polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘bizarro’

„Komu bije ząb?” by Marcin Zwoleń

In Opowiadania, Różne, różniste on 16 lipca, 2021 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNiedobroliterkowe annały wspominają, że Marcin Zwoleń już kiedyś u nas publikował. Czy to prawda, czy nieprawda… Warto sprawdzić. Warto też przeczytać jego najnowsze opowiadanie. I to niezależnie od aury za oknami.


KOMU BIJE ZĄB?
(HISTORIA ZAWIERA LOKOWANIE PRODUKTU)

W dniu moich pięćdziesiątych urodzin przestały rosnąć mi paznokcie. U rąk i nóg. Zaczęły za to rosnąć zęby. Pożytku z tego nie było żadnego. Jedynie same utrapienia. Paznokcie pal licho, nie musiałem przynajmniej ich obcinać, no ale zęby. To już była spora udręka. Przerośnięte kły kaleczyły moje wargi, a długie siekacze i trzonowce nie pozwalały zamknąć ust. Wyglądałem jak krzyżówka królika z tygrysem szablozębnym.

Niestety, żaden stomatolog nie był w stanie mi pomóc i zaradzić czegokolwiek na tę przypadłość. Pozostawiony sam sobie z problemem sięgnąłem więc po domowe narzędzia pierwszej pomocy: pilniki, obcęgi, dłuta, kombinerki. Korzystałem z nich na wszelkie możliwe sposoby. Moje zęby doświadczały zbiegów raczej mało zbliżonych do tych z gabinetów dentystycznych. Piłowałem je, obcinałem, miażdżyłem, a one pomimo zadawanych im tortur wciąż nieprzerwanie odrastały na nowo.

Ostatecznie zostałem zmuszony stworzyć harmonogram dnia, którego elementarną częścią stały się zmagania z zawartością mojej żuchwy. I tak podczas porannej toalety, kiedy inni w pośpiechu szczotkowali swoje zęby, ja w pośpiechu swoje piłowałem pilnikiem do metalu. Parę godzin później, w czasie popołudniowej przerwy w pracy dyskretnie przycinałem je obcęgami w biurowej toalecie. Natomiast tuż przed snem dopełnieniem dnia upływającego pod hasłem: „I ty zrób coś dla swoich zębów”, swoistym gwoździem programu było wyrywanie kombinerkami co potężniejszych egzemplarzy, które i tak kiełkowały już o poranku. Właśnie w ten sposób mijały dni podporządkowane rosnącym nieustannie zębom. Aż do pewnego październikowego popołudnia.

Akurat tamtego dnia wychodząc w pośpiechu do pracy zapomniałem zabrać ze sobą czegokolwiek do przycięcia uzębienia. Po kilku godzinach w czasie drogi powrotnej czułem już, że przede wszystkim kły znacznie urosły i zaczynają wbijać mi się w wargi. Jak najszybciej musiałem dotrzeć do domu i temu zaradzić.

Pierwszym, co nagle wytrąciło mnie z myślomarszu, był histeryczny kobiecy krzyk płoszący wróble z parkowych klombów. Chwilę później dołączył do niego dziecięcy szloch mogący zmiękczyć najtwardsze serca. Wrzask powtórzył się, a następnie rozległ się tubalny męski głos: „Göring! Zostaw!”. Wiedziony czarnymi myślami rzuciłem się bez zastanowienia w kierunku skąd dochodziły odgłosy rozgrywającego się dramatu. W sąsiedniej alejce pomiędzy rosłymi topolami działy się dantejskie sceny. Szarobury owczarek o ewidentnie niemieckich manierach, uczepiwszy się paszczą czerwonego płaszcza kilkuletniej dziewczynki, za żadne skarby nie chciał go puścić. Mimo usilnych szarpnięć za smycz i pokrzykiwań właściciela, bestia zawzięcie tarmosiła okrycie dziecka. Wokół tego wszystkiego dreptała rozdygotana staruszka, niezdarnie okładająca psa laską, który nic sobie robił z padających na jego grzbiet razów.

Nie było innej opcji, aby nie dopuścić do katastrofy musiałem działać. Prowadzony instynktem, zareagowałem w okamgnieniu. Dopadłem do psa i nie myśląc wiele, wbiłem wyrośnięte kły w jego ogon. Do unoszącego się ponad koronami drzew dziecięcego płaczu, babcinych pisków i męskiego krzyku dołączył psi skowyt. Zwierz, kiedy tylko poczuł na własnej skórze, jak smakują ostre zęby, odstąpił od ataku, wypuścił materiał z pyska, po czym ciągnąc za sobą pana, rzucił się do ucieczki.

Już następnego dnia prasa rozpisywała się rozlegle o całym zajściu. Gazety na wyścigi zamieszczały co bardziej chwytliwe tytuły: „Szczęki zapobiegły tragedii”, „Człowiek pogryzł psa”, „Czy te zęby mogą kłamać?”. W krótkim czasie zrobił się wokół tego medialny szum. Dziennikarze, gdy tylko zwietrzyli temat, starali się go wycisnąć do ostatniej kropli; artykułom o mnie nie było końca. Reszta poszła już gładko jak lawina w Davos. Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle zaczęły pojawiać się zaproszenia do radia i telewizji, wywiady, sesje fotograficzne oraz bankiety. Byłem rozchwytywany, każdy chciał mnie poznać, stałem się dobrem luksusowym.

Wkrótce moim przypadkiem zainteresował się świat medycyny. Anomalia, która przypadła mi w udziale, była nie lada wyzwaniem. Konsultacje w gronie wybitnych autorytetów, liczne sympozja i wykłady stały się chlebem powszednim. Nie zmieniło to jednak stanu rzeczy, mimo podejmowanych różnorakich prób problem nie znikał i nic nie wskazywało, że tak się stanie. Nie było innego wyjścia, jak tylko dalej kroczyć z nim przez życie.

I właśnie w owym momencie pojawiło się wybawienie. Coś, co ewidentnie musiało się wydarzyć. Kwestią czasu było, kiedy fala popularności wyniesie mnie na głębokie wody wielkiego biznesu. Otóż z propozycją współpracy zgłosiła się firma reprezentująca branżę zoologiczną. Miałem zostać twarzą produkowanych przez nich ścieraków do korekty zgryzu u gryzoni. Lukratywny kontrakt skusił mnie natychmiast i bez wahania go podpisałem.

Od tamtej pory obroty firmy wzrosły kilkukrotnie, a i ja nie narzekam. Oprócz smakowitego procentu od zysków mam zapewniony dożywotni zapas produktu, dzięki któremu kontroluję moją przypadłość. Bowiem nic tak jak ścierak marki „Papushka” nie jest w stanie skutecznie zadbać o długość uzębienia. Z czystym sercem oraz krótkimi zębami szczerze polecam.

„Jolo Szpilorek i Szczegóły” by Zeter Zelke

In Opowiadania on 26 czerwca, 2021 at 8:00 am

Paskud Kryminalny

Agresje są rozmaite. Od psychicznych, poprzez auto, na mikro skończywszy. Któż by pomyślał, że tego tyle jest! Kto by się w tym wszystkim połapał? Ano – profesjonał. Ten nie ma wyboru i znać się na detalach musi. Dzisiaj świętujemy Międzynarodowy Dzień Pomocy Ofiarom Tortur. Dzień, którego Szpilorki z zasady nie świętują. Gdy kończą, zwykle nie ma już komu pomagać. Lecz jeśli sądzicie, że torturowany nie może mieć ostatniego słowa, toście w błędzie. Zeter Zelke specjalnie dla Was naraziła żywot – czyj, to tajemnica Paskudnego Dworu – złapała Jolo za fraki i namówiła, aby podzielił się historią z morałem.  

Przy okazji przytulamy do Paskudnego Serca i Oka [PSiO!] wszystkich Was, którym kiedyś źle się zadziało. Ale tylko dzisiaj. Wierzymy bowiem, że co nas nie zabija, to nas wzmacnia. Wystarczy spojrzeć na Jednookiego. Wygląda, jak wygląda; jego bliskość to ból nerek i trwoga. Mimo to jakoś dajemy radę. I my, i on. Wy też dacie.


Jolo Szpilorek ⸸

i

Szczegóły

by

Zeter Zelke

 

Życie płatnego zabójcy nie jest łatwe. A życie asasyna wychowywanego od dziecka, by zabijać, to już w ogóle. Z drugiej strony, jeżeli rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i babcie, kuzyni i kuzynki, wujkowie i ciocie siedzą w tym samym fachu, wtedy bywa lżej. Pod warunkiem przebrnięcia przez mordercze treningi i szkolenia. Ale czy człowiek kiedykolwiek przestaje się uczyć? No właśnie. Więc wracamy do punktu wyjścia – życie płatnego zabójcy to ciężka orka.

 

Prawdziwe oddanie dla profesji znać po tym, że jej adept nie grymasi, nie szuka dróg na skróty, nie zrzuca ciężaru odpowiedzialności na cudze barki. Wykazuje inicjatywę. A nikt nie jest bardziej oddany zawodowi niż Jolo. Ten wybitny specjalista wychodzi z założenia, że jak coś trzeba zrobić dobrze, najlepiej zabrać się do tego własnoręcznie. Podejście perfekcjonisty.

 

Ostatni kontrakt wymagał użycia materiałów wybuchowych. Jolo wraca do domu umazany od stóp do głów krwią. Nie swoją. Po powrocie do rodzinnej rezydencji w Calesonach od razu wchodzi pod prysznic. Odświeżony i czyściutki jak pupcia niemowlęcia, nie wykazuje najmniejszego zdziwienia, dostrzegając na stole swojej prywatnej kwatery kolejne zlecenie. Znać tata wpadł na krótko, by przekazać papierzyska. Zanotowawszy, że syn oddaje się ablucjom, pozostawił je na widoku, z krótką, odręcznie napisaną notatką: „To coś dla ciebie”. Jolo podnosi kontrakt do oczu, by zapoznać się z detalami. Im dalej brnie w treść, tym wyżej unoszą się lekko wyregulowane łuki jego brwi. Szpilorki za standardowe zabójstwo wołają milion kafeli. Nowe zlecenie opiewa na ich pięć. Nie dziwota, biorąc pod uwagę wymagania.

 

Klientka to nadziana aktorka, sława sceny filmowej Starego Jorka. Jolo, jako człowiek znojnej pracy, nie dysponuje czasem na podążanie za każdym trendem w popularnej kulturze. Lecz nawet on słyszał, że gwiazda niedawno się zaręczyła. Cóż, dostała kosza na tydzień przed ślubem i nie przyjęła tego najlepiej. Wobec czego następnym celem elitarnego zabójcy jest Ferdynand Mrozowąs. Ten sam, który wzgardził wdziękami mściwej piękności. Na tym nie koniec. Artystka załączyła długą listę tego, co powinno przydarzyć się niewiernemu mężczyźnie przed śmiercią; od wyrecytowania wierszyka jej autorstwa począwszy, poprzez szereg drobiazgowo opisanych nieprzyjemności, na umieszczeniu w czole zdrajcy specjalnie przygotowanej na tę okoliczność kuli skończywszy.

 

Dobre pół godziny Jolo poświęca planowaniu, w jakiej kolejności przeczołgać Mrozowąsa przez wymienione w kontrakcie tortury. Na sercu leży mu nie tylko własna efektywność. Trzeba wziąć poprawkę na wytrzymałość ofiary. Lista jest długa; ludzkie ciało zaś podlega ograniczeniom. Jeśli Ferdynand ma przed wyzionięciem ducha przetrwać to, co widnieje na piśmie, asasyn potrzebuje strategicznego podejścia. Niewykluczone, że przyjdzie zmodyfikować wstępny zamysł, jeśli wiarołomca okaże się wątlejszej postury, niż na to wskazują jego fotki znalezione w Sieci. Nie od dziś wiadomo, że celebryci lubią podretuszowywać domniemane skazy w swoim wyglądzie. Co z tego, że Mrozowąs wygląda na zdrowego faceta, z mięśniami gdzie trzeba, jeśli padnie na zawał lub dostanie epilepsji na sam widok palnika? Jolo pozostawia margines na zmiany.

 

W zbrojowni znajduje pistolet powtarzalny o właściwym kalibrze dla specjalnej kuli. Następnie wodzi palcem po liście klientki i dobiera kolejno: młotek, szpikulec do lodu, paralizator, palnik, igły, gwoździe, nóż militarny oraz petardę. Po tę ostatnią udaje się do młodszego rodzeństwa. Dzieciaki zazwyczaj chomikują jakieś fajerwerki po Nowym Roku. A jeśli nie, zawsze pozostaje babcia od strony mamy – Klementyna. Babcia specjalizuje się w pirotechnice.

 

Na liście widnieje parę niestandardowych rekwizytów; w te zaopatrzy się po drodze do rezydencji Ferdynanda.

 

Ostatnia rzecz – kamera. Siła ucieka z ręki Jolo na samą myśl, by tachać dodatkowo sprzęt do uwieczniania jego profesjonalizmu. Przeto wstępuje do pracowni Zulki w nadziei, że technicznie uzdolniona siostra zaradzi temu kłopotowi. Zulka, jak jej starszy brata, ma czarne włosy, tylko woli je nosić znacznie krótsze, sterczące na wszystkie strony świata. Szczuplutka dziewczyna, zielonooka i zwykle pogodnego nastawienia. W jej nosie, brwiach, wargach i języku błyszczą kolczyki. Na lewej łopatce kazała sobie zrobić trójwymiarowy tatuaż z ważką. To ekscepcjonalna, precyzyjnie wykonana dziara. Jolo często łapie się na tym, że próbuje owada strzepnąć. Podobnie jak on, Zula pracuje niemal bez przerwy. Obok Jolo, to drugi tak zarobiony Szpilorek. Na jednym z kilkunastu monitorów asasyn widzi obraz z jej drona. Kontrolowana przez zabójczynię ich chmura śle pociski w ślad za uciekającymi członkami szajki przestępczej. Wygląda to niemal jak gra komputerowa.

 

Przedłożywszy zwięźle swoje życzenie, Jolo otrzymuje od siostry tak zwanego bąka. Bąk jest miniaturową kamerą umieszczoną w żelaznym koszyczku ze śmigłami. Ustrojstwo widzi i słyszy to, co widzi i słyszy głowa, nad którą się unosi. Tak przygotowany, Szpilorek rusza pod adres, który wskazała zleceniodawczyni. Według jej słów, o ile eks nie pracuje na planie filmowym, przebywa w spokojnej, podstarojorskiej miejscowości Odchyleniec, gdzie mieści się jego pokaźna rezydencja. Zacisze słynie z porastających je jabłoni oraz wiśni. I z tego, że znajduje się tam tylko jedna willa. Przed wyruszeniem w drogę skrytobójca dokładnie ogląda plan architektoniczny budynku. Rzuca mu się w oczy informacja o wytłumionym akustycznie pokoiku. Nada się jak nic.

 

 

W tym fachu nieszczęście jednej strony oznacza szczęście drugiej. Jolo szykuje się na godziny ślęczenia między kwitnącymi drzewami Odchyleńca, wypatrując celu; tymczasem Ferdynand zrobił sobie dzisiaj wolne. Wyśmienicie. W pokaźnym domostwie Mrozowąsa pracuje garstka ludzi: ktoś do koszenia trawnika, ktoś do dbania o kwiaty ogrodowe, sprzątaczki i kucharz. Poza tym najbliższa rodzina, która akurat wybyła na wakacje. Jolo nie posiada się z radości.

 

Nie mitrężąc, zakrada się do rezydencji. Ferdynand korzysta z kąpieli słonecznej, rozłożony na leżaku przy basenie. Jolo przykłada mu szmatkę z chloroformem do twarzy. Gdy tamten wiotczeje, zaciąga go do sypialni na drugim piętrze. Tu ponoć rzadko kto bywa z uwagi na specjalne przeznaczenie pomieszczenia. Dedykowane zabawom, którym często towarzyszą ekstatyczne zawołania do samego Boga, zostało wymoszczone wygłuszającym materiałem. Czegóż chcieć więcej? Zabójca zamyka drzwi na klucz i zasuwa firany. Gdy aktor przychodzi do siebie, siedzi już na krześle – związany i zakneblowany.

 

Pierwszy punkt programu: Jolo staje przed Ferdynandem wyprostowany jak struna. Nad jego głową wisi bąk i wszystko nagrywa. Skrytobójca wydobywa wiersz klientki, odkasłuje, przeczyszczając gardło, po czym sumiennie recytuje, podkręcając intonację, gdzie trzeba:

 

Wiarołomny, suczy synu,

Myślisz, że można tak szargać mą czcią?

Wysyłam k’tobie asasyna,

Co zmyje potwarz twą krwią!

 

Ferdynand marszczy brwi, spoglądając z niedowierzaniem na Jolo. Jeszcze sądzi, że to jakiś nieśmieszny żart; uważa, że to głupia aktorska inscenizacja zorganizowana przez zgorzkniałą eksnarzeczoną. Szybko rewiduje wnioski, gdy Jolo pochyla się, by odkryć przed nim zawartość swojej walizeczki z narzędziami. Mrozowąs blednie w oczach; robi się biały jak ściana. Uświadamia sobie, że to nie przelewki. Usiłuje się wyrwać, szamocze się w więzach – nie wie, że zadzierzgnął je najlepszy z najlepszych. Nie wie, że jego wysiłki są daremne.

 

Swoim zwyczajem, Szpilorek przy pracy niewiele mówi. Właściwie to milczy jak zaklęty. Pomyślałby kto, że odczuwa przyjemność, gdy ostrożnie, niemal z rewerencją, wyjmuje narzędzia i układa je na jasnoróżowej pościeli mahoniowego łoża w równym rządku. Niewykluczone, że tak właśnie jest. Jednakże rodzice powtarzali mu, iż podniecanie się fuchą to niezdrowy symptom świadczący o niefachowym podejściu. Stąd, jakkolwiek niesłychanie to zabrzmi, Jolo nie czerpie zbyt wielkiej radości z roboty, która drenuje siły jak żadna inna. By ulżyć swej ciężkiej doli, szuka satysfakcji, gdzie tylko może. Na przykład w pedanterii; na przykład – w przywiązywaniu wagi do szczegółów. W obserwowaniu jak nieuchwytne założenie przeistacza się w fakt. Trochę jak gdy pisarzowi w umyśle wykluwa się pomysł na fabułę – wisi toto gdzieś w przestworzach wyobraźni, aż puf! – realizuje się pod postacią tekstu. Skończone dzieło niekiedy wygląda lepiej, a niekiedy gorzej od wstępnego szkicu, ale zawsze fajnie porównać efekt z zamierzeniem. Ten konkretny specjalista bardziej ceni sobie planowanie akcji niż ją samą. Jest ona jedynie zwieńczeniem skrupulatnych przygotowań.

 

Punkt drugi programu, a zasadniczo przerywnik, to paralizator. Jego ukąszenie ma sygnalizować przejście do kolejnych etapów. Jolo ustawia urządzenie na średnią moc i posyła wiązkę w bok Ferdynanda. Tamten podskakuje na krześle jak ryba na rozgrzanej patelni, przygryzając szmatkę.

 

Punkt trzeci na liście: Asasyn wybija Mrozowąsowi stawy w rękach i nogach. Barki, łokcie, nadgarstki, kolana, kostki – padają ofiarą precyzyjnych zamachnięć. Dzięki doświadczeniu oraz ciągłemu pogłębianiu wiedzy z zakresu anatomii ludzkiego ciała Jolo wie, jak uderzać, by zbytnio nie bolało. A już na pewno, aby cierpienia nie przeładowały neuronów i delikwent nie stracił przedwcześnie przytomności.

 

Kolejna wiązka z paralizatora i Jolo chwyta szpikulec do lodu, przechodząc do punktu czwartego. Wykłuwa na klatce piersiowej Mrozowąsa słowa: Jestem gejem. Przy tej sposobności Szpilorek wspomina swojego informatora, który okazjonalnie bywa też partnerem w zbrodni – Donalda Dafiego. Dafi również woli zabawiać się z chłopcami, lecz nade wszystko – uwielbia brać udział w krwawych walkach w nielegalnych podziemnych ringach. Asasyn nie może pozwolić sobie na preferencje w tym zakresie. Zdarza się, że jego misje wiodą go przez łóżka różnych indywiduów. Musi być doskonałym kochankiem dla nich wszystkich, żeby dotrzeć tam, dokąd dotrzeć trzeba. Zabawne, jak umysł dryfuje ku rozważaniom rozmaitym, kiedy jednocześnie jest się skupionym na pracy. Jolo wraca na ziemię; przeciera ukończony napis wodą utlenioną. Czerwone litery spieniają się bielą i wkrótce zaczynają przysychać. Bąk daje nura znad jego głowy, coby zaproponować ujęcie z boku i z bliska.

 

Punkt piąty to przypiekanie pięt żywym ogniem. Szpilorek odpala palnik. Teraz związany mężczyzna odnajduje pokłady sił, o których istnieniu nie zdawał sobie sprawy. Wierci się, podskakuje na krześle, przygryza knebel, wydaje stęki i jęki. Próbuje błagać o litość lub – na tym etapie – szybszą śmierć. Pot zbierający się na jego czole już od jakiegoś czasu, leje się strumieniami, jakby ktoś odkręcił kran. Jolo odchyla krzesło wraz z szamoczącym się aktorem i podpala mu podeszwy stóp. Wkrótce sypialnię wypełnia smród palonego mięsa. Przydałoby się otworzyć okno, ale Jolo nie zaryzykuje. Jeszcze swąd zaalarmuje służbę, a on nie potrzebuje komplikacji. Cierpi niedogodności razem z Ferdynandem. Oto moment, gdy pomiędzy oprawcą a ofiarą nawiązuje się nić porozumienia. Właśnie w takich sytuacjach powstają zalążki syndromu szokhełmskiego, kiedy w torturowanym rodzi się sympatia dla torturującego.

 

Po tej operacji cel jest mocno oszołomiony i ogłupiały z bólu. Zdaje się, że nawet nie zauważa, gdy Jolo uwija się z szóstym punktem programu, wymierzając mu dokładnie dziewięć ciosów nożem wojskowym w losowe miejsca na ciele. Dokładnie tyle, ile liter zawiera zwrot kocham cię. Morderca bodzie tak, by nie przebić witalnych organów. Na tym bowiem nie koniec.

 

Na pozycji siódmej plasują się gwoździe i igły. Klientka żąda, aby ukoronować nimi Mrozowąsa, toteż Jolo delikatnie wbija ostre końce w jego czaszkę, postukując młoteczkiem. Bąk nagrywa z profilu; później zapodaje ujęcie z dystansu, furkocząc z cicha.

 

Petarda, jako druga najgłośniejsza po strzale, zostaje na później. Co z tego, że ściany pomieszczenia ponoć wyposażono w dźwiękoszczelne materiały? Jolo nie uczestniczył w jego budowie. Nie przetestował jakości wytłumienia, a przezorny zawsze ubezpieczony. Chociaż gwałtowna ucieczka z miejsca zdarzenia dla skrytobójcy to nie pierwszyzna, Jolo woli je opuszczać niespiesznie, na pełnym luzie. Taki jest kompetentny.

 

Porzuca na moment Ferdynanda. Czas zająć się punktem ósmym – dmuchaną lalą. Jolo nie zabrał pompki, więc napełnia ją powietrzem z własnych płuc. Są silne. Potrafią utrzymać go przez piętnaście minut pod wodą. Daje radę. Kiedy gumowa seks zabawka nabiera kształtów, Szpilorkowi kręci się w głowie. Przysiada na łożu i przeczekuje zawroty. Przypadkowo spogląda Ferdynandowi w oczy. Tamten patrzy na niego jak człowiek pogodzony z losem, który jednak nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W kontrakcie stoi, czarno na białym, by gumową lalkę ucharakteryzować na płeć męską. Jolo sięga po garść długich baloników i niczym magik z obwoźnego cyrku nadmuchuje je i skręca w kształt przypominający prącie z jądrami. Prezentuje je oku kamery bąka, po czym przylepia taśmą klejącą do podbrzusza zabawki. Domalowuje jej mazakiem wąsy, kozią bródkę; stawia kilka kresek mających odwzorowywać owłosienie na nogach. Następnie zarzuca lali perukę na skalp i układa na jasnoróżowej pościeli.

 

Szpilorek wyciąga rewolwer. Sprawdza, czy specjalna kula siedzi jako pierwsza w bębnie. Aż wreszcie sięga po tę przeklętą petardę – punkt dziewiąty programu. Jolo nie jest wścibski. Nie interesują go pobudki klientów, niemniej ma podejrzenie graniczące z pewnością, iż ta raca coś symbolizuje. Kryje się za nią jakaś historia, znana tylko tym dwojgu.

 

Potrzymasz, czy muszę ci okleić dłonie? – pyta, prezentując rakietkę.

 

Ale Ferdynand ledwo wiąże wątki. Nie rozumie, co się do niego mówi. Świadomość przychodzi i odchodzi. Mężczyzna czepia się jednej jedynej myśli niczym ostatniej deski ratunku. Ledwo żyje nadzieją, której obietnica spełnienia wreszcie odda go zaświatom.

 

Widząc, że na komunikację już za późno, Jolo z westchnieniem wsadza Mrozowąsowi petardę w dłonie. Oblepia je taśmą klejącą. Wystaje sam lont. Następnie podpala go i przechodzi w odległy róg sypialni. Petarda wybucha, zamieniając ręce związanego w krwawą miazgę. Skrytobójca wachluje cuchnące siarką powietrze. Oswabadza zmaltretowane ciało z więzów. Tamten, rozgorączkowany i pobladły, kiwa głową. Daje słabe znaki, aby zabójca się zbliżył. Jolo kalkuluje, że człowiek stoi już niemal obiema nogami w grobie. Nie należy spodziewać się po nim niebezpiecznych zagrań. Wyrywa przeto knebel z jego ust i nachyla się. Mrozowąs szepcze mu coś do ucha. Szpilorek przytakuje, z poważną miną elitarnego złoczyńcy. A potem rzuca Ferdynanda na łoże obok gumowej lalki. Podrywa rewolwer. Punkt dziesiąty – strzał w sam środek czoła – kończy męki aktora. Robota wykonana z precyzją zegarmistrza. Bąk-kamerzysta opada Jolo na dłoń i ląduje w kieszeni. Pora się zbierać.

 

Jolo wcale nie zaskoczyło to, co tuż przed śmiercią szepnął mu na ucho Ferdynand. Nie pierwszy raz przydarza mu się coś podobnego – propozycja zemsty zza grobu. Mrozowąs bowiem podał mu namiary na zasobnego człowieka, który chętnie pomści jego śmierć. Zgodnie z regułami Szpilorków, Jolo poczeka, aż klientka uiści pełną kwotę. Następnie skonsultuje z głową rodziny, czy udać się pod wskazany adres z ofertą usługi wyrównującej rachunki. Ojciec, Wincenty, rzadko podejmuje takie decyzje sam. Zwykle towarzyszy mu małżonka, Honorata. Mama Jolo zaś wykazuje pazerność na kasę, nawet jeśli Szpilorki opływają w bogactwa, których nie spożytkuje parę następnych pokoleń, gdyby bardzo się starały. Innymi słowy: kolejny kontrakt ma jak w banku.

 

Biorąc pod uwagę okrutny zawód, do którego okrutnymi metodami przygotowywano go od kołyski, Jolo lubi myśleć o sobie nie jako o człowieku, lecz jako o narzędziu. Czuje dokładnie tyle, ile czułby pistolet lub siekiera wciśnięta w czyjąś dłoń – nic. On jest jeno morderczym przedłużeniem ramienia swoich mocodawców. Robi, co uczyniliby oni sami, gdyby nie brakowało im odwagi, zdolności bądź odpowiednio wyposażonego zaplecza. Bóg wie, jak wielu Kainów snuje się po świecie, jak wielu pragnie wykończyć bliźniego, czasem z błahych powodów, i jak wielu skłania się słono zapłacić za czyiś ostateczny upadek. Niemniej Jolo nie pozbawiono błyskotliwego umysłu. Ten podpowiada mu, że Wszechświat bywa sprawiedliwym sędzią. Skoro on jest tylko kosztowną bronią na usługach innych, rzadko kiedy złość wyładowuje się na nim. Zabójca już dawno zauważył, że jego ofiary zwykle orientują się, kogo naprawdę należy winić za ich nieszczęście i, o ile dysponują środkami, chwytają okazję, by odpłacić się inicjatorom ich tragedii pięknym za nadobne. Dokładnie tak, jak uczynił to Ferdynand.

 

Jakież to szczęście, że z niektórymi narzędziami da się dogadać. Skoro o narzędziach mowa, Jolo lubi sobie wyobrażać, że jest mieczem. I że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

⸸⸸⸸

„Jolo Szpilorek i Zasady” by Zeter Zelke

In Opowiadania on 13 czerwca, 2021 at 6:00 am

Paskud KryminalnyPowiedzmy uczciwie, rady – zwłaszcza dobre, są niezwykle cenne. Tymczasem nie wszyscy są skłonni się do tego przyznać. Weźmy na przykład Paskuda. Gdy któryś z dworzan Jednookiego szepnie mu dyskretnie na ucho, że nie wypada zjadać smarków, najczęściej dostaje odpłatę w postaci plwociny w oko, co w paskudnym narzeczu oznacza: „Zjeżdżaj, czytam”. Na szczęście nie wszyscy są tak niewdzięczni. Dziś świętujemy Dzień Dobrych Rad, toteż poradzimy, by męska części odbiorców przytuliła przyrodzenie i rzekła mu, iż tekst, który Zeter Zelke proponuje poniżej, to tylko fikcja literacka i nie ma się czego bać. Przynajmniej tak długo, jak długo Jolo nie dostanie na was kontraktu. Zapraszamy do brania przykładu ze Szpilorka, który o radę zapytać się nie boi.


Jolo Szpilorek ⸸

i

Zasady

by

Zeter Zelke

Życie płatnego zabójcy nie jest łatwe. A życie asasyna wychowywanego od dziecka, by zabijać, to już w ogóle. Z drugiej strony, jeżeli rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i babcie, kuzyni i kuzynki, wujkowie i ciocie siedzą w tym samym fachu, wtedy bywa lżej. Pod warunkiem przebrnięcia przez mordercze treningi i szkolenia. Ale czy człowiek kiedykolwiek przestaje się uczyć? No właśnie. Więc wracamy do punktu wyjścia – życie płatnego zabójcy to ciężka orka.

Jolo nie posiada preferencji co do misji. Szpilorki z Caleson często się specjalizują, lecz nie Jolo – on jest wszechstronny. Przez tę uniwersalność i metodyczne podejście stał się oczkiem w głowie rodziców, co napawa go dumą. Jolo nie obnosi się z uczuciami. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że ich nie ma. Złudne wrażenie. Ten zimnokrwisty morderca robi się emocjonalny i miękki jak pluszowa zabawka, jeśli chodzi o dobro rodziny. Kiedy Szpilorki jeden po drugim wykręcają się od podjęcia zlecenia, zawsze można liczyć na to, że przyjmie je Jolo. Uczyni to z miłości do krewnych; z potrzeby zachowania nieposzlakowanej opinii familii. Dlatego to on ugania się za pedofilem, za którym żaden inny Szpilorek uganiać się nie chce.

Odnalezienie celu zajmuje mu cztery dni. Tańsza konkurencja nie potrafiła ustalić miejsca przebywania zboczeńca, dysponując pełnymi dwoma miesiącami. Klient się zniecierpliwił i sięgnął głębiej do kiesy. Jolo prędko udowadnia, że ciężki szmal wydany na Szpilorków to najlepsza inwestycja życia – by tak rzec. Oto dlaczego nie warto oszczędzać na jakości. Koniec końców, skąpcy często płacą podwójnie za to, na co wcześniej żałowali grosza.

Przykładem rzeczony klient: polityk z tłustym portfelem, któremu pedofil zbałamucił i zgwałcił dwunastoletniego synka. Misją Jolo jest wymierzenie sprawiedliwości. Klient życzy sobie, aby przed śmiercią dewianta wykastrować, a jego przyrodzenie dostarczyć do biura zleceniodawcy. Z tego względu asasyn zaopatrzył się w niewielką, przenośną lodówkę. Jako profesjonał w każdym calu, Jolo wie, że proces powinien nagrać. Na wypadek, gdyby pojawiły się wątpliwości co do tego, czyje jądra znajdą się wkrótce w pojemniku. Niby klient – nasz pan, ale niekiedy zdarzają się cwaniacy, którym się widzi, że uda im się wyrolować Szpilorka. Po wykonanej robocie próbują wykręcić się od zapłaty za usługę bądź zejść z ustalonej ceny. Jest to szczególnie prawdziwe w przypadku dusigroszów. Na szczęście Jolo postępuje zgodnie z zasadami. Zawsze. Zasady – z nimi człowiek nigdy się nie zgubi, nigdy nie da się zrobić w bambuko.

Każdą pracę Jolo wykonuje w oparciu o reguły. Jedna z nich głosi, że zleceniodawca winien mieć pewność, iż kontrakt uhonorowano zgodnie z życzeniem. To generuje dowody, bowiem najprostszym sposobem na udokumentowanie akcji są fotki: „przed”, „w trakcie” i „po”, tudzież nagranie. Inna zasada – ta wyryta w umyśle i wykarbowana na plecach zabójcy batami podczas szkoleń – przestrzega przed pozostawianiem śladów. Dlatego Jolo towarzyszy klientom podczas zapoznawania się z materiałem, by później go własnoręcznie zniszczyć. Najgorzej, kiedy nie chcą oglądać. A bywa, że nie chcą. Najczęściej nie chcą. Lecz te sytuacje też regulują ustalenia.

Pedofil, Walenty Maciorka, poczuł pismo nosem w chwili, gdy uzmysłowił sobie, czyją progeniturę rozprawiczył. Instynkt podszepnął mu: schowaj się, przeczekaj. Wobec czego zaszył się w hospicjum dla psychicznie chorych w Starym Jorku. Dni spędza, śliniąc się na skrupulatnie monitorowanym oddziale dla osób z załamaniami nerwowymi oraz o tendencjach samobójczych. Udaje pacjenta z depresją pourazową, którego zgwałcił pies sąsiada, podczas gdy sąsiad patrzył. Jolo pozyskał te dane jeszcze tego samego dnia, w którym cel odszukał. W wyciągnięciu szczegółów od personelu medycznego pomogła mu charyzma i nieodparty wdzięk, a także doświadczenie. Dobry skrytobójca dysponuje szeroką paletą alter ego, które przyobleka zależnie od okoliczności. Dla aktualnego zlecenia Jolo przyodziewa fartuch lekarski i przyjmuje tożsamość Lucjana Dobruszko, psychiatry. Członkowie personelu doktora nie znają. Lecz wystarczy, że wymienia z nimi parę zdań i nie pragną niczego innego, jak poznać go bliżej. Przekazują mu każdą informację, o jaką poprosi. Jak również składają oferty, o które nie prosi – bez względu na płeć. Jolo jest taki dobry w tym, co robi.

Dzień poświęca na bliższe zapoznanie się z rozplanowaniem przestrzennym hospicjum; w szczególności z oddziałem, na którym ukrywa się Maciorka. Na miejsce egzekucji wybiera znajdujący się na tyłach ogródka spacerowego magazyn rupieci. Pomieszczenie służy do złomowania narzędzi ogrodniczych, zużytych zabawek relaksacyjnych oraz zdewastowanego sprzętu do ćwiczeń kardio. Jolo zawczasu rozgarnia graty, przygotowując dostatecznie dużo wolnej przestrzeni dla swoich potrzeb. Według jego estymacji jutro wieczorem opuści szpital, unosząc w lodówce genitalia Walentego. Wykonuje jeszcze jeden rekonesans, aby utwierdzić się w przekonaniu, że wybrał słusznie. Resztę czasu poświęca na obserwację obiektu zainteresowania z dystansu. Jak również na ignorowanie zalotnych spojrzeń pielęgniarek i lekarzy.

Z nastaniem świtu Jolo przeistacza się w cień Walentego. Dyskretnie towarzyszy mu wszędzie, kibla nie wyłączając. Wieczorem pacjenci kładą się spać. Zabójca czeka, aż Maciorka na oczach personelu zniknie w swoim pokoju, by zgodnie z grafikiem złożyć głowę do snu. Wybija godzina ósma w nocy. Asasyn wślizguje się do kwatery pedofila i ogłusza go uderzeniem łokcia w bok głowy. Walenty pada nieprzytomny, niemal bezgłośnie, jakby go nie było. Jolo wykrawa dziurę w siatce zasłaniającej okno, otwiera je i wytacza przez nie Walentego. Sam wyskakuje przez nie z gracją; cicho jak kot. Rozgląda się czujnie. Wokół ani żywej duszy. Zarzuca sobie bezwładne ciało na barki i przemyka z nim przez ogródek do graciarni. Tam stoi silna lampa, krzesło, liny, lodówka oraz walizeczka z morderczymi utensyliami.

Jolo zamyka się wraz z celem, blokuje drzwi i zasłania okna. Wpycha Maciorce knebel w usta i przywiązuje go do krzesła. Zdejmuje fartuch lekarski, odsłaniając przylegający do ciała, granatowy golf i proste, czarne dżinsowe spodnie. Związuje krucze włosy w kitkę granatową gumką. Naciąga na dłonie lateksowe rękawiczki – czarne. Sięga do walizki, by w pierwszej kolejności wyjąć stojaczek dla kamery. Sprawdza kąt, centruje obraz na Walentym i odpala nagrywanie egzekucji – dowód dla kontraktodawcy. Następnie wyciąga zestaw noży oraz detergent. Jolo lubi czystość. Myśl o złożeniu do walizki zakrwawionych narzędzi wzbudza w nim lekką odrazę. Woli wyczyścić ostrza z krwi i innych płynów ustrojowych na miejscu, a potem poprawić już w domu. Tak po prawdzie, Jolo jest perfekcjonistą; ten pierwszy raz w zupełności wystarcza. Zazwyczaj.

Walenty Maciorka dochodzi do siebie – spętany i roznegliżowany od pasa w dół, z fiutem wywalonym z gaci. Wierci się, stęka, jęczy. Próbuje komunikacji. Usiłuje poprzez żałosne dźwięki zmiękczyć serce oprawcy o przystojnej twarzy, która nie wyraża żadnych emocji. Jolo zazwyczaj nie wikła się w konwersacje z ludźmi, których zamierza zabić. Babcia zawsze mu powtarza: jedyne, na co ofiara liczy, otwierając usta, to oddalenie od siebie śmierci, odsunięcie jej w czasie. A czas to pieniądz. Nie warto słuchać błagań i obietnic. Trzeba zamknąć na nie uszy. Jolo szanuje swoich dziadków; wie, że ich mądrość jest niezmierzona. Ich uwagi, sugestie i podpowiedzi ceni sobie bardziej niż złoto. Dlatego niezwłocznie przechodzi do rzeczy.

Kastracja zajmuje chwilkę. Dla lepszego wytłumienia dźwięków asasyn zakrywa usta Walentego dłonią. Maciorka wyrywa się i szamocze, lecz Jolo jest silniejszy, niż na to wygląda. Bez kłopotów przytrzymuje go na krześle jedną ręką, podczas gdy drugą dokonuje zabiegu. Krew tryska ze świeżej rany jak woda ze zdewastowanego hydrantu. Zabójca kontraktowy podnosi członek, pokazuje do kamery, obraca między palcami. Ostatecznie deponuje prącie w lodóweczce. Lód momentalnie zmienia barwę ze śnieżnobiałej na szkarłatną. Walenty wykrwawia się szybko; rubinowa kałuża pod krzesłem rozrasta się z sekundy na sekundę. Bladym ciałem targają konwulsje. Trzymanie go dłużej przy życiu nie ma sensu. Jolo wydobywa skalpel i jednym wprawnym ruchem przebija pedofilskie serce. Walenty Maciorka umiera. Jolo gasi lampę.

Tymczasem w cichej rupieciarni rozlega się odgłos rozsuwania gratów. Asasyn mruży powieki i przebija półmrok wzrokiem. Spod zwału zużytych przedmiotów wydobywa się blady jak ściana, chudy chłopaczek z podkrążonymi oczami.

Cholera – myśli Jolo. – Świadek. Nie jest zadowolony. Jedna z zasad głosi, by konkludować robotę niezauważonym, nawet jeśli zleceniodawca żąda medialnego morderstwa. Skrytobójca posiada skryto w nazwie nie bez przyczyny. Jolo rzadko daje się podejść, nie wspominając o przyłapaniu na gorącym uczynku. Lecz znajduje się też w wariatkowie. W takich miejscach wszystko jest prawdopodobne. Czego dowodzi to, co następuje w dalszej kolejności.

Ku zdziwieniu Jolo chudy jegomość nie drży, nie błaga o litość. Ba! Wyciąga rękę w uspokajającym geście. Zachowuje się, jakby pragnął zabójcę powstrzymać przed zlaniem się z nocą. Dlatego Jolo milczy, stoi i patrzy, kalkulując, co czynić. Najprościej byłoby zabić podpatrywacza. Niemniej stałoby to w sprzeczności ze złotą zasadą Szpilorków, która głosi, by nie kończyć tych, za których nie zapłacono. Usuwanie ludzi niebędących celami może okazać się kontrproduktywne, jak również wygenerować realne straty. Nie obce historii są wypadki, gdy ktoś doszedł od pucybuta do milionera. Eliminując przypadkowe osoby, istniało ryzyko, że Jolo wyeliminuje potencjalnego klienta, przyszły cel tudzież źródło informacji. Poza tym zostawianie po sobie ponadprogramowych trupów jest po prostu w złym guście. To niefachowe. Tak postępują amatorzy. Jolo jest zaprzeczeniem amatorszczyzny. Co prawda, zdarzają się wypadki przy pracy. Zdarzają się sytuacje podbramkowe. Zasady szczegółowo określają, kiedy wypada sprzątnąć niezakontraktowaną osobę. Jednak tego, z czym mierzy się obecnie, nie regulują żadne kodeksy postępowania. Staje się to tym bardziej oczywiste, gdy podglądacz otwiera usta:

– Pan poczeka! Pan nie ucieka!

Jolo podnosi pytająco czarną brew. Wszak stoi, jakby zapuścił korzenie, gdy tylko się zorientował, że w graciarni zamiast dwóch osób są trzy. A właściwie były.

Widząc, że skrytobójca milczy i nie daje w długą, młodzieniec wzdycha z ulgą.

– Czy zrobiłby pan dla mnie to samo? – Chłopak wskazuje na wykastrowanego Walentego z dziurą po skalpelu w klatce piersiowej.

Jolo przekrzywia głowę na bok, zastanawiając się, czy się nie przesłyszał.

– Mam ci odciąć jaja? – pyta. Jego monotonny głos nie zdradza, jak wielce jest zdziwiony. A jest zdziwiony niebotycznie.

– Uch, nie. – Chłopak potrząsa gwałtownie głową. – Widzi pan, jestem po ośmiu nieudanych próbach samobójczych.

– Ach. – Jolo wreszcie pojmuje. Dochodzi do wniosku, że takiego świadka może oszczędzić. Przy odrobione szczęścia wkrótce sam się wykończy.

Asasyn pochyla się, by pozbierać i odkazić narzędzia. Przegląda nagranie z kamery; upewnia się, że jest dobrej jakości. Oszacowuje pomieszczenie po raz ostatni. Konstatuje, że pora się zmywać. Chwyta lodówkę, chwyta walizkę, wciąż ignorując niespełnionego samobójcę. Tamten stoi przed nim zgarbiony, ze skromnie złożonymi z przodu rękoma.

Pacjent zauważa, że Jolo wychodzi na ogródek. Rzuca się za nim.

– Proszę! – błaga. – Sam próbowałem, lecz zawsze coś mi się nie udawało.

Jolo nie odpowiada; przyspiesza kroku.

– Pan jest zabójca. Co to dla pana za kłopot? Jedno machnięcie nożem. W serduszko albo tu. – Młodzieniec przesuwa sobie kciukiem po gardle, wydając adekwatny dźwięk.

Szpilorek nie zaszczyca go spojrzeniem, maszerując przed siebie pewnym krokiem fachowca. Chłopak zaciska pięści. Widząc, że prośby nie skutkują, sięga po groźby:

– Widziałem twoją twarz! – Celuje w Jolo oskarżycielko palcem. – Powiem im wszystko, wszystko! Opiszę cię ze szczegółami.

Tego Jolo już nie potrafi pozostawić bez odpowiedzi. Odwraca się, by zgromić świra jasnozielonym wejrzeniem swych ogromnych oczu. Pacjent przypada mu do kolan, szorując własnymi po chodniku. Chwyta go za ramię dźwigające lodówkę z przyrodzeniem Maciorki. Jolo nieco się pochyla pod wpływem dodatkowego obciążenia.

– Błagam! – szepcze chłopak, niemal płacze. – Jestem taki zmęczony. Osiem prób samobójczych. Osiem! Zlitujże się, człowieku! Sam widzisz, że mam do tego dwie lewe ręce.

Jolo wzdycha wewnętrznie. Niechcący pogwałcił zasadę skrytości. To samo przez się sprawia, że czuje się źle. Tymczasem natręt oczekuje, by złamał dla jego zachcianki kolejną regułę zakazującą zabijania niezakontraktowanych indywiduów. Cóż z tego, że tamten sam prosi o szybki koniec. Jolo jest płatnym mordercą, a nie jakimś miłościwym wolontariuszem rozdającym śmierć na lewo i prawo jak cukierki. Młodzian chlipie mu w rękaw granatowego golfu, podczas gdy asasyn rozważa opcje.

Co zrobić, gdy nie wiadomo, co robić? Ano, gdy jest się w kropce, najlepiej skonsultować sprawę ze starszymi – mądrzejszymi. Jolo przeto odstawia walizkę i dzwoni do dziadka od strony taty, wciąż zgięty wpół jak scyzoryk. Młodzian wszczepił się w niego niby obca narośl, niczym rzep, i nie zamierza odpuścić. Jolo odczekuje parę sygnałów, aż senior odbiera. Po drugiej stronie słychać wrzaski i elektryczny jazgot. Jolo czuje ukłucie winy. Niepokoi dziadka podczas znojnej harówki. Z drugiej strony, chociaż nie są tani, Szpilorki to wielce zapracowana familia. Ciężko utrafić krewniaków w ich czasie wolnym. Jolo sam nie pamięta, kiedy ostatnio zorganizował sobie wakacje.

Dziadek Szymon wita wnuczka, pyta o zdrowie i o przyczynę telefonu. Jolo wyjaśnia w paru słowach swój ambaras. Następnie prosi o radę. Jak postąpić w sytuacji, gdy zasady wchodzą ze sobą w konflikt: nie zabijaj za darmo versus: nie zostawiaj świadków? Szymon słucha uważnie, pomrukuje, chrząka. Zastanawia się. Pragnie pomóc wnuczkowi uczciwie, daje sobie dłuższą chwilę do namysłu. Po drugiej stronie słychać „paf” i ktoś przestaje krzyczeć. Później cztery żwawe kroki, trzask, i prąd przestaje płynąć. Gdy dziadek znów się odzywa, jego głos jest wyraźniejszy, jowialny. Znać, dobry dzień w pracy.

– Widzisz, chłopcze, z tymi zasadami to trochę jak z prawem. Wyroki wydawane są albo zgodnie z jego literą, albo zgodnie z jego duchem. Znając ciebie, mój drogi, jesteś formalistą. Postępujesz raczej z literą zasad, nie próbując interpretować ich sensu. Postaraj się przeto zrozumieć ich ducha.

– Ducha? – Jolo przekrzywia głowę na bok, wciąż spozierając z góry na niefortunnego samobójcę.

Młodzian nie pozwala pozbawić się złudzeń, że wreszcie uśmiechnęło się do niego szczęście. Niewykluczone, że tak właśnie się stało. Wszystko w rękach dziadka Jolo.

– Duch zasad Szpilorków, chłopcze, ma dwa cele. Ochronę naszych tyłków oraz zagwarantowanie, że biznes będzie się gładko kręcił. Nie da się spisać instrukcji postępowania tam, gdzie istnieje ryzyko wystąpienia wielu losowych zdarzeń. Kiedy się wahasz, zadaj sobie pytanie, czy to, co zamierzasz uczynić, stoi w sprzeczności z duchem zasad. Jeśli nie, świat się nie zawali, gdy je nieco nagniesz.

– Rozumiem. Dziękuję.

Jolo chowa komórkę do kieszeni i wyszarpuje rękę z kleszczowego objęcia chuderlaka.

Tamten kwili i splata ramiona wokół jego nóg, przytulając policzek do kolan zabójcy. Gdzieś po drodze nieszczęśnik zdążył zalać się łzami. Drży na całym ciele, dygocą mu barki. Usta szepczą gorączkowe: „Proszę, proszę, proszę”.

– Wstań – rozkazuje Jolo, rozgrzewa nadgarstki i strzela knykciami.

Anorektyczny młodzian dźwiga się na nogi. Kolana też mu dygoczą. Jest dobrej myśli; wierzy, że wreszcie ktoś zdmuchnie płomień życia, który sam usiłował zdusić – bezskutecznie – aż osiem razy. Nawet nie podejrzewa, że łaskawy los rzucił mu na spotkanie najlepszego z najlepszych w te klocki. Długie oczekiwanie i męki wielu niepowodzeń wreszcie owocują obietnicą spełnienia.

Asasyn odstawia lodówkę i wyciąga do chłopaka dłonie. Gest prawie ojcowski; jakby chciał go objąć; jakby chciał go przywitać w imieniu Kostuchy. Pacjent wzdycha, szloch urywa mu się z piersi. To piękny moment. O tym marzył. Noc rozpostarta nad nim, cisza wokół niego. Jedynie świerszcze grają w trawie. Delikatny zapach dzikiej mięty wymyka się spośród cieni. Gdy dłonie Jolo dotykają jego policzków, młodzian zamyka oczy. Sekundę później chrupią kręgi szyjne. Muzyka się urywa. Zapada ciemność. Chłopak pada na zroszoną trawę ze skręconym karkiem. Jolo odwraca się na pięcie i rusza dostarczyć klientowi dowody swojego profesjonalnego nastawienia.

Jolo mógłby nazwać bezpłatną usługę miłosiernym doręczeniem eutanazji. Zainkasowałby dobry uczynek na sumieniu. Gdyby Szpilorek dbał o dobre uczynki. Nie przechodził przez piekło rygorystycznych szkoleń i morderczych treningów wytrzymałościowych dla działalności charytatywnej. Abstrahując od tego, że Jolo nie ma sumienia. Co zaś ma, to motywację do rozważań nad duchem zasad. Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, by interpretować je w ten sposób. W głębi serca czuje, że woli postępować zgodnie z ich literą. Tak łatwiej. I pewniej. No, chyba że napatoczą się okoliczności, których żadne reguły nie przewidzą. Lecz nawet wtedy, o ile istnieje taka sposobność, najlepiej po prostu zapytać o radę zaufaną osobę. Kto bowiem pyta, nie błądzi.

⸸⸸⸸

„Oknem do Edenu” by Jakub Luberda

In Opowiadania on 4 czerwca, 2021 at 6:00 am
niedobreliterkitxt

Paskud lubi science-fiction.

Nie powinno to dziwić, jeśli uświadomimy sobie, że sam wygląda jak coś, co ewidentnie narodziło się w trakcie suto zakrapianej sesji twórczej.

Pomińmy jednak nieistotne detale. Liczy się, że mamy dla Was kawałek niezłego tekstu, który przynajmniej na początku jawić się może jako rasowe science-fiction. Nie zakładajmy się jednak o finał, wszak to portal bizarro, prawda? Może być różnie, o czym przekonacie się czytając Oknem do Edenu autorstwa Jakuba Luberda.

Zapraszamy do lektury!

h

Oknem do Edenu

h

Adam „Decoy” Deacon, olbrzymi, muskularny, wygolony na łyso czarnoskóry żołnierz pociągnął za spust karabinu mezonowego. Wystrzelona wiązka uderzyła w żywą mackę pędu gigantycznej rośliny, dezintegrując ją na poziomie atomowym. Zrobiła w niej skwierczącą i świecącą na niebiesko dziurę. Pnącze zapadło się pod własnym ciężarem, rozsypując w pył od energii odchodzącej kręgiem od miejsca postrzału.

Obok Decoy’a z bocznego luku lekkiego transportera kosmicznego ostrzał prowadziło sześciu jego kompanów: Japonka Gitahara, dwujajowe bliźniaki Hindusów Rahu i Ketu, Inuita Nahutak, syn Żydówki i Araba ateisty Sandstar oraz potomek Majów Luke Ash.

– Na co czekacie!? Odlatujcie! – piekliła się wysmarowany samoopalaczem typ w blond peruce. Jedna z szych. która wynajęła ekipę ochroniarzy Deacona i jego statek, by ich ewakuowali z planety.

– Biegną do nas ocalali! Nie możemy ich zostawić! – wrzasnął Decoy.

– Gówno mnie to obchodzi! Nie zapłacili grubych pieniędzy za przelot! – warknęła gruba Australijka z twarzą jak mops, dziedziczka fortuny górniczej.

– Właśnie! Niech rząd ratuje ich z pieniędzy z naszych podatków! – rzucił stary Chińczyk z plamami wątrobowymi na czole.

– Bóg ich ocali! – dodał dobrodusznym tonem z wygodnego fotela, zapięty w pasy teleewangelista-miliarder.

Adam oddał kolejny strzał w pęd, który niemal wdarł się do kabiny.

– Mój statek, moje zasady! 

– Jeśli zaraz nie odlecimy, to cholerstwo nas uziemi i od prób wyrwania się zabraknie nam paliwa! – zauważyła atletyczna Japonka o krótkich blond włosach wygolonych z boku głowy i opadających grzywką z drugiej. Jeden z najtęższych umysłów w oddziale.

– Do diabła z paliwem! Chcesz żyć ze świadomością, że uciekłaś ocalałym tuż sprzed nosa?! – warknął, lecz nie tyle z gniewu, co z przejęcia.

– Nie podoba mi się to równie bardzo, jak tobie!

Postrzelony pęd rozpadł się tuż przed ich twarzami.

– Ileż, do cholery, można się prosić! – mruknął prezes firmy Cumtella, produkującej masło orzechowe. „Złowiek” ów był przekonany, że dostęp do wody nie jest ludzkim prawem i agresywnie prywatyzował każdy zbiornik, włącznie z podziemnymi, na Ziemi. Póki jeszcze istniała. Rozpiął pasy i rzucił się do sterów.

– Podnoś ten złom! – Szarpnął za kierownicę w kształcie batarangu Batmana.

Pojazdem zatrzęsło i obrońcy omal nie pospadali z nóg.

– Ulrike?

– Tak?

– Zneutralizować.

Eva „Ulrike” Heimstaadt, piegowata platynowowłosa Norweżka o małym nosku i migdałowych oczach przekręciła się w fotelu pilota, wyszarpnęła broń zza pasa i strzeliła elektrodami paralizatora VIPowi w jądra. Ważniak pewnie wrzeszczałby z bólu, gdyby potrafił.

– Następnego, który spróbuje numerów – zabić.

Przez siedzenia zajęte przez klientów przeszedł szmer zaniepokojenia.

– Czekajcie na nas! – wołała kobieta uciekająca przed żywym gąszczem. Za nią biegł mężczyzna z synem.

Oddział musiał celować wyżej w obawie, że trafi uchodźców. To jednak pozwalało się przecisnąć mniejszym mackom.

– Szybko! Do środka! Łapcie drabiny! – ponaglał Decoy.

Niespodziewanie chłopiec się potknął i upadł.

– Kailen! – zawył zrozpaczony ojciec i zawrócił po dziecko. Macka rośliny wzięła zamach i oplotła mężczyznę. Rozerwała go wpół i cisnęła z obrzydzeniem o liszajowaty asfalt.

– Złap moją rękę, Kai! – Matka rzuciła się na ratunek synowi, przecierając oczy z łez za mężem, którego nie zdążyła nawet odżałować. Pęd wdarł się do jej ust i rozerwał od środka.

– Właź! – wołał Decoy do chłopca, którego rośliny zignorowały chyba tylķo dlatego, że  wpadł pod mur pędów, gdzie trudno im było zawrócić lub uznały, iż padł martwy.

Młody popatrzył na żołnierza beznamiętnie. Deacon widywał już ten wzrok u ludzi, którzy stracili coś, co odebrało im wolę walki. 

Mały wstał, odwrócił się do opadającej na niego macki, grubej jak dąb, i zacisnął małe piąstki w oczekiwaniu bólu. Chwilę potem pęd go zmiażdżył i rozsmarował o grunt, jakby w coś wdepnął.

– Ruszamy! – krzyknął do pilotki, krzywiąc się z bólu.

Adam powiedział sobie kiedyś: „nigdy więcej statków z żydowskimi uchodźcami odwracanymi od brzegów Stanów i odsyłanych do nazistowskich Niemiec, gdzie zostaną zabici” i słowa dotrzymał. Tego samego oczekiwał od członków oddziału. Żeby nie było więcej okrętów z niewolnikami zmierzających do Ameryki; sztucznego głodu wywołanego w Irlandii przez Brytyjczyków; obozów dla natywnej ludności w Australii; inżynierowanych zaginięć Indian w Stanach Zjednoczonych i ludności natywnej w Kanadzie; pogromu Ujgurów przez Chińczyków i koloryzmu jaśniejszych czarnych wobec ciemniejszych na Haiti czy między Hutu i Tutsi. 

Wierzył, że każda grupa etniczna jest zdolna do uprzedzeń, które prowadzą do eliminacji danej społeczności jako „gorszej” lub pozwalają przymykać oko na prześladowania, włącznie z jego własną. Tak jak uczniowie ignorujący maltretowanie słabszego i niepopularnego rówieśnika przez szkolnych bandytów w obawie, że sami padną się ich ofiarami lub utracą część przywilejów, jakimi się cieszyli. W złudnym przekonaniu, że nie będą następni, gdy to samo zrobią im rządy, przedsiębiorstwa i Kościoły.

Prom oddalił się od ziemi, nim potworne ramiona zdołały go opleść, ale nie zanim pęd, który zabił chłopca skonał w straszliwych męczarniach.

***

Oddział z wyzierników obserwował, z jaką agresją pnącza powalały wieżowce, rozsadzały drogi i zrywały mosty. Żołnierze zachłysnęli się powietrzem, gdy toczona zielonym robactwem planeta ostatecznie pękła w pół.

Pasażerowie przesypiali podróż, a Deacon siedział na ławce ze zwieszoną głową.

– Hej, to nie twoja wina. Nie mogłeś ich ocalić – rzekł znad konserwowanej broni Luke Ash.

– Za to ocaliliśmy siebie. Ich kosztem – skwitował ponuro.

– Nie każdy może w życiu wygrać – pocieszał go Nahutak, Inuita z Kanady.

– Na tym polega wojna – dodał Sandstar.

– Mieliśmy ochraniać tych, którzy mieli gorzej na starcie! – protestował Decoy.

– Och, daj spokój! Zginęło tam siedem miliardów ludzi, a ty przejmujesz się trzema – wtrąciła Ulrike.

– Stalin powiedział, że śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć miliona to statystyka. – filozofował Sandstar.

– Bardzo mądre na kogoś, kto osobiście doprowadził do milionów tragedii – podsumowała gorzko Japonka.

– To co teraz? – Pytała Ulrike.

– Wyślij sygnał SOS. Niech nas zgarną.

– Nie wiemy na kogo trafi. To teren sporny – Uli podrapała się w zakłopotaniu w tył głowy.

– To co proponujesz? W promieniu wielu kosmil nie ma zamieszkanej kolonii. Nie starczy nam paliwa, by na ślepo szukać nowej planety nadającej się do życia.

– Może obierzmy kurs na Ziemię? – proponował Sandstar.

– Ziemia została zniszczona! – przypomniał Adam.

– Nie wiemy tego! Równie dobrze mogli nam tak powiedzieć, byśmy nie próbowali uciec z kolonii! – nie ustępował Semita.

– Cholera, chciałbym się o to wykłócać, ale prawda jest taka, że nie mam na to dowodu innego, niż ten, że od kogoś o tym słyszałem i gdzieś o tym przeczytałem – przyznał Deacon.

– Co więc nam szkodzi sprawdzić? – pytał Rahu.

– To, że oddalimy się od innych opcji i już nie wrócimy – oponował Deacon.

– Ogarnie cię paraliż decyzyjny, gdy będziesz się rozwodził nad tym, którą z niewidzialnych opcji wybrać. Każdą z nich będziesz żałował równie mocno, a przy Ziemi wiesz, że masz pięćdziesiąt procent szans na nią trafić. Bo albo jest, albo jej nie ma – przekonywała Ketu.

– Głosujemy. Kto jest za tym, by lecieć na starą dobrą „Terreskę”?

Ręce podnieśli wszyscy, oprócz Adama.

– No ładnie, bunt na pokładzie. Dobrze, kurs na Ziemniaka, ale nie biorę na siebie odpowiedzialności, jeśli się przeliczycie. Jasne? – Pogroził palcem.

***

– Patrzcie! To Ziemia! – wołał Rahu.

– Nie wierzę! – wykrzyknął Sandstar.

– Coś jest nie tak. Rozmieszczenie chmur nie zgadza się ze skanerem pogodowym – stwierdziła Ulrike.

– Może system podpiął się pod jakiegoś przestarzałego satelitę? – dociekał Decoy.

– Wątpię, ale sprawdzę.

– Przygotować się do lądowania! – powiedział pasażerom, którzy jeszcze dobrze się nie dobudzili.

– Nie do końca Ziemia Obiecana, na którą liczyłem – rzekł z niesmakiem pastor.

– O, świetnie. Zatoczyliśmy koło. Mam nadzieję, że nie spotkam swoich robotników. Kiedy odlatywałam, nie wypłaciłam im odpraw, bo i po co? Oni nie będą kopać, ja korzystać – mruknęła potentatka.

– Ja też – odpowiedział właściciel sklepu internetowego Rainforest. Jeszcze na Ziemi uważałem, że to marnotrawstwo rozdzielać środki na tych wszystkich nierobów, ich płace i ubezpieczenia, kiedy możesz użyć je, by rozwijać swój biznes!

– Słusznie! – przytaknął mu właściciel zakładów produkujących elektryczne samochody Edison.

– Szkoda, że nie można amortyzować ludzi, gdy się zużyją jak maszyny. Tylko musisz im jeszcze płacić za to, że stali się bezużyteczni! – narzekał stary chiński polityk.

– Skandal! Powinni być wdzięczni, że mogli brać udział w tworzeniu czegoś wielkiego! – poparł ich prezes Cumtelli.

– To samo mówię wyborcom: to zaszczyt poświęcić życie dla czegoś tak wielkiego i wspaniałego jak Stany Zjednoczone! – dodała starsza blondynka, polityczka, żona byłego prezydenta. Ostatnio ochoczo poświęcająca ludzi, którzy mogliby ją powiązać z dostarczaniem dzieci bogatym i wpływowym pedofilom.

Decoy nie mógł ich słuchać, reszta ekipy też, ale na tym polegała ich praca: czasem robili coś nieprzyjemnego dla przyjemnych ludzi, a czasem coś nieprzyjemnego dla nieprzyjemnych ludzi. Deacon ustawiał ceny zaporowe, by mieć tych drugich jak najmniej, ale to odnosiło odwrotny skutek. Przyciągało nieprzyjemnych ludzi, którzy myśleli, że to cena za wysoką jakość świadczonych usług. Za takie pieniądze oczekiwali włażenia im w dupę i podziwiania widoków.

***

Transportowiec wylądował na wielkomiejskim skrzyżowaniu. Już z powietrza widać było, że nie uświadczą tu ruchu drogowego. Nigdzie nie widzieli też przechodniów.

Luk boczny otworzył się i żołnierze ostrożnie wyszli na zewnątrz, z bronią w gotowości.

– Jak fajnie! Wszystko gotowe na nasze przybycie! – ucieszył się polityk.

– Haha, uwierzycie w to? Mamy całą Ziemię dla siebie! Stworzymy imperium i historia zapamięta nas jako bogów! – Zatarł dłonie właściciel Rainforest.

– A kto ci będzie na nie robił, ośle? Roboty? – strofowała go Australijka.

– A nie?

– Kto ci je zbuduje?

– Nikt! Roboty pochodzą ze sklepów!

Potentatka zrobiła minę, ale trudno było orzec, czy to oszołomienie głupotą łysego handlowca czy zaskoczenie, że też wcześniej sama o tym nie pomyślała.

– Coś jest nie tak. – Deacon pociągnął nosem z obrzydzeniem, podszedł do wieżowca i powąchał ścianę. – Te budynki nie pachną jak budynki.

– Jak to? – pytał prezez sklepu, drapiąc się po łysinie, dzięki której wyglądał jak pierwsza ofiara inteligentnej kosiarki po buncie Skynetu.

– Ma rację – stwierdził Luke. – Trąci od nich gumą.

– Kogo to obchodzi? Znajdźcie nam zakwaterowanie! – burzył się tupeciarz.

– Że co, proszę?

– No, jedzenie, ogrzewanie, spanie.

– Pan raczysz sobie żartować! Mieliśmy was tylko ewakuować i ochraniać w drodze do nowego punktu docelowego. To zrobiliśmy. Misja wykonana i zabieramy się stąd.

– Wasze życie nie jest na tyle warte, by płacić wam za nie miliony. Wartość waszego żywota określa ochranianie wielkich jak my, którzy do czegoś w życiu doszli! Po was nikt nie zapłacze, ale nas nie da się zastąpić!

– Doprawdy? Popatrzcie wokół! Ten świat już zdecydował, że bez ludzi, którzy by na was robili, jesteście niczym! – opieprzył go Adam.

Nim ktokolwiek zdążył zareagować, tupeciarz wyjął pistolet i złapał stojącą przed nim Ulrike, przystawiając go do głowy. Zaszeleściły wyciągnięte ku niemu strzelby.

– Chyba się nie zrozumieliśmy. Nie płaciłem wam za bycie jakąś przyzwoitką. Mieliście nam zapewnić bezpieczeństwo, a nie jest bezpiecznie. Sami to stwierdziliście. Nie wiemy, co się stało z tymi wszystkimi ludźmi.

Decoy potrząsnął głową z politowaniem. Położył dłoń na lufie Japonki i popatrzył po reszcie zespołu, każąc opuścić broń, po czym ruszył niespiesznie ku blondasowi.

– Nie podchodź, bo rozwalę jej łeb!

Deacon nawet się nie zawahał.

– Sam tego chciałeś! – rzucił z nienawistnym spojrzeniem i górną wargą wygiętą w motylka.

Blondas pociągnął za spust i rozległo się głośne KLIK. I kolejne, i następne.

Tupeciarz popatrzył skonfundowany na broń, nim Deacon wyrwał mu ją z ręki i rozbił jej kolbą nos blondasa.

Facet zwijał się na asfalcie, wyjąc z bólu.

– Trzymanie naboi w magazynku osłabia sprężynę, więc pozwoliłem sobie je wyjąć i umieścić w miejscu z dala od dzieci. Jak widać, będę musiał trochę podnieść granicę wiekową dla tego, co kwalifikuje się jako dziecko.

– Zostawicie nas na lodzie? Nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji! Nie wiemy, jak przeżyć na ulicy! – protestowała polityczka.

– Zabawne, to samo pisałem, kiedy odwoływałem się od zwolnienia z roboty w jednym takim korpo – rzekł Nahutak.

– Może jednak powinniśmy się rozejrzeć? I tak musimy zatankować – sugerowała Gitahara.

– Dobrze. Podzielimy się na trzy grupy. Gitahara i Ulrike, ze mną, potem poszukamy stacji benzynowej. Sandstar i Luke sprawdzicie dół ulicy. Nahutak, Rahu i Ketu, w górę ulicy. Cywile za nami, trzymać się blisko i nie stawać na linii strzały, jasne?

Na koniec Adam sprawdził odczyty funkcji witalnych członków zespołu na urządzeniu przypiętym do piersi, przesyłane bezprzewodowo przez ich aparaty co piętnaście sekund. Pomiary wskazywały podwyższony puls, w granicach normy.

– Zdenerwowani?

– Wolę rzeczy, do których mogę strzelać – odparł Sandstar.

Adam pozwolił sobie na lekki uśmiech.

– Trzymać kontakt radiowy.

Rozeszli się.

***

Drużyna Deacona sprawdzała wieżowiec, przy którym stali. Trafili do hotelowej kafejki.

– Nie wydaje ci się to miejsce podejrzane? – pytała Gitahara.

– Tak. Te ślady są zbyt świeże. Jakby ludzie zniknęli tuż przed naszym przybyciem – rzekł Decoy.

– Nie tylko to. Jest tu zbyt czysto: żadnych papierków, pyłu na podłodze, odsuniętych i przewróconych krzeseł. Jakby przed ewakuacją pozwolono mieszkańcom spokojnie posprzątać – dodała Ulrike.

– Masz rację, niby są rozłożone talerzyki i filiżanki, ale czyste. Jak…

– Upozorowana sceneria – dokończyła Uli.

– Co tu mogło zajść? I gdzie ci wszyscy ludzie się podziali? – pytała „sutenerka”.

– Czy to ważne?! Mamy dom! – zganiła ją Australijka.

– Cieszę się, że wam się podoba. Do tego dążyliście. Do depopulacji, by zostali tylko ludzie dla was użyteczni. Ja tu nie zostaję. Tankuję prom i spływam.

***

– Dziwne, nie, Nahu?

– Tak, zniknięcie upozorowane na spokojny wymarsz. Też coś!

– Ty sprawdź ten budynek, ja ten po drugiej stronie ulicy – rzekł Sandstar.

Inuita przytaknął i wszedł do knajpy.

Nahutak przechodził obok dekoracyjnego czerwonego jabłka w wiklinowym koszyczku na środku stołu. Zgłodniał, więc chwycił za nie mimochodem, patrząc przed siebie. Owoc drgnął, ale nie popuścił. Inuicie omal nie wykręciło ręki i nie przewróciło go na czarno-białe kafelki ułożone jak szczerbate zęby. Odwrócił się do stołu i jeszcze raz spróbował podnieść przedmiot. 

Jak przyklejone. 

Mężczyzna uderzył je kolbą. Jabłko zapiszczało i rozlało w czarną maź, nim zlało się z powrotem w jabłko. 

Zielone. 

Inuita zamarł, skonfundowany, po czym sięgnął po krótkofalówkę na kamizelce, gdy poczuł, że coś lub ktoś schwytało go od tyłu.

***

Deacon odnalazł dużą stację paliw. Miała napędówkę dla autolotów, latających samochodów, więc powinno się nadać. Ulrike chciała iść włamać się do systemu i odblokować pompy, ale Decoy uznał, że skoro ludzie nagle wyemigrowali, nie mieli czasu myśleć o zakręcaniu zaworów.

Paladin chwycił za pistolet nalewczy, nacisnął spust, ale paliwo nie chciało lecieć.

– Dziwne. Wskaźnik na dystrybutorze wskazuje, że jest zapas.

Ulrike podeszła do stojaka z olejami napędowymi. Wyglądały na pełne, ale potrząsanie nimi nie dawało odgłosu chlupotania. Otworzyła pojemnik i zobaczyła, że jest pusty, więc ustawiła go do góry dnem. Prześwit kanisterka wskazywał, że jest wypełniony po brzeg, ale nic się z niego nie wylewało.

Pokazała pojemnik Decoy’owi.

– Musimy się wynosić. To jakaś atrapa. Hologram.

Chwycił za krótkofalówkę.

***

 

– Nahu? Jesteś tu, brachu?

Inuita rozpłynął się w powietrzu. Sandstar wcisnął przycisk krótkofalówki i powiedział:

– Nahu zniknął.

– Jak to: zniknął?

– Sprawdzaliśmy naprzeciwległe budynki. Widziałem go przez szybę knajpy. Spuściłem na chwilę wzrok, bo wydawało mi się, że coś poruszyło się pod ladą, a gdy podniosłem oczy, już go nie było. Nie został po nim nawet ślad.

– Odczyty w normie. Miej oczy szeroko otwarte i czekaj na wsparcie. Ktokolwiek go zabrał, liczył na to, że się rozdzielicie, ale nie mógł odejść daleko. Tym bardziej z nieprzytomnym ciałem.

Adamowi odpowiedziała cisza.

– Sandstar, odbiór!

Cisza.

– Rahu, Ketu, Luke? Zgłoście się!

– Co jest, szefie? – odpowiedział Luke.

– Gdzie Rahu i Ketu? – w jego głosie wyczuł narastającą panikę.

– Jeszcze przed chwilą tu by…

Adam usłyszał jakieś niezidentyfikowane odgłosy na linii.

– Luke, jaki status?! Odbiór!

– Musimy ich uznać za zaginionych w akcji – zasugerowała Ulrike.

– Nie możemy odlecieć bez nich! – Z oczu Adama biło przerażenie.

– Za chwilę nie odlecimy nawet i my! – nagliła Japonka.

– Wszyscy do transportera. Gazem! – zawołał na klientów, którzy ostatnio, gdy patrzył, próbowali częstować się zapasem alkoholi na stacji.

Nagle rozległ się krzyk.

– Pomocy! – wołała „sutenerka”, gdy z drzwi sklepu na stacji wystrzeliły czarne mackowate obiekty i wciągnęły ją do środka, szybciej, niż zdążyłby je ustrzelić. Jej nawoływanie natychmiast umilkło.

– Nadal chcesz ich szukać?

Adam potrząsnął głową z wyrazem zdruzgotania.

Pobiegli do statku.

– Startuj!

– Nie możemy się oderwać! – denerwowała się Ulrike.

– Stoimy na tym czymś! Przykleiło nas! – zauważyła Deacon

– Odlećcie szalupą! – proponowała Gitahara.

– Nie wyniesie na orbitę trzech osób! Są tylko dwie komory bioretencyjne!

Japonka zasalutowała i wydbiegła z pojazdu, strzelając do czarnych fal, które podniosły się z asfaltu, rozciągając go, jakby były jego częścią.

– NIE, WRACAJ! TO ROZKAZ!

Ale jej już nie było.

Ulrike czekała na polecenia.

– Odkotwicz szalupę. – Przetarł głowę z wyrazem docierającej do niego grozy sytuacji.

Mniejszy statek oddzielił się od kadłuba. Jego spód leżał wewnątrz konstrukcji transportera jak człowiek w fotelu, więc macki trzymające płozy go nie mogły zatrzymać.

Szalupa wzniosła się na orbitę z ilością paliwa, która pozwalała jej ledwie dryfować w oczekiwaniu na wezwaną pomoc. A wezwać ją musieli, nie mieli wyjścia.

***

Paladin obserwował z kosmosu Ziemię, tęsknie wypatrując przez wyziernik. Według czujników pulsu, reakcji neuronalnych i oddechu wszyscy członkowie ekipy jeszcze żyli. Decoy obiecał im, że sprowadzi posiłki i ich odszuka, choćby była to ostatnia rzecz, jaką zrobi w życiu.

Nagle wypuścił kawę z ręki. Filiżanka rozprysła się na podłodze.

– Nie… NIE! – Przywarł do okna w pozie bezsilności.

Planeta otworzyła się. Wpierw jako okrągły otwór, a potem jako ząbki czosnku, które zapadły się do środka. Otwór poszerzył się niemal na całą średnicę globu, odsłaniając miriady szpiczastych zębów po bokach rozpadliny, aż do samego wnętrza. Miasta pozostały nienaruszone, stanowiły część planety-mimikrona. Oceany udawały wodę tylko tuż przy powierzchni, resztę stanowił mięsisty otwór gębowy. 

Decoy widział na tle jaśniejącego jądra Ziemi kilka drobnych sylwetek wpadających do lawy. W jednej chwili ich odczyty witalne wygasły.

Deacon uderzył pięścią o szkło. Padł na kolana, płacząc jak chłopiec.

Eva usiadła przy nim, objęła i przytuliła jego głowę do ramienia. Drugą dłonią bawiła się blachami z napisem: „nie reanimować”. Eva panicznie bała się wszelkiego unieśmiertelniania. Żadnego przenoszenia świadomości do robotycznego ciała, cyfrowej nieśmiertolności dzięki nanobotom ciągle naprawiającym ciało, kriogeniki, niekontrolowanej hibernacji, konwersji duszy na algorytmy sztucznej inteligencji, krzyżowania DNA z ogórczakiem, utknięcia w czarnej dziurze, gdzie czas nie płynie. Nic. Na końcu długiego tunelu ze światłem na końcu chce zobaczyć wyłącznie rodzinę.

Adam trwał w stanie zawieszenia dłuższy czas, lecz gdy już ochłonął, wiedział, co zrobi, by śmierć kompanów nie poszła na marne. Ostrzeże innych.

Wstał i wypatrywał wezwanej pomocy.

Blisko pół godziny później dostrzegł na horyzoncie inny statek. Był zbyt daleko, by rozpoznać jego barwy. Jednak to, co wypuścił nie pozostawiło żadnych wątpliwości.

– To pociski grawitacyjne – rzekła zduszonym głosem Ulrike, wpatrzona w radar z rosnącą paniką w oczach w przerażające kształty z charakterystyczną kulistą głowicą. 

– Co oni wyprawiają?! – zastanawiał się.

– To był zaszczyt pod panem służyć, kapitanie.

– Co? Eva?

Odwrócił się w sam raz, by zobaczyć, jak Ulrike przystawia sobie pistolet fazonowy pod szczękę i pociąga za spust. Padła martwa z dymiącą, kolistą dziurą wychodzącą z czubka głowy, dającą wątły czerwony poblask.

– Uli! – Wystękał z bolesnym grymasem. Jego powieki trzepotały, jakby nadawał kod Morse’a. Nie zwykł jednak okazywać zbytnich emocji, więc wziął się w garść i podbiegł do mostka, by włączyć sygnał oznaczający poddanie się i zasygnalizować swoje zamiary przez telekom. Gdy pociski zbliżyły się, zobaczył czarne macki wyrastające z kadłuba jego szalupy i sięgające w kierunku rakiet.

Teraz rozumiał.

Wyłączył światła kapitulacyjne i włączył sygnalizację awaryjną i ataku. W żargonie militarnym oznaczało to „nie odzyskiwać” i sugerowało, że misja ratunkowa jest zagrożeniem dla ludzi i może powtórzyć sytuację kryzysową na jednostce ratunkowej. W skrócie: to, co na nim jest, powinno zostać na nim uwięzione za wszelką cenę, nawet jeśli oznacza to straty w ludziach i sprzęcie.

Włączył komunikator hologramowy, wyprostował się i zasalutował. Trwał w takiej pozycji na oczach strzelającej jednostki, póki pociski nie zmiażdżyły jego transportowca w małą czarną dziurę i obraz się urwał.

Ludzie na obcej jednostce zasalutowali na cześć nieznanego żołnierza, który za wszelką cenę nie chciał dopuścić, by to, co przywiózł z Zie-N-i (nazwanej tak od greckiej litery N następującej po MI) rozprzestrzeniło się w kosmosie.

„Wredny gnój” by Zeter Zelke

In Opowiadania on 3 czerwca, 2021 at 6:00 am

Kotopaskud

Etykieta to podstawa dobrego wychowania. Nawet na Paskudnym Dworze panują obyczaje, które należy szanować. Na przykład pluć można jedynie po pierwszej po południu aż do godziny po zachodzie słońca. O nadużywaniu języka nie wspomnę. Do tego potrzebne jest zezwolenie na piśmie, podpisane przez samego Jednookiego. Aby kogoś sflugać powód winien być istotny, a nie takie tam – bo komuś się czyiś zgryz nie podoba. Nawet nie podejrzewacie, jakie tu żelazne zasady panują. Prawie jak w wojsku. Wszak pozory to podstawa.

Albowiem dziś świętujemy Dzień Savoir-Vivre, Zeter Zelke przynosi Wam w darze Filipsa; jego kulturalną osobę. Bo od kogo lepiej uczyć się zasad dobrego wychowania, jak nie od najczystszych i najschludniejszych czworonogów? No, chyba że nastąpią pewne komplikacje…

 

Wredny gnójby Zeter Zelke

Filips nie był rasowy, co nie oznaczało, że poskąpiono mu manier. Jak na kulturalnego kota przystało, cechowała go czystość, schludność i nawyk lizania futerka co najmniej dwa razy dziennie. Stąd niebotyczne zdziwienie, by nie rzec – szok poznawczy, gdy pewnego wieczoru natknął się na kupę. Swoją własną. Tę samą, którą parę godzin wcześniej – z zachowaniem wszystkich zasad dobrego wychowania – skrzętnie zakopał w ogródku, za żółtą lilią w brązowe ciapki.

Na domiar złego w gównianym depozycie tkwiło kiełkujące nasionko.

W porządku. Jakiś zwierz wpadł do ogrodu i rozorał jego dziką toaletę. Stolec wyfrunął z ziemi i jego fragment wylądował na ganku domostwa Rosołków, a po drodze przylepił jakąś wschodzącą wegetację. Filips machnął na to łapką. Odruchem wyuczonym zasypał smród powietrzem, zrobił w tył zwrot i wrócił do kuchni, żeby dopchnąć karmą wolną przestrzeń w żołądku. Aby mieć co zakopywać następnego dnia. Wydarzenie nosiło znamiona nietypowego, owszem, ale nie zamierzał zaprzątać sobie tym głowy. Zbiegi okoliczności przecież się zdarzały. Raz przymknie oko.

Lecz nie drugi. I nie trzeci.

Gdy trzeci wieczór pod rząd odnalazł fragment swojego kloca wydłubany z miejsca, któremu go powierzył, Filips jął urastać w podejrzenia. Ten kał, podobnie jak dwa poprzednie, udekorowano wzrastającym nasionkiem. Tego nie wypadało już nazywać osobliwym, acz niefortunnym przypadkiem. To była wojna. Do tej pory do rudzielca uśmiechało się szczęście. W pierwsze gówno wdepnął pan Rosołek i nawet tego nie zauważył. Niniejszym zdejmowało to z Filipsa prawo własności do odchodów. Wszak mogły należeć do kogokolwiek; nikt nie udowodniłby mu winy. Drugiego dnia padało i deszcz zmył wydaliny. Ale trzecią kupę sprzątnęła pani Rosołek, częstując pupila słowami nagany. Aż się Filipsowi futerko na grzbiecie zjeżyło. Ktoś życzył mu źle. Ktoś chciał skłócić go z opiekunami. Takiego wała jak okolica cała! Filip postanowił namierzyć mąciwodę i jeśli okazałby się dostatecznie mały – zjeść.

Kiedy dnia czwartego Filipsa przycisnęło, podreptał do ogródka sprężystym krokiem, wykopał płytki rowek, załatwił potrzebę i przysypał ją zielskiem, tworząc kopczyk. Następnie zajął strategiczną pozycję w krzakach po przeciwległej stronie, przyczaił się i obserwował. Minęła godzina, dwie, trzy. Filips walczył z sennością, która zaatakowała wyjątkowo zapalczywie w momencie, gdy na jego przyczółek padły rozkosznie cieplutkie promienie letniego słońca. Może przymknął powiekę. Może na chwilkę. Ale tyle wystarczyło, by ocknął się od okrzyku pana Rosołka, który o mały włos nie wtarabanił się w koci ekskrement.

– Dzieje się z nim coś złego. – Pani Rosołek załamywała ręce. – Przez tyle lat żadnych kłopotów, a teraz to. Zachorował? Nie powinniśmy pojechać z nim do weterynarza? A jeśli coś mu dolega?

Zaszeleściło po jego lewej. Filips nakierował tam uszy. Wkrótce za uszami powędrował łepek. Majtnął cienki ogonek i coś czmychnęło do garażu. Poza robalami i przygodnymi gośćmi bytował tam tylko jeden stały lokator. A więc to tak! Tak właśnie kończyło się okazywanie litości. Powinien już dawno wygryźć tę mysią rodzinę co do sztuki. Ale nie, ruszyło go sumienie i jedną oszczędził. I oto teraz myszka-weteranka, Piskunka, tak mu się odpłacała za jego wspaniałomyślność.

Szorując brzuchem po trawie, z wąsami przy samej ziemi, Filips przeczołgał się w kierunku niegdysiejszej areny wojennej. Zawieszenie broni trwało dwa lata; wyglądało jednak na to, że wraz z jego gównem odkopano topór wojenny. Pan Rosołek zwyczajowo pozostawiał drzwi garażowe niedomknięte. U progu widniała mała szczelina. Nie od dziś wiadomo, że gdzie się wciśnie kocia głowa, tam wejdzie i reszta.

Filips wpadł do pomieszczenia, majtając wściekle ogonem. Podreptał do nory Piskunki i wymruczał złowieszczo:

– Twój czas się dopełnił, zdradliwa konfidentko. Wyłaź!

O dziwo, Piskunka wyszła. Stara, z siwiejącym futerkiem, bez jednego oczka, z naderwanym uszkiem i wieloma bliznami, które Filips pozostawił na jej ciele. Tradycyjnie wygłosiła tę samą przemowę, jaką go raczyła za każdym razem, gdy się spotykali:

– Ty… – pisnęła, a w jej głosie zadźwięczała odległa, żałobna nuta niosąca ponure wspomnienia okrutnych czasów. – Zabiłeś mi mamę i tatę, zabiłeś dziadków i dzieci…

– Daruj sobie farmazony – zezłościł się Filips. Po tylu latach znał jej powitanie na pamięć. Zresztą, nikt nie musiał mu przypominać jego dokonań. Kot wskazał myszkę pazurem. – Dlaczego wykopujesz moją toaletę z ogródka? Gadaj!

Myszka przekrzywiła łepek i zamrugała jedynym okiem.

– A po cholerę mi twoja toaleta? – zapytała dorzecznie. – Ledwo trzymam się na nogach, rudy zbóju. Ledwo serek do noska podnoszę. Czy te łapki są zdolne wykopać cokolwiek? – Uniosła malutkie, chude przednie kończyny i pokazała mięśnie; tudzież ich zanik.

Ten argument nieco ostudził wojowniczy zapał futrzaka.

– No dobra – rzekł. – Powiedzmy, że ci wierzę. Przychodzi ci do głowy, kto to może robić?

– Ja? Mam pomagać tobie? Tobie, który zabiłeś mi mamę i tatę, zabiłeś dziadków i…

– Posłuchaj. Umówmy się, że zapłacę serem za współpracę. Potrzebuję dorwać drania, zanim zrujnuje mi reputację.

Stanęło na tym, że Piskunka wyciągnie pomocną łapkę w zamian za dostawę sera na żądanie. Jakby Filips nie odpalał jej już regularnie resztek ze stołu Rosołków. Ale ponieważ był dobrym kotem o szczerozłotym sercu, przystał i na ser na żądanie, jak również na bonusy w postaci sianka czy aromatycznej trawy, aby weteranka mieszkała sobie wygodniej w dziurze.

Kolaboracja przyniosła owoce już następnego dnia. Według raportu myszki, za odkopywanie gówien odpowiadał domowy skrzat. Pojawiał się równo o drugiej po południu, więc tym razem Filips zadbał o to, by nie przysnąć. I faktycznie – przy jego świeżo usypanym kopczyku znikąd zmaterializował się drobny hultaj, tak niewielki, że kocur schrupałby go jednym kęsem. Skrzat nosił zielony komplet: koszulkę polo z krótkimi rękawami i napisem „Szanuj zieleń”, krótkie spodenki, butki z zadartymi noskami, podkolanówki oraz czapeczkę z koniczynką. Poza tym szpanował hipsterską rudą brodą i krzaczastymi brwiami. O barki opierał łopatę, a w ręce trzymał worek z nasionami. I jakby nigdy nic, wziął się za rozkopywanie Filipsowej latryny.

Rudzielec przełączył się na tryb cichobieżny i zaszedł zbója od tyłu. Tamten zdążył odsłonić depozyt i jął przygotowywać się do jego ćwiartowania. Filips opadł niżej, wypiął kuper, kręcił nim, kalibrował, obliczał trajektorię, aż wreszcie złożył się do skoku. Hycnął zgrabnie i w okamgnieniu obalił złoczyńcę na trawę, przyszpilając go do ziemi.

– Już po tobie, wredny gnoju! – oświadczył, oblizując złowróżbnie wąsy.

– Ale o co ci chodzi, czworonogu?! – jęknął skrzat.

– Wyciągasz z ziemi, co tam zostawiam i sprawiasz, że wyglądam na niechluja! To niesłychane, aby moje kloce walały się po posesji. Przez ciebie grozi mi wizyta u weterynarza.

– Ja tylko zasadzam nasionka niezapominajek, konwalii i krokusów – bronił się tamten. – Co poradzę, że najlepiej rosną posadzone bezpośrednio w ekskrementach?

Filips zmrużył powieki, zaburczało mu w brzuchu. Jak tu uświadomić natrętowi, że Filips to nie jedyny kot na osiedlu. Ba! Że nie jest jedynym stworzeniem, które pozostawia po sobie nawóz. Chyba że skrzat łgał. Ale kotu nie spieszno było bawić się w detektywa. Znowu zaburczało mu w brzuchu.

– Nie chce mi się z tobą gadać – oznajmił. – Po prostu cię zjem. I problem z głowy.

Pochylił się, otwierając pyszczek i błyskając zębami. Skrzat wierzgnął, zasłonił twarz ramionami i zawołał:

– Czekaj, czekaj! Przecież możemy się dogadać. Powiem ci, kto polecił mi twoje produkty.

– A więc jednak ktoś cię tu nasłał – stwierdził Filips z kłami tuż przy rudej brodzie. Warto jednak posłuchać skrzaciego wyznania. Na wypadek, gdyby ten tajemniczy ktoś zapragnął mu bruździć w przyszłości jeszcze bardziej.

– Odkąd ludzie i zwierzęta żrą przetworzone żarcie, kiełki nie wschodzą tak ładnie jak drzewiej – rozpoczął swą perorę zielony ludek. – Ziemia zanieczyszczona, pełno pestycydów, hormony w wodzie, po prostu syf. Jam jest oddany tradycji. – Skrzat wypiął dumnie pierś, na tyle, na ile zdołał unieść przygniatającą ją, kocią łapę. – Moje powołanie to sadzić nasionka w najlepszej ziemi; użyźniać je najlepszym nawozem. Nie bez powodu me kwiatuszki są po stokroć piękniejsze od badyli innych skrzatów.

Filips majtnął niecierpliwie uchem.

– Przejdź do konkretów – zażądał. – Czas mi się nie koci.

– Dowiedziałem się, że gdzieś tutaj otwarto sklep z dziwnymi rzeczami.

– Sklep Purpurka?

– No nie wiem, koleś wygląda dość blado.

Kot westchnął. Purpurek był kosmitą, który za namową Filipsa otworzył na osiedlu sklep z różnościami. Z uwagi na jego purpurową skórę, Filips poradził mu, aby maskował ją talkiem czy innym make-upem. Wyglądało na to, że Purpurek przedobrzył. Rudzielec zanotował w pamięci, by go odwiedzić i sprawdzić, jak sobie radzi. Tymczasem skrzat kontynuował:

– Więc wpadłem do niego. Mówię, ktom zacz, czym się param i jaki gnębi mnie kłopot z zanieczyszczoną glebą. Pytam, czy oferuje coś do jej uzdatniania. A on na to, że nie, ale wie, kto dobrze je. Tym sposobem dotarłem do ciebie.

– Nie możesz wykopywać i rozrzucać mych gówien, jak ci się podoba – rzekł Filips. – Jeszcze mi zabronią wychodzić z domu lub, gorzej, oddadzą do schroniska i wtedy obaj pożałujemy. Jeśli natychmiast nie przestaniesz, udowodnię cię, że istotnie dobrze jem. – Filips uśmiechnął się paskudnie, wyszczerzając kły.

I wtedy skrzat zalał się łzami. Począł łkać tak zawiesiście, że kota na moment zamurowało. To nie był płacz kogoś, kto obawiał się o życie. To był płacz kogoś okropnie zmęczonego.

– A, w dupie z tym. – Skrzat chlipnął. – Zjedz mnie.

Filips aż się zakolebał, zdejmując łapkę z mikrusa. Ten ani drgnął. W dalszym ciągu leżał, rozciągnięty na trawie, oczekując na swój koniec.

– Wszystko zanieczyszczone, wszystko zatrute! – Westchnął łzawo. – To już nie ta sama ziemia. Jedna wielka walka z wiatrakami. Teraz to widzę; w momencie śmiertelnego zagrożenia. Jest, jak powiadają: na sekundę przed śmiercią rozjaśnia się w głowie. Moje nasionka – sięgnął po woreczek i przygarnął go do piersi – nigdy nie wzejdą tak bujnie, jak zwykły wschodzić.

Przez chwilę Filips się zastanawiał, czy przejąłby depresję skrzata, gdyby go zjadł. Wiedział, że nie, ale mimo to postanowił nie ryzykować.

– Dlaczego po prostu się nie przebranżowisz? – zapytał. – Purpurek ucieszyłby się z pomocy.

Kosmita prowadził sklep z dziwnościami, sam będąc dziwnym, więc domowy skrzat idealnie się wpisywał w profil działalności.

– Powiedz, że ja cię polecam – dodał kot. – Na pewno cię przyjmie.

Skrzat z ociąganiem pozbierał się z trawy, wycierając cieknący nos ramieniem.

– Może masz rację. – Wciągnął gluta z powrotem do dziurki. – Czasy się zmieniły, bez względu na to, jak bardzo starałem się odsunąć od siebie tę myśl. Pójdę do Purpurka. Bywaj.

– Tylko pamiętaj! – przestrzegł Filips na jego odchodnym. – Jak znowu cię tu złapię ze szpadlem, zjem bez ostrzeżenia.

I tak się rozstali. Okaże się, czy uczynił dobrze, ponownie okazując miłosierne serce. Trochę wody w rzece upłynie, zanim zreperuje swą zszarganą reputację czyścioszka. Planował już rzucać się Rosołkom do oczu z poranną i wieczorną toaletą, aby nie wątpili, że z pupilkiem wszystko w porządku. Zamierzał wręcz wstąpić do domowej kuwety, nieużywanej od dawien dawna, z gracją, nóżka za nóżką, załatwić się schludnie i skrupulatnie przysypać smród żwirkiem.

Wtedy otworzyły się drzwi do domu i wyszła pani Rosołek. W jednym ręku trzymała smyczkę, a w drugim kontener.

– Filips, kici, kici! – zawołała słodkim głosem. – Chodź, kochanieńki, pojedziemy do lekaaarzaaa.

Kłopot z weterynarzami, skonstatował Filips, polegał na tym, że wizyta u nich rzadko kończyła się bez strzału w kuper. Zawsze coś znaleźli; zawsze zaistniał jakiś powód, by wbić igłę w zad. Nie pomogłoby nawet to, że Filips w głębi duszy był najczystszym, zadbanym, niepokalanym, najbardziej rygorystycznie przestrzegającym zasad savoir-vivre kotem.

Pani Rosołek namierzyła go obok krzaków. Filips dał w nie głębiej nura, wdeptując przy okazji w to, czego nie posprzątał skrzat-fleja. Szlag! – pomyślał. Zaprawdę żaden dobry uczynek nie obywa się bez kary.

„Uczuciowy człowiek” by Barbara Mikulska

In Opowiadania on 30 kwietnia, 2021 at 6:00 am
https://niedobreliterki.files.wordpress.com/2012/10/niedobreliterkitxt-e1538804981843.jpg

Warto mieć uczucia. Powiadają, że karma jest samicą psa, lecz poniższe opowiadanie Barbary Mikulskiej oddaje karmie sprawiedliwość. To również oznacza, że nieważne, jak podle szargają wami życiowe zawieruchy, jak wielce skrzywiły wasz charakter – jeden dobry uczynek wystarczy, by… A, zresztą, poczytajcie sami.

Uczuciowy człowiek

Wreszcie powiedziałem tej pindzie, co o niej myślę. Całe życie mnie terroryzowała. No, może nie całe, bo związałem się z tą babą siedem lat temu, ale to i tak wystarczająco długo, żeby wykończyć normalnego faceta.

A na początku było tak cudnie, tiutu-tutu, wyjadanie sobie z dziobków, mizianie, trzepotanie rzęskami, achy i ochy. Miłość i wierność aż po grób? Chyba, kurwa, po mój grób.

Wszystko skończyło się, jak tylko wróciliśmy z podróży poślubnej. Najpierw jebana mamusia przyczepiła się, że zatruwamy jej egzystencję. Ona jeszcze młoda i samotna, mogłaby sobie jakoś ułożyć życie, ale z nami nie da rady. Blokujemy pokój, szwendamy się po chałupie, a ona, znaczy moja żona – zamiast się postawić – trzymała jej stronę. W porząsiu, to w końcu jej matka, ale dlaczego przyjebała się do mnie? Przecież uzgodniliśmy, że na razie zamieszkamy u teściowej, odłożymy pieniądze, aż uda nam się coś kupić, wybudować… Ale nie tak, kurwa, zaraz!

No, tośmy się razem namieszkali jakieś pół roku. Ta głupia cipa potrafiła tylko matce przytakiwać: tak, mamusiu, masz rację, mamusiu, on jest durnowaty, niezaradny, gamoń. To wynajęliśmy mieszkanie. Kasa, którą powinniśmy odkładać, szła psu w dupę, znaczy na czynsz. Przez parę miesięcy było w miarę dobrze… W miarę, bo przecież od ślubu już nigdy nie było dobrze. Trochę mnie dręczyło, że to może naprawdę moja wina, że się nie sprawdzam w roli męża, a nawet mężczyzny w ogóle, ale przecież to głupota! Byłem dobry trzysta sześćdziesiąt pięć dni temu, więc co poszło nie tak w ciągu roku? Ludzie nie zmieniają się tak szybko. To, co wydawało się fantastyczne wczoraj, dzisiaj okazuje się do dupy? No jakim cudem?

W każdym razie wyglądało na to, że odkąd teściowa zniknęła z horyzontu, zrobiło się znośnie. Ale potem wywalili mnie z roboty. Ja pierdzielę, ten głupi chuj, znaczy majster, zrzucił na mnie winę za transport. Że niby cały tir do wyjebania, bo przyjąłem dostawę jedwabiu w kolorze morskim, a powinien przyjechać szmaragdowy. A co ja, kurwa, jakiś pedał jestem, żeby się wyznawać na kolorach? Zielony to zielony. A może miał być niebieski? I tak naprawdę, jaka to różnica? Szlafroki z każdego materiału można uszyć. Tyle że kontrahent chciał zielone, a nie niebieskie albo na odwrót, bo to dla jakiegoś wielgaśnego hotelu, chyba do ścian miało pasować albo co? No, w każdym razie wyjebali mnie z hukiem. A ta moja pinda na mnie wsiadła, że teraz do końca życia będziemy się tułać po obcych ludziach, że nigdy nawet kawałeczka własnego miejsca na ziemi. Tak jęczała, aż wreszcie powiedziałem, że jak jej matka umrze, to odziedziczymy mieszkanie i będziemy mieć coś swojego. Ależ na mnie wtedy ryknęła! Że jestem bezmózg, skurwysyn i chujwieco. Zupełnie nie mogłem zrozumieć, o co ta awantura, ale potem pomyślałem, że może to mieszkanie nie jest własnościowe.

I tak to szło. Co by się nie wydarzyło, wszystko moja wina. Nawet jak kiedyś przez cały lipiec padało i dwa tygodnie, kiedy mieliśmy się opalać na złocistym piasku nad brzegiem morza, spędziliśmy w śmierdzącym wilgocią kempingu, to też moja wina. Albo jak złapaliśmy gumę, jadąc na pogrzeb jej dziadziusia. Albo gdy pękła rura w łazience, albo… Długo by wymieniać.

Wreszcie miałem dość.

Tamtego dnia wróciłem z pracy zmęczony i wściekły. Z nieba lał się żar, a w warsztacie brakowało klimy. Szef się ulotnił już o dziesiątej z tą dziunią, co to ostatnio wstawiła do nas samochód i powiedział, że dzisiaj nie wróci. Jak nie wróci, to nie wróci. Posłałem młodego po coś do picia. A jak! Hierarchia musi być. Nie ma szefa, to ja tu rządzę. Młody nie głupi, przytargał od razu kratę piwa. Schłodziliśmy sobie w lodówce w kanciapie, no i zaraz lepiej się nam pracowało. Radyjko gra, zimne piwko przyjemnie orzeźwia, wszystko idzie jak złoto, a tu się zjawia ten stary chuj i drze mordę, że nam dniówki potrąci za chlanie. Chyba mu z dziunią nie wyszło, bo wściekał się, jakby mu kto drut kolczasty z dupy ciągnął. Mogłem się wprawdzie nie odzywać, ale w końcu jestem mężczyzną, a każdy chłop swój honor ma. No więc pytam go, w czym problem? Robota idzie, a że przy tym i trochę piwa poszło? O co całe zamieszanie? Gdyby to wóda była, to tak, mógłby się czepiać. Ale o piwo? Toż to napój chłodzący! No to on na to, że da mi ten napój chłodzący! Mam zabierać rzeczy i spierdalać! Więc mu powiedziałem na odchodnym, że ja mogę spierdalać, ale on to sobie nie popierdolił. Zrobił się taki czerwony na ryju, że pomidorówka mojej starej wyglądałaby przy nim, jakby koncentratu zabrakło. Złapał się za klatę, a potem jebnął na podłogę, akurat w miejscu, gdzie się trochę młodemu oleju silnikowego wylało.

Zamieszania się z tego wszystkiego narobiło, że ho ho. Pogotowie przyjechało, bo młody wezwał. Stara szefa się zjawiła, pytać co i jak, więc żeśmy jej uświadomili, jak to jej ukochany małżonek pracuje. A kiedy się dowiedziała, to się tak wściekła, że zaraz chciała do szpitala za nim jechać, żeby mu gębę obić. Tośmy z młodym pomyśleli, że szef jest chuj straszliwy, ale w końcu też facet. Zadziałała solidarność. Zatrzymaliśmy babę, a na uspokojenie dostała setkę dobrze zmrożonej wódki. Ten młody to bystrzacha; wypatrzył, jak stary kitra ją w zamrażalniku. A jak już napoczęliśmy tę butelczynę, to żal było zostawiać.

Wracam do domu, a ta moja pinda z mordą na mnie. Ochlapus, pijanica, ladaco – tak się na mnie darła, a ja wtedy nie wytrzymałem. Piłem w dobrej wierze: żeby szefa uchronić przed zemstą żony. A tu ta szantrapa mi zarzuca brak uczuć, że nerwy jej szarpię, że kompletnie zatraciłem człowieczeństwo. No to jej powiedziałem, że więcej we mnie prawdziwego człowieka niż w niej. Bo ona, kurwa, jakaś zmora jest, co siada na karku i całą radość wysysa. Energię do życia odbiera, niszczy i dołuje, że ta przysięga, cośmy siedem lat temu sobie składali, to mnie szybciej do tego grobu doprowadzi, niż można się spodziewać.

Wygoniła mnie z chałupy, palcem precz iść nakazała i jeszcze szydziła! Ja ci życia odbierać nie chcę, mówiła. Nie musisz tu ze mną wypatrywać swojej grobowej deski, wolność ci oddaję. Jednym słowem: spierdalaj!

No to poszedłem, w końcu swój honor mam. Dobrze, że zrobiło się ciepło, więc wymościłem sobie gniazdko na ławce w parku i przekimałem do rana, chociaż komary mnie żarły. Obudziłem się skoro świt, tak gdzieś o dziesiątej, i poczłapałem do roboty. Szefa nie było, ale w warsztacie grasował już młody. Na szczęście nie zdążył wyżłopać całego piwa. Otworzyłem jedno i wlałem w siebie. Od razu lepiej! Chciałem sięgnąć po drugie, ale napatoczyła się żona szefa. Jakżeż ona się darła! Zrozumiałem z tego wszystkiego, że znowu moja wina. Przyprawiłem jej męża o zawał, zszargałem jego nieposzlakowaną opinię, a na dodatek deprawowałem młodocianego. Jaką nieposzlakowaną opinię? – zdziwiłem się. Przecież z tą dziunią nie szedł kupować loda; raczej liczył na to, że sama mu zrobi. Uch, zrobiło się niemiło. Z laską podobno szef sunął do ubezpieczyciela, żeby pomóc jej załatwić formalności powypadkowe. Jasne! Fiuta se chyba ubezpieczał!

Zebrałem swoje manele i poszedłem, z babą się kłócić nie będę. Do domu też nie miałem po co wracać, tam przecież druga taka hetera. Na szczęście miałem kluczyki od garażu. Ruszyłem dziarsko. Tam nikt nie będzie mnie szukał. Auta pozbyliśmy się już dawno, bo tylko generowało koszty i nieprzyjemne sytuacje, jak się teściowa do lekarza albo na zakupy kazała wieźć. Lecz lokal został. Powinienem był wprawdzie wymówić, ale ani kobita mi nie przypominała, ani się właściciel nie upominał. Zdaje się, że pomieszczenie wliczono w koszty najmu.

I tak się zaczęło moje samotne życie.

Wyremontowałem sobie stary rower. Składaka dostaliśmy razem z dobrodziejstwem inwentarza porzuconego w garażu. Nikt się o ten szpej nie upominał, więc uznałem, że mogę tu robić, co mi się żywnie podoba.

Nareszcie czułem się szczęśliwy. Nikt się o nic nie przypierdalał, nikt niczego nie chciał. Odłożyłem trochę kasy, chyba czuwał nade mną jakiś dobry duch i nigdy nie ujawniłem żonie, że mam osobne konto. Dużo tego nie było, ale jakoś dawałem radę, a jak się rozniosło, że chętnie się podejmuję drobnych prac, to już zupełnie nieźle.

Aż do tego piątku.

Sprawdziłem sobie potem w kalendarzu, czy to nie przypadkiem trzynasty, ale nie – siódmy. Wracam ci ja sobie na swoim składaczku z drugiego końca miasta, bo tam akurat jakaś paniuśka potrzebowała, żeby jej trawnik skosić, i nagle toto mi się wpierdziela pod koła. Szarpnąłem kierownicą, ale było za późno. Chciałem jechać dalej, ale coś mnie tknęło. Bo ja taki uczuciowy jestem – żadnego zwierzątka nie skrzywdzę, sobie od ust odejmę, a czworonoga nakarmię. No więc zatrzymuję się i wracam, żeby popatrzeć, czy trzeba dobić stworzenie, czy od razu pogrzeb wyprawiać, a tu zdziwko! Sterczy biedaczyna na skraju drogi na trzech łapach, a czwartą w górę unosi i potrząsa, jakby go bolało. Myślę sobie, nie jest źle. Podchodzę bliżej z postanowieniem, że jak ucieknie, to dam sobie spokój, ganiać nie będę, ale jak zostanie, to się zaopiekuję, nakarmię i nawet jakąś fizjoterapię przygotuję.

No i zabrałem poczwarę do domu.

Piękny to on nie był, bo nie dość, że łapa, po której mu przejechałem, jakaś koślawa została, to na dodatek ze strachu odrzucił ogon. Włożyłem go do plastikowego wiadra, dno wymościłem trawą, wstawiłem pojemnik z wodą i poszedłem polować na owady. Najpierw przyniosłem mu trochę much. Myślałem, że się mnie będzie bał, ale gdzie tam! Jak tylko wysuwałem rękę, otwierał pysk, żeby mu żarcie pakować. Łykał jak indyk kluski. Po paru dniach uznałem, że jesteśmy na tyle zaprzyjaźnieni, by zaoferować mu wybór: zostaje albo spyla. Został. Zamieszkał obok mojego materaca, spaliśmy głowa w głowę. Kiedy ja szedłem na robotę, on siedział w domu. Kręcił się po garażu, wyłapując wszelkie robactwo, a ja mu dodatkowo znosiłem to, co po drodze udało mi się schwytać. Do jesieni odrósł mu ogon, a łapa wydobrzała. Kiedy zaczęło się robić chłodniej, zobaczyłem, że mój towarzysz staje się jakiś osowiały. Zmartwiłem się tym bardzo, na szczęście przyszło mi do głowy poprosić kogoś o pomoc. W takim jednym domu, gdzie kładłem glazurę, mieszkał dziwny małolat. Dzieciak nigdy nie patrzył w oczy, nie lubił jak go dotknąć nawet w ramię i bez przerwy siedział z nosem w książkach albo w komputerze. Zapytałem go, czy wie coś o jaszczurkach, a on wręczył mi książkę. Chyba żebym się od niego odczepił. Już wiedziałem, co się dzieje z moim przyjacielem. On po prostu szykował się do zimy. Przygotowałem pudełko, wymościłem własną koszulą i ustawiłem w kącie garażu, żeby nikt nie przeszkadzał i pokazałem mu to lokum. Jaszczurek obwąchał karton, ostrożnie wszedł do środka, a potem – jak babcię kocham – pokiwał głową, zwinął się w kłębek i zasnął. Przykryłem go kawałkiem flanelowej szmatki, którą znalazłem gdzieś w garażowej szafce i dałem mu spokój przez całą zimę. Tylko czasami zaglądałem do niego, głaskałem po zimnym łebku i sprawdzałem, czy nic mu nie dolega.

Było mi trochę smutno, ale wiedziałem, że muszę wytrzymać do wiosny.

Na szczęście na zimę trafiła mi się fucha ciecia w siłowni. Znaczy, właściwie to zostałem taką złotą rączką. Kran cieknie – naprawiam, śniegu nasypało przed budynkiem – odgarniam, ludzie błota nanieśli – sprzątam. Nie powiem, zwykle nie miałem dużo roboty, a na dodatek ciepło, mogłem z prysznica korzystać, a czasem za popilnowanie auta albo za przetarcie szyb jakiś dodatkowy pieniądz wpadł do kieszeni. Nie narzekałem, wracałem wieczorem do garażu, padałem na materac i zasypiałem. Jak przyszedł potężny mróz, paliłem w takiej kozie, co ją ktoś wywalił, a ja sobie wyremontowałem. I nie chodziło o to, że odmarzały mi paluchy, nie – bałem się o Alberta. Tak, tak, mój przyjaciel zyskał imię. Nawet zapisałem je na pudełku, gdzie spał.

I tak doczekałem wiosny. Gdy tylko zrobiło się naprawdę ciepło, wystawiłem Alberta na słońce. Obudził się po kilkunastu minutach. Zobaczył mnie i pysk mu się uśmiechnął. Naprawdę, nie zalewam! Miałem już przygotowane dla niego przysmaki, pierwsze muchy, jakąś dżdżownicę i surowe jajko.

Aż któregoś razu jednemu takiemu karkowi przewaliło się pudełko z czymś, co się nazywało izolat białka.

Poleciałem migiem po szczotkę, żeby sprzątnąć, a facet dał mi jeszcze dyszkę za fatygę. Chciałem wywalić ten proszek do kosza, ale pomyślałem o Albercie. Po zimie jego organizm potrzebował wsparcia, a to przecież tylko jakaś odżywka białkowa. Jaszczurek zwariował na jej punkcie. Żarł preparat i rósł jak wściekły. Zapas szybko się skończył, ale Albercik nie chciał tego zrozumieć. Kiedy pokazałem mu pustą torebkę, zasyczał na mnie straszliwie. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że może się stać groźny, jeśli mu nie dostarczę proszku. Odpytałem karka o nazwę specyfiku i kupiłem zapas. Już nie musiałem się martwić o myszy czy szczury w naszym lokalu. Po wyłapaniu ich wszystkich mój przyjaciel ruszył poznawać okolicę. Na szczęście garaże stały w dość oddalonym od domów miejscu, ale i tak kazałem mu pryskać, jak tylko pojawi się jakiś człowiek na horyzoncie. Albert kiwał głową, bo świetnie wiedział, że ludzie są niebezpieczni. Przez pierwsze dwa miesiące, odkąd zaczął stosować tę odżywkę, urósł do wielkości kota, potem szło jeszcze szybciej. W połowie lata stwierdziłem, że mój przyjaciel jest wielkości średniego warana. Na jesieni, gdy nadeszły chłody, wygospodarowałem mu cały tył garażu, żeby mógł się wygodnie zwinąć do spania.

Z niecierpliwością czekałem na kolejną wiosnę.

Wreszcie promienie słońca zbudziły mojego przyjaciela. Muszę przyznać, że kiedy go zobaczyłem, poczułem respekt. Przeciągnął się, prężąc umięśnione ciało, a ja pomyślałem, że Albert mógłby mnie spokojnie połknąć, gdyby chciał. Na szczęście nie chciał. Przysunął się do mnie i pieszczotliwe potarł łbem o moje udo. O mało się nie przewróciłem. Poklepałem go po pysku i podsunąłem mu jego ulubioną odżywkę. Łyknął ją z apetytem, a później się rozejrzał.

Nie zdążyłem krzyknąć. Jak sama nazwa wskazuje, jaszczurki zwinki są bardzo… zwinne i szybkie. Bezpański kundel, który przypałętał się w okolice naszego garażu, nawet nie pisnął. Zamarłem. A potem spojrzałem na przyjaciela i powiedziałem tylko: Kurwa, Albert, co ty wyprawiasz? Jedyną odpowiedzią było mlaśnięcie ozorem, potem jaszczurek odwrócił się i poszedł z powrotem jeszcze pospać.

Któregoś wieczora, pod koniec kolejnego lata, kiedy już zapadł zmierzch, zamknąłem garaż i ułożyliśmy się: ja w całości na materacu, a Albert tylko z głową obok mojej głowy, bo reszta już się nie mieściła. Nagle usłyszeliśmy podejrzane szmery. Nakazałem jaszczurkowi pozostać na miejscu, a sam uzbrojony w gazrurkę ruszyłem do drzwi. Ogromnie się zdziwiłem, gdy po uchyleniu jednego skrzydła ujrzałem twarz mojej małżonki. Ten widok sprawił, że drgnęło mi serce. Co by nie mówić, uczuciowy jestem, a kiedyś coś nas przecież łączyło. Ta chwila minęła jednak bezpowrotnie, gdy tylko połowica otworzyła usta.

– To tu się zamelinowałeś – wysyczała – nierobie jeden. Myślałeś, że możesz tu koczować, a ja będę za to płaciła! Niedoczekanie twoje, pojebie niemyty. Won mi stąd! Garaż mi potrzebny, auto tu będę stawiać!

Darła się i darła, a ja nagle poczułem, że za moimi plecami coś się poruszyło. Nie chciałem wypuszczać Alberta, ale mój przyjaciel nie pozwolił się zablokować. Odsunął mnie zdecydowanym ruchem łba, a następnie jednym machnięciem łapy otworzył drzwi na oścież. Dalsza akcja trwała parę sekund, w końcu to zwinka. Duża, bo duża, ale zwinka. Zaskoczenie okazało się tak ogromne, że z ust mojej żony nie zdołał wydobyć się żaden krzyk. Albert mlasnął tylko zadowolony i wrócił do środka, zagarniając mnie przyjacielsko ogonem.

Takiego druha nie ma nikt na świecie, pomyślałem, zasypiając przytulony do chłodnego pyska. Przed zimą trzeba chyba zaprosić tutaj majstra, tego co to odróżnia morski od szmaragdowego. Potem szefa z warsztatu. Jego żonę. Aha, może jeszcze tego palanta, co mi nie chciał sprzedać piwa na kreskę, chociaż obiecałem, że za dwa dni oddam kasę. A na koniec teściową. Potem spieniężymy jej mieszkanie i może przeniesiemy się w cieplejsze okolice…

„Jak spędziłem koniec dziadka” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 23 kwietnia, 2021 at 6:00 am
niedobreliterkitxt

Nikt do końca nie wie czym jest bizarro. No, może poza paskudem, ale odkąd nasz guru zaczął nosić maseczkę chirurgiczną po prostu nie sposób się z nim dogadać. Co chwila mruczy tylko, że „on to wszystko przewidział”.

Gwoli ścisłości: nie wiemy co przewidział. Czyżby wzmożone zapotrzebowanie na maseczki jednorazowe? Kiedyś, w odległej przyszłości jakiś księgowy śledczy może prześledzi jego powiązania z odpowiednimi gałęziami przemysłu i udzieli odpowiedzi na to pytanie. My zaś już dziś możemy rozważyć rozmaite oblicza literatury bizarro.

Założymy się, że Jak spędziłem koniec dziadka nie wyda się wam bardzo bizarro na pierwszy rzut oka. A jednak, zostało paskud-approved, więc podziwiajcie jak pojemne bywa bizarro, a wszystko dzięki Maciejowi Żołnowskiemu, który to dostarczył nam tego przyjemnego szorta.

Zapraszamy do lektury!

h

Jak spędziłem koniec dziadka

h

Umarł dziadziuś – żywa historia, ciekawa biografia, losy barwne, legenda rodziny. Dziewięćdziesiąt jeden lat! Piękny wiek. Pamiętam dokładnie, co robiłem, kiedy zadzwonił telefon z Baborowa z depeesu.
Odszedł i już. Dlatego czuję się bardziej aniżeli miesiąc czy dwa temu obco.
Z czego to wyobcowanie wynika? Czemu czuję się nieswojo wszędzie? W rodzinnej miejscowości, ulubionych górach, a nawet domowych pieleszach?
Pewnie dlatego, że Racławice, które były moim pierwszym gniazdkiem, zmieniły się nie do poznania w cmentarzysko bliskich, a inne miejsca są bez znaczenia i bez sensu. W związku z tym mogę być tu, tam lub nigdzie, robić to albo tamto – jest to w zasadzie nieistotne. Zobojętniałem zupełnie. Nie ma już ukochanych Racławic z dzieciństwa, i tylko to się liczy. Cudowny świat zniknął bezpowrotnie. Wiek niewinności dobiegł końca.
Dziadek opuścił nas w maju, niedawno. To wyjątkowy miesiąc, niedobry na umieranie, zresztą który jest dobry? Czemu uważam, że jest zły? Cóż… końcówka maja oznacza nadzieję. To poprzedniczka lata, kiedy w sadzie nie ma jeszcze owoców, ale zapachu kwitnących drzewek już nie ma, no w każdym razie ja ich nie czuję.
A dziś jest ten szczególny dzień, kiedy ulegam przedziwnej magii dat i cofam się w czasie. Chłopcy z Etonu – szkoły, w której pracuję – mają po naście lat. Akurat tyle miał w latach czterdziestych dziadek, który żył w zupełnie innym świecie, dawno, dawno temu. Miał tyle lat, ile ja obecnie dokładnie w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim roku, ale był inny niż ja, bardziej dojrzały. Miał piękne wąsy i silny charakter. I rodzinę na utrzymaniu. A był wynalazcą tajemniczym i na swój sposób wielkim. Nie to, co niespełniony inżynier i domorosły artysta, piszący te słowa.
Dlaczego czuję, że nigdy mu nie dorównam, tak jak nigdy nie dorównam Strawińskiemu czy Mozartowi?
Dlaczego? Pytam tak sobie zwyczajnie. Pytać każdy może.
A zatem przesuwam się na linii życia o jedno oczko. Wraz z tym oczkiem zbliżam się powolutku do miejsca, które kiedyś zajmował dziadziuś. Starsza w rodzinie jest tylko matka. Kolejny po matce jestem ja, a nic nie trwa wiecznie.
Chciałbym jeszcze napisać o mnie współczesnych, nim sam stanę się wspomnieniem. Otóż obecnie żyją na świecie inni ludzie, o innej wrażliwości, którzy posługują się bardzo brutalnym, korporacyjnym albo ulicznym językiem. Utylitaryzm antarktyczny górą! Trudno zrozumieć tę zimną nowomowę. Co by powiedział dziadziuś, gdyby przyszło mu żyć i zarabiać na chleb dzisiaj?
I wreszcie na sam koniec już malutka niespodzianka. Otóż dziadek pozostawił w spadku maszynę do przewidywania dat śmierci. Brzmi znajomo? Nie wiem, czy chcę mieć takowe urządzenie, ale nomen omen mam. Trzy miesiące w pobliżu daty urodzin danego delikwenta – to się zawsze sprawdza – plus dokładny rok, który maszyna z siebie „wypluwa”. Niestety, nie posiadam do niej instrukcji, zaś wszystkie stare szpargały – wiersze, szkice, wynalazki i święte obrazki z Brzeżan – wyrzuciłem na śmieci, czego niezmiernie żałuję.
Od tamtej pory – mamy Bogu dzięki sierpień – postanowiłem więcej się nie spieszyć, nie spieszyć z niczym, a już na pewno nie z porządkowaniem rodzinnych pamiątek. Niech pozostaną pamiątkami albo instrukcjami do innych światów i innych wymiarów. Zdążyć to się zawsze zdąży, wiadomo. Na ostatni pociąg nie spóźnimy się, nim kto inny zrobi „porządek” z naszymi rzeczami.

Seksowne drabble by Krzysztof Sierpla

In Opowiadania, szort on 28 lutego, 2021 at 2:58 pm

Walentynki za nami. Teraz, gdy dowody uczucia porozdawane i słowa oddania wyrzeczone, należy przechodzić do konkretów. W sensie, do czytania drabbelków. Dwa takie przygotował Krzysztof Sierpla. Zapewnialiśmy/ostrzegaliśmy, że powróci, więc oto jest! A szorciaki są tak przepyszne, że Paskud sam się zakochał. Zamknął się w piwnicy, siedzi po ciemnicy, a my, słudzy uniżeni, możemy tylko zgadywać, co Jednooki tam wyczynia. Pewnie szyje maseczki.

Tymczasem, miłego zagłębiania się w lekturze.

Zapłodnienie

Okazało się, że mam dziecko. Urząd Prenatalny przysłał mi je kurierem w paczce. Ociekało wodą, brakowało mu kolorów, jednak posiadało twarz podobną do mojej. O pomyłce nie było mowy. Zrobili testy, wszystko się zgadzało. Jako matkę wpisali wodę z kibla. Najwyraźniej zaliczyłem wpadkę. Wystarczyło raz spuścić się w toalecie. Woda znać przechodziła wtedy przez te dni i zaciążyła. Co gorsza, trzepałem też kilkukrotnie w parku, lesie, pod sklepem i w tramwaju. A mówili mi, że masturbacja jest niezdrowa. To teraz mam za swoje. Wolę nie myśleć, co innego jeszcze zapłodniłem, ilu dorobiłem się dzieci i jak one wyglądają. I kto mógłby zażądać alimentów.

Orgazm

Zaczęło się od cichego stękania. Wszyscy patrzyli na mnie z zażenowaniem. Nie wiedziałem, co się dzieje. Jęki nasilały się i zdawały dochodzić właśnie ode mnie. Pomyślałem o telefonie i wyłączyłem go na wypadek, gdybym przypadkiem uruchomił jakieś niepożądane wideo. Nie pomogło. Nie mogłem dłużej tego znieść. Wróciłem szybko do domu. Zrzuciłem z siebie ubranie. Dopiero po chwili odkryłem prawdę. Koszula, którą kupiłem w ciucholandzie, jęczała niczym aktorka porno. Widocznie przesadzili z ilością genetycznie modyfikowanej bawełny albo nieopatrznie uruchomiłem jakąś funkcję specjalną prosto z sex shopu. Wyrzuciłem szczytującą koszulę do śmieci. Już nigdy więcej nie kupię nic w second-handzie.

„Małżona” i dwa inne drabble by Krzysztof Sierpla

In Opowiadania on 10 lutego, 2021 at 7:34 am

Niedobre literki ostatnio cierpią… na niedobór czasu. Ale to na pewno przejściowe problemy… Dziś zapraszamy Was do przeczytania trzech eleganckich szorciaków Krzysztofa Sierpli. Krzysiek nie napisał jeszcze ostatniego słowa, więc wkrótce na pewno powróci do dominium Paskuda.

Małżona

– Czy ty, Bernardzie, bierzesz sobie tę oto małżę za żonę?

– Tak.

– Czy ty…? A, mniejsza z tym. Ogłaszam was mężem i żoną. Możesz rozpieczętować pannę młodą.

Powstrzymałem się. Czekałem zbyt długo, by zrobić to przy wszystkich. Odpowiedni moment nadszedł po weselu, na którym bawiła się wyłącznie rodzina jednej ze stron, ale moja wybranka nawet słowem nie zaprotestowała. Widocznie jej nie przeszkadzało. Nocą, po nasmarowaniu małżonki olejkami eterycznymi, w końcu zdecydowałem się ją otworzyć. Powoli i delikatnie, byleby nie bolało. W środku nie znalazłem jednak wymarzonej perły, tylko kawałek papieru z wypisanymi tymi oto słowami:

„Haha! Frajerze! Myślałeś, że byłeś pierwszy?”

Piesek

Obudziłem się bez lewej dłoni. Na jej miejscu znajdowała się psia głowa. Warczała na mnie, aż do momentu, gdy dałem jej jeść. Najgorsze, że wszystko, co spożyła, trafiało też do mojego żołądka. Łeb był ciężki, do tego ślina, kapiąca z pyska, brudziła mi spodnie. W nocy zaczęło się zaś wycie. Mnie też się chciało. Pomyślałem, że należałoby odrąbać łeb, ale poniekąd stanowił część mojego ciała. Poza tym brzydziłem się krwi, bólu i przemocy wobec zwierząt.

Jak żyć z takim balastem? Co powiedzą ludzie?

Następnego ranka problem nie zniknął, a się nasilił. W miejscu prawej ręki wyrosła mi kocia głowa.

Ogrodnik

Iza była idealna, aż do momentu, gdy pokazała mi swój patent na depilację miejsc intymnych.

– To Ziemowit, ogrodnik. Strzyże mój trawnik.

Pokazała na miniaturowego ludzika, który wymachiwał maciupeńką kosą, niczym rolnik przy sianokosach. Po chwili zniknął w gąszczu włosów łonowych i wydawało mi się, że usłyszałem odgłosy piły spalinowej. Po skończonej robocie złapałem go i wyniosłem na trawnik przed domem. Niech się zajmuje łonem natury, a nie mojej dziewczyny. Kiedy już myślałem, że nic mnie nie zaskoczy, nagle z waginy wysunęły się kolejne miniaturowe postacie, gaworzące ze sobą i wymachujące koszyczkami.

– Co oni robią w twojej pochwie? – zapytałem.

– Zbierają grzyby.