tym razem.

– Spojrzał na mnie, jakbym zmieniła się w ropuchę! – żaliła się dziewczyna.

– Co to za mężczyzna, który nie może znieść wyrostka za uchem. Goguś! Okazał się ciebie niegodny. Znajdziesz lepszego, a możesz mieć każdego.

– To twoja wina! – Marcel usłyszał to, czego wolałby nigdy nie usłyszeć, ale przypuszczał, że kiedyś mimo wszystko usłyszy.

Zagotowało się w nim. Tak, to jego wina, podobnie jak jej rewelacyjne wyniki w nauce, lepszy standard życia towarzyskiego, powszechny podziw i niezwykłe perspektywy na przyszłość.

– Powinnam cię wycisnąć, jak tylko się pojawiłeś! – chlipała.

Na moment wydawało się, że Maja Marcela wróciła do swojego stanu umysłu sprzed ujawnienia się bliźniaka. Była ślepa na przeszłość pełną sukcesów i głucha na racjonalne argumenty. Głupia pinda! Samolubna kretynka! Niewdzięczna beksa! Siedzi na kiblu i się mazgai, że osiągnęła (dzięki niemu właśnie!), tak wiele!

Niespodziewanie Maja zerwała się z klopa, stanęła przed lustrem i spojrzała bykiem na własne odbicie zaczerwionymi od łez oczami. Spojrzała na własne odbicie, ale tak naprawdę patrzyła na brata. Z nosa zwisał jej glut.

– Wyciskam cię! – Odrzuciła włosy do tyłu, odsłoniła Zausze i przysunęła dwa palce do wyrostka. Biały czubeczek zapadł się do środka.

– Czekaj, co robisz?! – zakrzyknął Marcel rozpaczliwie. – Jesteś w szoku, w depresji! Nie rób niczego, czego potem pożałujesz!

– Zmarnowałeś mi życie! Zraziłeś do mnie ukochanego! – jęknęła i nacisnęła na wyrostek.

– Ty głupia dziwko! – syknął Marcel takim tonem, o jaki Maja nigdy go nie podejrzewała. Był to syk pełen jadu, pełen złości i wściekłości tak palącej, że jej własna się przy nim nie umywała. – Dotknij mnie tylko, tępa krowo, a jedyną pracą, do której  się nadasz, będzie ssanie pał tirowcom! Równie dobrze możesz sobie wydłubać mózg łyżką. Beze mnie jesteś nikim. Beze mnie jesteś skretyniałą blondynką, zbyt głupią, by samodzielnie dodać dwa do dwóch. Pojęłaś?!

I owszem, zaczynała. W szeroko otwartych, zaczerwienionych oczach zabłysła iskierka zrozumienia. Smark oderwał się od zaczerwienionego nosa i ze smętnym pacnięciem spoczął w umywalce. Ponura prawda odrzuciła dobroduszną maskę, ukazując paskudny ryj. Jakoś nigdy nie przyszło jej do głowy, że mogła stać się zakładnikiem we własnym ciele; nie gospodarzem, nie sternikiem, ale właśnie – zakładnikiem. Po wtóre: Marcel wcale nie był bezinteresowny, jak naiwnie sądziła. Przez cały ten czas wydawało jej się, że to ona jemu wyświadczała łaskawą przysługę, nie na odwrót. Tymczasem wylazł z Marcela tyran, który z chirurgiczną precyzją ciął, gdzie bolało najbardziej. Mało tego, był okrutnikiem, który znał ją na wylot, znał każdy jej sekret, każde pragnienie i nawet jeśli nie potrafił nad nią zapanować, potrafił odciąć ją od swoich umiejętności, jakimi tak ochoczo się dzielił.

Okrutny popis tego, co mogło nastąpić, dał jej dnia następnego. Podczas jednego z testów Marcel zamilkł, zniknął, pozostawiając Maję sam na sam z egzaminatorem. Dziewczyna pociła się jak mysz, nie potrafiąc udzielić składnej odpowiedzi na żadne z pytań, których sens – wcześniej tak jasny – teraz gdzieś umknął wraz z bliźniakiem. Upiekło jej się tylko dlatego, że miała opinię elokwentnej i przykładnej, toteż profesor stwierdził, że pewnie jest chora, dał jej drugi termin i przykazał iść do lekarza. Maja opuściła gabinet skruszona i zawstydzona. W jej głowie zaś Marcel chichotał złośliwie, nie ukrywając, że dobrze się bawił.

– Widzisz, ile beze mnie znaczysz? – zapytał tym swoim najcieplejszym z tonów. – Wybiłem ci ze łba brykanie, kochanie?

Maja nie odpowiedziała. I tak Marcel dobrze wiedział, że wybił. Nie trzeba było strzępić języka… ani poświęcać zbędnej myśli.

 

Od tamtej pory ich relacje znacznie się zmieniły. Nie przypominało to otwartej bitwy, w żadnym bądź razie, ale wrażenie obopólnej niechęci popsuło smak tej specyficznej koegzystencji. Podobni niechętnym sobie tancerzom, zmuszeni kaprysem losu tańczyli na cienkim lodzie. Starali się nie deptać sobie po piętach i nie stąpać zbyt ciężko, coby nie skruszyć chłodnego podłoża i nie utonąć, przy czym Marcel odrzucił wspaniałomyślną fasadę. Nie dręczył siostry, ale nie krył swojej pogardy, niekiedy pozwalając sobie na sarkastyczne docinki. Gdy jednak wynikła taka potrzeba, przychodził Mai z pomocą, rzucając ciepłe słowo i podnosząc na duchu.

Powiadają, że ciężkie czasy czynią twardych ludzi. Dziewczyna znacznie spokorniała, uzmysłowiwszy sobie swoją opłakaną dolę, a przez to wyciszyła się, zdyscyplinowała i zaczęła nad sobą pracować. Nie umknęło to uwadze bliźniaka, ale i nie wzbudziło niepokoju. Czas najwyższy, żeby bezmyślna lalunia wzięła na siebie choć trochę obowiązków związanych z dojrzałością; wszak Marcel nie mógł CIĄGLE myśleć za dwoje! Tak dobrnęli do końca studiów. Wszystkie egzaminy zdali wzorowo, a praca dyplomowa Mai Marceli Malinowskiej była tak dobra, że miała zostać opublikowana.

Dumni z córki rodzice trochę się zamartwiali, że Maja nie zdradzała chęci wychodzenia za mąż. Zrobiła się skromna, cicha i bezgranicznie oddana pracy. Po prawdzie celowo unikała znajomych i rodziny, a miała ku temu jeden bardzo ważny powód. Zauważyła, że coraz częściej tracił kontakt z rzeczywistością. Przydarzało się to już od podstawówki, ale jeszcze nigdy nie urywał jej się film na tak długo. Co gorsza, gdy wracała do zmysłów, nierzadko znajdowała się w innym miejscu niż była przed zjazdem. Nie pamiętała nic z pomiędzy, a potrafiły być to przedziały czasowe od pół godziny do godzin dwóch, czasem trzech. Ona nie wiedziała, ale wiedziała, kto widział. Nie poruszała jednak tego tematu, Marcel zaś nie jątrzył.

Czas płynął; miara powoli się przebierała. Maja niemal wpadła w panikę, gdy raz przyszła do siebie późną nocą. Stała nad zlewem z rękoma pokrytymi krwią. Zmyła ją szybko, by opatrzyć rany, lecz okazało się, że ręce były całe.

– Coś ty zrobił? – szepnęła wtedy, ledwo poruszając zbielałymi wargami, ale Marcel milczał jak zaklęty.

Nigdy się nie dowiedziała czyja to była krew, ale też nie spotkała się z jej powodu z żadnymi konsekwencjami.

Innym razem straciła świadomość niedzielnym rankiem, wsiadając do auta. Odzyskała ją późnym wieczorem tego samego dnia. Siedziała przed monitorem własnego komputera. Na ekranie cycate, gołe aktorki kopulowały z samochodową wajchą od skrzyni biegów, zaś w drugiej zakładce przeglądarki dwóch umięśnionych, bogato obdarzonych przez naturę panów oddawało się grzechowi sodomii. Maja czuła kisiel w majtkach i coś zasychało jej na palcach. Chociaż Marcel również wtedy nie odezwał się ani słowem, czuła jego złośliwą obecność oraz jadowitą radość z jej bezsilności i upokorzenia.

Jeszcze innym razem obudziła się na sali pooperacyjnej z czterema szwami na boku. Przeraziła się nie na żarty, ale wtedy brat natychmiast przybył jej z wyjaśnieniem:

– Ciśśś! – mruknął tonem przywodzącym na myśl watę cukrową. – Zauważyłem, że coś ci się tam tworzy, to wziąłem nas na badania. To był nowotwór, niegroźny. Operacja była szybka. Chciałem oszczędzić ci zmartwień. Wszystko załatwiłem. Śpij spokojnie.

Toteż usnęła – z łkaniem zduszonym w zarodku. Skoro już dochodziło do takich rzeczy bez udziału jej świadomości, nie wiedziała nawet, czy sama usnęła, czy uśpił ją brat. Wszystko było możliwe. Maja Marcela straciła panowanie, straciła kontrolę nad własnym ciałem, jeśli kiedykolwiek ją miała. Usnęła ze łzą realizacji, zasychającą w kąciku niebieskiego oka. Oka, które coraz częściej przybierało zielony kolor.

 

Miała dwadzieścia osiem lat, gdy państwo Malinowscy zginęli w wypadku samochodowym. Świat zawalił jej się wtedy na głowę.

– Przynajmniej umarli w szczęśliwym przekonaniu, że mieli taką córkę, o jakiej zawsze marzyli – szepnął w jej głowie mieszkaniec Zausza. – Nawet jeśli to było fałszywe przekonanie – dodał zjadliwie, bez poszanowania dla chwili, bez współczucia, jak rasowy psychopata.

Po tym Maja zaczęła pić. Topiła smutki w kieliszkach szkockiej, potem w szklankach, a potem ciągnęła prosto z gwinta. Gdy trzeźwiała, Marcel robił jej wyrzuty, niczym zrzędliwa żona. Pomimo pijaństwa, które usiłowała zamienić w nałóg (Marcel, skurczybyk, skutecznie jej to uniemożliwiał), jej kariera w kancelarii adwokackiej nabierała tempa. Wiedziała, że to zasługa bliźniaka, który zdawał się inspirować sobą niemal każdą trzeźwą chwilę jej żywota. Tylko gdy topiła Weltschmerz w alkoholowej powodzi, czuła się naprawdę sobą. Marcel wtedy gdzieś znikał, milknął, wrażenie jego obecności ginęło, jakby wóda budowała między nimi nieprzenikalną barierę.

Pewnego wieczoru w pijanym widzie wtarabaniła się do łazienki, zataczając sobą szerokie kręgi.

– Wysisne sie, skuwielu! – bełkotała, wygrażając lustru butelką z kilkoma łykami czystej na dnie.

Nawet próbowała wziąć krostę za uchem między palce, ale była zbyt pijana i tylko rozwaliła sobie głowę o półkę.

– Wyszeźwieje i cie wyper… wypierdole na zbity chryj – mamrotała, wycierając krew z rozciętej skroni.

Szkopuł w tym, że kiedy trzeźwiała, Marcel był u władzy. A gdy przejmował ster, zaczynał straszyć.

– Schlej się jeszcze raz, zagróź mi jeszcze raz, a następnym razem ockniesz się w burdelu! – warczał. – Nie doceniasz, co dla ciebie robię!

– Zabijasz we mnie radość życia – pomyślała apatycznie.

– Ja? To ty chlejesz na umór! Ja robię, co mogę, by ratować twoją reputację. Beze mnie dawno leżałabyś gdzieś pod mostem. – Westchnął. –  Nigdy nie potrafiłaś docenić jaką perłę Bóg cisnął przed twój świński ryj. Weź się w garść, do kurwy nędzy!

Pogróżka z burdelem podziałała; przynajmniej na tydzień. W ciągu tego tygodnia Maja miała sen: śniły jej się czasy, kiedy po raz pierwszy namacała pryszcza za uchem. Był mniej więcej taki sam jak teraz, ale wtedy, tego pierwszego dnia, milczał. Dlaczego? Zadumała się. Oglądała scenę z  dzieciństwa w kółko i w kółko, niczym stary rodzinny film. I zrozumiała. Spirytus. Wszak przykryła młodego naonczas Marcela spirytusem kosmetycznym, czego efektem było milczenie łajdaka. To odkrycie zapaliło w niej płomień nadziei, ta zaś wyrwała ją z objęć snu. Skoczyła na równe nogi, kierując się do barku, by…

– O, nie, nie! – odezwał się Marcel niemal natychmiast. – Nie waż się, pijaczyno, albo…

Maja czuła wyraźny opór, gdy wyciągała rękę, by otworzyć barek. Jakby ktoś, coś, powstrzymywało jej mięśnie przed postępowaniem zgodnie z jej wolą. Ugryzła się w wargę do samej krwi, aż zapiekło. Zaskoczony nagłym ukąszeniem bólu, Marcel stracił czujność. Maja wprawnym ruchem wytrawnej alkoholiczki chwyciła butelkę rumu, odkręciła i zalała trunkiem Zausze. Targnęło nią, nogi się pod nią ugięły – de facto zupełnie straciła w nich czucie. Butelka poleciała i rozbiła się o parkiet.

– Chluśnem, bo uśniem, sukinsynu! – pomyślała triumfalnie, zdając sobie jednocześnie sprawę z niedowładu dolnych kończyn. Doczołgała się do kanapy, wlokąc za sobą bezużyteczne chwilowo nogi, oparła wygodnie plecy o mebel i wsłuchała we własne myśli.

Było cicho. Czyżby jej plan się powiódł? Czyżby zły brat bliźniak błądził gdzieś tam, struty alkoholem?

– Chsiałabyś! – dobiegł ją wraży głos, ale dochodził z daleka i był niewyraźny, jakby… podpity. – Pomyślałem o… – czknął – …pomyślałem o wszystkim, ty głupa, niewzzzzięszna, tępa szaaa… ato!

– Coś ty, u diabła, zrobił?! – Maja przeraziła się, macając nogi, w których zupełnie brakowało czucia. Jakby ktoś odrąbał je siekierą.

– Właśśśnie to! – zapiał Marcel z dumą. – Jak wrósssę… to się z tobą pora… porachch… – i tyle go było.

Po tych bełkotliwych słowach Marcel zniknął, przynajmniej na kilka kolejnych godzin, podczas których Maja siedziała na parkiecie, nie mogąc poruszyć nogami. Butelka z rumem się rozlała, nawet nie miała czym zapić kolejnej porażki. Znowu popadła w depresję, w żal nad sobą, nad swoim opłakanym stanem, nad martwymi rodzicami, nad podłym losem.

Ludzie często się dziwili, dlaczego młodzi, piękni i majętni sprawiali wrażenie nieszczęsnych. Maja była tym wszystkim, cały świat stał przed nią otworem, tymczasem oto siedziała na podłodze, z bezwładem w nogach, ze ściskającym serce smutkiem w oczach, które z dnia na dzień stawały się coraz mniej niebieskie, za to coraz bardziej zielone. Obraz nędzy i rozpaczy. Siedziała niby szmaciana lalka, bezwolna, oczekując na powrót mieszkańca Zausza; na powrót bliźniaka, który mścił się na niej za to, że urodziła się zamiast niego. A rum się rozbił. Nawet kałuża wyparowała i nie było czego zlizywać. Maja Marcela zwiesiła smętnie głowę na piersi i zasnęła.

 

Szef Malinowskiej, Adam Gustowski, miał wątpliwości, gdy najlepszy członek jego zespołu poprosił o urlop na całe trzy miesiące, ale co tam! Należało się dziewczynie. Pracowała za dwoje przez ostatnie lata, toteż nie miał jej tego za złe. Tym bardziej, że odkąd pamiętał faktycznie była trochę przygaszona, jakby coś ją gnębiło, a ostatnio smutek niemal z niej wychodził i materializował się obok. Może zmęczenie materiału? Jeśli tak, to tym lepiej, że wzięła sobie wolne.

Przed momentem otrzymał od niej wiadomość tekstem, że są korki i trochę się spóźni. Też nie miał nic przeciwko. Czuł do niej słabość i tyle. Wszyscy o tym wiedzieli, lecz nie dbał o to, gdyż pozostali też mieli do niej słabość. Mała czarownica, każdego potrafiła owinąć sobie wokół palca. Właśnie takich ludzi potrzebowała jego agencja adwokacka.

Pół godziny później w kancelarii pojawiła się Maja, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, punktualnie. Gustowski podniósł na nią wzrok, chciał powiedzieć: „Witamy w domu!”, lecz słowa zamarły mu na ustach. Do pokoju nie weszła Maja, lecz ktoś do niej podobny: wysoki, zadbany, przystojny blondyn o krótko ściętych włosach i zielonych oczach; mógłby być jej bratem bliźniakiem. Wtem Gustowskiemu coś zaświtało. O to więc chodziło! Oto przyczyna przygaszenia Malinowskiej, jej wiecznego zatroskania, jej smutku. Transseksualizm to rzadki przypadek, ale los nie wybiera. Jeden ma schizofrenię, drugi żylaki, a inny urodził się w powłoce przynależnym do nie swojej płci.

– No, no, no! Cóż za odmiana! – Przywitał, nie ukrywając zaskoczenia. – Nigdy wcześniej nie wspominałaś, -eś, że… wiesz. Nie czułeś się dobrze we własnej skórze.

Niegdysiejsza Maja lekko się zarumieniła. Nawet w ciele mężczyzny prezentowała się idealnie, może nawet lepiej.

– Rozumiem, że te trzy miesiące potrzebne były na odpoczynek po operacji?

– Istotnie – odparł Malinowski męskim głosem, trochę miękkim, trochę słodkim; przywodzącym na myśl watę cukrową. – Jak widać,  przebiegła pomyślnie.

– Szybko ci poszło. Sądziłem, że kuracja hormonalna zajmuje więcej czasu.

– Medycyna błyskawicznie rozwija swoje metody – kłamał jak z nut. I po obojętnym wyrazie twarzy szefa widział, że rybka połknęła haczyk.

Sztuki manipulacji uczył się przez całe życie, a teraz wydawała piękne owoce. Nic, tylko wbijać zęby, gryźć i radować się soczystym triumfem. Powiadają: „Pycha kroczy przed upadkiem”, a wrażenie omnipotencji mogło łatwo ją sprowokować. Szczęściem Marcel nie wypadł sroce spod ogona; widział słabość innych i nie wahał się wykorzystać jej do swych celów, co nie znaczyło, że stał się ślepy na własne ułomności. Skromność, nawet jeśli fałszywa, powinna wystarczyć, dopóki nie opanuje samokontroli do perfekcji.

– Cokolwiek, stary, ważne że jesteś z powrotem – mówił tymczasem Gustowski. – Robota pali nam się w rękach. Przygotuję resztę zespołu na tę nowinę. Eee… – Zawahał się. – Jak się teraz mamy do ciebie zwracać?

– Marcel – odparł Malinowski. – I zapewniam, że nie wyszedłem z formy. Nigdy nie czułem się lepiej.

– No! – Adam Gustowski, dla którego w życiu liczył się jedynie zysk i nie miałby nic przeciwko temu, by połowa jego zespołu z dnia na dzień zmieniła płeć, o ile wygrywaliby dla niego sprawy, zatarł dłonie. – Mam nadzieję, mój drogi, mam nadzieję. Bierz się zatem do dzieła.

Gustowski podrzucił klucz do gabinetu Malinowskiego, a ten wdzięcznie schwytał go w locie. Skłonił się lekko i udał do swego pokoju, dzierżąc pod pachą teczkę z aktami dwóch czekających na niego spraw. Rozejrzał się po gabinecie, który opuścił na trzy długie miesiące. Był czysty, schludny i przygotowany do pracy. Nim się za nią wziął, sięgnął jeszcze do skrytki za szufladą biurka. Z odrazą wyciągnął pustą, tłustą flaszkę i trzymając ją między dwoma palcami niby śmierdzącą skarpetę, wywalił do kosza na śmieci. Szkło brzdęknęło o puste dno kubła.

Marcel poprawił granatowy, gustowny garnitur i zerknął na pogodny świat za oknem. Odruchowo musnął opuszkami miejsce za uchem – pozostała tam mała wypukłość, maciupeńki wzgórek. Należało go najpierw dobrze obmacać, aby przekonać się, że faktycznie tam był. Ukąszenia komara bywały większe. Nic takiego, nic ważnego. Zawiesił wzrok na białych, pierzastych obłokach, sunących po lazurowym niebie. Słońce powoli wysuwało się zza wieżowców, atakując miasto olśniewającą jasnością. Marcel zmrużył zielone oczy.

Oczy, w których błąkała się samotna błękitna plamka.

„Łabędzie-wampiry…” by Kornel Mikołajczyk i nasi na Kapitularzu

In Opowiadania, Patronat on Sierpień 24, 2018 at 12:35 pm

Dziś (i jutro, i pojutrze, i jeszcze przez wiele, wiele dni) zachęcamy do przeczytania najnowszego opowiadania Kornela Mikołajczyka, pod wielce intrygującym tytułem „Łabędzie-wampiry pożarły mój biurowiec„. Kto zna twórczość Kornela, ten wie, że spod jego klawiatury wychodzą wyłącznie świetne teksty. Nie inaczej jest i tym razem – „Łabędzie-wampiry…” są dziwne, przewrotne i… mądre. Co ciekawe, pierwotnie ten tekst powstał w języku obcym (czytaj: po angielsku) i zdążył się już rozpanoszyć na Bizarro Central. Kto ma zacięcie translatorskie, ten może porównać obie wersje:

Flash Fiction Friday: Vampire Swans Ate My Office Building

Aha, korzystając z okazji, zapraszamy do Łodzi na Kapitularz 2018, gdzie już za dwa tygodnie niedobroliterkowa ekipa (rzeczony Kornel Mikołajczyk, Kazek Kyrcz, Zeter Zelke, Istvan Vizvary i inne potępione duchy) przeprowadzą dwa panele: o groźnych miastach i równie (o ile nie bardziej!) groźnych kobietach.

A poniżej (wreszcie!) obiecane opowiadanie…

Czytaj resztę wpisu »

„Misja Stefana” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Czerwiec 1, 2018 at 6:00 am

Stało się. Podpora naszego pandemonicznego portalu (możecie za jego pomocą przemieścić się, gdzie dusza zapragnie – pod warunkiem jednakowoż, że takową posiadacie), czyli Zeter Zelke we własnej osobie, sprokurowała nowiutkie, świeżutkie, aczkolwiek niekoniecznie pięknie pachnące opowiadanie.

– Niepachnące? A czemuż to? – spyta ten i ów.

– A przeczytać nie łaska -odpowie Paskud.

I będzie miał rację… Zapraszamy więc do lektury. Q chwale!

Misja Stefana albo: O człowieku, który ratował bąki

Ludzie uwielbiają dzielić swych bliźnich. Cecha to nie tylko przywódców, lecz większości plebejuszy. Ludzie więc dzielą się na takich i owakich, jak i na tych z misją oraz takich bez niej. Oto jest historia jednego człeka, co należał do tych, którzy misję mieli.

 

Cztery szare, czteropiętrowe bloki mieszkalne otaczały osiedlowy plac zabaw już dobre pięćdziesiąt lat. Wszystko pomiędzy się zmieniło: huśtawki odnowiono, ławki odmalowano, zieleń przesadzono dwa razy, piasek w piaskownicy wymieniono z trzydzieści, nawet popękane, wypaczone płytki chodnikowe ustąpiły gustownej kostce. Okolica zrobiła się czystsza, ładniejsza, barwniejsza… i zamknięta w kręgu posępnych bloczysk, jakich nikt nie raczył zmodernizować, czy choćby przemalować. Ale to nie jest ważne. Przed kilkoma laty jedno z mieszkań w tych smutnych konstrukcjach zajmował człowiek o dobrym sercu i słabej głowie, a na imię mu było Stefan.

Stefan zwykł wstawać o szóstej nad ranem bez względu na dzień tygodnia. Pracował na poczcie, wydawał przesyłki, przyjmował przesyłki, stemplował znaczki i sprzedawał pocztówki. Praca nie była trudna i zwykłemu śmiertelnikowi znudziłaby się po miesiącu. Ale imć Stefan nie był zwykłym śmiertelnikiem. Miał misję. A jeśli ma się misję, żaden dzień w nudnej pracy nie wydaje się stracony, bowiem każdą wolną chwilę można poświęcić rozmyślaniom o przeznaczeniu. Stefan kochał życie, toteż rozważał opcje, snuł plany, wszystko po to, by móc praktykować to, do czego został powołany – do ocalania ludzkich dusz.

Trzeba nadmienić, że Stefan był doskonałym przykładem na to, jak dokumentnie natura potrafi spieprzyć sprawę. Ludzi o dobrych sercach, silnej motywacji i niewyczerpanej energii było jak na lekarstwo. Można czasem odnieść wrażenie, że świat zamieszkują głównie kanalie, psychopaci i wredne sukinsyny, gotowe ożenić bliźniego z kosą za pięć złotych. Chciałoby się zakrzyknąć: „Bóg jeden wie, jak bardzo potrzebujemy osób szlachetnego serca!”. Stefan był sceptykiem, więc liczył tylko na siebie i swoją pomysłowość. Miał jednak nie po kolei w głowie i beznadziejnie ukierunkował rozpierającą go miłość do świata.

Stefan wierzył mianowicie, że każde żywe stworzenie na Ziemi ma duszę, która pozwala mu po śmierci przetrwać w innej formie. Domem dla duszy było wnętrze, ale owa nie mogła w nim siedzieć bez końca. Musiała oddzielać się od ciała i ulatywać w eter, gdzie rozpoczynała proces gromadzenia samej siebie, aby wstąpić kompletna w nowe ciało, gdy czas się dopełni. Od ciała odrywała się porcjami.

Widzicie, dla Stefana miało to sens, bo bezgranicznie kochał życie. Każde życie: ludzkie życie, kocie życie, psie życie, gadzie życie. U każdej żywej istoty od czasu do czasu coś uchodziło z organizmu. Na przykład gazy. A ponieważ dusza ponoć była lekka, eteryczna, Stefan po prostu powiązał fakty. Był kontent jak długo ludzie pierdzieli swobodnie, ale gdy tylko zauważył, że ktoś ma zaparcia, albo – co gorsza! – intencjonalnie wstrzymuje, bo niby się wstydzi, serce w nim pękało i rósł bunt.

Problem – jak zwykle – stanowili tylko ludzie z tym ich głupim poczuciem przyzwoitości. Zwierzaki po prostu robiły co swoje. Fragmenty ich pięknych dusz ulatywały w eter z każdym bąkiem, czy każdym stolcem, któremu jakiś tam wybuszek gazu zawsze towarzyszył. Jedynie człowiek potrafił umyślnie wstrzymywać i to doprowadzało Stefana do szewskiej pasji. Ludzkie dusze były zagrożone! Zagrożone przez fałszywe poczucie przyzwoitości, przez zaprzeczenie – czasem śmierdzącej – ale jednak: ludzkiej natury! Przez tego rodzaju farmazony dusze nie mogły oddzielić się od ciała, udać w eter i tam akumulować. A Stefan tak bardzo kochał bliźnich. Więc zdecydował, że jeśli zauważy choćby ślad aktu autodestrukcji, nigdy nie cofnie się przed niczym, by uratować czyjegoś bąka; by wyrwać go z upartych trzewi i oddać niebu, gdzie jego miejsce.

Chociaż jego pierwsze misje zakończyły się spektakularnymi klapami, nigdy nie podcięło mu to skrzydeł i tylko natchnęło. Zaczęło się wiele lat temu, gdy miał raptem dwadzieścia parę lat i przeżywał swoje pierwsze miłosne uniesienia. Stefan był przystojny jak diabli, elokwentny, bystry (na pierwszy rzut oka) i – rzecz jasna – opiekuńczy. Lecz w momencie, gdy tylko wykazywał cień zainteresowania spawami gastrycznymi, partnerki robiły się płochliwe albo wredne. W szczególności taka jedna. Na imię jej było Malwina, a zbrodnia jakiej dokonała, na długi czas zdominowała jego sny.

Po pół roku wzajemnych spotkań i „chodzenia ze sobą”, Stefan czuł, że Malwinie mógłby powierzyć każdy sekret, tak dobrze się rozumieli. Malwina była trochę świrnięta, zbierała komiksy i czytała książki o dziwnych treściach. Była też bardzo wierzącą katoliczką, jaka wciąż odnajdywała samą siebie, jaka szukała swojego miejsca w świecie. Stefan tolerował to, bo kochał bliźnich takimi jacy byli. Pewnej nocy, w zarośniętym, zapomnianym sadzie, gdy popijali wino i spoglądali w rozgwieżdżone niebo, gadając o niczym, Malwina powierzyła mu swój sekret:

– Jestem flatufilką – wypaliła, a w jej oczach wezbrały łzy, jakby obawiała się, że zostanie wyśmiana.

Stefan przyjął te słowa w milczeniu. Przygarnął dziewczynę ramieniem i przytulił. W tym momencie wydawało się, że szczęście nie mogło uśmiechnąć się do niego szerzej. Nie dość, że miał misję, to na domiar tego miłość jego życia doznawała spełnienia tylko wtedy, gdy ktoś uwalniał fragmenty swej duszy na jej piękną twarz. Przez następne dwa tygodnie oboje niemal się nie rozstawali: Malwina szczęśliwa, że znalazła kogoś, kto nie tylko tolerował, lecz wręcz pochwalał jej wstydliwą parafilię; Stefan – bo miał pewność, że przynajmniej dusza jego największej miłości bezpiecznie opuści ciało. Aż pewnej nocy stało się to: Malwina spaliła bąka. Najadła się wcześniej grochu, by mieć potężniejsze gazy. Wypili do niego dość dużo białego wina. Dziewczyna w szampańskim nastroju w pewnym momencie ściągnęła spodnie, zsunęła majtki, wypięła się na płonącą świecę i wypuściła wiatr.

Mało powiedzieć, że Stefan był zdruzgotany. Nigdy, aż do tej pory, nawet do głowy mu nie przyszło, że można dokonać takiego aktu wandalizmu na własnej nieśmiertelności. W pierwszym odruchu zaniemówił. Usiłował gorączkowo rozstrzygnąć, czy ten fragment duszy został bezpowrotnie stracony i jaki będzie jej los, gdy ciało Malwiny wreszcie się podda. Gdzieś tam, w głębi serca, miał nadzieję, że nawet długo wstrzymywane gazy w końcu jakoś tam ujdą. Ale ta porcja została spalona! Spalona, do diabła! I co teraz?! Stefan zawył jak ranne zwierzę i mamrocząc niezrozumiałe dla Malwiny: „Stracona, stracona!” – wypadł z jej mieszkania, jakby ścigało go stado biesów.

Po tym wydarzeniu wziął urlop i siedział w ciemności swojego mieszkania w szarym blokowisku bity miesiąc. Do głowy przychodziły mu różne wariactwa. Rozważał nawet poświęcenie poprzez napierdzenie do słoiczka i wtłoczenie własnego bąka do kiszki Malwiny, lecz koniec końców zaniechał: nie da się oszukać czyjejś duszy, a poświęcenie własnej na rzecz innej to zbrodnia na samym sobie. Zbrodnia to zbrodnia. Zrozpaczony, mógł mieć tylko nadzieję, że nawet fragmentaryczna dusza Malwiny się odrodzi: może będzie jej brakować oka albo ucha, może będzie zdeformowana, ale na pewno spalenie bąka nie mogło przekreślać wieczności!

Zapytacie: a co z Malwiną? Dziewczynie jakby łuski miłości z oczu spadły. Dostrzegła, że jej wybranek był dziwakiem, bowiem ona sama była dziwaczką. W chwilach udręki i słabości znajdowała pocieszenie w Kościele, a gdy ksiądz proboszcz zanotował, że gorliwa wprawdzie dziewczyna ostatnimi czasy praktycznie zamieszkała w świątyni, zaproponował jej spowiedź. A była to spowiedź jej życia. Malwina poczuła się oczyszczona i naprostowana, a flatufilia z perspektywy minionych dni wydała jej się dziecinną głupawką, ot! – takim zaćmieniem młodzieńczym, doświadczeniem jakie uczy, czym jest wstyd. Proboszcz, jako cierpliwy i dobry człowiek (i zdrowy psychicznie, czego o naszym bohaterze powiedzieć nie można), wyprostował krzywiznę jej dróg, lecz sam zatroskał się, albowiem – jakby nie było – wariat wciąż łaził na wolności. Mógł tylko modlić się do Boga, że wariat to był nieszkodliwy.

I jeśli się modlił, to nie wymodlił. Oto bowiem Stefan wpadł na genialny pomysł, z jego punktu widzenia: anielsko dobry, a z perspektywy proboszcza i Malwiny, jak i całego zdroworozsądkowego świata: szatańsko bestialski. Stefan pamiętał ze szkoły i Mad Maxa, że na gazy jelitowe składał się między innymi metan. Toteż – myślał sobie – jakby przemocą metan w kiszki wtłoczyć, czyżby ubytek w duszy nie został uzupełniony? Genialne! Ponieważ potrzeba matką wynalazków, a gorliwość pośpiechu, w krótkim czasie skonstruował pompę metanową z wejściem wdupnym, umożliwiającą wpompowanie gazu do jelit. Trzeba w tym miejscu podkreślić, że Stefan był nadgorliwy, nadto nie był naukowcem, lecz zwykłym świrem, dla którego: kompresor + ludzki otwór = brak złych skojarzeń. Gdy ustrojstwo, jakie w wyobraźni swej spaczonej nazwał „ratownikiem dusz”, było już gotowe, zarzucił je sobie na plecy i ruszył do parafii, w której wiedział, że znajdzie Malwinę.

Oto tam była: spokojna, pogrążona w modlitwie, bezduszna, a przynajmniej bez duszy fragmentu. Ale Stefan miał na to lekarstwo. Grzecznie odczekał, aż jego największa miłość skończy rozmawiać ze Stwórcą i opuści świątynię. Lecz nie on jeden czekał. Ksiądz proboszcz, który znał życie i którego przeczucie nie myliło, obserwował go z okna zakrystii. Gdy zobaczył dwie butle metanu na jego plecach i gumowego węża, zabrał tłuczek do mięsa, którym zwykł rozbijać orzechy laskowe, przeżegnał się, poprosił Boga o przebaczenie i ruszył na pomoc. Po drodze nakazał napotkanemu ministrantowi wezwać policję.

Tymczasem Stefan już ganiał za Malwiną po trawniku przed świątynią, płoszył gołębie i gorszył ludzi. Malwina krzyczała, a gorące łzy spływały z jej oczu na policzki. Obraz miała zamazany, lecz widziała syczącego, gumowego węża w ręku swojego byłego, który z szalejem w oczach i z dwoma butlami na plecach biegał za nią, wołając: „Uratuję twą duszę! Tylko się wypnij! Uratuję twą duszę! Czego wrzeszczysz, głupia! To wszystko dla twojego dobra!”. Dziewczę potknęło się o polny kamień i z krótkim krzykiem przerażenia upadło na trawę. Stefan wnet wyrósł nad nią, posykując wężem, odkręcił jakiś zawór przy butli i aż się zachłysnęli oboje, gdy buchnęło metanowym cuchem. Stefan śmiał się z radości, próbując odwrócić Malwinę na brzuch i zadrzeć jej kiecę, a ta broniła się rękami i nogami, jednocześnie usiłując nie rzygnąć od smrodliwego gazu. Aż tu coś głucho zabrzmiało, Stefan zwiotczał i opadł na dziewczynę. Nad nimi górował ksiądz pobladły, z drżącą wargą, z tłuczkiem w ręce.

Przyjechała policja i karetka pogotowia. Ksiądz i Malwina dostali po środku uspokajającym, zaś Stefan dożywotni nakaz pobytu w zamkniętym ośrodku dla umysłowo chorych.

No, ale co mają z tym wspólnego wspomniane na początku, zapomniane, nieodnawiane od lat bloczyska, zamykające w swoim zaklętym kręgu wcale ładnie odnowione osiedle? Ano mówią lokatorzy, że z mieszkania, które należało do Stefana, co sobota uchodzi jakiś smród. Właściwie nie jakiś, a konkretny swąd – metanu. Sąsiedzi po wielokroć zgłaszali awarie i za każdym razem pogotowie osiedlowe sprawdzało mieszkanie, by nic nie znaleźć. Obecnie administracja pewnie zignorowałaby każde wezwanie do tego miejsca, nawet gdyby się tam naprawdę paliło. Bo cóż, że wszyscy czują smród, gdy nikt nie potrafi wskazać jego źródła! Może oprócz tych, którzy pamiętali o Stefanie i jego misji.

Bo misja potrafi przeżyć samego misjonarza. Niektóre idee żyją i roztaczają swąd nawet wtedy, gdy ich twórca od dawna podgryza rzemyki w kaftanie bezpieczeństwa albo gryzie ziemię.

 

„Non omnis moriar” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Kwiecień 7, 2017 at 6:00 am

Dzień Kobiet już dawno za nami. Kwiatki w kwiatkach, kwiatki w słodkich, a nawet kwiatki w płynie zostały już przekazane kochanym biało-, czarno- i rudogłowym Paniom. A dziś jedna z nich, zapewne w ramach retorsji, raczy nas doskonałym opowiadaniem utrzymanym w nieco paranormalnych klimatach.

Smacznego!

I pamiętajcie, żeby nigdy, przenigdy nie dawać Waszym ukochanym suszonych kwiatów!

To ponoć przynosi pecha.

Czytaj resztę wpisu »

Bardzo niedobrzy na Kapitularzu

In Różne, różniste on Wrzesień 16, 2016 at 6:00 am

niedobreliterki2Wielkimi krokami zbliża się nowa edycja tradycyjnie już przyjaznego wszelkim odmianom grozy łódzkiego konwentu Kapitularz. Ufff… Dużo słów, a jeszcze więcej treści pojawi się podczas paneli/prezentacji/szkoleń itepe itede, które przygotowali dla wszystkich odważnych Darek Barczewski, Marek Grzywacz, Kazek Kyrcz Jr, Michał J. Walczak, Zeter Zelke czy Istvan Vizvary

Paskud, któremu nieobce są imprezy wszelakie, zapowiedział, że nie odpuści i będzie obecny przynajmniej na połowie atrakcji, których pełną listę znajdziecie poniżej:

O, tutaj.

kapitularz

Będziecie?

„Krwawe gały” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Lipiec 22, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtStara, dobra Zeter Zelke (to tylko przenośnia, bo ZZ jest młoda i niedobra, jak na niedobre literki przystało) to ktoś, na kogo zawsze można liczyć. Przynajmniej w kwestii dostaw tekstów okołobizarrycznych. Takich ryjących banię, ma się rozumieć.

Dzisiaj ZZ ma dla Was Krwawe gały. Co ciekawe, nie jest to opowiadanie okulistyczne. Ani okultystyczne. Może już bardziej filologiczne, bo bohaterka onego jest polonistką… ale… nie, jednak. Uznajmy po prostu, że jest to opowiadanie dobre i bizarryczne, przeczytania warte. To Wam musi wystarczyć.

Zapraszamy do lektury! Czytaj resztę wpisu »

„Z nieba zstąpienie” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Czerwiec 3, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtWiara to skomplikowana sprawa. Paskud wierzy gorliwie w Nabożną Radę Wyższej Konieczności Spowodowanej Problemami Gastrycznymi od Kapusty, więc dobrze o tym wie. Mamy wybór w co wierzyć, bogaty, i niektórzy korzystają z niego (aż nadto czasem). Ale jak ktoś wierzy, musi się spodziewać jednego…

Nadejdzie ino taki dzień, że wiara jego na próbę wystawiona będzie.

Czy coś takiego. Jako bezwolne marionetki naszej maskotki, właściwie się na tym nie znamy za bardzo. Woda święcona robi niektórym z nas krzywdę, lecz na tym koniec. Zeter Zelke zna się za to znakomicie. A i naszemu zacnemu grafikowi, Tomaszowi Woźniakowi, ta tematyka nie jest obca…. Zresztą, obaczcie na własne oczy poniżej. Czytaj resztę wpisu »

„Odrażająca i mrożąca krew w żyłach: Tajemnica Porwiska” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Marzec 25, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDwudziesty pierwszy wiek słynie z licznych kolaboracji międzygatunkowych… A to science fiction cmoka się z horrorem, kiedy indziej powieść historyczna romansuje z fantasy (czy na odwrót), albo western z konwencją noir… W bizarro fiction nie takie rzeczy już zachodziły. Z różnym zresztą skutkiem. Zwykle stosownie niedobrym, czyli właściwym.

Dziś mamy dla Was osadzony w swojskich realiach mix, którego części składowe warto samemu obczaić. Zapraszamy więc do czytania najnowszego opowiadania Zeter Zelke, komu zaś klawiatura niestraszna, komentowania. Odrażająca i mrożąca krew w żyłach: Tajemnica Porwiska to dzieło, które Was dosłownie porwie w wir opowieści. Warto – i to nie tylko z Wartą!

Miłego czytania! Czytaj resztę wpisu »